Strona 14 z 14

It's beginning to look a lot like fuck this

: ndz lip 12, 2026 2:58 am
autor: Milo Rivera
Słyszał kiedyś, że zdziczałe zwierzę nigdy nie da się w pełni oswoić, a natura prędzej czy później da o sobie znać. Być może coś w tym było, a człowiek który latami uczył się jak przeżyć na własną rękę w najbardziej niekorzystnych warunkach wyhodowywał sobie z czasem instynkty rzadko kiełkujące u tych, którzy nie stanęli nigdy przed podobną koniecznością. Przyzwyczajenia dźgnęły go kuszącą sugestią by nabrać głębszego oddechu i puścić się biegiem przez korytarz, dobieg zakrętu za lobby i wyskoczyć oknem prowadzącym na szerszy gzyms, a stamtąd na niższy dach magazynu. Stamtąd bez problemu dostałby się na parking i wreszcie za siatkę, a za dwadzieścia minut byłby już w pokoju na poddaszu zastanawiając się kto kręcił się tej nocy po cegielni.
Sęk w tym, że nie mógł tego zrobić mając przy sobie nienawykłego do takich ryzykownych aktywności Gauthiera, a prędzej przebiłby się głową przez ścianę niż zostawił go za sobą.
Przyszli razem - wyjdą razem. Innej opcji nie rozważał.
Jeżeli znowu kogoś zobaczę to poleci za cegłą 一 oznajmił gorzko, zaciskając mocniej palce na latarce; u Milo podobne sytuacje wywoływały zazwyczaj przede wszystkim gniew, który krążył sobie w krwioobiegu łącznie z adrenaliną, doświadczenie pozwalało mu jednak zazwyczaj równoważyć go logiką i myśleniem zadaniowym. W żadnej dziedzinie życia nie ufał swoim emocjom dostatecznie by pozwolić im przyćmić rozsądek. 一 Uważaj na siebie, okay? Schody odpadają, ale jest dość nisko.
Chwilę później głowa Dylana zniknęła mu w szybie windy i Milo słuchający jednym uchem tego co działo się na korytarzu początkowo nie złowił niepokojącego, bolesnego jęku dobiegającego z dołu. Pomyślał po prostu, że lądowanie okazało się mniej miękkie niż oczekiwane, ale za nic nie podejrzewał kontuzji. Uznał jego lakoniczne „żyję“ za wyczerpujące temat i upewniając się tylko, że nie trafi w niego plecakiem, zrzucił bagaż tam, gdzie snopem światła z latarki odnalazł dość miejsca.
Wylądował obok Gauthiera na ugiętych nogach, cudem rozmijając się z wystającym ze zbrojenia drutem.
Mamy dwie opcje. Możemy albo sprawdzić czy z parteru damy radę dostać się na klatkę schodową i wyjść tymi samymi drzwiami, albo... co ci się stało? Ręka? Pokaż 一 zażądał, ucinając rozplanowywanie trasy z miejsca, kiedy zarówno cichość jak i przyciskana do piersi dłoń wzbudziły jego podejrzliwość. Serce drgnęło mu na widok nieanatomicznie wykręconego nadgarstka.
Palcami na ślepo wyplątał się z maseczki uznając ją już za zbędną i przeszkadzającą, dorzucił ją do stosu innych bezużytecznych śmieci walających się pod nogami i ostrożnie chwycił Gauthiera za łokieć chcąc obrócić go do siebie przodem.
Złość podmyła gwałtowną falą dotychczasowy, wywalczony za pomocą rozumu spokój; pierwsza pomoc nie była jego moną stroną. Sposobami jakimi opatrywał samego siebie nie opatrzyłby psa.
Postaraj się trzymać wysoko na tyle na ile to możliwe i nic tą ręką nie chwytaj, jasne? Wyprowadzę nas stąd, pójdziemy w stronę głównego wyjścia. To nie to samo którym weszliśmy, ale skoro ktoś wie którędy przyszliśmy będzie się spodziewał, że tam wrócimy. Kurwa, przepraszam, nie pomyślałem... nieważne. Później, na razie wychodzimy.
Nadgarstek zaczynał powoli puchnąć i wyglądał boleśnie nawet z perspektywy osoby postronnej, a ponieważ Milo raz czy dwa przechodził przez podobną kontuzję wiedział, że była to przyjemność zbliżona do leczenia kanałowego. Potrzebowali dostać się na SOR w możliwie krótkim czasie, miał zatem nadzieję, że Camarena zostawił kluczyki do swojej zajebistej Impali na wierzchu.
Wyrzuty sumienia szarpnęły go zanim jeszcze uszedł choć kilka metrów, wypominając lekkomyślność i optymistyczne założenia; jak mógł wpaść na tak nieodpowiedzialny pomysł i zabrać go w takie miejsce?
Mów do mnie, okay? Chcę cię słyszeć tam z tyłu. No dalej, możesz sobie nawet na mnie poużywać, tylko żadnej ciszy.
Ręką w której nie trzymał latarki wciąż obracał scyzoryk, zaglądał w ciemne, ziejące pustką pomieszczenia jakie mijali po drodze i mrużył oczy jakby starał się zobaczyć więcej niż pozwalał mu na to snop światła. Drzwi wyjściowe były blisko.

Spoiler
Wielkie dwuskrzydłowe drzwi zamajaczyły na horyzoncie. Przez przeszklenia widać pusty parking i równie wyludnioną stróżówkę przejętą przez dziką ruderalną roślinność. Szczęśliwie na uchwytach nie ma śladu łańcucha, ale szpara na klucz już na pierwszy rzut oka zaczyna wzbudzać oczywiste wątpliwości.
W oddali, gdzieś w okolicach klatki schodowej i stołówki podniósł się dźwięk na tyle cichy, by dało się go łatwo przeoczyć, przypominający jednocześnie kroki przynajmniej jednej osoby, choć równie dobrze może to być skapująca z dziurawego szybu wentylacyjnego woda.

Kosteczki:

1: zamknięte na ament, trzeba szukać innego wyjścia.
2-4: zamknięte, ale można pokombinować z zamkiem.
5-6: wolność, drzwi otwarte.

Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: pn lip 13, 2026 12:58 am
autor: Dylan Gauthier
Przyćmienie umysłu rozchodzącym się w przedramieniu, niefortunnie znajomym bólem oraz oszołomieniem upadkiem wychodzącym mu znacznie mniej zgrabnie niż zakładał przypomniało mu o facie, że powinien dać znać Milo o potrzebie zachowania szczególnej ostrożności w drodze na dół dopiero, kiedy ten wylądował tuż obok. Odetchnął i podniósł na mężczyznę wzrok sugerujący, że nie załapał ani jednej z wymienionych opcji, a na polecenie pochwalenia się kontuzją odczepił palce od źródła problemu z grymasem nawracającego dyskomfortu.
- Nic takiego... raczej nie jest złamany - zauważył, korzystając ze źródła światła w postaci latarki Milo by spojrzeć na nabierający kolorów i rozmiarów nadgarstek. Wciągnął powietrze i spróbował poruszyć palcami, co prawie zgięło go w pół, jednak nie docierało do poziomów bólu jakie pamiętał ze złamania. - Mhm... nie... nie złamany - potwierdził i podniósł się do siadu by więcej nie wylegiwać się pośród całego syfu jaki zbierał się na dnie szybu przez bliżej nieokreślony czas od wyłączenia maszynerii z użytku.
- Jasne, tylko... Za co ty przepraszasz? Dobra, czekaj, daj mi moment - mruknął jeszcze zanim ruszył się z miejsca, przyciągając swój plecak między nogi i jedną ręką rozprawiając się z tym samym zamkiem co wcześniej, by ponownie znaleźć jeden z wypisanych długopisów. Kciukiem zepchnął niebieską zatyczkę i wziął końcówkę długopisu między zęby po zsunięciu maseczki pod brodę, by ponownie zwolnioną ręką odhaczyć gumy zza uszu i jedną z nich zawiesić na kciuku pokiereszowanej dłoni. Marszcząc czoło w skupieniu przycisnął prowizoryczną szynę do nadgarstka i ciasno owinął całą konstrukcję bandażem maseczką, a na koniec pomagając sobie zębami związał ze sobą gumy by utrzymały stabilizator w miejscu. Przez moment wpatrywał się w swoje dzieło krytycznie, po czym wypuścił oddech drżący od nasilenia bólu nowym uciskiem.
- Ujdzie. To gdzie teraz..? Nie słuchałem - przyznał bez owijania w bawełnę, wyciągając w górę zdrową rękę by w ten sposób poprosić Milo o wsparcie w ponoszeniu się do pionu. Przerzucił plecak przez ramię i po ostatnim spojrzeniu w górę, dla pewności że żaden z ich prześladowców nie zagląda z piętra, pomaszerował przed siebie, bardziej niż wcześniej zwracając uwagę na to, gdzie stawia nogi.
- Czyli... czekaj, wyjście główne? To to, które mijaliśmy? Nie było na nim łańcucha? - upewnił się, zgodnie z poleceniem zapełniając ciszę własnym głosem. - Czy nie to, w sensie z drugiej strony budynku? Ile tu jest głównych wejść? - dopytał jeszcze, kontrolnie zerkając za plecy, gdy z kierunku wind dobiegło stukanie zsuwającego się ze sterty kamyka. Najpewniej sami naruszyli warstwę śmieci i gruzów swoimi akrobacjami, jednak przez chwilę utrzymał wzrok na nieruchomej ciemności korytarza. Ten moment starczył by zahaczył trampkiem o próg i skomentował to dźwięcznym - Calisse - chociaż dał radę tym razem nie polecieć na twarz ani nie skręcić drugiej ręki. - Zignoruj, idę - zapewnił pospiesznie zanim Rivera zdążyłby zareagować na uparcie trzymającą się go tego dnia niezdarność. Jakby gdzieś po drodze znalazł piłkę i kosza, zapewne po jednym rzucie przyjąłby ją twarzą. Od tego momentu trzymał się patrzenia przed siebie, a dokładniej na swojego przewodnika łagodnie przechylającego się w stronę paranoi na jego zdrowiem. Szczerze wątpił by cokolwiek miało wciągnąć go w zacieniony kąt przy następnym nieuważnym zakręcie.
- Mną się nie przejmuj, mam się na tyłach bardzo dobrze. Wspominałem, że świetnie wyglądasz w tych spodniach? - upewnił się, pomimo obrażeń i stresu niespodziewaną sytuacją gładko wchodząc z powrotem w swój zwyczajowy tryb, pomagający mu odwrócić własną uwagę. - Musisz mi się później pokazać w lepszym świetle, może... O, te bywały otwarte? - upewnił się, gdy zbliżyli się do drzwi i zrównał się z Riverą by rzucić okiem na ich potencjalne wyjście na wolność. Wyglądało obiecująco, więc trzymając rękę w zaleconej pozycji wziął na siebie stanie na czatach, podczas gdy Milo torował im drogę i... I nic. Łypnął na drzwi pytająco, jakby te same mogły opowiedzieć mu w czym tkwił problem.
- Pomóc ci je pchnąć? Albo mógłbym spróbować kop-... W sumie nie, nie mógłbym. Jakieś okno? Albo gabinet dozorcy, w którym może być jakiś, nie wiem, klucz? - zmienił kierunek planowania w trakcie przemyślenia, gdy zdał sobie sprawę, że wykopanie drzwi z zawiasów wymagałoby sprawności w obu nogach, a tym od kilku lat niestety nie mógł się pochwalić.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: pn lip 13, 2026 2:59 pm
autor: Milo Rivera
Bardzo prowizoryczny i pozostawiający wiele do życzenia opatrunek nie wyciszył na dobre gorzkich wyrzutów sumienia, które uczepiły się go i uparcie trzymały przez całą drogę w głąb ciemnego korytarza. Być może Dylan nie widział w tym jego winy, ale Milo poza układaniem w głowie kolejnych planów awaryjnych biernie pieklił się na siebie, że nie wymyślił innego, mniej ryzykownego sposobu na obejrzenie gwiazd nad Sacramento.
Z drugiej strony. Tamto wychodzi na plac, to o którym myślę prowadzi na parking i przy odrobinie szczęścia może będzie otwarte albo przynajmniej znajdzie się jakieś okno 一 przedstawił różnicę, odświeżając sobie mapę cegielni we wspomnieniu i szukając w niej ewentualnie innych wartych odrobiny gimnastyki punktów. 一 Wszystko okay?
Nie potrafił przesiać zmartwienia od względnie neutralnego wydźwięku pytania, które padło automatycznie po tym jak usłyszał potknięcie za plecami. Światło latarki przelało się przez ściany, błysnęło w starej, pustej gablocie odbijając się od szyby i padło na Dylana tonącego w zapewnieniach, że nic się nie stało. Milo jedynie zmarszczył brwi, a osadzona na jego twarzy warstewka kurzu akcentowała mocniej każdy grymas powodując równocześnie, że wyglądał w jakiś sposób dojrzalej. Troska, która - co do tego nie miał złudzeń - zapewne była doskonale widoczna w każdym jego nadopiekuńczym pytaniu i ciążyła w spojrzeniach posyłanych w kierunku Gauthiera częściej niż dotychczas zaczynała go drażnić.
Zapętlony na zmianę w krótkoterminowych planach wydostania ich z budynku jak i tych dalej idących, sięgających wizyty na najbliższym SORze (Milo nie mógł być bardziej wdzięczny kanadyjskiemu ubezpieczeniu, które gwarantowało Gauthierowi bezpłatną opiekę w tym podstawowym zakresie na terytorium całych Stanów Zjednoczonych, a jakiego sam nie posiadał) skwitował jedynie próbę rozluźnienia atmosfery żartem - flirtem? - jakimś bezkształtnym, pozbawionym entuzjazmu pomrukiem.
A chwilę później przed nimi wyrosły drzwi, Milo przedwcześnie odetchnął z ulgą i naparł dłonią na jedno skrzydło z nadzieją, że lada moment poczuje na twarzy powiew chłodnego, nocnego powietrza.
Ani drgnęły.

Que pedo con esta madre?! Chale!
Potrzebował chwili i mocnego strzelenia ręką w oporną, niewzruszoną jego frustracją szybę, głębokiego westchnienia i momentu ciszy, podczas którego kalkulował inne opcje oraz przyglądał się zardzewiałemu zamkowi. Przykląkł nawet na jedno kolano, poświecił sobie wprost w stary, zbierający kurz i wilgoć mechanizm, postudiował chwilę po czym zgrzytnął zębami. W tak zaawansowanym zapieczeniu w oksydowanym żelastwie nie było nawet gdzie wcisnąć szpilki, a co dopiero myśleć o wmanewrowaniu wytrychów.

Zapomnij. Zresztą nawet gdyby był, w co wątpię, bo kto trzyma klucz do takiego miejsca w środku - nie wejdzie. Chuj w to, zostaje magazyn. Tam przynajmniej nie ma krat w oknach, a i tak jesteśmy już na parterze.
Nawinął sobie rękaw kurtki na dłoń i przetarł nią twarz, z marnym skutkiem, bo materiał wchłonął wiele z tego, przez co Milo przecisnął się w ciągu ostatniej godziny ich przeprawy i jedynie rozsmarował to sobie na czole. Chwilę po tym nad nimi rozległ się dźwięk ciężkich kroków i rozgniatanego pod butami szkła; ktoś musiał obserwować parking przez okno piętro wyżej, a co za tym idzie, również wyjście i być może sprawdzać czy opuścili budynek. Ktokolwiek to był, zaczynał działać Riverze na nerwy.

Zrobimy tak 一 odezwał się wreszcie, gdy nie było już czego więcej nasłuchiwać, a sterczenie w miejscu też w niczym nie pomagało. 一 Magazyn znajduje się na drugim końcu tego i kolejnego korytarza. Miniemy lobby i to wejście z łańcuchem, ono oczywiście odpada, przejdziemy przez skrzydło południowe i wyjdziemy przez palarnię. Nie lubię tego sektora, ale to był pierwszy segment cegielni jaki powstał i drzwi wciąż stoją w drewnianych framugach, więc w razie gdyby były zamknięte, przynajmniej będę mógł rozmontować zamek.
I wydłubać komuś nerkę, jeżeli napatoczy się po drodze 一 przeszło mu jeszcze przez myśl, nie do końca serio, ale też nie wykluczał całkowicie tej ewentualności. Wszystko zależało tak naprawdę od szczęścia i instynktu samozachowawczego po tej drugiej stronie.

Po minięciu przedsionka z walającymi się po popodwijanym linoleum formularzami pamiętającymi lata dziewięćdziesiąte przed nimi zamajaczyło wspomniane południowe skrzydło cegielni. Wąski korytarz zagracony starymi formami do odlewów, rozpadającymi się krzesłami, nazwożonymi przez wandali wózkami sklepowymi oraz pustymi butelkami rozwijał się głęboko w wilgotną ciemność budynku, zdającą się być jeszcze gęstszą niż w innych miejscach w których byli wcześniej. Nawet światło latarki zdawało się dusić w tej pustce, aczkolwiek było to prawdopodobnie wrażenie skojarzone z ogólną klaustrofobicznością tej części kompleksu.

Spoiler
Milo wykonał pierwszy ruch, a zgrzytnięcie drobnicy szkła rozsypanego po podłodze przypominało chrzęszczenie śniegu pod podeszwami. Z latarką skupioną głównie na obiektach stojących im na drodze zdawał się zupełnie nie zauważać tego, że zaledwie dwa, może trzy kroki dalej, na wysokości kostki tuż nad linoleum przebiegał cienki drut stanowiący element ukrytego mechanizmu.

Kosteczki:

1: Milo wchodzi prosto w pułapkę, mechanizm uruchamia się.
2-3: Milo wchodzi na drut, ale mechanizm się nie uruchamia.
4-5: Dylan zauważa drut w porę i ostrzega przed nim Milo.
6: Milo siódmym zmysłem zauważa drut.

Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr lip 22, 2026 2:51 am
autor: Dylan Gauthier
Potrafił zachować zimną krew w sytuacjach stresowych dotyczących siebie samego, a za tę umiejętność mógł podziękować obojgu rodziców, ze szczególnymi wyrazami wdzięczności względem ojca. Od pewnego momentu w okresie dojrzewania nie mógł okazywać strachu i zagubienia, jego problemy były zamiatane pod dywan by był w stanie wziąć na barki potrzeby reszty klanu Gauthierów i chociaż od rozpoczęcia studiów trzymał się drogi odnowienia, na której stopniowo odbijał sobie wszystkie lata spędzone jako nastoletni dorosły, niektóre przyzwyczajenia ciężko było wyplenić. Jak udowodnił już nieraz, w momencie pojawienia się na drodze problemu związanego z kimś, na kim mu zależało, skakał na główkę w próby przejęcia kontroli nad sytuacją na każdy możliwy sposób, nawet jeśli przypadkowo tylko pogarszał sytuację. Kiedy jednak sam był tym kontuzjowanym i mniej doświadczonym, w pewnym sensie na łasce innych ludzi, wskakiwał prosto w bagatelizowanie problemu. Jednocześnie nie można było tego nazwać fałszywym i wymuszonym, zwłaszcza gdy wędrował za Milo po opuszczonych korytarzach, mijając obrypane ściany, wyłamane drzwi, drobne znaki obecności innych osób zainteresowanych urbexem, jak i dawnych pracowników przybytku. Nie widział swojego pokiereszowanego nadgarstka za coś naglącego - bolał, owszem, a prowizoryczny opatrunek zostawiał wiele do życzenia, jednak był w stanie zacisnąć zęby i iść dalej. Najlepiej do wyjścia, aczkolwiek mając na ogonie ludzi z niejasnymi intencjami, a przed sobą przyblokowaną drogę ucieczki, był w stanie odłożyć swoją rękę na boczny tor. Nie dosłownie. Jeszcze była mu potrzebna.
- Nie wiem czyją matkę obrażasz, ale jak moją to raczej nie zachęcasz do zaprzestania nawiedzania nas zza grobu - zauważył, obserwując cały proces przeglądu zamka z góry i nawet nie próbując oferować swojej pomocy w sferze umiejętności bez dwóch zdań przypadających Riverze. Wolał nie żegnać się jeszcze z drugim nadgarstkiem.
Proces brudzenia się syfem z rękawa rozbawił go na ten krótki moment tuż przed kolejnymi dźwiękami z góry, które w odróżnieniu od wcześniejszego wznoszenia alarmu wyciągnęły z niego przewrócenie oczami. Z kimkolwiek grali właśnie w podchody, zaczynali już poważnie grać mu na nerwach. O ile dobrze byłoby znaleźć wyjście i pozbyć się już przynajmniej jednego problemu, część niego czekała niecierpliwie aż na ich drodze stanie w końcu człowiek z krwi i kości, z jakim mógłby się rozmówić. Już kij z nim samym, ale nieznajomi stresowali mu Milo na tyle by miał ochotę własnoręcznie posłać ich na księżyc i nie przeszkodziłby mu w tym nawet skręcony nadgarstek.

Przyjął nowy kierunek podróży bez sprzeciwów, zresztą nie miałby jak ich mieć - nie miał zielonego pojęcia gdzie się teraz znajdują. Podążał za młodszym mężczyzną niczym cień, o pół kroku za nim i trochę na prawo, chociaż znacznie mniej milczący. Pomimo prób nasłuchiwania dalszych znaków obecności na piętrze, bądź gdzieś za nimi, wziął na siebie umilanie im poszukiwań łatwych do pokonania drzwi na wolność.
- W sumie mogą być tu fajne imprezy, nie można zaprzeczyć klimatu - zauważył, kiedy mijali kolejny stosik butelek po piwie i nieco mocniejszych trunkach spod lady. Mógłby pójść na takie posiedzenie, właściwie dokładnie to planował dla nich na dachu, chociaż w znacznie kulturalniejszej odsłonie. - Tylko mogliby zabierać swój syf - dodał, wodząc wzrokiem do następnej części drogi oświetlonej przez zdaje się przygasające światło latarki. Ciemność zdawała się połykać końcówkę korytarza, jakby zamiast między ściany mieli wkroczyć w gardziel wygłodniałego stworzenia.
- Kojarzysz te koszmary, w których biegniesz korytarzem, który się nie kończy i po drodze wszystko wygląda coraz straszniej? Chyba wiem, gdzie je kręcą - mruknął, porzucając wszelką nadzieję, że Milo skręci w inną stronę i wyprowadzi ich w otwartą, oświetloną blaskiem gwiazd część budynku.
- Więc... - zaczął, wiernie podążając tuż za mężczyzną, gdy ten zrobił pierwszy krok w głąb korytarza. - ... zanim pochłonie nas ta bezkresna ciemność musisz wiedzieć, że... Czekaj, coś chy-... MILO, STOP! - rzucił mocno nie w porę, bo gdy połyskujący drut odbił światło latarki stopa Rivery zdążyła już o niego zahaczyć. Dylan zdążył jedynie uczepić się jego łokcia, gotowy pomóc mu odzyskać równowagę, albo szarpnąć go w stronę odwrotną od tej, z której nadchodziłoby zagrożenie, jednak chwila w bezruchu uświadomiła mu, że absolutnie nic się nie wydarzyło. Przynajmniej nic widocznego. Ani słyszalnego.
- Czy ich..? Co to za pierdolone pułapki ze Scoobiego Doo? Niedorobiony Indiana Jones - mamrotał pod nosem, wypuszczając rękę Milo na brak bezpośredniego niebezpieczeństwa i kucając by spojrzeć na drut z bliska. - A ty patrz pod nogi, to mogły być zatrute strzałki - upomniał tonem, jakby taka opcja była realnym zagrożeniem podczas ich podróży. - Mówiłem, było nie obrażać mojej matki. Teraz będzie się mścić.

Milo Rivera

It's beginning to look a lot like fuck this

: śr lip 22, 2026 1:02 pm
autor: Milo Rivera
Nieustanne próby Dylana by jakoś rozpogodzić im sytuację odbijały się od Milo jak światło latarki od liniejących z farby olejnej ścian. Czasami mruknął coś bezkształtnie, czasami odpowiedział bez kontekstu, z głową zajętą rozkładaniem szczegółowego planu kompleksu na partie. Poza wytyczaniem ich ścieżki kreślił również labirynt korytarzy znajdujących się nad ich głowami, tak by ktokolwiek uprzykrzał im życie piętro wyżej nie zaskoczył ich wyskakując z jakiegoś zsypu albo pomniejszej klatki schodowej.
Nie po raz pierwszy był w sytuacji, która w perspektywie miała potencjał do rozwinięcia się w pełnoskalowe mordobicie, ale pierwszy raz był w to uwikłany razem z Gauthierem, więc nie potrafił do końca przewidzieć skutków. Nie miał pojęcia jak Dylan zachowywał się w sytuacjach stresowych, a jedyną rzeczą jaka przeważała w stronę racjonalnego i praktycznego podejścia była świadomość, że mężczyzna przez lata zajmował się wszystkim, czym powinni byli urabiać się nieobecni dorośli. To poniekąd dodawało mu otuchy, podobnie to, że nie zauważył by wesołkowaty kompan niedoli - pomimo boleśnie wyglądającej kontuzji - przejawiał oznaki paniki. Niestety, uraz ręki wykluczał go z użyteczności podczas ewentualnej bójki, dlatego Rivera stawał na rzęsach by uniknąć konfrontacji z ludźmi, których intencji nie był pewien.
Ay cabrón! 一 zdążył krzyknąć z zaskoczeniem, gdy Dylan chwycił go nagle za rękę, a jego stopa napotkała opór w postaci pociągniętego nad ziemią drutu. Odruchowo osłonił twarz przedramieniem i spiął się w oczekiwaniu na uderzenie lub cokolwiek, co miało nadejść... ale nie nadeszło. 一 Qué diablos?!
Wciąż przyciskając napięty drut do podłogi, Milo powoli przyświecił sobie latarką i prześledził spojrzeniem połyskującą przyrdzewiałym srebrem ścieżkę odbijającą przy ścianie w górę i znikającą gdzieś koło nadproża. Lekko zmarszczył brwi i odetchnął głęboko, raz, potem drugi.

Nie ruszaj się, okay? I cofnij albo... zejdź może na bok. Może być tak, że aktywuje się dopiero po zwolnieniu, muszę sprawdzić.
Starając się nie poruszyć resztą prowizorycznej konstrukcji Rivera przechylił się głębiej i skierował światło wysoko, przez moment patrząc na coś ze zmarszczonymi mocno brwiami. Kilka sekund milczenia świadkowało jego studiowaniu czegoś, co na ten moment widział jedynie on, aż nie przypomniał sobie, że nie przyszedł sam. Zerknął na Gauthiera pozostającego w tyle i pokiwał mu głową dając tym samym znak by podszedł.

Więc tu jest cała puszka z farbą 一 objaśnił słowem wstępu, wciąż nie ruszając się z miejsca i gdy Dylan zrównał się z nim zaczął pokazywać mu dokładnie omawiane części bardzo topornego mechanizmu. 一 Teraz jest odchylona, bo stoję na tym drucie, ale jak puszczę... no, przynajmniej nie gwoździe. Jest za wysoko, więc jej nie przytrzymamy, ale jak pójdziesz przodem, to powinienem zdążyć.
Z jakiegoś powodu zawód obecny w jego głosie nakazywał przypuszczać, że Milo rozczarował się odkryciem. Niegroźny kubeł farby i mało satysfakcjonująca, prosta konstrukcja rozminęła się z jego inżynieryjnym wyobrażeniem, aczkolwiek na parę sekund zajęła jego myśli i prawdopodobnie zdążył w tym czasie stworzyć własną teoretyczną wersję, która pluła ogniem, miotała żyletkami albo innymi przyjemnościami w przeciwieństwie do oryginału.
Kiedy Dylan ulokował się w dalszej części korytarza Milo odczekał chwilę, nabrał powietrza, wypuścił je nosem - i puścił się dziko biegiem wzbijając w powietrze tumany kurzu. Ledwo uwolnił drut ze swojego ciężaru, a wiadro odchylone dotąd na krawędzi przeważyło. Chluśnięcie czerwoną farbą przypomniało mu jakiś głupi horror, który niedawno oglądał jednym okiem z Dylanem, ale nie pamiętał już tytułu. Rozbryzg udekorował ściany, rozlał się po posadzce wnikając w szczeliny i umoczył Riverze fragment podeszwy.
Rozpędzony z trudem wyhamował tuż przed Gauthierem; w innej sytuacji po prostu wpadłby w niego z impetem nie przejmując się niczym, ale na widok jego kontuzjowanej ręki musiał zmienić plan. Obiema dłońmi zamortyzował się o framugę drzwi prowadzących na halę magazynową, tym razem zwracając większą uwagę na podejrzanie wyglądające dekoracje.

Nie rozdzielajmy się. 一 To była pierwsza rzecz, jaką powiedział gdy obydwaj stanęli w progu i przez moment chłonęli ogromną industrialną przestrzeń o wysokości dwóch pięter. Nie podobało mu się to, że powyżej znajdowały się okna, a ich znaczna część wychodziła na korytarz górnych kondygnacji. W tej sytuacji wystawiali się właśnie na widok jak kaczki na odstrzał i wcale mu się to nie podobało. 一 I proponuję trzymać się blisko ścian. Tak szybciej znajdziemy wyjście. Mogą być drzwi, może być okno. Alarmuj jeżeli coś zauważysz.


Podążając w ciemnościach z drugą latarką uruchomioną naprędce i wręczoną Gauthierowi, Milo stykał się z nim niemal łokciem podczas powolnej wędrówki wzdłuż ścian. Niektóre drzwi dawały złudną nadzieję, by koniec końców okazać się pomieszczeniem gospodarczym, inne prowadziły na schody prowadzące do piwnic, gdzie Rivera nie planował się zapuszczać. W ciszy, w jakiej słychać było pod butami chrzęst wszystkiego, co kurzyło się od lat, dało się wyłapać... właśnie. Zupełnie nic.
Spoiler
Kosteczki:

1: Dylan odnajduje drzwi, które dają się otworzyć ale na tyle, by na raz przecisnęła się tylko jedna osoba. Prowadzą na zarośnięty parking, gdzie kilka starych dostawczaków wrosło wraz z municypalną zielenią w grunt.
2-3: Milo znajduje okno. Trzeba je rozbić i podstawić skrzynkę, by można było wydostać się przez nie prosto w dziko rosnący berberys.
4-5: Nic nie znajdują, drepczą dalej.
6: Z jednego z przejść prowadzących do piwnic, zaraz po tym jak je minęli, po cichu prześlizguje się ubrana na czarno-popielato postać. Bezgłośnie mija ich zaraz za plecami, by ukryć się pomiędzy rzędami skrzynek elektrycznych i nieczynnych maszyn. Panowie wciąż szukają wyjścia.

Dylan Gauthier