Wonderfully scary and pleasantly hairy. Delightfully? Very
: wt lis 03, 2026 5:16 pm
Gdyby jakikolwiek psychiatra obserwował teraz Cross, pewnie natychmiast związałby ją w kaftan. Nic dziwnego. Kto normalny patrzy z taką dozą czułości na kogoś, kto powiedział, że mu się podoba, bo wygląda, jakby mogła kogoś zabić gołymi rękami? Prescott też zresztą powinni zgarnąć na dokładkę za takie preferencje. Na szczęście po domu strachów nie szlajał się żaden lekarz i były całkowicie bezpieczne w swoim delulu. Psychiatra może uznałby nawet, że Prescott należy się zamknięcie w izolatce, skoro uważała, że cały wyjazd do Salem nie był skrojony pod nią, ale już pal to sześć. Wciąż nich tych kretynek przecież nie ubezwłasnowolnił.
Odpowiedź w kwestii Rączki jej podpasowała. Od razu uniosła wyżej podbródek, dumna, że jej dwie sprawne ręce tak bardzo odpowiadają Ruelle. Zakładała, że miała dużo lepsze dłonie niż facet, który odgrywał tutaj Rąsię, więc było jej miło, że Prescott wychodziła z podobnego założenia... a przynajmniej taki kit próbowała jej wciskać. Cross nie miała jednak siły się nad tym bardziej zastanawiać.
Z River zdecydowanie było wszystko w porządku. Dobra, to chyba nie jest prawda. River czuła się bardzo w porządku. O, tak lepiej. Nie skupiała się na minusach tego, że żyła w toksycznej i przemocowej relacji. Wolała myśleć wyłącznie o plusach tego wszystkiego, a o dziwo było ich całkiem sporo. Nie chciała więc żadnej pomocy ani próby ratowania jej. Chciała po prostu zostać przy Ruelle. Ruszyły więc w dalszą drogę, bo naprawdę chciały zaliczyć cały dom, zanim zaliczą siebie.
Szkoda, że nie da się patrzeć na świat przez różowe okulary cały czas. Czasem jednak coś przykrego musiało się wydarzyć i trzeba było cierpieć. Tym razem padło na krzywdę Marcelka. Cross po raz kolejny miała złamane serce! Tym razem jednak nie przez Ruelle, tylko jej fagasa. Znaczy nie jej fagasa, tylko fagasa Wednesday. Znaczy też nie do końca... mniejsza z tym. Tragedia to tragedia.
— No jak bez klatki piersiowej? — Spojrzała zaskoczona na stojącą obok studentkę medycyny. — Aaa, w sensie, że mam się z nim przelizać? No dobra. — Olśniło ją po chwili i już unosiła Marcelka, żeby skosztować jego gipsowych ust, gdy dostrzegła lecącą w jej stronę Środę. Niewiele myśląc wypuściła przyjaciela z dłoni i spróbowała złapać swoją dziewczynę. Szkoda tylko, że miała taki otępiony refleks i o mało sama nie zaliczyła wywrotki. Objęła mocno Prescott i cofnęła się o kilka kroków, prawie gubiąc po drodze nogi. Ważne jednak, że obie ustały w pozycji pionowej.
— Żyjesz? — zapytała, spoglądając na swoją partnerkę z troską. Kompletnie wyleciał jej z głowy Marcelek, a raczej jego resztki, które leżały teraz podeptane przez nią na podłodze. Ujęła twarz Rue w dłonie i przyjrzała jej się uważnie, szukając uszkodzeń. Na szczęście była cała i zdrowa. Skinęła głową zadowolona i puściła ją przodem przez kolejne drzwi.
Weszły do wąskiego, długiego korytarza, na którego końcu znajdowały się kolejne drzwi. Nie ma co się zastanawiać, trzeba iść przed siebie. Ruszyły się one i ruszyły się też ściany. To akurat było dziwne. Cross zamrugała, próbując zrozumieć, co z tą sytuacją jest nie tak. Czemu nagle zaczęło robić się tak jakoś duszno?
— To my rośniemy czy ściany są coraz bliżej? — zapytała idącą przed nią Środę, zatrzymując się w miejscu i przyglądając się w zamyśleniu własnym, poplamionym dłoniom.
Odpowiedź w kwestii Rączki jej podpasowała. Od razu uniosła wyżej podbródek, dumna, że jej dwie sprawne ręce tak bardzo odpowiadają Ruelle. Zakładała, że miała dużo lepsze dłonie niż facet, który odgrywał tutaj Rąsię, więc było jej miło, że Prescott wychodziła z podobnego założenia... a przynajmniej taki kit próbowała jej wciskać. Cross nie miała jednak siły się nad tym bardziej zastanawiać.
Z River zdecydowanie było wszystko w porządku. Dobra, to chyba nie jest prawda. River czuła się bardzo w porządku. O, tak lepiej. Nie skupiała się na minusach tego, że żyła w toksycznej i przemocowej relacji. Wolała myśleć wyłącznie o plusach tego wszystkiego, a o dziwo było ich całkiem sporo. Nie chciała więc żadnej pomocy ani próby ratowania jej. Chciała po prostu zostać przy Ruelle. Ruszyły więc w dalszą drogę, bo naprawdę chciały zaliczyć cały dom, zanim zaliczą siebie.
Szkoda, że nie da się patrzeć na świat przez różowe okulary cały czas. Czasem jednak coś przykrego musiało się wydarzyć i trzeba było cierpieć. Tym razem padło na krzywdę Marcelka. Cross po raz kolejny miała złamane serce! Tym razem jednak nie przez Ruelle, tylko jej fagasa. Znaczy nie jej fagasa, tylko fagasa Wednesday. Znaczy też nie do końca... mniejsza z tym. Tragedia to tragedia.
— No jak bez klatki piersiowej? — Spojrzała zaskoczona na stojącą obok studentkę medycyny. — Aaa, w sensie, że mam się z nim przelizać? No dobra. — Olśniło ją po chwili i już unosiła Marcelka, żeby skosztować jego gipsowych ust, gdy dostrzegła lecącą w jej stronę Środę. Niewiele myśląc wypuściła przyjaciela z dłoni i spróbowała złapać swoją dziewczynę. Szkoda tylko, że miała taki otępiony refleks i o mało sama nie zaliczyła wywrotki. Objęła mocno Prescott i cofnęła się o kilka kroków, prawie gubiąc po drodze nogi. Ważne jednak, że obie ustały w pozycji pionowej.
— Żyjesz? — zapytała, spoglądając na swoją partnerkę z troską. Kompletnie wyleciał jej z głowy Marcelek, a raczej jego resztki, które leżały teraz podeptane przez nią na podłodze. Ujęła twarz Rue w dłonie i przyjrzała jej się uważnie, szukając uszkodzeń. Na szczęście była cała i zdrowa. Skinęła głową zadowolona i puściła ją przodem przez kolejne drzwi.
Weszły do wąskiego, długiego korytarza, na którego końcu znajdowały się kolejne drzwi. Nie ma co się zastanawiać, trzeba iść przed siebie. Ruszyły się one i ruszyły się też ściany. To akurat było dziwne. Cross zamrugała, próbując zrozumieć, co z tą sytuacją jest nie tak. Czemu nagle zaczęło robić się tak jakoś duszno?
— To my rośniemy czy ściany są coraz bliżej? — zapytała idącą przed nią Środę, zatrzymując się w miejscu i przyglądając się w zamyśleniu własnym, poplamionym dłoniom.
Ruelle I. Prescott10. Przechodzicie przez wąski korytarz, gdy nagle ściany po obu stronach gwałtownie się do Was przybliżają (są przesuwane przez obsługę), ściskając Was w mroku.