Strona 11 z 11

Rozdział III. Too late, still you.

: pn wrz 28, 2026 7:04 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox nie miał podejścia do dzieci, a przynajmniej zawsze tak myślał, bo on sam był trochę jak duże dziecko, ale... może dlatego dobrze się z nimi dogadywał? Zaraz był ich najlepszym kolegą, nie nudnym dorosłym, tylko kimś, z kim można było się bawić i szaleć. I Amra też chyba widziała w nim takiego kompana do zabaw, pokazując mu coraz to nowsze tatuaże.
A kiedy pokazała ten dla Pilar, to Noriega nie mógł się powstrzymać, żeby do niej nie sięgnąć, chociaż kiedy jej plecy zderzyły się z jego torsem, a jej tyłek zaparł się na jego kroku, to aż wypuścił ciężko powietrze z płuc, gdzieś w jej kark.
Kurwa.
Sięgnął ręką do jej brzucha, wytatuowane palce zmarszczyły cienki materiał jej koszulki, podwijając go i odsłaniając kawałek, smagłej, gorącej skóry. I to był kurwa kolejny błąd, bo kiedy Pilar naparła na niego tyłkiem, zakręciła biodrami, to Madox aż stęknął w jej kark. To on miał ją pozaczepiać i prowokować, a teraz co? Sam się na nią nakręcał, kiedy ułożyła dłoń na jego ręce, przesunęła nią wyżej, przez żebra i piersi, gdzie pod palcami wyczuł wypukłość jej sutków, na szyję. Oddech mu przyspieszył, mogła to czuć na odkrytym ramieniu, a na plecach to jak waliło mu serce, obijając się pod tatuażem z dzikim lwem. Zacisnął wytatuowane palce mocniej na jej gardle, tak, że musiała złapać w płuca więcej powietrza, musnął skórę na jej szyi kciukiem.
- Idealnie - mruknął jej do ucha i naprawdę musiał walczyć ze sobą, żeby jej do siebie nie odwrócić, nie szarpnąć i nie zamknąć w swoich ramionach. Powstrzymywało go jedynie czujne, ciemne spojrzenie Amry, która może wcale nie załapała jakie kosmate myśli teraz krążyły im po głowach, ale przecież ich obserwowała i gdyby posunęli się dalej...
Ale nie posunęli, bo Pilar już odpychała go od siebie. Madox wypuścił ciężko powietrze nosem, odchylił do tyłu głowę kręcąc nią na boki, starając się zrzucić z karku to nieznośne napięcie.
W końcu zapakowali się z powrotem do samochodu. I ruszyli w dalszą podróż, a Amra zaraz zagadywała Noriegę o te cukierki, które przecież miał. Trzy paczki. Madox jednak podszedł do tego na luzie i wybrnął wręczając dziewczynce paczkę gum do żucia, rozpuszczalnych, o smaku mango. Pilar też dał cukiereczki, które wybrała, a właściwie to sama wyszarpnęła mu paczkę, a kiedy czytała instrukcję, to Madox nie odrywał od niej spojrzenia.
- Cztery godziny... To może być długa noc - powtórzył po niej i zaraz wywrócił oczami, a potem specjalnie sięgnął do swojego krocza, żeby poprawić spodnie, kiedy spojrzenie Pani Wyatt (ech) padło na niego - jakbyś dała mi znać, że masz takie myśli, to może jakoś inaczej bym to rozplanował? - oczywiście, że ją zaczepiał, bo zdawał sobie sprawę, że nie sięgnęła po te tabletki świadomie, ale no musiał, zwłaszcza, że widział jak zakręciła się na fotelu, a zaraz sięgała do zapięcia kurtki. Madox oparł palce na kierownicy, tak jak go poprosiła, kiedy się rozbierała, przytrzymał ją, chociaż jego spojrzenie zamiast wisieć na przedniej szybie, to bezczelnie uciekało do niej. Ale później nawet ładnie wyminął jakiś samochód, a kiedy zabierał rękę to przecież znowu musiał zaczepić kolano Pilar.
- Ciekawe czy też mo... - nie dokończył, bo Amra krzyknęła, że te gumy są pyszne, więc Madox znowu odwracał się do tyłu, żeby wziąć od niej jedną dla siebie, i drugą dla mamy.
Oczywiście, że kurwa czuł tą napiętą atmosferę między nimi, można ją było kroić nożem. A Madox postanowił to jeszcze podsycić, zaczepiając usta Pilar kciukiem, a ona... wcale nie pozostała mu dłużna, zgarniając jego palec w usta, obejmując go gorącymi, pełnymi wargami, a Noriega wsunął go głębiej, zagapił się na nią, na te piękne, duże oczy skupione na drodze. A kiedy przesunęła paznokciami po jego udzie, to mruknął mimowolnie, jak dziki kot. I dopiero kiedy Pilar się szarpnęła to przywróciła go do porządku.
- Kurwa... - stęknął cicho, ale tak, żeby Amra go nie słyszała, opadł plecami na oparcie, a głowę wbił w zagłówek fotela.
Widział spojrzenie Pilar, jego było już praktycznie czarne. Nawet nie słuchał jak dziewczynka pytała swojej mamy o cukierka. Potem kręcił się na fotelu równo z Amrą, oboje z niedoczekania. Tylko ona już chciała koniec podróży, a Madox...
Temat zszedł na bajki i oczywiście Noriega już opowiadał o tych o dzielnym kogucie Panchito, a dziewczynka o jakiś łowczyniach demonów. Potem słodycze i kolejny przystanek, gdzie Madox musiał pozaczepiać Pilar pytając ją co jeszcze ma dokupić na ich czterogodzinną randkę. Skończyło się tak, że Amra ich prawie przyłapała, a Madox żeby odwrócić jej uwagę poszedł z nią na automaty z kulkami. Wylosowała jakiś odpustowy pierścionek, który był na nią za duży, więc wcisnęła go Noriedze na mały palec i glutowatą łapkę, którą już chyba dwanaście razy strzeliła mu w głowę, kiedy miała swój atak nudzi mi się mami. Madox ledwo to wytrzymał, palce zaciskał mocno na swoim pasie, ale jednak wziął przykład z Pilar, chociaż kiedy dziewczynka ucichła, a Noriega obejrzał się do tyłu i zobaczył, że padła. Drzemała z główką zawieszoną na klatce piersiowej, to spojrzał na Panią Wyatt.
- Jak ty to kurwa wytrzymujesz? Ja bym ją wysadził gdzieś w lesie... - bo on wcale nie był cierpliwy. Ale może by się tego nauczył? Gdyby miał szansę? Może nawet to on by był tym bardziej cierpliwym rodzicem?
Pilar jednak w tym samym czasie wypaliła z tym pytaniem o Bonaventurę. Przecież Madox widział jak się spięła, zaraz sięgnął do jej uda, oparł na nim rękę.
- A to źle, czy dobrze? Nie chcesz tam jechać? Z tego co pamiętam to ładna tam była plaża - Madox to zawsze taki był, że starał się pamiętać te dobre rzeczy, a złe wywalać z głowy. Co prawda był przy tym mściwy i chciał odpłacić Carlosowi, za to co ich spotkało, ale... nie rozdrapywał ran.
Mogli po prostu pochodzić po tej ładnej plaży i pokazać ją Amrze, pokąpać się w oceanie i zbudować zamek z piasku. Mogli?
Widział jak Pilar mocniej zacisnęła palce na kierownicy i on też zaraz do niej sięgnął - zjedź - rzucił, a potem sam szarpnął za kółko w kierunku pobocza, tak, że Pani Wyatt musiała dać po hamulcach. A kiedy zjechała zatrzymując się na poboczu, to Madox zaraz wyskoczył z samochodu, trzasnął lekko drzwiami, a już po chwili stał przy drzwiach kierowcy, otworzył je i tylko pozwolił Pilar odpiąć pas, a zaraz do niej sięgnął, szarpnął ją do siebie. Zajrzał jeszcze do środka, czy dziewczynka się nie obudziła, ale nie. Wciąż spała słodko, a ślina kapała jej po brodzie na koszulkę. Noriega za to opierał już jej mamę o zamknięte drzwi. Dłonie ułożył na czerwonej karoserii, po obu jej stronach. Czarne spojrzenie wbił w jej piękne, duże oczy.
- Myślałem o tym wszystkim, i nie wiem, ale tam byliśmy najszczęśliwsi, przez chwilę... - bo tak było, ale tam też to wszystko się skończyło. Zostało im zabrane... Ale może teraz mogło się zacząć coś nowego? Jakiś kolejny rozdział w ich życiu? - Chciałem, żebyś tam została moją żoną i żebyśmy tam zamieszkali - chciał. Oboje tego chcieli. Ale kiedy to było... Od tej pory wszystko się spierdoliło. A Pilar była już żoną Galena Wyatta i to z nim mieszkała - możemy jeszcze zawrócić - stwierdził nagle Madox, jeszcze dając jej wybór. Jeszcze jedną szansę, żeby jednak wyjebała go ze swojego życia. Mogła.
Mogła spróbować, bo on już przysunął się do niej bliżej, już jego oddech tańczył na jej policzkach, a kolano bezczelnie wdarło się między jej nogi.

todavía podemos regresar ₊˚⊹ᰔ

Rozdział III. Too late, still you.

: pn wrz 28, 2026 8:52 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Było c i ę ż k o.
Atmosfera w aucie gęstniała z każdą chwilą, niezależnie od tego, co by nie zrobili bądź nie powiedzieli. Było nieznośnie, a każde jedno spojrzenie w oczy tylko pogarszało sytuacje. Pogarszały ją również jego palce na jej wargach i w ustach, kiedy częstował ją cukierkiem, a potem gdy bezczelnie ocierał się o nią na postoju przy okazji kupowania Amrze jakiś pieprzonych gniotów. Wisienką na torcie i to już wcale tą nie pozytywna okazała się jednak dziewczynka, która zaczęła się nudzić i za nic nie chciała uspokoić. Krzyki, płacze, walenie w fotel… dla Pilar nic nowego, jednak Noriega przeżywał chyba swój pierwszy szok rodzicielski. Spoglądała na niego raz po raz, zastanawiając się, co właśnie siedziało w jego głowie. Pierdolone piętnaście minut t o r t u r, bo inaczej nie dało się tego nazwać.
Ale jakoś przetrwali.
A kiedy spytał ją, jak ona to wytrzymywała, Wyatt tylko prychnęła głośno.
— Kwestia czasu — wzruszyła ramionami, poprawiając tylne lusterko i przy okazji przyglądając się smacznie pochrapującej już Amrze. — Jakby ci tak wyła każdego dnia przez sześć lat, to też nauczyłbyś się to ignorować — skwitowała, bo taka była prawda. Płacz dzieci dzielił się na dwie kategorie: kiedy naprawdę było im źle i kiedy po prostu coś chciały wymusić. Z początku człowiek reagował na każdy jeden, jakby to była najważniejsza potrzeba na świecie, dopiero z czasem uczył się dystansu i odróżnienia krzywdy od po prostu krzyku o atencje.
Szczególnie przy Amrze.
Narwaństwo miała po starym. Nie potrafiła dłużej niż kilka chwil wysiedzieć w jednym miejscu i wszędzie musiało być jej pełno, zupełnie jak Madoxa, dlatego nudziła się o wiele szybciej niż przeciętne dzieci, a Pilar… cóż, musiała się po prostu na to uodpornić. Całe szczenię plusem takiego darcia było to, że po kilkunastu minutach dopadało ją zmęczenie i zasypiała, a wtedy to już tylko błoga cisza… No prawie błoga, bo Pilar nie była w stanie się powstrzymać, by nie zacząć tematu Buenaventury.
Wzruszyła ramionami, gdy spytał czy to dobrze czy źle.
Sama nie wiedziała.
Miała w sobie tak skrajne emocje, że autentycznie nie była pewna, które przewyższały nad innymi. Czy może jednak te dobre wspomnienia, gdzie byli najszczęśliwsi na całym jebanym świecie, gdy pieprzyli się na środku drogi i w klubowych kiblach, czy może jednak to jak ostatni raz zaglądała mu w oczy. Jak krzyczała jego imię, a oni nawet nie pozwolili jej się z nim pożegnać. Po prostu ich rozdzielili. Teraz o tym pomyślała i jak na zawołanie się spięła, co oczywiście, że nie uszło jego uwadze. Kto jak kto, ale Noriega akurat zawsze nienagannie wyłapywał te drobne zmiany w jej zachowaniu.
Zjedź.
— Co? — wyrwała się z zamyśleń, patrząc na niego zaskoczona. — Nie… — nawet nie dokończyła, bo on już szarpał za kierownice. — Co ty kurwa robisz?! — warknęła na niego, oczywiście przyciszonym tonem, bo dziecko spało im na tylnym siedzeniu i chyba żadne z nich nie chciało, żeby się obudziło.
Pilar zgromiła go wzrokiem. Jaja sobie kurwa robił? Przecież takie zachowanie było skrajnie niebezpieczne. Takie zabawy mogli praktykować, kiedy byli sami, a nie z córką z tyłu. Miała świadomość, że Noriega nie miał w sobie jeszcze tego ojcowskiego pomyślunku, ale kurwa musiał go z siebie wykrzesać, jeśli chciał dowieźć je w jednym kawału. Nawet miała mu to powiedzieć, ale nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, on już otwierał drzwi od strony kierowcy i szarpał ją w górę jak jakąś szmacianką lalkę.
Czuła, jak jej tyłek zderza się z twardą karoserią, a jego ręce odcinają jej możliwość wykonania jakiegokolwiek ruchu. Serce zabiło mocniej, podczas gdy oczy niezmiennie wpatrzone były w te jego. Ciemne. Kurewsko ciemne i pełne różnych myśli.
Myśli, którymi zaraz zaczął się z nią dzielić.
O tym, jak kiedyś byli tam najszczęśliwsi.
Jak chciał, żeby to własne tam została jego żoną.
Żeby zamieszkali w domku na plaży i byli szczęśliwi.
Po prostu szczęśliwi.
I chociaż Pilar pamiętała Buenaventurę za setkę innych, o wiele gorszych rzeczy, tak w tamtej chwili, patrząc w jego oczy, czując jego zapach w nosie i dotyk na skórze, przeniosła się na moment do chwil, które wspominał. To tej pięknej, nastoletniej beztroski, tego jak cieszyli się każdym dniem, jak nie istniało dla nich pojęcie niemożliwe. Bo mieli siebie. Na zawsze. Na dobre i na złe. A potem zło jednak wygrało.
Możemy jeszcze zawrócić…
— Nie — warknęła, przerywając mu w pół słowa, przez okazji zaciągając się jego bliskością, która powoli kompletnie ją otumaniała. Pozwoliła mu wedrzeć się między uda kolanem, sama dociskajac się do niego jeszcze bardziej, dłonie zaciskając na ciemnej kurtce. — Nie chce wracać — mógł słyszeć w jej głosie pewność. Co do tego akurat nie miała żadnych wątpliwości.
— Chce spędzić z tobą te dwa dni — wyznała w końcu, szarpiąc go jeszcze bardziej w swoją stronę. — Mieć cię blisko… — tak mocno, że klamra jego paska wbiła się jej w brzuch, a klatka piersiowa obiła o chaotycznie unoszący się już biust. — Dotykać cię… — bezczelnie wdarła się chłodnymi palcami pod materiał koszulki i odnalazła zarysowane pod skórą mięśnie brzucha. Przesunęła po nich paznokciami, podczas gdy jej biodra zakręciły kółka na jego udzie. A potem wyprężyła się wyżej, zawisając tuż nad jego ustami. — Całować…— wyszeptała praktycznie w jego wargi, na które spuściła wygłodniałe spojrzenie. Czuła jak wszystko się w niej spina, jak kurwa świeżbi ją by po prostu po to sięgnąć. Wziąć co jej. Myślała o nim, o tym, przez całą noc i odkąd po nie przyjechał. Nie mogła kurwa wybić sobie z głowy smaku jego ust. — Kurwa, nie masz pojęcia, jak bardzo chce to zrobić.
Madox miał rację.
To tam byli najszczęśliwsi. Tam mieli te swoje wszystkie wzloty, tam zakochali się w sobie na zabój i postanowili, że spędzą ze sobą resztę życie. To tam powstała Amra, która chcąc nie chcąc uczyniła z nich rodzinę. Tak musiała na to patrzeć. Jako powrót do tej dobrej przeszłości. Tej która na samo wspomnienie wywoływała w jej ciele dreszcze, które on bez problemu mógł poczuć na własnych palcach, gdy ją dotykał. Gdy sięgała do jego ust. Błądziła twarzą tuż przy tej jego, nie mogąc się kurwa doczekać aż lada moment pocałuje go do utraty tchu.
I mogła się kurwa pośpieszyć, bo nim zdążyła to faktycznie zrobić, jakieś auto zaparkowało tuż za nimi, a z środka wyskoczył starszy facet, podbiegając do nich, przy okazji zakładając berecik.
— Howdy, Wszystko dobrze?! — spytał zatroskany, a raczej wykrzyczał, sprawiając, że ich wargi zamiast się zetknąć, wyciągnęły się w cienkiej lini w geście irytacji. — Bo chyba nie zatrzymali się państwo prawie na środku drogi, żeby się obściskiwać?! Mogę jakoś pomóc? Czy może trzeba zadzwonić na policję?!

Joder, tengo unas ganas enormes de besarte :stickcri:

Rozdział III. Too late, still you.

: wt wrz 29, 2026 7:17 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
- Dałbym jej wszystko, co by chciała, żeby tylko się zamknęła - czyli Madox chyba jednak byłby tym rozpieszczającym i pozwalającym na wszystko rodzicem. Tym ojcem, który swojej córeczce pozwalał wejść sobie na głowę, bo nie mógł patrzeć na jej łzy, nawet te udawane.
Może nie byłby wcale dobrym ojcem?
Może Galen Wyatt był lepszym? Madox myślał o tym cały czas, gryzło go to gdzieś pod skórą. To, że chciałby być dla Amry ojcem, ale jak? Jak kurwa konkurować z cudownym Wyattem? Kiedy zabrali mu te całe jebane sześć lat, podczas których może by się czegoś nauczył, a tak... To wszystko było dla niego nowe. Jeśli chodzi o Amrę, bo spojrzenie Pilar i to jak się spięła wyłapał od razu. Za często ją obserwował, te drobne zmiany, jej spojrzenie, każdy uśmiech i każde drgnięcie powieki. Znał je... Z kiedyś. I wcale się nie zmieniły. Mimo rozłąki.
Kazał jej zjechać.
- Pilar... - i znowu wypowiadał jej imię w ten charakterystyczny sposób, tak jak zawsze, kiedy już szarpnął do siebie kierownicą. Może nie przed żadnym samochodem, nie mocno, ale wciąż mało rozważnie, biorąc pod uwagę fakt, że z tyłu mieli dziecko. Ale Madox jeszcze nie był do tego przyzwyczajony, do tego, że w tym momencie ryzykował nie tylko swoje bezpieczeństwo, i to Pilar, ale też Amry...
Akurat oni z Panią Wyatt. Ryzyko mieli we krwi, ale ich córka? Pewnie też wyssała je z mlekiem matki. Ale to rodzice powinni jej je zapewnić.
Chyba jednak z Noriegi byłby słaby rodzic.
Nie było jednak czasu dłużej się nad tym zastanowić, bo przecież on już wyskakiwał z samochodu, a zaraz stał nad nią, żeby pociągnąć ją do siebie, oprzeć o czerwoną karoserię, a ciemne spojrzenie wbić w jej piękne, duże oczy. W te oczy, które patrzyły na niego, jakby jeszcze nie do końca wiedziała czego się spodziewać. Ale Madox zaraz jej to wszystko wyjaśnił, nawijał o tym, że Bonaventura była przecież dobrym przystankiem na ich drodze do szczęścia. Ostatnim, ale chuj...
Byli tam szczęśliwi. On najszczęśliwszy w całym życiu. Bo później... już nigdy nie czuł tego samego, co tam. Do niej. Zakochany po raz pierwszy i ostatni.
I teraz znowu to czuł, to jak jego serce w momencie zabiło szybciej. Do niej.
A oczy błysnęły, kiedy kącik jego ust uniósł się do góry, wraz z tym jej nie, które ułożyła na pełnych ustach.
- Ja też nie chcę - szarpnął się do niej, przyciskając ją mocniej do samochodu, opierając o nią, a czarne spojrzenie odszukało jej oczy - chcę spędzić tam z tobą... Z wami, najfajniejsze dwa dni, jakie się da - a kiedy szarpnęła go bliżej, jego klatka piersiowa zaparła się na jej dłoniach, bliżej się nie dało, czuł ją na sobie, każdy jej oddech i to jak klamra jego paska wbijała się w jej brzuch za każdym razem, kiedy on łapał w płuca powietrze - dotykaj - mruczał w jej usta, które już prawie, prawie trącał wargami - całuj - i chciał to zrobić, zamknąć jej pełne, gorące wargi w pocałunku. Jego skóra drżała pod jej dotykiem, a mięśnie spinały się w ten kurewsko przyjemny sposób. Sięgnął do jej podbródka wytatuowanymi palcami, zadzierając jej głowę wyżej, tak, żeby nie mogła mu już uciec. Nabrał w płuca więcej powietrza i gotowy był się nim z nią podzielić, w pocałunku. Takim, który sprawiłby, że zakręciłoby się im w głowach.
On też kurwa tak bardzo chciał to zrobić, że aż go skręcało.
Pochylił się do niej...
Howdy, wszystko dobrze?
Co kurwa. Zanim Madox odwrócił się od Pilar to mogła poczuć na ustach jego ciężki, gorący oddech, to jak wypuścił powietrze z płuc nosem. Jego dłoń ułożyła się na jej biodrze.
- Średnio... - mruknął Noriega i to nawet nie chodziło o to, że coś było nie tak, tylko bardziej o to, że facet przerwał im w takim momencie...
A już prawie, prawie czuł na ustach jej smak.
Kurwa.
Madox pokręcił głową na to jego pytanie, czy może jakoś pomóc.
A zaraz... Amra krzyknęła mami. A Noriega odskoczył od Pilar jak oparzony i... prawie się wpierdolił pod samochód, który ich mijał. Auto zatrąbiło i odbiło w ostatniej chwili, a kierowca na pewno wyklinał ich pod nosem. Facet w bereciku za to złapał się za głowę, a potem za serce.
- O matko ale się obsrałem... - rzucił oddychając ciężko.
Szczerze powiedziawszy Madox też się obsrał. Oparł się o maskę i wbił spojrzenie w Pilar. Bo nagle dotarło do niego, że przecież jego sytuacja była niepewna. Że on jej tutaj obiecywał, że chciał brać udział w życiu Amry, w ich życiu, a jednocześnie zadzierał ze starym Noriegą. I przecież różnie mogło to się skończyć.
Nie powinien ich tutaj zabierać.
A może wystarczyło, żeby dał sobie spokój z zemstą? Sam nie wiedział.
Amra już stukała w okno, żeby jej otworzyli i Pilar musiała sięgnąć do drzwiczek. Dziewczynka płakała, bo też się wystraszyła, facet w bereciku zaczął jakiś lament, że myślał, że już po nim i osierociłby dziecko, i zostawił żonę. A Madox czuł jak serce wali mu w piersi w jakimś szalonym rytmie, spojrzał jeszcze w ciemne oczy Pilar, a potem na Amrę, którą już trzymała na rękach, a zaraz...
- Przepraszam, nie mogę - i jak to powiedział, to skoczył przez rów, a potem wyrwał się gdzieś w szczere pole. Bo kurwa, co on najlepszego robił? Po co wciągał je dwie w to wszystko? Dwie osoby, na których zależało mu najbardziej na świecie? Nie powinien...
Nie mógł. Przesunął wytatuowanymi palcami po krótkich, szorstkich włosach. Facet w bereciku popatrzył za nim.
- To chyba jakiś szok - stwierdził i obejrzał się na Pilar - może jednak wezwać wam jakąś pomoc? - dopytał jeszcze poprawiając swoją ognistą koszulę.

No se que hacer con eso .⋆❀°

Rozdział III. Too late, still you.

: śr wrz 30, 2026 6:08 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Chcę spędzić tam z tobą...
z wami, najfajniejsze dwa dni, jakie się da
.


Czego więcej mogła chcieć?
Możliwość spędzenia z nim czasu, obcowanie w tym samym pomieszczeniu, to przecież było spełnienie jej najskrytszych marzeń. Niczego innego bardziej nie chciała przez ostatnie sześć lat niż mieć go w końcu blisko. Dla siebie. Czuć go, dotykać, oddychać tym samym powietrzem. Rozmawiać z nim. Bo przecież już od dziecka z nikim nie rozmawiało jej się tak dobrze, jak właśnie z nim. Kiedy mieli po dziesięć lat i dyskutowali o tym, jaka posypka do lodów była najlepsza, czy nawet potem, gdy dorobili się pełnoletności i przedrzeźniali się, kto robi smaczniejsze kanapki oraz gdzie wezmą swój wymarzony ślub, gdzie zamieszkają, jak nazwą swoje psy i jak szybko Madox będzie w stanie zbudować huśtawkę z opony w ogrodzie. Nikt tak dobrze nie rozumiał jej poczucia humoru jak on. Nikt nie patrzył na nią w ten charakterystyczny sposób — z pełnym zainteresowaniem, ogniem i błyskiem w oku — jak Madox Noriega.
Madox Noriega, którego teraz tak bardzo chciała pocałować. Czuć jego usta na swoich. Chciała, żeby docisnął się do niej jeszcze bardziej i odebrał jej resztki powietrza. Zabrał z głowy każdą jedną niechcianą myśl, każde zawahanie, żeby wypełnił jej całe ciało sobą. Najlepiej jak tylko potrafił.
I może by to zrobił.
Gdyby jakiś koleś nie wyskoczył z auta i nie podbiegł do nich z głównym Howdy na ustach.
Czuła, jak mocno wypuścił powietrze. Ciepło zagrało na jej policzkach, a dłonie mimowolnie mocniej zacisnęły się na jego kurtce. Nie chciała, żeby się odsuwał. Chciała spławić jak najszybciej tego niespełnionego kowboja, który wciskał nos w nieswoje sprawy i wrócić do tego, co właśnie zaczęli. Skorzystać z chwili, kiedy Amra spała.
Jasne.
Jej niedoczekanie.
Nawet nie zdążyła dobrze odkleić pleców od karoserii, gotowa przegonić typa, kiedy dziewczynka ze środka samochodu głośno krzyknęła. Pilar się wzdrygnęła, jednak to Madox spłoszył się o wiele bardziej. Doskoczył do tyłu jak oparzony w tym samym czasie, co wzdłuż drogi przejeżdżało jakieś auto, prawie go potrącając.
Pilar krzyknęła głośno, czując, jak serce zaciska się jej w piersi, a całe ciało zamiaru na kilka sekund. To był moment. Ułamek sekundy, ale przed jej oczami ta tortura twarała całe jebane wieki. Czyste przerażenie, że mogło mu się coś stać. Że mógł kurwa zginąć na jej oczach w czymś tak błahym jak potracenie. Człowiek, który mieszał się w gangsterkę i handel, który miał broń i wyszedł z więzienia, pokonany przez… pierdolony samochód na drodze. Amra jeszcze bardziej zaniosła się płaczem, słysząc, jak jej mama krzyknęła, próbując się odpiąć, typ gadał coś o byciu obsranym, a ona tylko patrzyła przed siebie. Patrzyła w ciemne oczy Madoxa, mając poczucie, że prawie znowu go straciła. Tym razem na dobre. Najgorsze uczucie na świecie. Wszystko dookoła przestało na moment istnieć.
Ale nic mu nie było.
Stał przed nią w jednym kawałku.
To na tym powinna się skupić i to też zaczęła powtarzać sobie w głowie, by w końcu ruszyć się z miejsca. Miękkimi jak wata nogami przeszła do drzwiczek po drugiej stronie i otworzyła energicznie, zbierając na ręce Amre, która głośno płakała. Chyba bardziej bo się wystarczyła niż bo cokolwiek się jej złego działo. Pani Wyatt zacisnęła na niej dłonie, przyklejając do własnego ramienia, gładząc jej włosy i mówiąc, że wszystko dobrze, chociaż jej oczy nawet na moment nie odwróciły się od tych Madoxa.
Przepraszam nie mogę.
— Co? — tylko tyle zdążyła powiedzieć, nim on.. wyrwał się do przodu. Wskoczył w jakiś pieprzony rów, a potem dał długą po polu. — Madox! — krzyknęła głośno i w pierwszym odruchu, chciała się do niego wyrwać. Pobiec ile sił w nogach, żeby do niego dotrzeć, dowiedzieć, co właśnie siedziało mu w głowie, ale… no przecież nie mogła. Miała na rękach kurewsko wielką odpowiedzialność. Dziecko, które wciąż łkało, mocząc jej kurtkę. Nie mogła jej zostawić. To nie były już te czasy, kiedy mieli po osiemnaście lat i nic do stracenia. I chociaż serce wyrywało się od niego jak szalone, płakało za nim, bolało, że znowu ją zostawiał… tak musiała zachować się odpowiedzialnie. Jak dorosły.
Spojrzała jeszcze na faceta w kapeluszu, który patrzył w stronę pola, gromiąc go wzrokiem. Przecież jakby na to nie spojrzeć, to była jego wina. Gdyby im nie przerwał, to wszystko byłoby w jak najlepszym porządku.
— Pan to już nich lepiej jedzie — warknęła, kręcąc głową.
— Ale jak to? Może pomogę z dzieckiem? — zrobił krok do przodu, a Pilar aż się okręciła z Amrą na rękach, odsuwając ją.
— Nie! — krzyknęła, na co dziewczyna znowu zaniosła się płaczem. — Proszę nas zostawić — dodała już nieco spokojniej i posłała mu wzrok z którym nie dało się dyskutować. Musiał widzieć, że nic tutaj nie ugra. Pomruczał coś pod nosem, że kto normalny się tak zachowywał, a potem faktycznie zapakował się do auta i odjechał. Bo co miał tam robić? Stać i się gapić jak Pilar, która przez kilka dobrych minut próbowała wypatrzeć go w tym pieprzonym szczerym polu? Bo to właśnie robiła. Stała i patrzyła, głaszcząc przy tym Amre po plecach.
Dopiero po chwili wsadziła ją do siodełka i zapięła, obiecując, że posiedzi z nią. Oczywiście mała jak tylko się uspokoiła pytała, gdzie był Madox, dlaczego sobie poszedł i Pilar naprawdę musiała si potrudzić, żeby naopowiadać jej kompletnych bzdur pokroju może zobaczył smacznego grzyba i chciał go zebrać, a potem okazało się, że jest ich więcej i właśnie je zbiera. Bo co innego mogła powiedzieć? Że poszedł si wysrać? Zaraz też by chciała. Grzyby też chciała iść zbierać, ale przez to, że tyle się napłakała, oczy bardzo szybko zrobiły się jej ciężkie i po kilku minutach… znowu usnęła.
Pilar jeszcze chwile głaskała ją po rączce, upewniając się, że dziewczyna zasnęła na dobre i dopiero gdy miałą stuprocentową pewność wyszła z pojazdu. Pierwsze siadła do przodu, zastanawiając się, co zrobić. Potem spróbowała do niego zadzwonić, ale jego telefon zawibrował w środku. Kurwa. Wyszła na zewnątrz, próbując go wypatrzeć ale nawet jeśli, to i tak nie miała jak do niego podejść, bo nie mogła zostawić samego dziecka w aucie.
Więc co finalnie zrobiła?
Złapała w ręce paczkę ciastek, które kupili na stacji, usiadła na masce czerwonego samochodu i… czekała.
Tak po prostu.
Wiedziała, że wróci. Czuła to. Zawsze przecież wracał. Czasami zajmowało mu to kilka lat, czasami potrzebował do tego większej lub mniejszej motywacji ale przecież zawsze do niej wracał. Znajdował drogę. Plus w tym przypadku byli pośrodku jebaego niczego, wiec była to tylko kwestia czasu aż ochłonie i wróci. Tak przynajmniej postanowiła sobie wmówić. Że to tylko chwilowe zawahanie. Ale czy na pewno? Cała ta sytuacja sprawiła, że w głowie Pilar również namnożyło się myśli. W końcu co oni najlepszego wyprawiali? Jechali sobie na wyjazd jak jakaś normalna rodzina, kiedy wcale nią nie byli? Bawili się kurwa w dom, na dwa dni odcinając od reszty świata? Też miała wątpliwości, wiele zmartwień, głównie tych związanych z Amra, ale przecież… co innego mieli robić w tym pieprzonym życiu, jak nie próbować znaleźć odrobinę szczęścia? Jedną lub dwie chwile beztroski, których będą mogli się trzymać przez kolejne kilka lat. I ona też po tym wszystkim co przeszła, to jak źle było jej bez niego wiedziała, że…
Wolała żałować, że coś zrobiła, niż zastanawiać się co by było gdyby.
Nigdy więcej nie chciała już gdybać.
Miała tego po dziurki w nosie. Dlatego czekała. Nie miała pojęcia ile leżała na tej masce. Ignorowała każdego, jednego kierowcę, który zwalniał i pytał, czy potrzebowała pomocy, wszystkich. Niektórych nawet środkowym palcem. Aż w końcu zobaczyła znajomą sylwetkę w polu. Serce poderwało się jej w piersi, zabiło kurewsko mocno, a niekontrolowane ciepło rozlało po ciele. Wiedziała, że wróci, a jednak widząc, jak to robi od razu poczuła się lepiej. Nie wyrwała się jednak do przodu. Jak na dojrzałą kobietę, nawet nie drgnęła z miejsca. Jedynie odwróciła głowę na moment, by sprawdzić, czy Amra faktycznie spała, a kiedy tylko Madox przeskoczył przez rów i poszedł do auta, kiedy zawiesił spojrzenia na tym jak wygodnie siedziała sobie na czerwonej masce na tle przechodzącego w pomagacz słońca… ona spojrzała na niego i delikatnie się uśmiechnęła.
— Ciastko? — spytała, jak gdyby nigdy nic, wyciągając paczuszkę do przodu. — Z czekoladą. Są zajebiste — no tak, bo przecież po tym wszystkim co się stało najlepiej było zacząć rozmowę od ciastek. A może właśnie to było bardzo w ich stylu? Przeplatanie pierdolonej komedii z powagą sytuacji.
— Chodź tu do mnie — poprosiła, przesuwając się nieco na bok i robiąc mu miejsce na masce, przy okazji ładując do ust kolejne ciastko. Okruchy posypały się jej po bluzce, zresztą te to akurat były już wszędzie. — Patrz, jak się odpowiednio wyciągniesz, to widać stąd góry — kolejna durna ciekawostka, która wypełniła cisze. Jej ciemne oczy zapatrzyły się na całkiem ładny widok w oddali, chociaż głowa wciąż nieustannie pracowała na najwyższych obrotach. Dała mu jednak chwile. Czuła, że tym razem powinna to zrobić, chociaż wszystko w niej aż się gotowało. Chociaż miała ochotę szarpać go za kurtkę, za głowę i kurwa zacząć się na niego wydzierać. Jak z dzieckiem. Musiała do tego podejść na chłodno. Dlatego dopiero po chwili…
— Czemu to zrobiłeś? — spytała, podkulając delikatnie nogi pod brodę. Chciała wiedzieć, czemu sobie poszedł. Czemu kurwa rzucił jednym przepraszam nie mogę i po prostu się ulotnił, czemu ją zostawił. Znowu. Odwróciła do niego głowę, w końcu zaglądając w piękne, czekoladowe oczy. — Obiecałeś, że już nas nie zostawisz.


Prometiste que ya no nos dejarías

Rozdział III. Too late, still you.

: śr wrz 30, 2026 11:28 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Pewnie by to zrobił, skradł z jej ust pocałunek, który chodził mu po głowie od samego rana, od momentu, kiedy spojrzał w jej duże, błyszczące oczy. Pocałunek, który z głowy wymazałby wszystkie wątpliwości, bo przecież... chciał z nimi spędzić te najfajniejsze dwa dni, jakie się da.
Szkoda tylko, że na przeszkodzie stanął im latynoski kowboj w ognistej koszuli. A potem to już wszystko potoczyło się szybko. Amra się obudziła, a Madox odskoczył, jakby właśnie robili coś złego... Bo chyba tak było, może wcześniej dziewczynka nie dopatrywała się w ich gestach dwuznaczności, ale co gdyby zobaczyła jak się przytulali? Całowali?
Chyba takich rzeczy nie robili kumple z pracy, w ogóle kumple...
I mężatki.
Pech chciał, że Noriega odskoczył tak gwałtownie, że prawie pod nadjeżdżający samochód... a może to jednak szczęście? Klątwa babki, że jednak kurwa nie skończył na masce tego pickupa, tylko zaraz wsparł się o tą czerwoną ich samochodu. Serce tłukło mu się w piersi tak, że słyszał je w uszach, oddychał ciężko. I to nie była wina tego, że może prawie zginął pod kołami, tylko tych wszystkich myśli, które uderzyły w niego gorzej niż rozpędzona ciężarówka. Już by chyba wolał dostać się pod koła tego samochodu, niż patrzeć w ciemne oczy Pani Wyatt z myślą, że kurwa, któregoś pięknego dnia one obie mogłyby rzeczywiście coś takiego przeżywać.
Bo przecież Madox nie prowadził bezpiecznego, higienicznego życia jak Galen Wyatt. W tym jego zawsze było ryzyko, gra na krawędzi, niebezpieczeństwo. On nawet kurwa prawie wpadł pod samochód przez swoją nieuwagę. A co jakby przez niego którejś z nich stała się krzywda?
On o siebie nie umiał zadbać. Bo on przecież nie oglądał się za siebie, parł na przód, i co? I prawie przez to zginął.
I któregoś dnia tak to się może skończyć.
Jeśli chodziłoby tylko o niego, to przecież. On i tak już by tego nie widział, ale one... Pilar, która wczorajszego wieczoru opowiadała mu o tym, jak nie umiała bez niego żyć. No przecież kurwa nie mógł jej tego znowu zrobić. Znowu ją w sobie rozkochać, a potem dać się zabić.
Nie dałby się, ale skąd miał mieć pewność? Nie miał jej tutaj na autostradzie, a co dopiero, w momencie, w którym robił interesy z naprawdę złymi ludźmi.
I nagle ten Madox, który przecież z góry zakładał zawsze tylko dobre scenariusze, który wierzył w to, że wszystko mu się uda, że jakoś to będzie, pomyślał... o nich. Nie o sobie, tylko o Pilar i Amrze.
Przepraszam, nie mogę.
Jeszcze słyszał jej głoś, to jak krzyknęła za nim, jeszcze widział to jej spojrzenie, ale już skakał przez rów, prawie w nim lądując, a potem już szedł przed siebie tym szczerym polem. Walcząc kurwa z myślami, które kłębiły mu się w głowie.
No bo jak on mógł w ogóle od niej wymagać, żeby zostawiła Galena Wyatta dla niego, tą bezpieczną przystań. Faceta, który mógł dać im wszystko, przyszłość, pieniądze, bezpieczeństwo przede wszystkim.
Dla niego...
Dla kilku porywów serca. Kilku gorących godzin, może czterech?
Dla niepewnego jutra. Przygody, która niewiadomo gdzie ich zaprowadzi.
Do Bonawentury. Miejsca gdzie przez chwilę byli najszczęśliwsi na świecie, ale też gdzie spotkało ich największe rozczarowanie i ból...
Ból, z którym walczyli przez sześć lat. Osobno. A teraz co?
Przecież nie mogli być razem.
A może mogli, tylko te dwa dni?
Dwa dni... więcej na razie nie chciał.
Chciałby, bo dla Madox wiecznie było mało, bo on nie miał ograniczeń. Nie umiał się nią nasycić. I przecież domagałby się o więcej, kogo on oszukiwał?
Ją. I siebie.
Szedł po tym polu kopiąc po drodze kretowizny, a potem nawet kopnął jakiś grzyb. Ręce wciskał do kieszeni kurtki, a kiedy już stanął pomiędzy jakimiś drzewami, to się odwrócił. Widział samochód, ale w oddali. Czerwona plamka na horyzoncie. Mogła stąd odjechać i go zostawić. Powinna.
Dać sobie z nim spokój, już wczoraj. A może od razu, kiedy pojawił się w jej życiu, znowu?
Dlaczego się w nim pojawił?
Żeby jej dojebać, a teraz co? Znowu stracił dla niej głowę. Znowu serce w piersi biło tylko i wyłącznie dla niej. Nic się nie liczyło. Świat mógł płonąć, walić mu się na łeb, a liczyła się...
- Kurwa! - walnął pięścią w drzewo, chropowata kora zatrzeszczała pod jego naporem, a on zrobił to znowu, aż poranił sobie knykcie, zapiekło. Sprowadziło go to może odrobinę na ziemię. Przeszedł się między drzewami, jak dziki kot w klatce. Z pierdolonych wątpliwości. Które spadły nagle... Wraz z tym autem, które go strąbiło, i z tym gościem w ognistej koszuli.
- Ja pierdole... - miotał się po tym lesie, między jednym drzewem, a drugim, a czerwony samochód stał na poboczu.
Czemu nie odjechała?
Powinna.
Ale... mieli spędzić te zajebiste dwa dni.
A co później?
Ale po chuj myśleć o tym co potem? Przecież Madox nigdy tego nie robił. Nie planował, tylko brał to co przyniesie los, to co dostawał w tej chwili. A przecież w tej właśnie miał je obie... Tam, w tym czerwonym samochodzie, który wypożyczył specjalnie na tą podróż, wraz z fotelikiem. I przecież jeszcze pół godziny temu wcale nie przejmował się tym co będzie.
A teraz co?
I kolejne rundka między drzewami, a potem dziesięć kroków w kierunku samochodu i jedenaście z powrotem. Nie wiedział co ma zrobić. Bo Madox zawsze grał najbardziej pewnego siebie jak się dało, a prawda jest taka, że ani kurwa nigdy nie miał dobrego przykładu jak powinna wyglądać rodzina. Ani nigdy nikt mu nie pokazał czym jest miłość, a jak miał dziesięć lat to przecież wierzył kuzynowi, że on nie umie kochać, że jego nie można kochać, nawet rodzice nie potrafili. A potem... Pilar go tego nauczyła.
I gdy miał osiemnaście lat myślał, że umie, że już zawsze będą szczęśliwi, bo przecież miłość przezwycięży wszystko. Jebana gówno prawda.
Przyszło rozczarowanie, bolesne zderzenie z rzeczywistością...
A teraz co?

Nie wiedział ile stał po środku tego lasku, między drzewami, w polu.
Ale w końcu... Do niej wrócił. Zawsze wracał. Z podkulonym ogonem. Zawsze znajdował do niej drogę, bo też jego serce zawsze było z nią. Nawet gdy to jej złamał, mówiąc, że nie może być jej chłopakiem, kiedy mieli dziesięć lat. A polem układając na jej parapecie kamienie z dziurą, podrzucając jej nowe naklejki i czekoladowe batony.
Kiedy mieli osiemnaście lat i udawali, że są zakochani w kimś innym. A potem jedno za drugim chciało wejść w ogień, jedno za drugie dałoby się pokroić. Dosłownie...
I teraz.
Kiedy ona była żoną Galena Wyatta, kiedy układała sobie z nim życie, w którym to on był ojcem ich córki, w pięknej willi na obrzeżach miasta.
Teraz też znalazł do niej drogę. Do tego czerwonego samochodu, na którym siedziała. Przez rów i prosto do maski, stanął obok, a ciemne spojrzenie zawiesił na jej twarzy. Westchnął ciężko i chyba chciał coś powiedzieć... Nawijać jakie to było bez sensu? Że nie powinien ich tu zabierać? Że nagle miał te wszystkie wątpliwości, ale wtedy ona wystawiła w jego kierunku te ciastka.
Czekoladowe...
Czekoladowe kurwa ciastka, jakby teraz to one były najważniejsze.
Madox najpierw uniósł jedną brew, spojrzał na Pilar spode łba, ale zaraz... sięgnął po ciastko, zabrał jej jedno i wpakował je sobie do buzi, było kurwa pyszne, aż zamruczał, przełknął wraz z nim te wszystkie słowa, które chciał jej powiedzieć, te wątpliwości. A zaraz pakował się na maskę do niej, zaczepił ją pierwsze co, to kolanem. A potem nawet wyciągnął głowę, żeby zobaczyć, czy naprawdę widać stąd góry. Było widać.
Obejrzał się do tyłu na Amrę.
- Śpi? - zapytał, a kiedy Pilar skinęła głową, to... się do niej wyrwał, to już nie wytrzymał, tylko przełożył nogę, tak, że szarpnął ją do siebie, że wylądowała między jego nogami, a on się w nią wtulił, opierał głowę na jej piersi obejmując ją szczelnie ramionami.
Czemu to zrobiłeś? Obiecałeś, że już nas nie zostawisz.
- Ale ja właśnie nie powinien ci tego obiecywać... - nawet nie podniósł głowy, żeby na nią spojrzeć, tylko wtulił się w nią jak dziecko, jak Amra te kilkanaście minut temu, kiedy potrzebowała, żeby ją uspokoiła. I Madox też może potrzebował? - A co jak znowu się wszystko wypierdoli? Pojedziemy do Bonawentury, a później będzie trzeba wrócić, wy do Galena Wyatta, a ja do... do tej akcji z Carlosem - westchnął ciężko w jej dekolt, przytulał do niego szorstki policzek, a wytatuowane palce przesunęły się po jej plecach - chcę spędzić z wami najlepsze dwa dni, ale kurwa... boję się, że to mi nie wystarczy, co to są dwa dni Pilar? - podniósł głowę, a jego ciemne spojrzenie odszukało jej czekoladowe, piękne oczy, które w świetle zachodzącego słońca przybierały bursztynową barwę. Dwa dni, tyle im wtedy brakowało, żeby się pobrali i uciekli. A teraz też dostali te dwa dni.
- Albo, że potem już nie dostaniemy takiej okazji, albo, że ja nie dostanę, albo że... - i nawijałby jej pewnie dalej, kolejna lista niekończących się wątpliwości, które obudziły się w nim w momencie, w którym... prawie zginął. Ale oparła na jego ustach palce, a Noriega tylko wypuścił w nie powietrze, musnął jej opuszki wargami.
Jeszcze wczoraj się nad tym wcale nie zastanawiał, był pewny, że wszystko mu się uda, że... będzie kurwa w ich życiu. Wchodził w nie z butami, a dzisiaj co? Dzisiaj się wahał, zupełnie do niego niepodobne. Ale to był Madox, jedno zdarzenie potrafiło wyjebać do góry nogami całą jego percepcję. Jedna chwila mogła zmienić wszystko.
Nie zmieniało się jednak to, że szczypnął zębami jej palce.
- Pilar - ani to w jaki sposób wypowiadał jej imię. Szarpnął się do niej tak jak zawsze, zaciskając palce na jej pośladkach, też w ten charakterystyczny, typowy dla niego sposób - przecież kurwa oboje wiemy, że będę musiał was zostawić, bo to nie jest takie proste - nie było. Tylko, że... nie musieli sobie tego jeszcze bardziej komplikować. Mogli po prostu wziąć to co przynosił im los i wycisnąć to do cna, może powinni? Nie patrzeć na konsekwencje, na to co przyniesie jutro.
Tylko trwać w tym tu i teraz.
Madox znowu się do niej wyrwał.
- Nie chcę jechać do Bonawentury - no tak, typowy Noriega, który nagle zmienia zdanie.

No quiero ir a Buenaventura ⋆˙⟡♡

Rozdział III. Too late, still you.

: pt paź 02, 2026 12:14 am
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Sama nie wiedziała, co o tym wszystkim myśleć.
Ich sytuacja była idealnym przykładem sytuacji, gdy serce podpowiada coś kompletnie odmiennego niż głowę. Toczyły prawdziwą batalie i żadne nie chciało się poddać. Bo przecież gdyby Pilar tylko i wyłącznie miała słuchać się tego, co podpowiadał bijący pod klatką piersiową organ, już dawno nie miałaby żadnych wątpliwości. Bo serce doskonale wiedziało, co chciało.
Jego.
W każdym wydaniu.
W pełnej okazałości.
Chciała go mieć blisko rano tuż po przebudzeniu i wieczorem, kiedy organizm układał się do snu. Chciało skakać w porywach, chłonąć miłość, jaką do siebie mieli. Bo serce było głupie, naiwne. Wierzyło, że wszystko się jakoś ułoży, dopóki się kochali. Problem w tym, że oni już przez to przechodzili. Już kiedym mieli po te osiemnaście lat wierzyli ślepo w to, że ich miłość zabierze ich na wyżyny, że wystarczyło być… i zderzyli się z tak kurwa bolesną rzeczywistością, że nie życzyłaby tego nawet największemu wrogowi. A potem był juz tylko ból i pustka. Pierdolona tęsknota, której nie dało się znieść.
I właśnie dlatego teraz głowa tak mocno krzyczała w odwecie.
Bo głowa pamietała. Myślała logicznie, potrafiła wytoczyć odpowiednie argumenty, które przeczyły wszystkiemu, co oni czuli. A największym z nich była Amra. Jej bezpieczeństwo. To, że zasługiwała na dobre dzieciństwo. Że powinna dostać wszystko, czego tylko mała istotka mogła potrzebować — spokój, miłość i przestrzeń do rozwoju. Nie strach o to, co przyniesie jutro. Nie jebaną niepewność. Bo przecież gdyby to tylko zależało od Pilar, już dawno by z nim uciekła. Wczorajszego wirczoru, po tym jak pieprzył ją w gabinecie Wyatta, wyskoczyłaby z Noriegą przez okno i tyle by ją widziano. Uciekła, pobrała się i kurwa żyła z dnia na dzień.
Teraz nie mogła sobie na to pozwolić.
Nie mogła podejmować samolubnych decyzji, bo w jej rękach leżało cudze życie. I tej jednej rzeczy za nic nie chciała spierdolić. Jako osoba która wychowwywał się bez rodziców dobrze wiedziała, jak samotnym można się było poczuć. Jak niechcianym. Nie chciała tego dla Amry. Tylko czy z Galenem naprawdę była w stanie jej to dać? Czy to nie wyglądało ładnie tylko na zdjęciach? Czy jej fałszywy, doklejony uśmiech był tym, co chciała, żeby jej córka oglądała przy dorastaniu? To że matka uśmiecha się przy ludziach, a w samotności płacze i tęskni? Tego chciała ją nauczyć? Że emocje powinno się chować? Prawdziwe uczucia? Nie.
Też miała mętlik.
Też nie wiedziała.
Ale jednego była pewna: chciała Madoxa.
Nie miała pojęcia jeszcze w jakiej formie i wymiarze, ale wiedziała, że nie była w stanie pozwolić mu odejść. Nie umiałaby bez niego żyć. Był jej pieprznym powietrzem, a ona uzależniona. W najbardziej niezdrowy, możliwy sposób. Z tym nawet nie dało się walczyć. Nie było takiej siły, która by zmieniła to, jak go postrzegała. Dlatego nie odjechała. Dlatego czekała, a kiedy przyszedł poczęstowała go ciastkami i wspomniała o górach. Bo może właśnie na tym to wszystko polegało? Na podnoszeniu tego drugiego, kiedy nie dawało rady? Na dopełnianiu się wzajemnie? On musiał ją zmusić, żeby zgodziła się na wyjazd, a teraz ona jego, żeby został?
Skinęła głową, gdy spytał, czy Amra spała. Nawet nie musiała się odwracać, by wiedzieć, że tak. Jeszcze chwile temu chrapała w najlepsze, a to dziecko, kiedy popadało w głęboki sen… nic nie mogło go zbudzić. Nawet teraz, gdy na chwile zamilkli byli w stanie słyszeć tego małego niedźwiedzia. A potem on mógł słyszeć ciche jęknięcie, które opuściło pełne usta Pilar, gdy szarpnął ją do siebie bez najmniejszego ostrzeżenia. Pół ciastka, które trzymała w palcach wyleciało gdzieś na ulicę i roztrzaskało się w kupę okruszków. Pilar nawet za nim nie spojrzała, bo jej ciemne oczy były już wpatrzone tylko w to jedno miejsce, w którym cała się rozpływała — jego twarzy.
Zmarszczyła brwi, gdy powiedział o tym, że nie powinien jej tego obiecywać, tego, że już ich nie zostawi. Nie rozumiała. Kompletnie nie rozumiała skąd tak nagła zmiana w jego zachowaniu i sposobie myślenia. Nawet miała go o to zapytać, ale kiedy tylko wtulił się w nią nagle jak małe dziecko, zamknęła się. Zagryzła język i pozwoliła mu się zakleszczyć w uścisku. Własne dłonie oparła na jego plecach i momentalnie zaczęła nimi przesuwać wzdłuż kręgosłupa. Powoli, czule, z w y c z y c i e m. Z jednej strony obchodziła się z nim delikatnie, a z drugiem mocno do niego dociskała, żeby ją dobrze czuł.
Słuchała go.
Nie przerywała.
Dała mu się w pełni wypowiedzieć. Każde jedno zmartwienie, każde zawahanie i wątpliwość. Ciężko się tego słuchało, biorąc pod uwagę, że w jej własnej głowie było tego dwa razy więcej jeszcze kilka godzin temu. Sama nie wiedziała, czemu nagle czuła przy nim tak bardzo kontrastujący spokój. Może to jego zapach, który koił? Bliskość? To jak dotykał jej pleców i zaciskał palce na pośladkach? A może po prostu miała z tyłu głowy, że jeśli i ona spanikuje, to z tego nic nie będzie. Że powinna go teraz pociągnąć w górę, a nie jeszcze bardziej spychać w tył, pogłębiać jego wątpliwości. Westchnęła ciężko prosto w czubek jego głowy i poprawiła się na jego ciele.
— Nie wiem — wydusiła w końcu z siebie, przesuwając paznokciami po jego potylicy, drapiąc go delikatnie. Serce biło jej mocno, chociaż wcale nie ze stresu, a po prostu tego, jak się przy nim czuła. — Nie wiem co będzie za dwa dni. Ale szczerze? — przesunęła kciuki na jego policzki i szarpnęła delikatnie w górę, by na nią spojrzał. — Pierdoli mnie to — powiedziała spokojnie, najpewniej jak tylko potrafiła. — Wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo. Nigdy kurwa nie było — przecież oni zawsze mieli pod górkę. NAwet kiedy mieli dziesięć lat i przeżywali najlepsze łatwo w swoim życiu, wszyscy dookoła chcieli sprowadzić ich na dno. Ticiano się to udało. Spieprzył to, co mieli najpiękniejsze — ich relacje. Na całe osiem lat. A potem to? Potem spierdolił to Carlos na kolejne sześć. Los wiecznie się przeciwko nim odwracał i szczerze? Pilar nie oczekiwała już od niego niczego więcej.
— Nie mam zamiaru więcej zastanawiać się, co będzie za dwa dni — przysunęła się do niego jeszcze bliżej, sunąc opuszkami po szorstkiej brodzie, nawet na moment nie spuszczając z niego spojrzenia. — Wtedy planowaliśmy wszystko do przodu i co? I dwóch nam zabrakło, żeby się pobrać. Dwóch pierdolonych dni, Madox — pewnie nie musiała mu tego powtarzać, sam z pewnością doskonale o tym paniętał, ale przecież nie tylko jego wtedy wrzechświat kurewsko skrzywdził. Przecież ona sama nie wyszła za Galena z miłości, dobrze o tym wiedział. Zrobiła to tylko i wyłącznie dla niego. Żeby wyciągnąć go z więzienia. W pełni świadomie oszukiwała człowieka, który był względem niej szczery i czuła się z tym kurwa źle każdego, jednego dnia. Ale jeszcze gorzej czuła się z rozłąką, z jaką musieli się zmierzyć. — Dlatego nie mam zamiaru ślęczeć i czekać na to co będzie za dwa dni. Chce cię kurwa tu i teraz, rozumiesz? — wstrząsnęła nim, jeszcze bardziej się do niego doklejając. Nogi zacisnęła mocniej, a brzuch wbiła w klamrę od paska, która momentalnie wbiła jej w się w skórę, podczas gdy oczy… te ani na sekundę nie wsunęły się z jego oczy. Mógł w nich widzieć pewności i przekonanie. Bo jeśli Pilar wiedziała cokolwiek, to właśnie to, że go kochała. Jak nikogo innego. Nawet jeśli oboje wiedzieli, że będzie musiał je zostawić, bo to nie jest takie proste.
— Coś wymyślimy — wzruszyła ramionami, wciąż nieugięta. Jakby za punkt honoru postawiła sobie, że pod żadnym względem nie przyjmie ani jednego jego argumentu, nie pozwoli mu się poddać. Potrzebowała, żeby walczył, żeby kurwa nie odpuszczał. Bo ona nie miała zamiaru. — Będziemy się spotykać po kryjomu — wypaliła w końcu, wiercąc się na nim, zaplatając ręce tuż za jego głową. — Nie wiem kurwa, wymykać w środku nocy, będą twoją kochanką, laską do pieprzenia, kim tylko chcesz… — nachyliła się do niego, dociskajac ich czoła do siebie, otulając jego poliki ciepłym, szybkim oddechem. — Tylko mnie kurwa nie zostawiaj. Nie teraz — wyszeptała błagalnie, po raz ostatni spoglądając w jego oczy i zawisając tuż nad jego ustami. Nad pełnymi wargami, po których w pierwszej kolejności przesunęła palcami. Które dzisiaj wypowiadały tak wiele słów przepełnionych zmartwieniami i wątpliwościami. Przepraszały ja i mówiły, że on nie może. I chociaż Pilar nie miała prawa powiedzieć mu, co miał myśleć i czuć… mogła chociaż spróbować odebrać mu nieco tych wątpliwości. Pokazać, że to co było między nimi to przecież było nie do podważenia. Dlatego nie czekając juz na nic, nie zważając uwagi na to, że byli na środku jakiejś ekspresówki, pośrodku jebanego niczego… pokonała ostatnie milimetry i wpiła się w jego usta. Po raz pierwszy tego dnia. Po tym wszystkim, co się stało. Mono i agresywnie. Z całym ogniem, który miała w sercu u który do niego czuła. Naparła na niego tak bardzo, że poleciał do tyłu na szybę. Kradła mu powietrze najlepiej, jak tylko potrafiła, wdzierając się językiem pomiędzy jego gorące wargi. Z każdym gestem pokazywała jak bardzo była go spragniona, jak kurwa s t ę s k n i o n a. A przede wszystkim: jak bardzo go pewna. Na tamten moment. Na jebanej masce samochodu. Z dzieckiem śpiącym na tylnym siedzeniu.
— Nie musimy jechać do Bonawentury — wydyszała po chwili, gdy w końcu minimalnie się od niego oderwała, wciąż jeszcze raz po raz muskając jego wargi i kąciki ust. — Tu niedaleko są góry, jest jezioro… może uda nam się wynająć jakiś domek? Gdzie tylko chcesz, Noriega… byle nie z powrotem do Medellin — pokręciła głową, przytrzymując go przy sobie. Dłonie zacisnęła mocniej na jego koszulce. — Błagam cię. Nie każ mi tam już wracać.

Te lo ruego. No me hagas volver allí.