clean up the rot before it digs too deep
: pt paź 09, 2026 1:04 pm
Powiódł spojrzeniem za mokrym materiałem, który z siebie zsuwała, później go zgubił. Jego wzrok został przy niej; przy jasnej skórze i wąskiej linii biodra, niknącej jeszcze pod krawędzią bluzki. Ogień dosięgał jej tylko z jednej strony, miękkim, drżącym światłem nanosząc na ciało odrobinę ciepłego koloru, którego wcześniej próżno było szukać na jej twarzy. Reszta pozostawała blada i chłodna nawet z wyglądu, nakrapiana drobną gęsią skórką. Na jej biodrach dostrzegał nawet delikatne zaczerwienienie po szwie spodni.
Dopiero po chwili odnalazł siniec. Rozlany po zewnętrznej stronie uda, ciemniejszy w środku i jeszcze nieostry na brzegach, jakby kolor dopiero zbierał się pod skórą, powoli zajmując należne sobie miejsce. Przy lądowaniu wystarczyło mu, że wstała i że samodzielnie utrzymała się na nogach oraz potrafiła iść dalej. Nie miał wtedy ani czasu, ani szczególnych możliwości, żeby sprawdzić, ile dokładnie kosztowało ją jedno, drugie ani trzecie. Teraz szczegóły wychodziły na jaw same, jeden po drugim, odsłaniane przez mokry materiał.
Zanotował błysk metalowego przedmiotu, którego kształt skojarzył niemal od razu. Gardło zacisnęło mu się, na języku poczuł gorzki posmak i było coś jeszcze, co rozłożyło się na nim całym. Ciężkość, choć nie fizyczna.
Grymas na jej twarzy zarejestrował chwilę po tym, gdy odwrócił wzrok od blachy spoczywającej na blacie stołu.
Przesunął się na skraju łóżka. Materac ugiął się pod zmianą ciężaru, a kiedy podniósł się na nogi, ból znów, od razu, pociągnął go przy boku. Zatrzymał się na moment, dłoń opierając o krawędź posłania, dopóki pierwsza fala nie straciła ostrości.
Dopiero wtedy się wyprostował. Dumnie, z resztkami własnej godności.
Zatrzymał się przed nią; na tyle blisko, by wyczuć różnicę pomiędzy chłodem mokrego materiału, który miała na sobie a powietrzem nagrzanym przez ogień z piecyka.
— Nie szarp się — polecił, choć bez szorstkości.
Wsunął palce dłoni pod krawędź jej koszulki, czując na nich chłód i ciężar przemoczonego materiału. Tkanina przylgnęła ciasno do jej skóry, a on powoli, centymetr po centymetrze, zaczął go unosić. Najpierw odsłonił linie jej boków, później wąski fragment brzucha, widocznie blady od zimna, przecinany od czasu do czasu widocznym dreszczem, który był dla niego tylko potwierdzeniem wychłodzenia.
Światło bijące od pieca przesuwało się razem z materiałem, łapiąc kolejne fragmenty skóry i zostawiając inne w półcieniu.
Pod opuszkami czuł chłód skóry, dopiero wyżej, bliżej żeber, pozostawała cieplejsza.
Uświadomił sobie, gdzie było jego spojrzenie.
Na delikatnym zagłębieniu pomiędzy żebrami, które zmieniało się wraz z oddechem. Na niewielkim śladzie po otarciu, różowiejącym przy boku, na kolejnym sińcu. Na drobiazgach. Rzeczy niemające żadnego znaczenia dla pomocy, którą chciał jej dać, a mimo to układające się pod jego spojrzeniem.
Jego palce przesunęły się wyżej, a jego spojrzenie wróciło na jej twarz, w potrzebie skontrolowania tego, czy w ogóle jej to odpowiadało. To było oczywiście głupie, bo praktycznie rzecz biorąc – chciał jej pomóc z wychłodzeniem; cały szkopuł w tym, że ta zwyczajna pomoc miała dla niego pewien nieoczekiwany ciężar, który osiadał gdzieś pod skórą.
Przełożył materiał z jej pomocą przez jej zdrowe ramię, później zaciągnął go delikatnie tak, aby mógł przejść przez głowę, ostatecznie zsuwając wzdłuż drugiej ręki, z nabożną wręcz, niepodobną do niego, ostrożnością.
Dopiero po chwili, kiedy jego rozsądek o sobie przypomniał, cofnął się. Jego spojrzenie zrobiło to nieco wolniej.
— Ostatnio to raczej ty sobie upodobałaś rozbieranie mnie, Navarro — mruknął. Nim to jednak wybrzmiało, odwrócił się i chwycił koc. Wrzucił go ostrożnie na jej ramiona, łapią krawędzie i zbierając je ze sobą na wysokości jej mostka. — Teraz mogę powiedzieć, że jesteśmy kwita. — Kącik ust drgnął mu, chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu przełamując wyraz jego twarzy czymś znacznie miększym niż kpina.
fyi i still hate you
Dopiero po chwili odnalazł siniec. Rozlany po zewnętrznej stronie uda, ciemniejszy w środku i jeszcze nieostry na brzegach, jakby kolor dopiero zbierał się pod skórą, powoli zajmując należne sobie miejsce. Przy lądowaniu wystarczyło mu, że wstała i że samodzielnie utrzymała się na nogach oraz potrafiła iść dalej. Nie miał wtedy ani czasu, ani szczególnych możliwości, żeby sprawdzić, ile dokładnie kosztowało ją jedno, drugie ani trzecie. Teraz szczegóły wychodziły na jaw same, jeden po drugim, odsłaniane przez mokry materiał.
Zanotował błysk metalowego przedmiotu, którego kształt skojarzył niemal od razu. Gardło zacisnęło mu się, na języku poczuł gorzki posmak i było coś jeszcze, co rozłożyło się na nim całym. Ciężkość, choć nie fizyczna.
Grymas na jej twarzy zarejestrował chwilę po tym, gdy odwrócił wzrok od blachy spoczywającej na blacie stołu.
Przesunął się na skraju łóżka. Materac ugiął się pod zmianą ciężaru, a kiedy podniósł się na nogi, ból znów, od razu, pociągnął go przy boku. Zatrzymał się na moment, dłoń opierając o krawędź posłania, dopóki pierwsza fala nie straciła ostrości.
Dopiero wtedy się wyprostował. Dumnie, z resztkami własnej godności.
Zatrzymał się przed nią; na tyle blisko, by wyczuć różnicę pomiędzy chłodem mokrego materiału, który miała na sobie a powietrzem nagrzanym przez ogień z piecyka.
— Nie szarp się — polecił, choć bez szorstkości.
Wsunął palce dłoni pod krawędź jej koszulki, czując na nich chłód i ciężar przemoczonego materiału. Tkanina przylgnęła ciasno do jej skóry, a on powoli, centymetr po centymetrze, zaczął go unosić. Najpierw odsłonił linie jej boków, później wąski fragment brzucha, widocznie blady od zimna, przecinany od czasu do czasu widocznym dreszczem, który był dla niego tylko potwierdzeniem wychłodzenia.
Światło bijące od pieca przesuwało się razem z materiałem, łapiąc kolejne fragmenty skóry i zostawiając inne w półcieniu.
Pod opuszkami czuł chłód skóry, dopiero wyżej, bliżej żeber, pozostawała cieplejsza.
Uświadomił sobie, gdzie było jego spojrzenie.
Na delikatnym zagłębieniu pomiędzy żebrami, które zmieniało się wraz z oddechem. Na niewielkim śladzie po otarciu, różowiejącym przy boku, na kolejnym sińcu. Na drobiazgach. Rzeczy niemające żadnego znaczenia dla pomocy, którą chciał jej dać, a mimo to układające się pod jego spojrzeniem.
Jego palce przesunęły się wyżej, a jego spojrzenie wróciło na jej twarz, w potrzebie skontrolowania tego, czy w ogóle jej to odpowiadało. To było oczywiście głupie, bo praktycznie rzecz biorąc – chciał jej pomóc z wychłodzeniem; cały szkopuł w tym, że ta zwyczajna pomoc miała dla niego pewien nieoczekiwany ciężar, który osiadał gdzieś pod skórą.
Przełożył materiał z jej pomocą przez jej zdrowe ramię, później zaciągnął go delikatnie tak, aby mógł przejść przez głowę, ostatecznie zsuwając wzdłuż drugiej ręki, z nabożną wręcz, niepodobną do niego, ostrożnością.
Dopiero po chwili, kiedy jego rozsądek o sobie przypomniał, cofnął się. Jego spojrzenie zrobiło to nieco wolniej.
— Ostatnio to raczej ty sobie upodobałaś rozbieranie mnie, Navarro — mruknął. Nim to jednak wybrzmiało, odwrócił się i chwycił koc. Wrzucił go ostrożnie na jej ramiona, łapią krawędzie i zbierając je ze sobą na wysokości jej mostka. — Teraz mogę powiedzieć, że jesteśmy kwita. — Kącik ust drgnął mu, chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu przełamując wyraz jego twarzy czymś znacznie miększym niż kpina.
fyi i still hate you