Strona 15 z 15

It's beginning to look a lot like fuck this

: wt sie 25, 2026 2:13 pm
autor: Milo Rivera
Pomimo że obydwaj zdawali się rezonować w ten sam sposób gdy chodziło o szukanie potencjalnych rozwiązań problemu - Milo był mu zresztą szalenie wdzięczny za to, że nie musiał tłumaczyć co miał dokładnie na myśli - tak na sytuacje stresowe reagowali zupełnie inaczej.
Podczas gdy on sam płynnie przechodził w tryb robota wykreślając z równania warstwę emocjonalną na tyle na ile było to możliwe, Dylan zdawał się wręcz oddychać troską, cały sobą był chodzącym zmartwieniem i... gadułą.
W innych okolicznościach zbyłby go w jakiś kreatywny sposób. W tym momencie ostatnim czego potrzebował była paplanina, która zamaskowałaby obecność innych osób w ciemnościach, w których uzbrojony jedynie w latarkę był w stanie dopatrzeć się czegokolwiek na odległość większą niż trzy, może cztery metry.
Znajdź drzwi 一 powtórzył rzeczowo, tym samym odcinając się kompletnie od prośby. Jeżeli Gauthier sobie życzył, mógł boczyć się na niego ile dusza zapragnie gdy już opuszczą teren cegielni. W tym momencie Milo z całą stanowczością priorytetyzował podejście praktyczne.
Starając się nie obracać plecami do otwartych przestrzeni powoli spacerował w kierunku, z którego słyszał przytłumione mamrotanie Dylana, który sądząc po odgłosach, chyba znalazł coś godnego uwagi. Doceniłby to bardziej gdyby nie to, że dotąd nieruchoma plandeka przykrywająca szkielet dźwigu (którym pewnie zachwyciłby się nie mając na głowie obecnych zmartwień) poruszyła się ni stąd ni zowąd. Milo przystanął w miejscu i skierował światło latarki w stronę płachty, a przygarione dotąd ramiona wyprostował sztywno; mrugnął dla otrzeźwienia, wstrzymał na parę sekund oddech w płucach i zmarszczył brwi.

Nie w...
W tym samym momencie wydarzyło się kilka rzeczy.
Drzwi skrzypnęły pokutnie tak, że zapewne słychać je było w całym budynku, łącznie z siecią wyższych kondygnacji i w piwnicach, a Dylan w pełnej chwale swojego małego sukcesu stanął pośrodku progu i Milo chcąc nie chcąc rozkojarzył się i obrócił głowę by na niego spojrzeć.
To był ogromny błąd.
Spod plandeki wyskoczył ogromny rudy kocur. Rozpędzony nieproporcjonalnie do własnych rozmiarów i być może upatrując w tym najkrótszą drogę do zaoferowanej wolności wykonał szaleńczą szarżę w kierunku Milo, po czym korzystając z jego nieuwagi wbił komplet pazurów wszystkich czterech łap w jego udo. Milo zawył dziko, kot nasyczał na niego i rozmiałczał się donośnie z oburzeniem, gdy bezużyteczna w tej walce latarka upadła i potoczyła się Gauthierowi pod buta.

JODEEEER...! 一 wrzasnął aż się poniosło, bezskutecznie acz heroicznie usiłując oderwać od siebie cholernego sierściucha. 一 ZŁAŹ... ZE MNIE... KURWA...!
Rivera naprawdę kochał koty. Kochał zwierzęta całym sercem, o wiele bardziej niż ludzi plasując je na tym samym pułapie co maszyny.
W tym momencie miał ochotę sprawić sobie futrzaną czapkę.
Czując jak pazury nieróżniące się wiele od skalpeli wżynają mu się w skórę pomimo grubych spodni sięgnął na oślep do kociego karku, ale jego palce poza szorstkawym futrem napotkały fałdy tłuszczu, przez który jego próby wyszarpania zwierzaka siłowo nie przyniosły efektu. Otyłość uratowała kocura, który na jego starania zawarczał jak stary silnik i zamiast puścić złośliwie wspiął się po Milo jak akrobata, przedzierając się przez pierś i dopadając do barku.
Dopiero teraz poczuł to wredne siedem kilo żywej masy.

HIIIIIJO DE SU... PUTAMADREKURWA...! 一 Języki mieszały mu się gdy wymyślał zwierzęciu w co najmniej dwóch. Zataczając się nadział się biodrem na wielki roboczy blat, a wtedy kot puścił wreszcie odbijając się od niego jak od mebla i wskakując na stół. W szale porozrzucał to, co jeszcze zalegało na warsztacie, osyczał Milo po raz ostatni po czym pędząc ile sił przebiegł Dylanowi pomiędzy nogami by zniknąć zaraz w najbliższych zaroślach.
Milo stał wciąż w tym samym miejscu, jedną ręką podtrzymując się krawędzi blatu, drugą dłoń przyciskał do barku, który również ucierpiał. Czuł jak coś ciepłego i lepkiego spływa mu pod ubraniem i nie miał złudzeń, że szramy po tym niezbyt godnym starciu zostaną z nim na długo.

Widziałeś to?! Widziałeś?! PIERDOLONY!
Zarówno fragment jego policzka u dołu jak i kawałek pod szczęką zdobił podłużny ślad pazurów, szczęśliwie płytszy niż pozostałe, ale lepiej widoczny z uwagi na to, że nic go nie zakrywało.


Dylan Gauthier

It's beginning to look a lot like fuck this

: pt wrz 11, 2026 5:30 pm
autor: Dylan Gauthier
Spięcie towarzyszące Dylanowi od kiedy zostawił Milo samego wewnątrz fabrycznej ruiny i oblegające go niczym ta sama ciężka plandeka, której ruch stanął w centrum uwagi uwięzionego chłopaka, zsunęło się z niego w momencie stanięcia w otwartych drzwiach prowadzących z powrotem do środka. Pomimo wcześniejszego znalezienia się na świeżym powietrzu, co stanowiło ich dotychczasowy cel, dopiero teraz odzyskał lekkość w klatce piersiowej pozwalającą na wzięcie głębszego oddechu, z czego skorzystał w najgorszym możliwym momencie i prawie udławił się własną śliną.
Wpierw bezkształtny cień, a później lepiej widoczna w świetle toczącej się latarki kulka rudego futra wyfrunęła spomiędzy porzuconej maszynerii i wpadła prosto w ramiona udo Rivery, wprowadzając stojącego w progu mężczyznę w stan szoku z przynajmniej trzech różnych powodów. Syczenie i przekleństwa towarzyszące szamotaninie odbiły się echem po rozległej sali, stan przedzawałowy Gauthiera wywołany niespodziewanym atakiem przeszedł mrowieniem pod jego skórą jak dobrze wymierzony jumpscare w filmie grozy, kiedy tylko dotarł do niego brak bezpośredniego zagrożenia. Spodziewałby się człowieka, może nawet więcej niż jednego, w pierwszej chwili był gotowy wyrwać do przodu i wskoczyć w środek zamieszania, gdyby rozmiar przeciwnika nie zaklął go w kamień aż do momentu, w którym kocisko przebiegło mu między nogami, potrącając po drodze bezużyteczną, leżącą przy bucie Dylana latarkę. Cała akcja trwała kilka sekund, a pierwszym dźwiękiem jaki mężczyzna wydał od jej rozpoczęcia był nieopanowany śmiech.
Absurd całej sytuacji rozpuścił napięcie budowane od pierwszych oznak obcej obecności w budynku, zdaje się spuszczając z Gauthiera wszystkie siły dotychczas trzymające go w pionie, gdy opuścił ramiona, oparł się o framugę i praktycznie rzecz biorąc popłakał się ze śmiechu. Kiwając głową na znak, że owszem, widział wszystko, spojrzał na Milo wycierając łzę z kącika oka. Potrzebował dłuższej chwili by doprowadzić się do porządku.
- Wszy-... - zaczął, urwał, pociągnął nosem i zachichotał, cały czas mając przed oczami nierówną walkę przechyloną na korzyść kocura. - Wszystko gra..? - dał radę dokończyć, z lekkością całkowicie kontrastującą ze złością Rivery. Właściwie była ona dodatkowym zapalnikiem utrudniającym mu odzyskanie powagi.
- Myślałem, że lubisz koteczki - wytknął z rozbawieniem, zbierając się do porządku i przesuwając butem latarkę Milo by ta przytrzymała drzwi grożące zamknięciem się i zmuszeniem ich do ponownego przedzierania się oknem. Wziął oddech, wypuścił go w formie bezgłośnego śmiechu i podszedł do mężczyzny, nieco zaalarmowany dłonią cały czas spoczywającą na karku. - Pokaż... Ałć - mruknął zmieniając ton i marszcząc brwi, kiedy zbliżył się dostatecznie by zobaczyć pierwsze krwawe efekty starcia. Lekko przechylił głowę Milo za podbródek by obejrzeć szramę na jego twarzy i szyi. - Gdzie jeszcze? Bark? Przebił się przez spodnie? Kurtkę? - upewnił się, chociaż darował sobie dalsze oględziny z tego prostego względu, że i tak nie miał jak go w tej chwili opatrzeć. - Mam wodę, mogę ci to po drodze obmyć. Oby Garfield nie miał wścieklizny, ta twoja wrodzona mi wystarczy - rzucił z uśmiechem, lekko ciągnąc Milo za szlufkę spodni. - Chodź, ogarnę ubera, gdzie macie najbliższy SOR? - dopytał, po podejściu do drzwi oddając mu latarkę i wybywając z powrotem na świeże powietrze. Kucnął przy swoim plecaku porzuconym pod zewnętrzną ścianą kompleksu by jedną ręką wyjąć z kieszonki telefon i odpalić aplikację. Stanowili piękny obraz nędzy i rozpaczy, pokiereszowani i krwawiący, a jednak w kącikach ust Dylana niezmiennie majaczył uśmiech.

Milo Rivera