death is certain, but killing doesn't have to be ugly
: sob paź 31, 2026 11:25 am
— L’una cosa non esclude l’altra — odrzucił z niewielkim wzruszeniem ramion.
Nie przestawało go jednak zastanawiać, dlaczego tak uparcie wracała do możliwości, że ktoś mógł go po nią przysłać. Obcy akcent najwyraźniej czegoś dowodził; pozwalał jej odsunąć od siebie jedną obawę, chociaż nadal stała przy drzwiach z palcami wbitymi w drewno.
Nie zapytał jednak, kogo się spodziewała.
Pozostawił sobie tę niewiedzę, podobnie jak kilka wcześniejszych słów, które nie całkiem pasowały do tej konkretnej sytuacji. Było ich już odpowiednio dużo, żeby chciał do nich wrócić. Tak zazwyczaj zaczynała się j e g o ciekawość; musiał samodzielnie nadać jej kierunek, wybrać szczegół i poświęcić mu uwagę, zanim czasami pojawiało się coś, co mogłoby go przy nim zatrzymać. Zainteresowanie rzadko przychodziło samo, a jeśli już to bywało zbyt słabe, blado odczuwalne jak reszta emocji, które miał w osie nosić.
Spojrzenie przesunął na jej usta, kiedy stwierdziła, że jej nie potrzebował.
— Nie potrzebowałem — poprawił spokojnie. To była znacząca różnica bo jeszcze te kilka chwil wcześniej mógł faktycznie skończyć to, po co przyszedł, nie wiedząc nawet, że znajdowała się w sąsiedniej garderobie. Anastasia mu w zupełności wystarczała. Wtedy. Jej obecność, ciało, wszystko to, czemu przez ostatnie dni poświęcał uwagę i co ostatecznie przestało mu jej odpłacać. — I nie musiałaś.
Dopóki nie otworzyła drzwi – od tamtej chwili sytuacja wyglądała inaczej, choć widocznie wolała nadal rozpatrywać ją tak, jakby można było po prostu cofnąć ten szczegół i uznać za niebyły. Wyjść, jak gdyby nigdy nic i pozostawić go przy Romanovej, tak jak powinno być.
Przez moment zastanawiał się, czy rzeczywiście mogłaby tak zrobić. Zostawić ją, tak po prostu, z jego twarzą, głosem, obrazem Anastasii na podłodze. Tyle, że wtedy musiałby powierzyć jej coś, nad czym dotąd miał całkowitą kontrolę.
Rozsądniej byłoby ją zabić.
Ta myśl pojawiła się już na początku świadomości obecności kobiety w pokoju; i ta myśl od początku budziła w nim głód; przypominała sobie drapiąc go od śrordka i uciskając pod mostkiem nęcąco. Przełknął ślinę, spodziewając się znajomego metalicznego posmaku; pamięć podsunęła mu ostatni oddech, z którym świat stał się wyraźniejszy, i na krótką chwilę poczuł ochotę, żeby spróbować ponownie.
To byłoby takie proste.
Tyle że musiałby się spieszyć. Znów improwizować. Zadowolić tym, co miał przed sobą, zanim zdążył w ogóle dowiedzieć się, komu zamierzał odebrać życie. Nie dobrałby do tego idealnej sztuki, bo Elena miała rację przynajmniej w jednym: nie wiedział, kim była. Znał jej taniec, imię i kilka zdań wypowiedzianych ze strachem, któremu uparcie nie pozwalała pochylić sobie głowy.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy.
Piękno potrafiło zatrzymać go na długo, ale znał już moment, w którym zaczynało powszednieć. Przychodził zawsze, choć nigdy nie wtedy, kiedy byłby gotów go przyjąć. Z czasem pozostawały jedynie znajome proporcje, rysy, które umiałby odtworzyć z pamięci, i coraz większe znużenie własną niemożnością poczucia czegokolwiek więcej. Nie wiedział jeszcze, jak szybko spowszedniałaby mu ona.
Jej sposób myślenia pozostawał mniej dostępny. Musiałby dać jej czas, posłuchać, pozwolić powiedzieć coś poza argumentami za własnym ocaleniem. Dopiero wtedy mógłby sprawdzić, czy poza urodą rzeczywiście znajdowało się w niej coś, przy czym zechciałby pozostać.
To brzmiało kusząco.
— Veni, vidi — powiedział, ruszając w jej stronę powoli, nazywając obie jej winy i przywołując je w tak dobrze znanych słowach. Dłoń, w której dzierżył narzędzie zbrodni uniosła się dopiero wtedy, kiedy znalazł się blisko. — Vici. — Z tym hasłem ostrze wbiło się w drzwi obok jej szyi, rozmijając się z nią o niemal niewidoczne elementy. Pozostawił palce na rękojeści i pochylił głowę, odnajdując jej oczy z tej niewielkiej już odległości; kciuk odstawił na tyle, by pogładzić nim puls pracujący pod jej skórą.
Decyzja, która układała się w nim, była nieprzewidywalna, a przez to tak ekscytująca. Dlatego był tak bardzo skłonny jej ulec.
Wygrała. Wygrała jego uwagę.
— Nie chcesz umierać — odezwał się cicho, przechylając nieznacznie głowę. — Ale jednocześnie, kiedy cię zobaczyłem, wyglądałaś, jakbyś już oczekiwała na tę śmierć. — Przesunął spojrzeniem po jej twarzy. — Które jest silniejsze teraz? — Drewno drzwi zarzęziło nieznacznie, kiedy ostrze przesunęło się po nim, zaraz składając zimny pocałunek stali na skórze, do której się przysunęło.
Killing you will be one of my finest works
Nie przestawało go jednak zastanawiać, dlaczego tak uparcie wracała do możliwości, że ktoś mógł go po nią przysłać. Obcy akcent najwyraźniej czegoś dowodził; pozwalał jej odsunąć od siebie jedną obawę, chociaż nadal stała przy drzwiach z palcami wbitymi w drewno.
Nie zapytał jednak, kogo się spodziewała.
Pozostawił sobie tę niewiedzę, podobnie jak kilka wcześniejszych słów, które nie całkiem pasowały do tej konkretnej sytuacji. Było ich już odpowiednio dużo, żeby chciał do nich wrócić. Tak zazwyczaj zaczynała się j e g o ciekawość; musiał samodzielnie nadać jej kierunek, wybrać szczegół i poświęcić mu uwagę, zanim czasami pojawiało się coś, co mogłoby go przy nim zatrzymać. Zainteresowanie rzadko przychodziło samo, a jeśli już to bywało zbyt słabe, blado odczuwalne jak reszta emocji, które miał w osie nosić.
Spojrzenie przesunął na jej usta, kiedy stwierdziła, że jej nie potrzebował.
— Nie potrzebowałem — poprawił spokojnie. To była znacząca różnica bo jeszcze te kilka chwil wcześniej mógł faktycznie skończyć to, po co przyszedł, nie wiedząc nawet, że znajdowała się w sąsiedniej garderobie. Anastasia mu w zupełności wystarczała. Wtedy. Jej obecność, ciało, wszystko to, czemu przez ostatnie dni poświęcał uwagę i co ostatecznie przestało mu jej odpłacać. — I nie musiałaś.
Dopóki nie otworzyła drzwi – od tamtej chwili sytuacja wyglądała inaczej, choć widocznie wolała nadal rozpatrywać ją tak, jakby można było po prostu cofnąć ten szczegół i uznać za niebyły. Wyjść, jak gdyby nigdy nic i pozostawić go przy Romanovej, tak jak powinno być.
Przez moment zastanawiał się, czy rzeczywiście mogłaby tak zrobić. Zostawić ją, tak po prostu, z jego twarzą, głosem, obrazem Anastasii na podłodze. Tyle, że wtedy musiałby powierzyć jej coś, nad czym dotąd miał całkowitą kontrolę.
Rozsądniej byłoby ją zabić.
Ta myśl pojawiła się już na początku świadomości obecności kobiety w pokoju; i ta myśl od początku budziła w nim głód; przypominała sobie drapiąc go od śrordka i uciskając pod mostkiem nęcąco. Przełknął ślinę, spodziewając się znajomego metalicznego posmaku; pamięć podsunęła mu ostatni oddech, z którym świat stał się wyraźniejszy, i na krótką chwilę poczuł ochotę, żeby spróbować ponownie.
To byłoby takie proste.
Tyle że musiałby się spieszyć. Znów improwizować. Zadowolić tym, co miał przed sobą, zanim zdążył w ogóle dowiedzieć się, komu zamierzał odebrać życie. Nie dobrałby do tego idealnej sztuki, bo Elena miała rację przynajmniej w jednym: nie wiedział, kim była. Znał jej taniec, imię i kilka zdań wypowiedzianych ze strachem, któremu uparcie nie pozwalała pochylić sobie głowy.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy.
Piękno potrafiło zatrzymać go na długo, ale znał już moment, w którym zaczynało powszednieć. Przychodził zawsze, choć nigdy nie wtedy, kiedy byłby gotów go przyjąć. Z czasem pozostawały jedynie znajome proporcje, rysy, które umiałby odtworzyć z pamięci, i coraz większe znużenie własną niemożnością poczucia czegokolwiek więcej. Nie wiedział jeszcze, jak szybko spowszedniałaby mu ona.
Jej sposób myślenia pozostawał mniej dostępny. Musiałby dać jej czas, posłuchać, pozwolić powiedzieć coś poza argumentami za własnym ocaleniem. Dopiero wtedy mógłby sprawdzić, czy poza urodą rzeczywiście znajdowało się w niej coś, przy czym zechciałby pozostać.
To brzmiało kusząco.
— Veni, vidi — powiedział, ruszając w jej stronę powoli, nazywając obie jej winy i przywołując je w tak dobrze znanych słowach. Dłoń, w której dzierżył narzędzie zbrodni uniosła się dopiero wtedy, kiedy znalazł się blisko. — Vici. — Z tym hasłem ostrze wbiło się w drzwi obok jej szyi, rozmijając się z nią o niemal niewidoczne elementy. Pozostawił palce na rękojeści i pochylił głowę, odnajdując jej oczy z tej niewielkiej już odległości; kciuk odstawił na tyle, by pogładzić nim puls pracujący pod jej skórą.
Decyzja, która układała się w nim, była nieprzewidywalna, a przez to tak ekscytująca. Dlatego był tak bardzo skłonny jej ulec.
Wygrała. Wygrała jego uwagę.
— Nie chcesz umierać — odezwał się cicho, przechylając nieznacznie głowę. — Ale jednocześnie, kiedy cię zobaczyłem, wyglądałaś, jakbyś już oczekiwała na tę śmierć. — Przesunął spojrzeniem po jej twarzy. — Które jest silniejsze teraz? — Drewno drzwi zarzęziło nieznacznie, kiedy ostrze przesunęło się po nim, zaraz składając zimny pocałunek stali na skórze, do której się przysunęło.
Killing you will be one of my finest works