clean up the rot before it digs too deep
: sob paź 03, 2026 9:37 pm
Nie spodobało mu się to, jak łatwo potrafił uwierzyć w jej teorię.
Jeszcze kilka dni temu mógłby wymienić ludzi, którzy przy odrobinie zachęty opowiedzieliby mu, kto w agencji wydaje rozkazy, a kto tylko grzecznie je wykonuje. Teraz nie miał nawet telefonu, żeby sprawdzić choćby pogode, a co dopiero co przez ten czas wydarzyło się po jego własnej stronie.
Opuścił wzrok na dłonie trzymające kierownicę. Los Mochis leżało wystarczająco blisko jego ludzi, żeby nie chciał uznawać tego za przypadek, ale zbyt wiele rzeczy nadal się nie zgadzało. Miał więc przynajmniej powód sądzić, że sam również był częścią tego planu, choć czy mieli przywieźć go tam żywego, gdyby nie wpadł do samolotu na własne życzenie, to już całkiem inna sprawa. Ją chcieli żywą na pewno.
Spojrzał na nią kątem oka.
Przez ostatnie dni zdążył parę razy przekonać się, że to, co uważał za wiedzę o Biance, bywało w najlepszym razie wiedzą o Ortedze. Ona z kolei znała go na tyle dobrze, żeby nie potrzebować wymyślać sobie powodów, dla których należało trzymać się od niego z daleka. A jednak siedzieli w tym samym gruchocie, gdzieś na zadupiu Jukonu, usiłując zgadnąć, kto chciał ich dostarczyć do Meksyku i po co.
— Jeśli mieli tam po prostu nas zabić, samolot był dość kosztownym wyborem — mruknął w końcu. — Ale chuj wie. Może komuś bardzo zależało na scenerii. El Sueño na przykład lubił takie pokazówki; publiczne i pojebane egzekucje. Ostatnio takiego Carreiro w ramach spierdolonej akcji w Ekwadorze związał, przywiązał za koniem i puścił mustanga przez kanion. Bardzo ciekawe widowisko. To co dojechało za koniem już się nie nadawało do roboty.
Teraz nie bawiło go to jakoś szczególnie.
Bardziej niepokoiło go jednak to, jak długo siedziała cicho. Navarro ostatnio zwykle znajdowała coś do powiedzenia, do wymądrzania się, nawet jeśli było to tylko poinformowanie go, że jego plan jest zjebany, więc brak komentarza do stanu samochodu, trasy i jego osoby zaczął działać mu na nerwy. Nie miał pojęcia, czy myślała o Los Mochis, o tamtym swoim przyjacielu, czy o tym, że znów znalazła się obok niego, chociaż pięć dni temu rozjechali się na stacji w przeciwne strony.
On miał wtedy pojechać gdzie indziej.
Nie wybrał tej drogi, a teraz nawet nie potrafił zrzucić winy na żadną z jej decyzji.
Ściągnął dłoń z kierownicy i sięgnął do zamka kurtki, po czym od razu pożałował tego pomysłu. Pierwszy rękaw zsunął się względnie łatwo ale przy drugim musiał cofnąć bark, a wraz z nim poruszył cały bok; ból pociągnął od rany gdzieś pod samą łopatkę, zmuszając go do zatrzymania się z ręką wykręconą w idiotycznej pozycji. Zaklął cicho i przez moment walczył z materiałem, aż wreszcie udało mu się wyswobodzić łokieć bez wykonywania kolejnego ruchu, który mógłby skończyć się wizytą igły u Navarro.
Rzucił kurtkę bezceremonialnie na jej kolana i z powrotem chwycił kierownicę.
— Weź. I nie zaczynaj.
Z góry zamierzał wyłączyć się na jej protest. I na podszepty własnego, męskiego ego, które raz kolejny układało mu w myślach parę liter do słowa, które zaczynało się na p. Piździelec przy tym byłby znośny.
Dopiero kiedy zaproponowała zatrzymanie mijanego samochodu, ponownie spojrzał w stronę drogi. Jeszcze przed chwilą uderzał w wywietrznik, bo potrzebował telefonu. Teraz wystarczył widok obcego kierowcy, żeby wyobraził sobie, jak za kilka minut ten sam człowiek opowiada policji o dwójce poobijanych ludzi w rozklekotanym aucie niedaleko granicy.
— Daj mu jechać — powiedział, zanim zbliżyli się na tyle, by musiał podejmować decyzję za kierownicą. — Potrzebuję telefonu, ale nie tutaj. Jeszcze nie wiemy nawet, którędy najłatwiej wydostać się z tej okolicy, a ty chcesz zostawić za nami człowieka, który będzie mógł opisać nas i ten pieprzony samochód.
Pozwolił staremu autu minąć się z nimi. Przez chwilę śledził je w lusterku, niezadowolony z tego, że przepuszcza pierwszą od kilku dni okazję do wykonania jednego, głupiego telefonu. Mógłby zadzwonić do swoich, dowiedzieć się, co wiedzą i wreszcie przestać zgadywać.
Palce zacisnęły mu się na kierownicy mocniej. Telefon byłby przydatny do zorientowania się też w tym, gdzie byli. Ale oldschool też nie był zły i wystarczyły znaki. Informujące o nieodległym przejściu granicznym. Co oznaczało, że niedługo będą musieli porzucić samochód, aby nie machać Amerykanom na gotowym przejeździe granicznym. I co oznaczało również, że czekał ich całkiem długi marsz.
Na przedniej szybie rozbiła się pierwsza, wielka kropla wody, zwiastująca nie byle mżawkę, a prawdopodobnie ulewę. Znaki sugerowały, że samochód dobrze byłoby zostawić już w tych okolicach, zanim las nieco się przerzedzi i odsłoni przejście graniczne. Zjechał na pobocze w miejscu, gdzie znalazł dostatecznie dużo przestrzeni, aby przejechać nieutwardzoną drogą pomiędzy drzewami jeszcze dobrych kilkadziesiąt metrów, aż stary rzęch ugrzązł gdzieś w błotnistym podłożu.
Przez chwilę wpatrywał się w krople deszczu gęsto spadające na maskę i wsłuchiwał się w chaotyczny stukot tych uderzających o karoserię.
— Spróbujemy to przeczekać — zasugerował, obserwując jak zasłona z ulewy gęstnieje nawet pomiędzy drzewami. Zostawił pojazd na chodzie, aby atrapa ogrzewania jeszcze działała. — Zaraz wracam — dodał.
Wykorzystując słabe reflektory auta, które rozświetlały przestrzeń przed nimi, odnalazł gałęzie, większe i mniejsze, pokryte liśćmi, które zaczął rozkładać wokół i na pojeździe tworząc przykrą, mało trwałą imitację kamuflażu.
Po wydarzeniach sprzed paru godzin wolał jednak zadać sobie nieco więcej trudu, niż ułatwić ludziom, którzy polowali na Navarro i najpewniej na niego, znalezienie ich. Włożył zdecydowanie zbyt wiele czasu i wysiłku w coś, co i tak prawdopodobnie rozpieprzy ulewa.
Nie zarzuci sobie przynajmniej, że nie próbował.
Wrócił do ich luksusowego wozu i ściągnął z włosów nadmiar wody.
— Mycie to mam odhaczone — rzucił w ramach suchego żartu najniższych lotów, tak naprawdę chcąc wybadać reakcję Navarro. Pełne politowania spojrzenie z pewnością by go usatysfakcjonowało.
we're all in shit together or whatever wild cats said
Jeszcze kilka dni temu mógłby wymienić ludzi, którzy przy odrobinie zachęty opowiedzieliby mu, kto w agencji wydaje rozkazy, a kto tylko grzecznie je wykonuje. Teraz nie miał nawet telefonu, żeby sprawdzić choćby pogode, a co dopiero co przez ten czas wydarzyło się po jego własnej stronie.
Opuścił wzrok na dłonie trzymające kierownicę. Los Mochis leżało wystarczająco blisko jego ludzi, żeby nie chciał uznawać tego za przypadek, ale zbyt wiele rzeczy nadal się nie zgadzało. Miał więc przynajmniej powód sądzić, że sam również był częścią tego planu, choć czy mieli przywieźć go tam żywego, gdyby nie wpadł do samolotu na własne życzenie, to już całkiem inna sprawa. Ją chcieli żywą na pewno.
Spojrzał na nią kątem oka.
Przez ostatnie dni zdążył parę razy przekonać się, że to, co uważał za wiedzę o Biance, bywało w najlepszym razie wiedzą o Ortedze. Ona z kolei znała go na tyle dobrze, żeby nie potrzebować wymyślać sobie powodów, dla których należało trzymać się od niego z daleka. A jednak siedzieli w tym samym gruchocie, gdzieś na zadupiu Jukonu, usiłując zgadnąć, kto chciał ich dostarczyć do Meksyku i po co.
— Jeśli mieli tam po prostu nas zabić, samolot był dość kosztownym wyborem — mruknął w końcu. — Ale chuj wie. Może komuś bardzo zależało na scenerii. El Sueño na przykład lubił takie pokazówki; publiczne i pojebane egzekucje. Ostatnio takiego Carreiro w ramach spierdolonej akcji w Ekwadorze związał, przywiązał za koniem i puścił mustanga przez kanion. Bardzo ciekawe widowisko. To co dojechało za koniem już się nie nadawało do roboty.
Teraz nie bawiło go to jakoś szczególnie.
Bardziej niepokoiło go jednak to, jak długo siedziała cicho. Navarro ostatnio zwykle znajdowała coś do powiedzenia, do wymądrzania się, nawet jeśli było to tylko poinformowanie go, że jego plan jest zjebany, więc brak komentarza do stanu samochodu, trasy i jego osoby zaczął działać mu na nerwy. Nie miał pojęcia, czy myślała o Los Mochis, o tamtym swoim przyjacielu, czy o tym, że znów znalazła się obok niego, chociaż pięć dni temu rozjechali się na stacji w przeciwne strony.
On miał wtedy pojechać gdzie indziej.
Nie wybrał tej drogi, a teraz nawet nie potrafił zrzucić winy na żadną z jej decyzji.
Ściągnął dłoń z kierownicy i sięgnął do zamka kurtki, po czym od razu pożałował tego pomysłu. Pierwszy rękaw zsunął się względnie łatwo ale przy drugim musiał cofnąć bark, a wraz z nim poruszył cały bok; ból pociągnął od rany gdzieś pod samą łopatkę, zmuszając go do zatrzymania się z ręką wykręconą w idiotycznej pozycji. Zaklął cicho i przez moment walczył z materiałem, aż wreszcie udało mu się wyswobodzić łokieć bez wykonywania kolejnego ruchu, który mógłby skończyć się wizytą igły u Navarro.
Rzucił kurtkę bezceremonialnie na jej kolana i z powrotem chwycił kierownicę.
— Weź. I nie zaczynaj.
Z góry zamierzał wyłączyć się na jej protest. I na podszepty własnego, męskiego ego, które raz kolejny układało mu w myślach parę liter do słowa, które zaczynało się na p. Piździelec przy tym byłby znośny.
Dopiero kiedy zaproponowała zatrzymanie mijanego samochodu, ponownie spojrzał w stronę drogi. Jeszcze przed chwilą uderzał w wywietrznik, bo potrzebował telefonu. Teraz wystarczył widok obcego kierowcy, żeby wyobraził sobie, jak za kilka minut ten sam człowiek opowiada policji o dwójce poobijanych ludzi w rozklekotanym aucie niedaleko granicy.
— Daj mu jechać — powiedział, zanim zbliżyli się na tyle, by musiał podejmować decyzję za kierownicą. — Potrzebuję telefonu, ale nie tutaj. Jeszcze nie wiemy nawet, którędy najłatwiej wydostać się z tej okolicy, a ty chcesz zostawić za nami człowieka, który będzie mógł opisać nas i ten pieprzony samochód.
Pozwolił staremu autu minąć się z nimi. Przez chwilę śledził je w lusterku, niezadowolony z tego, że przepuszcza pierwszą od kilku dni okazję do wykonania jednego, głupiego telefonu. Mógłby zadzwonić do swoich, dowiedzieć się, co wiedzą i wreszcie przestać zgadywać.
Palce zacisnęły mu się na kierownicy mocniej. Telefon byłby przydatny do zorientowania się też w tym, gdzie byli. Ale oldschool też nie był zły i wystarczyły znaki. Informujące o nieodległym przejściu granicznym. Co oznaczało, że niedługo będą musieli porzucić samochód, aby nie machać Amerykanom na gotowym przejeździe granicznym. I co oznaczało również, że czekał ich całkiem długi marsz.
Na przedniej szybie rozbiła się pierwsza, wielka kropla wody, zwiastująca nie byle mżawkę, a prawdopodobnie ulewę. Znaki sugerowały, że samochód dobrze byłoby zostawić już w tych okolicach, zanim las nieco się przerzedzi i odsłoni przejście graniczne. Zjechał na pobocze w miejscu, gdzie znalazł dostatecznie dużo przestrzeni, aby przejechać nieutwardzoną drogą pomiędzy drzewami jeszcze dobrych kilkadziesiąt metrów, aż stary rzęch ugrzązł gdzieś w błotnistym podłożu.
Przez chwilę wpatrywał się w krople deszczu gęsto spadające na maskę i wsłuchiwał się w chaotyczny stukot tych uderzających o karoserię.
— Spróbujemy to przeczekać — zasugerował, obserwując jak zasłona z ulewy gęstnieje nawet pomiędzy drzewami. Zostawił pojazd na chodzie, aby atrapa ogrzewania jeszcze działała. — Zaraz wracam — dodał.
Wykorzystując słabe reflektory auta, które rozświetlały przestrzeń przed nimi, odnalazł gałęzie, większe i mniejsze, pokryte liśćmi, które zaczął rozkładać wokół i na pojeździe tworząc przykrą, mało trwałą imitację kamuflażu.
Po wydarzeniach sprzed paru godzin wolał jednak zadać sobie nieco więcej trudu, niż ułatwić ludziom, którzy polowali na Navarro i najpewniej na niego, znalezienie ich. Włożył zdecydowanie zbyt wiele czasu i wysiłku w coś, co i tak prawdopodobnie rozpieprzy ulewa.
Nie zarzuci sobie przynajmniej, że nie próbował.
Wrócił do ich luksusowego wozu i ściągnął z włosów nadmiar wody.
— Mycie to mam odhaczone — rzucił w ramach suchego żartu najniższych lotów, tak naprawdę chcąc wybadać reakcję Navarro. Pełne politowania spojrzenie z pewnością by go usatysfakcjonowało.
we're all in shit together or whatever wild cats said