clean up the rot before it digs too deep
: pn paź 05, 2026 11:54 pm
Nie spuścił jej z oczu od chwili, kiedy ruszyła spod samochodu. Trzymał się kilka metrów z tyłu, z jednej strony na tyle daleko, żeby nie musiała znowu mówić mu – a on słuchać – że zrobi coś sama, ale z drugiej na tyle blisko, by nie zgubić jej między drzewami. Przy tej pogodzie nie byłoby to szczególnie trudne, bo deszcz zacierał wszystko dalej niż parę kroków, włącznie z drogą. Jedynym plusem było to, że ciężej będzie ich wytropić, gdyby jednak nagle magicznie pojawił się gdzieś w oddali kolejny wóz agencji.
Patrzył na nią. Na to, gdzie stawiała nogi, jak daleko była; raz nawet odruchowo skrócił dystans, kiedy na moment zasłoniło ją drzewo, po czym znów zwolnił. Bok odzywał się każdorazowo przy zmianie tempa; a on jedynie zaciskał zęby i to ignorował. Przede wszystkim po to, żeby nie dać jej powodu do durnej satysfakcji.
Przez pewien czas jeszcze nawet próbował przerzucać się z nią tą pieprzoną kurtką, która albo skończyła u niej, albo jako strach na wróble i zbłąkanych przechodniów – zawieszona na gałęzi drzewa. Idealny przykład marnowania zasobów.
Powinien myśleć o ich położeniu. O tym, czy ktoś zdążył już znaleźć zdezelowanego rzęcha, którędy należałoby obejść przejście graniczne, jak w najmniej inwazyjny sposób zdobyć fajki i jedzenie. Jeszcze godzinę temu oddałby sporo za parę minut ciszy, żeby móc poukładać sobie to wszystko w głowie. Teraz miał tę zasraną ciszę, jeśli pominąć szum deszczu, a wracał wyłącznie do jednego jej zdania.
Nie wszystko było udawane.
Włożyła mu to do głowy i poszła; rozsypała puzzle i kazała mu się bawić. Mógł oczywiście zapytać, co konkretnie miała na myśli; choćby po to, żeby wiedzieć, czy znów zaraz usłyszy, że źle ją zrozumiał. Tyle tylko, że zanim odważyłby się uwierzyć w którąkolwiek odpowiedź, musiałby jeszcze ustalić, czy pytał Biankę Navarro, czy kobietę, która przez trzy i pół roku umiała patrzeć mu prosto w twarz i nie zdradzić niczego, czego nie chciała.
Czyli żadnego pytania nie było.
Początkowo próbował sam to poskładać, a on puzzli wyjątkowo nienawidził – zawsze zatrzymywał się na etapie ramki. Wracał myślami do rozmów, do tego, jak pracowali, kiedy robiło się źle i nie było czasu na sprawdzanie, czy druga osoba rzeczywiście zrobi to, co obiecała. Mieli to wszystko. A przynajmniej on miał; z jej strony, jak się okazało, mogło to wyglądać inaczej. Ale teraz twierdziła, że nie całkiem.
Którą więc część powinien sobie zostawić?
W którą uwierzyć bez narażania się na to, że za tydzień dowie się o kolejnym wyjątku?
Bardzo, kurwa, w jej stylu.
Szajbuska.
Ona.
Idiota.
On.
Najbardziej irytował go jeden fakt, który teraz był tak żałośnie widoczny – nie potrafił tylko zrobić tego, czego od tygodnia najwyraźniej chciała najbardziej, i zostać za nią na dobre. Kiedy oddalała się trochę bardziej, nogi same niosły go szybciej, by przypadkiem jej nie zgubić.
Zacisnął szczękę i przeniósł wzrok na mokrą ziemię pod nogami.
Usłyszał najpierw szelest, później zdał sobie sprawę, że szła obok niego.
Na jej słowach zatrzymał się krótko; jego umysł przefiltrował je szybko i niemal automatycznie odrzucił. Tak naprawdę więcej z tym wspólnego miało jego kruche, samcze ego. Sam umysł przyjąłby podziękowanai – to nie było tak, że ich nie chciał. Ego protestowało.
Prościej było to zrzucić na ego, niż przyznać przed samym sobą, że właśnie dała mu coś, czego chciał nie tak dawno temu, ale po tym, jak sam wychlapał zbyt wiele i nie wiedział teraz, co z tym zrobić.
— Odpuść sobie, Navarro — rzucił, nieszczególnie przyjaźnie, nie bardzo neutralnie, nie patrząc przy tym na nią. Minął kolejną kałużę, zwalniając by zostawić przestrzeń pomiędzy nimi.
Prościej było być urażoną divą, niż konfrontować się w normalnej rozmowie. Jego charyzma miała swoje ograniczenia w postaci Bianci Navarro oraz ogólnie pojętych emocji, czego oczywiście nigdy nie przyznałby na głos.
i'll annoy the shit out of you
Patrzył na nią. Na to, gdzie stawiała nogi, jak daleko była; raz nawet odruchowo skrócił dystans, kiedy na moment zasłoniło ją drzewo, po czym znów zwolnił. Bok odzywał się każdorazowo przy zmianie tempa; a on jedynie zaciskał zęby i to ignorował. Przede wszystkim po to, żeby nie dać jej powodu do durnej satysfakcji.
Przez pewien czas jeszcze nawet próbował przerzucać się z nią tą pieprzoną kurtką, która albo skończyła u niej, albo jako strach na wróble i zbłąkanych przechodniów – zawieszona na gałęzi drzewa. Idealny przykład marnowania zasobów.
Powinien myśleć o ich położeniu. O tym, czy ktoś zdążył już znaleźć zdezelowanego rzęcha, którędy należałoby obejść przejście graniczne, jak w najmniej inwazyjny sposób zdobyć fajki i jedzenie. Jeszcze godzinę temu oddałby sporo za parę minut ciszy, żeby móc poukładać sobie to wszystko w głowie. Teraz miał tę zasraną ciszę, jeśli pominąć szum deszczu, a wracał wyłącznie do jednego jej zdania.
Nie wszystko było udawane.
Włożyła mu to do głowy i poszła; rozsypała puzzle i kazała mu się bawić. Mógł oczywiście zapytać, co konkretnie miała na myśli; choćby po to, żeby wiedzieć, czy znów zaraz usłyszy, że źle ją zrozumiał. Tyle tylko, że zanim odważyłby się uwierzyć w którąkolwiek odpowiedź, musiałby jeszcze ustalić, czy pytał Biankę Navarro, czy kobietę, która przez trzy i pół roku umiała patrzeć mu prosto w twarz i nie zdradzić niczego, czego nie chciała.
Czyli żadnego pytania nie było.
Początkowo próbował sam to poskładać, a on puzzli wyjątkowo nienawidził – zawsze zatrzymywał się na etapie ramki. Wracał myślami do rozmów, do tego, jak pracowali, kiedy robiło się źle i nie było czasu na sprawdzanie, czy druga osoba rzeczywiście zrobi to, co obiecała. Mieli to wszystko. A przynajmniej on miał; z jej strony, jak się okazało, mogło to wyglądać inaczej. Ale teraz twierdziła, że nie całkiem.
Którą więc część powinien sobie zostawić?
W którą uwierzyć bez narażania się na to, że za tydzień dowie się o kolejnym wyjątku?
Bardzo, kurwa, w jej stylu.
Szajbuska.
Ona.
Idiota.
On.
Najbardziej irytował go jeden fakt, który teraz był tak żałośnie widoczny – nie potrafił tylko zrobić tego, czego od tygodnia najwyraźniej chciała najbardziej, i zostać za nią na dobre. Kiedy oddalała się trochę bardziej, nogi same niosły go szybciej, by przypadkiem jej nie zgubić.
Zacisnął szczękę i przeniósł wzrok na mokrą ziemię pod nogami.
Usłyszał najpierw szelest, później zdał sobie sprawę, że szła obok niego.
Na jej słowach zatrzymał się krótko; jego umysł przefiltrował je szybko i niemal automatycznie odrzucił. Tak naprawdę więcej z tym wspólnego miało jego kruche, samcze ego. Sam umysł przyjąłby podziękowanai – to nie było tak, że ich nie chciał. Ego protestowało.
Prościej było to zrzucić na ego, niż przyznać przed samym sobą, że właśnie dała mu coś, czego chciał nie tak dawno temu, ale po tym, jak sam wychlapał zbyt wiele i nie wiedział teraz, co z tym zrobić.
— Odpuść sobie, Navarro — rzucił, nieszczególnie przyjaźnie, nie bardzo neutralnie, nie patrząc przy tym na nią. Minął kolejną kałużę, zwalniając by zostawić przestrzeń pomiędzy nimi.
Prościej było być urażoną divą, niż konfrontować się w normalnej rozmowie. Jego charyzma miała swoje ograniczenia w postaci Bianci Navarro oraz ogólnie pojętych emocji, czego oczywiście nigdy nie przyznałby na głos.
i'll annoy the shit out of you