clean up the rot before it digs too deep
: sob wrz 26, 2026 4:07 pm
— Moja godność nie pozwala mi odpowiedzieć na to pytanie. — Co było dość wygodne w jego przypadku. Prawda byłaby równie kompromitująca co kłamstwo i przyznanie, że jego również złapali i planowali wpakować do samolotu i wywieźć gdzieś. Zasadniczo byłaby nawet bardziej żenująca, niż gdyby powiedział na głos, że znów dał się pojmać.
Przesunął się w stronę kokpitu z przekonaniem, że skoro znajdujący się tam pilot nie dołączył się do walki, nie reagował na rzeszę psychofanów przy drzwiach, ani nie wyściubił nawet głowy z kokpitu w momencie, gdy padły strzały, to najprawdopodobniej był w to niebezpośrednio zamieszany.
I jego zadaniem było wyłącznie przemieścić maszynę z punktu A do punktu B.
Po jednej z prób wyważył wejście, by chwilę potem celować z broni do przerażonego mężczyzny.
— Drugi silnik — polecił, zerkając przez okno w stronę kotłujących się agentów, którzy już mniej subtelnie próbowali wyważyć drzwi od samolotu.
— A-ale ludzie.
Chłodna lufa przy jego skroni okazała się być wystarczającym argumentem, aby zapomniał o znajdujących się po stronie niepracującego silnika ludziach. Nacisnął parę przycisków, coś przesunął na panelu, a śmigło przy drugim ze skrzydeł zaczęło się obracać z sekundy na sekundę coraz szybciej. Szum pracującej maszyny stał się wyraźnie głośniejszy, a drzwi po chwili przestały uginać się pod siłą uderzeń ciężkimi przedmiotami.
Agenci rozpierzchli się po hangarze, umykając przed narastającą siłą silnika na chodzie. Pilot, zachęcony przez Vissera, choć chyba bardziej przez jego broń, zaczął wyprowadzać powoli maszynę prze otwarty hangar na spowity nocą asfalt. Samolot przesunął się wzdłuż hangarów, ostatecznie wytaczając się na wolny pas.
— Trzeba będzie usiąść — powiedział zestresowany pilot. — Będę startował.
— Navarro — odezwał się, wyglądając z kokpitu. — Usiądź koło sympatycznego pana, w razie gdyby kombinował. — Wskazał ruchem głowy na pusty fotel drugiego pilota. Sam przekuśtykał, dopiero odczuwając pierwsze oznaki całej szamotaniny, w kierunku jednego z miejsc pasażerskich. Opadł na nie, krzywiąc się w reakcji na bolesną szpilę, która nagle werżnęła się w jego ciało.
Oparł głowę o zagłówek, ale kiedy przymknął oczy, przez ciało przeszło nieprzyjemne uczucie ciężkości, przypominające mu o wszystkich ostatnich nocach spędzonych w samochodzie, kilometrach przejechanych za Navarro i kilku minutach szarpaniny, podczas których najwyraźniej odkrył mięśnie, o których istnieniu dotąd nie miał pojęcia.
Skrzywił się, poprawiając pozycję.
Bolało go właściwie wszystko.
Żebra, bark, kolano, coś paskudnie ciągnęło przy boku, ale na tle reszty nie wydawało się szczególnie interesujące. Starzał się. To było jedyne rozsądne wyjaśnienie, którego absolutnie nie zamierzał wypowiadać na głos przy Biance.
Zmusił się więc do ponownego otwarcia oczu i spojrzał w stronę kokpitu, gdzie Navarro miała pilnować ich nowego, wyjątkowo mało entuzjastycznego przewoźnika.
Przez moment obraz wydał mu się dziwnie zbyt jasny, rozmyty na krawędziach, ale wystarczyło kilka mrugnięć, żeby prawie wszystko wróciło na swoje miejsce.
Przetarł twarz dłonią, uznając, że po pięciu dniach bez normalnego snu miał pełne prawo czuć się jak gówno. Nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy pojawiła się mało uprzejma sugestia, że zwykle po podobnej bójce dochodził do siebie szybciej.
— Jak już upewnisz się, że nasz nowy najlepszy przyjaciel nie postanowi zrobić czegoś heroicznego, niech ci powie, gdzie znajdziemy coś ostrego — rzucił w stronę Bianki, próbując nadać głoswi swój zwyczajny, kpiący ton. — Chyba że chcesz zachować trytytki na pamiątkę. Nawet ci pasują.
Gdy samolot powoli zaczął wzbijać się, poczuł kolejną falę zmęczenia. Nie skupiał się na niej, nie oglądał się na siebie, pilnował, aby skutecznie oddalić się od zagrożenia i…
— Gdzie w zasadzie mieli lecieć?
— Kazano mi zgłosić i zrealizować lot do Los Mochis.
— Los Mochis?
— To w Meksyku
— Wiem, gdzie jest, kurwa, Los Mochis. Po chuj?
— Nie wiem, przysięgam! Tylko tyle mi powiedziano.
Ciężko byłoby nie kojarzyć miasta w regionie, który był gniazdem węży z Sinaloa. Nie pasował mu jednak zestaw podróżników, który pierwotnie planował się tam wybrać.
— Navarro macie tam jakąś super tajną bazę operacyjną czy o co chodzi? — To akurat byłoby głupie, bo kartel pilnie strzegł swojego terenu i wątpliwym było, aby tak po prostu nie zauważyli miejscówki, gdzie przyczajali się federalni. Z drugiej strony niby najciemniej było pod latarnią, ale… Tępy ból przy boku zachwiał jego ciąg myślowy (tak, zdarzało mu się myśleć). Skrzywił się mimowolnie, odruchowo sięgając do pulsującego miejsca. Lepka wilgoć, którą poczuł pod palcami nie była tym, co chciałby przy okazji tam znaleźć.
i got this
Przesunął się w stronę kokpitu z przekonaniem, że skoro znajdujący się tam pilot nie dołączył się do walki, nie reagował na rzeszę psychofanów przy drzwiach, ani nie wyściubił nawet głowy z kokpitu w momencie, gdy padły strzały, to najprawdopodobniej był w to niebezpośrednio zamieszany.
I jego zadaniem było wyłącznie przemieścić maszynę z punktu A do punktu B.
Po jednej z prób wyważył wejście, by chwilę potem celować z broni do przerażonego mężczyzny.
— Drugi silnik — polecił, zerkając przez okno w stronę kotłujących się agentów, którzy już mniej subtelnie próbowali wyważyć drzwi od samolotu.
— A-ale ludzie.
Chłodna lufa przy jego skroni okazała się być wystarczającym argumentem, aby zapomniał o znajdujących się po stronie niepracującego silnika ludziach. Nacisnął parę przycisków, coś przesunął na panelu, a śmigło przy drugim ze skrzydeł zaczęło się obracać z sekundy na sekundę coraz szybciej. Szum pracującej maszyny stał się wyraźnie głośniejszy, a drzwi po chwili przestały uginać się pod siłą uderzeń ciężkimi przedmiotami.
Agenci rozpierzchli się po hangarze, umykając przed narastającą siłą silnika na chodzie. Pilot, zachęcony przez Vissera, choć chyba bardziej przez jego broń, zaczął wyprowadzać powoli maszynę prze otwarty hangar na spowity nocą asfalt. Samolot przesunął się wzdłuż hangarów, ostatecznie wytaczając się na wolny pas.
— Trzeba będzie usiąść — powiedział zestresowany pilot. — Będę startował.
— Navarro — odezwał się, wyglądając z kokpitu. — Usiądź koło sympatycznego pana, w razie gdyby kombinował. — Wskazał ruchem głowy na pusty fotel drugiego pilota. Sam przekuśtykał, dopiero odczuwając pierwsze oznaki całej szamotaniny, w kierunku jednego z miejsc pasażerskich. Opadł na nie, krzywiąc się w reakcji na bolesną szpilę, która nagle werżnęła się w jego ciało.
Oparł głowę o zagłówek, ale kiedy przymknął oczy, przez ciało przeszło nieprzyjemne uczucie ciężkości, przypominające mu o wszystkich ostatnich nocach spędzonych w samochodzie, kilometrach przejechanych za Navarro i kilku minutach szarpaniny, podczas których najwyraźniej odkrył mięśnie, o których istnieniu dotąd nie miał pojęcia.
Skrzywił się, poprawiając pozycję.
Bolało go właściwie wszystko.
Żebra, bark, kolano, coś paskudnie ciągnęło przy boku, ale na tle reszty nie wydawało się szczególnie interesujące. Starzał się. To było jedyne rozsądne wyjaśnienie, którego absolutnie nie zamierzał wypowiadać na głos przy Biance.
Zmusił się więc do ponownego otwarcia oczu i spojrzał w stronę kokpitu, gdzie Navarro miała pilnować ich nowego, wyjątkowo mało entuzjastycznego przewoźnika.
Przez moment obraz wydał mu się dziwnie zbyt jasny, rozmyty na krawędziach, ale wystarczyło kilka mrugnięć, żeby prawie wszystko wróciło na swoje miejsce.
Przetarł twarz dłonią, uznając, że po pięciu dniach bez normalnego snu miał pełne prawo czuć się jak gówno. Nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy pojawiła się mało uprzejma sugestia, że zwykle po podobnej bójce dochodził do siebie szybciej.
— Jak już upewnisz się, że nasz nowy najlepszy przyjaciel nie postanowi zrobić czegoś heroicznego, niech ci powie, gdzie znajdziemy coś ostrego — rzucił w stronę Bianki, próbując nadać głoswi swój zwyczajny, kpiący ton. — Chyba że chcesz zachować trytytki na pamiątkę. Nawet ci pasują.
Gdy samolot powoli zaczął wzbijać się, poczuł kolejną falę zmęczenia. Nie skupiał się na niej, nie oglądał się na siebie, pilnował, aby skutecznie oddalić się od zagrożenia i…
— Gdzie w zasadzie mieli lecieć?
— Kazano mi zgłosić i zrealizować lot do Los Mochis.
— Los Mochis?
— To w Meksyku
— Wiem, gdzie jest, kurwa, Los Mochis. Po chuj?
— Nie wiem, przysięgam! Tylko tyle mi powiedziano.
Ciężko byłoby nie kojarzyć miasta w regionie, który był gniazdem węży z Sinaloa. Nie pasował mu jednak zestaw podróżników, który pierwotnie planował się tam wybrać.
— Navarro macie tam jakąś super tajną bazę operacyjną czy o co chodzi? — To akurat byłoby głupie, bo kartel pilnie strzegł swojego terenu i wątpliwym było, aby tak po prostu nie zauważyli miejscówki, gdzie przyczajali się federalni. Z drugiej strony niby najciemniej było pod latarnią, ale… Tępy ból przy boku zachwiał jego ciąg myślowy (tak, zdarzało mu się myśleć). Skrzywił się mimowolnie, odruchowo sięgając do pulsującego miejsca. Lepka wilgoć, którą poczuł pod palcami nie była tym, co chciałby przy okazji tam znaleźć.
i got this