tequila con muerte
: wt lut 10, 2026 9:38 pm
Bardzo typowe dla niego byłoby to, że te zdjęcia miał w telefonie, który im oddał. Ale nie tym razem.
- Ja w ogóle ich nie mam... jeszcze. Ma je Peach, bo mi zamókł telefon i ona robiła je swoim, długa historia... - tym razem on machnął ręką, bo to też nic nowego nie wnosił do ich sprawy. No nie licząc tego, że nie miał tych zdjęć na telefonie, który im oddał. Tam nie miał praktycznie nic. Bo to był kolejny nowy telefon. Ale nie ważne, mieli teraz inne problemy, jak na przykład to, że po wyjściu stąd wytatuują sobie kwiatuszka. Chociaż to nie był akurat problem, a przynajmniej nie dla Madoxa, bo on tych kwiatuszków miał kilka, w różnych miejscach, na szyi, albo na ręce.
- Dobra, ale ja wybieram wzór, coś słodkiego, żeby było śmiesznie jak się rozbierzesz... - no tak, bo kwiatuszek bardziej nie pasował jej, niż jemu... ale w zasadzie to coś w tym było. Złapał jej spojrzenie w lustrze, ale tylko na moment, bo zaraz to już zmywał te resztki krwi, z włosów, po czym wytarł je ręcznikiem. Znowu te złote litery E i róże... Jak na tej chusteczce, którą miał w kieszeni, nawet przez moment chciał do niej sięgnąć, ale jeszcze tego mu brakowało, żeby zaraz Pilar mu wyrzuciła, że on chce się naćpać w takim momencie. Obserwował Stewart, kiedy prała jego koszulę, bo w zasadzie to go to trochę urzekało, że kurwa, ona to nawet koszulę dla niego, mu, prała. Powiódł za nią spojrzeniem do kaloryfera.
- Skoro nas zaprosiła, to może dadzą coś dobrego - rzucił, chociaż nie był tego taki pewny, co w ogóle je się na kolacji u matki, która jest królową jakiejś meksykańskiej mafii? Opcje były różne, od empanady, po jakąś czarną polewkę, albo wino w czaszkach jej wrogów. Z tym ostatnim to chyba przesada, chociaż... kto ją tam wie.
- Pewnie mają, kto wykarmiłby tylu goryli? Chyba, że oni gotują, może gruby? - spojrzał na Pilar unosząc jedną brew - chociaż grubas na kucharza to trochę ryzykowne - chciał sobie zażartować, zanim jeszcze się w nią wtulił, oczywiście ignorując jej sińce, no bo... oni jakoś nigdy na to nie zwracali uwagi, na żadne rany. Chociaż zaraz osadził na jej skórze ciepły oddech, kiedy oparł o jej brzuch szorstki policzek.
- Bo my chyba za bardzo lubimy ryzyko Pilar... - mruknął, ale kiedyś już jej to mówił, dawno, dawno temu, w klubie - ja walnę jakąś głupotę, a ty zaraz w to wchodzisz, albo ty coś powiesz, a ja, że świetnie, a potem lądujemy na takiej kolacji... - już się zaczął nakręcać, ale takie były fakty. Że on by wszedł we wszystko co ona by mu powiedziała, a ona w to co on jej, nawet jeśli by wiedzieli, że idą na kolację do mafii, to pewnie tylko by się siebie nawzajem zapytali w co się ubrać.
Dopiero kiedy powiedziała o swojej matce, to drgnął pod jej palcami, chociaż jej dotyk był tak cholernie przyjemny, kojący, te paznokcie sunące po skórze.
Podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć.
- Szukałaś jej kiedyś? - zapytał, bo w policji przecież to było... łatwiejsze.
Może nawet powiedziałby coś jeszcze, bo już nawet otworzył usta przesuwając opuszkami palców po nagiej skórze na jej biodrze i odchylając się od niej, żeby złapać jej spojrzenie, tylko, że już drzwi do pokoju się otworzyły, a w tych łazienkowych zaraz stanął Lopez.
- Długo jeszcze? Esme już czeka - warknął i obrzucił ich spojrzeniem - czekam przy drzwiach - wyszedł, ale nawet nie zamknął drzwi, nie było słychać trzaśnięcia.
Madox wstał, ale jeszcze złapał Pilar za rękę, jeszcze zatrzymał ją w miejscu.
- Te amo - wyszeptał patrząc jej w oczy. Tym razem, to on poczuł, że musi jej to powiedzieć. Bo kurwa. Naprawdę nie było wiadomo co się może wydarzyć na tej kolacji. Jeszcze raz musnął wargami jej pełne, gorące usta. A zaraz już zakładał na siebie wilgotną koszulę i zapinał guziki. Pomógł jej z zapięciem sukienki i tym razem, o dziwo, poszło mu sprawnie. Bo teraz trzeba było podejść do tego na chłodno, na spokojnie.
- Calma - jeszcze rzucił bezgłośnie, kiedy już wychodzili z tego pokoju, trzymając się za ręce. Lopez stał przy drzwiach oparty o ścianę, a za nim dwóch goryli. Świetnie, teraz będą ich prowadzać we troje. Ale trójce pewnie daliby radę... Gorzej, że ich w tym domu była cała armia.
- A co na kolację? Ty zjesz z nami? Esme cię chyba lubi... - oczywiście, że Madox zagadywał Lopeza, tylko, że ten nie odezwał się nawet słowem. Nawet mu kurwa powieka nie drgnęła na żadne z tych pytań...
- Ruchasz ją? - wypalił, nagle, idący za nimi goryle nie zrozumieli, albo nie dali nic po sobie poznać. Ale to byli ci ruscy, a Noriega nawijał po hiszpańsku. Lopez za to zrozumiał, aż kurwa za dobrze, bo odwrócił się gwałtownie, aż Madox w pierwszym odruchu szarpnął za siebie Pilar.
- Zamknij mordę... bo mnie wkurwiasz - wysyczał przez zęby i przyspieszył kroku. Madox za to obejrzał się tylko na Pilar przyciągając ją bliżej do siebie. Jakby nie ruchał to by się tak obruszył? Może i tak...
A może coś było na rzeczy?
Ale Madox się zamknął, zresztą Lopez już otworzył przed nimi drzwi tej głównej jadalni, w której Madox był wcześniej. Wszędzie róże, a na środku stół z chyba dwunastoma krzesłami. Ale tylko trzy nakrycia na samym końcu. Czyli jednak Lopez nie zje z nimi. Na środku siedziała Esme w nowej sukience, też białej... w czerwone kwiaty.
Kurwa.
Miała w tamtym pokoju kamerę? Czy to był kolejny pierdolony zbieg okoliczności.
- Wreszcie - odezwała się i zaraz poklepała miejsce po swojej prawej stronie - Madito tutaj - mieli z Pilar miejsca na przeciwko siebie. A stół był szeroki. Specjalnie, żeby nie mogli sobie dawać jakiś sygnałów, chyba, że kopniakiem licząc na to, że Esme nie zauważy. Kolacja leżała już na półmiskach. Wyglądała wybornie, kolumbijskie dania, sancocho, arepas, empanady, patacones, pandebono i te buñuelos, na które Madox tak liczył. Aż mu zaburczało w brzuchu, bo mogli siedzieć na gangsterskiej kolacji, ale... to było kolumbijskie żarcie. Nie dało się inaczej.
Pilar Stewart
- Ja w ogóle ich nie mam... jeszcze. Ma je Peach, bo mi zamókł telefon i ona robiła je swoim, długa historia... - tym razem on machnął ręką, bo to też nic nowego nie wnosił do ich sprawy. No nie licząc tego, że nie miał tych zdjęć na telefonie, który im oddał. Tam nie miał praktycznie nic. Bo to był kolejny nowy telefon. Ale nie ważne, mieli teraz inne problemy, jak na przykład to, że po wyjściu stąd wytatuują sobie kwiatuszka. Chociaż to nie był akurat problem, a przynajmniej nie dla Madoxa, bo on tych kwiatuszków miał kilka, w różnych miejscach, na szyi, albo na ręce.
- Dobra, ale ja wybieram wzór, coś słodkiego, żeby było śmiesznie jak się rozbierzesz... - no tak, bo kwiatuszek bardziej nie pasował jej, niż jemu... ale w zasadzie to coś w tym było. Złapał jej spojrzenie w lustrze, ale tylko na moment, bo zaraz to już zmywał te resztki krwi, z włosów, po czym wytarł je ręcznikiem. Znowu te złote litery E i róże... Jak na tej chusteczce, którą miał w kieszeni, nawet przez moment chciał do niej sięgnąć, ale jeszcze tego mu brakowało, żeby zaraz Pilar mu wyrzuciła, że on chce się naćpać w takim momencie. Obserwował Stewart, kiedy prała jego koszulę, bo w zasadzie to go to trochę urzekało, że kurwa, ona to nawet koszulę dla niego, mu, prała. Powiódł za nią spojrzeniem do kaloryfera.
- Skoro nas zaprosiła, to może dadzą coś dobrego - rzucił, chociaż nie był tego taki pewny, co w ogóle je się na kolacji u matki, która jest królową jakiejś meksykańskiej mafii? Opcje były różne, od empanady, po jakąś czarną polewkę, albo wino w czaszkach jej wrogów. Z tym ostatnim to chyba przesada, chociaż... kto ją tam wie.
- Pewnie mają, kto wykarmiłby tylu goryli? Chyba, że oni gotują, może gruby? - spojrzał na Pilar unosząc jedną brew - chociaż grubas na kucharza to trochę ryzykowne - chciał sobie zażartować, zanim jeszcze się w nią wtulił, oczywiście ignorując jej sińce, no bo... oni jakoś nigdy na to nie zwracali uwagi, na żadne rany. Chociaż zaraz osadził na jej skórze ciepły oddech, kiedy oparł o jej brzuch szorstki policzek.
- Bo my chyba za bardzo lubimy ryzyko Pilar... - mruknął, ale kiedyś już jej to mówił, dawno, dawno temu, w klubie - ja walnę jakąś głupotę, a ty zaraz w to wchodzisz, albo ty coś powiesz, a ja, że świetnie, a potem lądujemy na takiej kolacji... - już się zaczął nakręcać, ale takie były fakty. Że on by wszedł we wszystko co ona by mu powiedziała, a ona w to co on jej, nawet jeśli by wiedzieli, że idą na kolację do mafii, to pewnie tylko by się siebie nawzajem zapytali w co się ubrać.
Dopiero kiedy powiedziała o swojej matce, to drgnął pod jej palcami, chociaż jej dotyk był tak cholernie przyjemny, kojący, te paznokcie sunące po skórze.
Podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć.
- Szukałaś jej kiedyś? - zapytał, bo w policji przecież to było... łatwiejsze.
Może nawet powiedziałby coś jeszcze, bo już nawet otworzył usta przesuwając opuszkami palców po nagiej skórze na jej biodrze i odchylając się od niej, żeby złapać jej spojrzenie, tylko, że już drzwi do pokoju się otworzyły, a w tych łazienkowych zaraz stanął Lopez.
- Długo jeszcze? Esme już czeka - warknął i obrzucił ich spojrzeniem - czekam przy drzwiach - wyszedł, ale nawet nie zamknął drzwi, nie było słychać trzaśnięcia.
Madox wstał, ale jeszcze złapał Pilar za rękę, jeszcze zatrzymał ją w miejscu.
- Te amo - wyszeptał patrząc jej w oczy. Tym razem, to on poczuł, że musi jej to powiedzieć. Bo kurwa. Naprawdę nie było wiadomo co się może wydarzyć na tej kolacji. Jeszcze raz musnął wargami jej pełne, gorące usta. A zaraz już zakładał na siebie wilgotną koszulę i zapinał guziki. Pomógł jej z zapięciem sukienki i tym razem, o dziwo, poszło mu sprawnie. Bo teraz trzeba było podejść do tego na chłodno, na spokojnie.
- Calma - jeszcze rzucił bezgłośnie, kiedy już wychodzili z tego pokoju, trzymając się za ręce. Lopez stał przy drzwiach oparty o ścianę, a za nim dwóch goryli. Świetnie, teraz będą ich prowadzać we troje. Ale trójce pewnie daliby radę... Gorzej, że ich w tym domu była cała armia.
- A co na kolację? Ty zjesz z nami? Esme cię chyba lubi... - oczywiście, że Madox zagadywał Lopeza, tylko, że ten nie odezwał się nawet słowem. Nawet mu kurwa powieka nie drgnęła na żadne z tych pytań...
- Ruchasz ją? - wypalił, nagle, idący za nimi goryle nie zrozumieli, albo nie dali nic po sobie poznać. Ale to byli ci ruscy, a Noriega nawijał po hiszpańsku. Lopez za to zrozumiał, aż kurwa za dobrze, bo odwrócił się gwałtownie, aż Madox w pierwszym odruchu szarpnął za siebie Pilar.
- Zamknij mordę... bo mnie wkurwiasz - wysyczał przez zęby i przyspieszył kroku. Madox za to obejrzał się tylko na Pilar przyciągając ją bliżej do siebie. Jakby nie ruchał to by się tak obruszył? Może i tak...
A może coś było na rzeczy?
Ale Madox się zamknął, zresztą Lopez już otworzył przed nimi drzwi tej głównej jadalni, w której Madox był wcześniej. Wszędzie róże, a na środku stół z chyba dwunastoma krzesłami. Ale tylko trzy nakrycia na samym końcu. Czyli jednak Lopez nie zje z nimi. Na środku siedziała Esme w nowej sukience, też białej... w czerwone kwiaty.
Kurwa.
Miała w tamtym pokoju kamerę? Czy to był kolejny pierdolony zbieg okoliczności.
- Wreszcie - odezwała się i zaraz poklepała miejsce po swojej prawej stronie - Madito tutaj - mieli z Pilar miejsca na przeciwko siebie. A stół był szeroki. Specjalnie, żeby nie mogli sobie dawać jakiś sygnałów, chyba, że kopniakiem licząc na to, że Esme nie zauważy. Kolacja leżała już na półmiskach. Wyglądała wybornie, kolumbijskie dania, sancocho, arepas, empanady, patacones, pandebono i te buñuelos, na które Madox tak liczył. Aż mu zaburczało w brzuchu, bo mogli siedzieć na gangsterskiej kolacji, ale... to było kolumbijskie żarcie. Nie dało się inaczej.
Pilar Stewart