Zrobiłby to znowu, pieprzył się z nią dopóki by im się nie znudziło. A może nigdy?
Agresywnie, dziko, i z tą miłością, którą nosili w sercach. Z tym jak ich głowy fiksowały się na sobie nawzajem, jak nie myśleli o niczym innym, tylko o sobie.
I kiedy to przyjemne uczucie spełnienia jeszcze rozchodziło się po jego ciele, kiedy ciemne spojrzenie wodziło po jej oczach, które błyszczały niesamowicie, po drżących wargach i ociekających wodą piersiach, do których lepiły się czarne kosmyki, to Madox wyrwał się do niej znowu.
Chciałby jeszcze raz, a potem kolejny i następny.
Chciałby już zawsze.
A kiedy jej palce sunęły po jego skórze, w tych czułych gestach, kiedy go głaskała, nie drapiąc i nie gryząc, to on też przytulił się do niej inaczej. Inaczej spojrzał w jej duże, piękne oczy.
Z miłością.
A zaraz nawijał jej, że co ona zrobiła i jaka była. W słowach, które płynęły prosto z serca, prosto z tej zakręconej na niej głowy. Gdzie już nie siedziało nic innego, tylko ona.
A kiedy to powiedziała, że
z nikim nigdy nie było jej tak dobrze, jak z nim, to oczy mu zabłyszczały i znowu się do niej szarpnął, znowu musnął wargami jej pełne, gorące usta, zaczepnie. Czarne wciąż spojrzenie utkwił w jej oczach, a kącik jego ust uniósł się do góry.
-
No ja myślę... A to jeszcze wiesz, umiem jeszcze inaczej - zaczepił ją przysuwając się do niej bliżej, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie -
później ci pokażę - no tak, bo teraz musiał dać sobie chwilę. Ale zaraz...
Ale trochę później, mogli przecież zrobić to znowu, i jeszcze raz i jeszcze.
I zamieszkać na tym kamieniu.
I może Madox nawet nawijałby jej o tym, ale zamknęła mu usta kolejnymi pocałunkami, a on zamruczał łasząc się do niej. Znowu przypierając ją do skały. Znowu się uśmiechając, na jej kolejne słowa.
Nie chcę, żebyś kiedykolwiek przestawał.
On też nie chciał.
-
Najlepszy deser na świecie - mruknął patrząc jej głęboko w oczy, a zaraz znowu całował jej usta, długo, głęboko, w takim pocałunku, który miał zawrócić w głowie. W tej jego robił istny rozpierdol. Smak jej ust, który w mózgu lokował się obok mango. Jego palce błądziły chaotycznie po jej wilgotnej skórze, badały ją pewnie. A kiedy się od siebie oderwali, a Pilar schodziła pocałunkami po jego żuchwie i szyi, to on... No przecież, że nawijał jej dalej.
Żeby była jego. Na zawsze.
A kiedy się z nim zgodziła, kiedy przyznała, że
zawsze będzie, to się uśmiechnął. I dopiero ta jej poważna mina sprawiła, że on też złapał w płuca więcej powietrza. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale kiedy Stewart się odezwała, kiedy mówiła tak pięknie o tym, co do niego czuła, to się zamknął. Sięgnął do jej dłoni, żeby przesunąć nią po swoim brzuchu, na klatkę piersiową, żeby ułożyć ją na swoim sercu, na tatuażu z
dzikim, ale dzielnym lwem. Ciemne spojrzenie nieprzerwanie wpatrywało się w jej piękne, duże oczy.
-
To tak, jak twoje, w moim - wtrącił się jej -
przez ciebie tak szaleńczo bije, i dla ciebie - oparł palce na jej dłoni na swoim sercu. Rzeczywiście waliło w piersi tak, że mogła to czuć pod opuszkami, te
dzikie uderzenia. Na jej kolejne słowa przewrócił oczami, ale się znowu uśmiechnął, no by chyba było już zbyt poważnie i musiał zażartować -
o kurwa... To tak jak Państwo Flores, tylko nie każ mi na starość chodzić do kościoła - nawiązał do tego, jak jako dzieci zastanawiali się ile lat mogą mieć Floresowie, chyba ze sto, ocenili to wtedy. O kościele też wtedy rozmawiali, że wymarzona dziewczyna Noriegi nie każe mu tam chodzić.
A dzisiaj jego wymarzona dziewczyna stała przed nim.
A zaraz się okazało, że jego przyszła żona.
Jakoś szybko to u niech ewoluowało, wczoraj rano się jeszcze nie trawili, potem przyszło instynktownie to, że stawali za sobą murem, a potem wyznali sobie całą prawdę i te wszystkie uczucia. Dzisiaj rano skonsumowali je na tej skałce, a jutro...
Nikt nie wiedział co będzie jutro, ale może już będą małżeństwem.
Na dobre i złe.
-
Ja też - zdążył jeszcze jej powiedzieć, zanim zamknęła mu usta pocałunkiem, agresywnym, głębokim, takim, który sprawiał, że znowu mruczeli sobie w usta. Gubili wszelkie wątpliwości...
Jakie wątpliwości?
Może mieli po osiemnaście lat, i nie znali jeszcze życia, ale przecież tego byli pewni, że chcieli przez nie iść razem. Nawet jakby mieli dalej uciekać. Wstąpić do akademii policyjnej, zostać aktorem, czy gangsterem. Byle tylko razem.
Biedne dzieciaki.
Zapatrzeni w siebie i zatraceni w pocałunkach do tego stopnia, że nawet nie zauważyli ile czasu tu spędzili. Zdecydowanie więcej niż mieli, bo potem jeszcze musieli szukać bokserek Noriegi, które wylądowały gdzieś za skałą. I stanika Pilar, za którym Madox kilka razy nurkował. W końcu jednak ruszyli do vana trzymając się za ręce.
-
Sorry, trochę nam zeszło i... - uraczyli ich opowieścią o oświadczynach i chociaż Juan i Sofia na początku trochę się krzywili, to później jednak życzyli im wszystkiego dobrego i gratulowali. Oczywiście Madox zapewnił ich, że jak tylko w Bonawenturze
wpadną do rodziny Pilar i pożegnają się z babcią, to się z nimi zdzwonią. Zapisał ich numer w telefonie Rosy, na który wciąż dobijał się Tio, ale Madox go w końcu zablokował. Przez chwilę chciał przejrzeć komórkę swojej byłej, te wszystkie wiadomości, o których mówiła mu Stewart, ale finalnie wyczyścił skrzynkę odbiorczą w żadną nie wchodzą, bo przecież ten rozdział swojego życia zostawiali już za sobą. Teraz tworzyli zupełnie nowy...
We dwoje.
Droga minęła im szybko, pogadali z Juanem i Sofią, chłopaki trochę o piłce, a dziewczyny... pewnie o chłopakach. Bo raczej nie o kosmetykach. Madox jeszcze pokazał Pilar sms od Marie, który był skierowany do niej. Czyli co?
Ticiano już rozpowiedział wszystkim, że miała telefon Rosy? Marie przepraszała, że to tak wyszło. Nie rozpisywała się za bardzo i chociaż Stewart chciała od razu jej odpisać, to Madox schował telefon do kieszeni.
-
Potem do niej zadzwonimy - stwierdził, chociaż czuł na tyłku, jak telefon jeszcze wibruje, ale go już nie sprawdzał.
Juan i Sofia wyrzucili ich w Bonawenturze niedaleko szpitala. Ale przecież oni się tam wcale nie kierowali, więc usiedli sobie gdzieś na krawężniku, z ich nowym plecakiem i telefonem Rosy w dłoni. Madox w pierwszej kolejności kliknął w jakieś zdjęcie, które ktoś jej wysłał, odruchowo, a kiedy zaatakował ich jakiś dickpick, to się skrzywił.
-
Ja pierdole... Chciałem ci coś pokazać, ale nie to zdjęcie - obejrzał się na Pilar, która zerkała mu przez ramię, a zaraz prezentował jej na telefonie jakieś domki przy plaży -
może zamiast hotelu weźmiemy sobie taki domek? Są trochę droższe, ale... Stary Noriega stawia - objął ją ramieniem przytulając do siebie, kiedy palcem sunął po ekranie pokazując jej inne zdjęcia malowniczych domków.
Tymczasem... Stary Noriega już dowiedział się, co zrobił jego syn. Już porozmawiał z Esme i przy pomocy pięści wymusił na niej, żeby powiedziała mu co wydarzyło się w nocy.
A do tego umówił się ze swoim siostrzeńcem. Ticiano. Najlepszy przyjaciel Madoxa, przecież musiał coś o nim wiedzieć...
A oni w błogiej niewiedzy, na krawężniku, z plecakiem, oglądając noclegi nad morzem. Dzieciaki na wakacjach. Najpiękniejszych w życiu.
Mi corazón se está volviendo loco por ti ﮩ٨ـﮩﮩ٨ـ
ﮩ٨ـﮩﮩ٨ـ