Strona 15 z 16

clean up the rot before it digs too deep

: pt paź 09, 2026 1:04 pm
autor: Robin Visser
Powiódł spojrzeniem za mokrym materiałem, który z siebie zsuwała, później go zgubił. Jego wzrok został przy niej; przy jasnej skórze i wąskiej linii biodra, niknącej jeszcze pod krawędzią bluzki. Ogień dosięgał jej tylko z jednej strony, miękkim, drżącym światłem nanosząc na ciało odrobinę ciepłego koloru, którego wcześniej próżno było szukać na jej twarzy. Reszta pozostawała blada i chłodna nawet z wyglądu, nakrapiana drobną gęsią skórką. Na jej biodrach dostrzegał nawet delikatne zaczerwienienie po szwie spodni.
Dopiero po chwili odnalazł siniec. Rozlany po zewnętrznej stronie uda, ciemniejszy w środku i jeszcze nieostry na brzegach, jakby kolor dopiero zbierał się pod skórą, powoli zajmując należne sobie miejsce. Przy lądowaniu wystarczyło mu, że wstała i że samodzielnie utrzymała się na nogach oraz potrafiła iść dalej. Nie miał wtedy ani czasu, ani szczególnych możliwości, żeby sprawdzić, ile dokładnie kosztowało ją jedno, drugie ani trzecie. Teraz szczegóły wychodziły na jaw same, jeden po drugim, odsłaniane przez mokry materiał.
Zanotował błysk metalowego przedmiotu, którego kształt skojarzył niemal od razu. Gardło zacisnęło mu się, na języku poczuł gorzki posmak i było coś jeszcze, co rozłożyło się na nim całym. Ciężkość, choć nie fizyczna.
Grymas na jej twarzy zarejestrował chwilę po tym, gdy odwrócił wzrok od blachy spoczywającej na blacie stołu.
Przesunął się na skraju łóżka. Materac ugiął się pod zmianą ciężaru, a kiedy podniósł się na nogi, ból znów, od razu, pociągnął go przy boku. Zatrzymał się na moment, dłoń opierając o krawędź posłania, dopóki pierwsza fala nie straciła ostrości.
Dopiero wtedy się wyprostował. Dumnie, z resztkami własnej godności.
Zatrzymał się przed nią; na tyle blisko, by wyczuć różnicę pomiędzy chłodem mokrego materiału, który miała na sobie a powietrzem nagrzanym przez ogień z piecyka.
— Nie szarp się — polecił, choć bez szorstkości.
Wsunął palce dłoni pod krawędź jej koszulki, czując na nich chłód i ciężar przemoczonego materiału. Tkanina przylgnęła ciasno do jej skóry, a on powoli, centymetr po centymetrze, zaczął go unosić. Najpierw odsłonił linie jej boków, później wąski fragment brzucha, widocznie blady od zimna, przecinany od czasu do czasu widocznym dreszczem, który był dla niego tylko potwierdzeniem wychłodzenia.
Światło bijące od pieca przesuwało się razem z materiałem, łapiąc kolejne fragmenty skóry i zostawiając inne w półcieniu.
Pod opuszkami czuł chłód skóry, dopiero wyżej, bliżej żeber, pozostawała cieplejsza.
Uświadomił sobie, gdzie było jego spojrzenie.
Na delikatnym zagłębieniu pomiędzy żebrami, które zmieniało się wraz z oddechem. Na niewielkim śladzie po otarciu, różowiejącym przy boku, na kolejnym sińcu. Na drobiazgach. Rzeczy niemające żadnego znaczenia dla pomocy, którą chciał jej dać, a mimo to układające się pod jego spojrzeniem.
Jego palce przesunęły się wyżej, a jego spojrzenie wróciło na jej twarz, w potrzebie skontrolowania tego, czy w ogóle jej to odpowiadało. To było oczywiście głupie, bo praktycznie rzecz biorąc – chciał jej pomóc z wychłodzeniem; cały szkopuł w tym, że ta zwyczajna pomoc miała dla niego pewien nieoczekiwany ciężar, który osiadał gdzieś pod skórą.
Przełożył materiał z jej pomocą przez jej zdrowe ramię, później zaciągnął go delikatnie tak, aby mógł przejść przez głowę, ostatecznie zsuwając wzdłuż drugiej ręki, z nabożną wręcz, niepodobną do niego, ostrożnością.
Dopiero po chwili, kiedy jego rozsądek o sobie przypomniał, cofnął się. Jego spojrzenie zrobiło to nieco wolniej.
— Ostatnio to raczej ty sobie upodobałaś rozbieranie mnie, Navarro — mruknął. Nim to jednak wybrzmiało, odwrócił się i chwycił koc. Wrzucił go ostrożnie na jej ramiona, łapią krawędzie i zbierając je ze sobą na wysokości jej mostka. — Teraz mogę powiedzieć, że jesteśmy kwita. — Kącik ust drgnął mu, chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu przełamując wyraz jego twarzy czymś znacznie miększym niż kpina.
fyi i still hate you

clean up the rot before it digs too deep

: pt paź 09, 2026 2:21 pm
autor: Bianca Navarro
Trzymając w dłoniach mokry materiał swojej koszulki zdążyła przejść przez wszystkie powody, przez które nie mogła jej teraz zdjąć i wszystkie stojące za nimi jednostki bądź wydarzenia, na które mogła być wściekła. Od deszczu, w który weszła z własnej nieprzymuszonej głupoty woli, przez ubrania, które ukradła obcej kobiecie, aż po obecne trendy w damskiej modzie, która najwyraźniej nie zakładała, by rzeczy były luźne lub zdolne do rozpięcia przez środek.
Tkwiła w tym procesie jakby przechodziła przez wszystkie etapy żałoby, zsuwając z powrotem materiał w dół, lecz trzymając go w palcach. I jak w tych etapach żałoby, w pewnym momencie zaczęła się targować - ze swoim barkiem, który być może powinien to przeżyć, może to było jak plaster, który musiała zrzucić z siebie zamaszystym ruchem, ignorując sygnały jej ciała podpowiadające jej, że jeden ruch mógł być ruchem za daleko.
I dopiero gdy wyczuła jego ruch, gdzieś za plecami, na łóżku, z którego zaczął schodzić, w jej sercu pojawiła się iskierka paniki.
- Jest cienka, wyschnie - zadecydowała, nawet jeśli wiązało się to z jej tkwieniem przed tym pieprzonym ogniem przez następną "godzinę", a już teraz, po tej wędrówce przez las, samo stanie w pozycji pionowej dokładało cegiełkę do wieży odczuwanego przez nią dyskomfortu. - Nie potrzebuję...
Pomocy ugrzęzło w jej gardle gdy stanął obok, choć przecież wstanie kosztowało go własną cegiełkę, dołożoną do własnej wieży tego samego rodzaju. Panika w jej ciele wzmogła gdy znalazł się tak blisko, gdy sięgnął do materiału tej uporczywej koszulki, której nie potrafiła nawet zdjąć własnoręcznie - byłoby na tyle z jej pieprzonej niezależności.
Panika, która nie miała tym razem nic wspólnego z tym, co robił o n.
Zamarzła, jak lodowa figura, do której upodobniała się już temperaturą ciała, sztywność w jej ciele wydawała się bardziej związana z jego ciepłem niż z ilością stopni w pomieszczeniu. Wstrzymała oddech, byle tylko nie dotarł do jej płuc naznaczony jego zapachem. Przygryzła policzki od środka, oferując samej sobie odwrócenie uwagi od jego dotyku. Palców, pozostawiających po sobie ślad zupełnie innego rodzaju napięcia niż to, które towarzyszyło jej od tygodnia.
Musiała się opanować.
Jej wzrok błądził po okolicy, szukając odpowiedniego miejsca, na którym mogłaby go zawiesić. Rzecz w tym, że gdy tkwił tak blisko, wypełniał całe pole jej widzenia. Z początku usiłowała wpatrywać się w biel opatrunku, upewniając przy tym, że żadne, czerwone kropki znów go nie zaburzały. Jedno uderzenie serca później błądziła nim już po sinych śladach wokół jego żeber i krzywiznach klatki piersiowej, która była zdecydowanie zbyt n a g a, by tkwił tak blisko niej.
Uniesienie wzroku było jeszcze gorsze.
Dostrzeżenie tego, w jaki sposób, ze skupieniem i uwagą, usiłował pomóc jej uporać się z cholernym skrawkiem odzieży w sposób, który nie wyrządzał jej żadnej krzywdy. W jaki spoglądał na nią, na odkrywane przed nim skrawki jej ciała, które przecież już znał, które wcześniej oglądał w innym kontekście, a jednak teraz zdawały się znaczyć dużo więcej.
Może dlatego, że teraz jej ciało nie należało wyłącznie do Ortegi - należało do niej, całej, stworzonej zarówno z tego, co znał jak i tego, czego nigdy mu nie pokazała.
Jej wzrok zatrzymał się więc na drobnej niedoskonałości na jego twarzy - zaschniętej, drobnej smudze krwi pozostałej na jego policzku po jej własnych dłoniach, niosących na opuszkach palców należący do niego szkarłat. Wpatrywała się w ten punkt uparcie, odnajdując w nim złoty środek pomiędzy oczami, na które nie potrafiła podnieść wzroku a jego roznegliżowanym ciałem, na które nie pozwalała mu opaść.
Był c i e p ł y.
Właśnie w ten sposób mogła uzasadnić sobie komfort, który czuła gdy tkwił tak blisko niej i którego zabrakło gdy odwrócił się, by sięgnąć po koc, na moment zostawiając ją w chłodzie otaczającego ją powietrza, smagającego jej odkrytą skórę. Właśnie dlatego gdy na moment go zabrakło, tak dotkliwie odczuła jego brak - brak jego bliskości, ciepłych palców muskających jej skórę, oddechu, który niemal czuła na własnym policzku.
Nie miało to nic wspólnego z żarem, który zakradł się do jej wnętrza i drżeniem ciała, które nie miał nic wspólnego z chłodem.
Wszystko to było ogromną, temperaturową niesprawiedliwością mężczyzn nagrzewających się dużo szybciej, niż kobiety.
- Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek cię rozbierała - wytknęła mu w odpowiedzi, nie śpiesząc się do odebrania splecionych na jej mostku końców koca, który magicznie nie utrzymywał się na jej plecach.
Jej wzrok trzymał się uporczywie tej jednej smugi krwi, jednej niedoskonałości, którą zostawiła po sobie, gdy wcześniej przecież specjalnie to wszystko ścierała.
- Jak dla mnie zawsze wystarczył ci byle pretekst, żeby zrobić to samemu - dodała, choć zaczepnej natury jej słów nie zdołał wesprzeć zaczepny głos. Smuga ją denerwowała. Uniosła dłoń, lecz zamiast odebrać od niego koc, zwilżyła końcówkę palca własnymi ustami w bezmyślnym odruchu, wyciągając go w jej stronę. Smuga szkarłatu zniknęła z jego szorstkiego policzka, starta jej kciukiem. - Pewnie myślisz, że jeśli wyglądasz w ten sposób, wszyscy ludzie chcą cię oglądać.

we'll never be even after what i've done

clean up the rot before it digs too deep

: pt paź 09, 2026 7:37 pm
autor: Robin Visser
Przez krótką chwilę patrzył na jej palce, kiedy unosiła je do ust, nie łącząc jeszcze tego ruchu z sobą. Zauważył tylko wilgoć na opuszce, drobne rozcięcie przy paznokciu i sposób, w jaki jego własne spojrzenie zostało przy jej wargach. Nie powinno go być tam w ogóle.
Dopiero dotyk na policzku skutecznie go otrzeźwił.
Nie odsunął głowy, gdy jej chłodny kciuk przesunął się po szorstkiej skórze, zaczepił lekko o zaschnięty ślad; poczuł delikatne pociągnięcie i wilgoć pozostawioną w miejscu, o którego istnieniu wcześniej nawet nie wiedział. Jego szczęka rozluźniła się bez udziału jakiejkolwiek świadomej decyzji, a głowa, to było wręcz żałosne, drgnęła nieznacznie w stronę jej dłoni, wychodząc jej naprzeciw.
To była przecież tylko odrobina krwi.
Krwi której miał na sobie znacznie więcej; wciąż gdzieś na dłoniach, pod paznokciami, na ubraniu, które wisiało teraz przy piecu. Żadna z tych rzeczy nie zmieniła się od chwili, w której stanął przed nią, a jednak teraz czuł wyłącznie ten niewielki fragment własnej twarzy, po którym przesunęła palcem.
Żałosne.
W samolocie dotykała go inaczej; wciąż z delikatnością, ale przy tym zupełnie inną intencją. Wtedy po prostu nie pozwalała zsunąć się z powrotem w tę całkiem kuszącą ciemność, z której wyciągał go jej głos i kolejne, wyjątkowo nieprzyjemne spotkanie z igłą. Mógł sobie układać tamtą sytuację na kilka sposobów, zależnie od tego, jak bardzo akurat chciał być obrażony – potrzebowała go przytomnego, potrzebowała go żywego, potrzebowała drugiej pary rąk do wydostania się z samolotu.
Tutaj nie potrzebowała niczego i nie dawało mu to spokoju.
Być może niepotrzebnie w ogóle próbował to analizować. Być może widok jej nagiej, bladej od zimna skóry, nagle zaczął wywierać na nim reakcję głębszą niż dotychczas, choćby na tej nieszczęsnej plaży.
Jej słowa dotarły do niego z niewielkim opóźnieniem.
— Cóż, na pewno pomaga odwrócić uwagę od mojej, jakże czarującej, osobowości — mruknął, podnosząc nieznacznie kącik ust. — Ostatnio wyjątkowo kiepsko mnie reklamujesz, muszę się jakoś bronić — dodał, przemycając w tej wygodnej formie niewinnej zaczepki zarzut, który już dawno jej postawił.
I który, sam nie wiedział czemu, w ogóle miał go obchodzić. Ludzie w końcu różnie o nim myśleli. Bardzo rzadko w samych superlatywach – a to nie robiło na nim wrażenia. Ale to jedynie potwierdzało, jak głęboko Navarro weszła mu pod skórę. W jak bezczelny sposób wygospodarowała sobie tam miejsce, i to bez większego trudu. Miała dzięki temu niepowtarzalną możliwość, aby sprawdzić, że to, co zrobi, zaboli go bardziej niż cokowliek innego, a jednocześnie była też na tyle głęboko, by nie mógł tak po prostu do niej bezboleśnie sięgnąć i odrzucić.
Poprawił chwyt jednej dłoni na kocu, którym ją owinął, chcąc uziemić własne myśli w czymś prostym, praktycznym, niepozostawiającym zbyt wiele miejsca na interpretację.
Zbyt świadomie rejestrował odległość pomiędzy nimi, zbyt często łapał własne spojrzenie gdzieś pomiędzy jej nosem a brodą, na linii ust, zanim zdążył odwrócić je w przyzwoite miejsce. A przecież wystarczyło już, że wcześniej pozwolił mu błądzić niżej, po odsłoniętej skórze, drobnych cieniach pomiędzy żebrami, mokrym połysku pozostawionym przez deszcz i jasnych smugach światła z pieca, które przesuwały się po niej przy każdym oddechu.
Nie powinien był pamiętać tego aż tak dokładnie.
Nie chodziło o kształt jej obojczyka, ani nie o kilka drobnych kropli zatrzymanych niżej, zanim zdążyły zniknąć pod materiałem. A jednak wszystkie te szczegóły zostały mu pod powiekami z irytującą ostrością.
Nie powinien bo to była N a v a r ro.
Zacisnął więc palce mocniej na kocu, niemal demonstracyjnie sprowadzając uwagę do jego faktury i ciężaru, do chłodu w chacie, do rany pulsującej pod żebrami, do wszystkiego, co było prostsze niż przyznanie przed samym sobą, że od kilku minut zdecydowanie zbyt wiele razy myślał o niej zbyt intensywnie; za bardzo w kategorii, której w ogóle nie powinien rozpatrywać, a której, jeszcze parę tygodni temu, nawet się nie wstydził.
— Godzina, Navarro — pociągnął dalej, głosem zachrypłym od przeciągającego się milczenia. — W zasadzie – jakieś czterdzieści pięć minut, według twojego planu. — Nacisnął na trzymane przez siebie poły koca, popychając ją, choć z delikatnością, w stronę łóżka.
rewind, reset

clean up the rot before it digs too deep

: pt paź 09, 2026 8:26 pm
autor: Bianca Navarro
Byłoby dużo prościej, gdyby Visser był brzydki.
Miała już wystarczająco dużo sprzecznych emocji krążących wokół jego osoby i wpływu, jaki miał na jej życie. Z jednej strony był człowiekiem nieobliczalnym, zawistnym, niekiedy płytkim i posiadającym bardzo wygórowane zdanie na swój temat - zdecydowanie zbyt wygórowane jak na kogoś, kto nie wychodził z domu bez pistoletu i pałał się tym zawodem, jakim się pałał. Skłonnym do agresji i przemocy, kompletnie wyzbytym sumienia czy współczucia dla osób, których nie uważał za swoich.
Na podstawie bardzo obiektywnych i racjonalnych kryteriów, pod każdym, pieprzonym kątem był z ł y m człowiekiem.
I ten sam, z ł y człowiek, zawsze znajdował pretekst by sprawdzić, czy dobrze się czuła. Pamiętał jaką pizzę lubiła zamawiać, po ilu shotach zaczynała mówić wyłącznie po hiszpańsku. Ten sam człowiek wrócił po nią, choć miał wolną rękę do zdobycia telefonu i wyjechania do Meksyku, powrotu do innych, których uważał za s w o i c h.
A wybrał ją.
W jakiejś pokrętnej logice, którą kierowali się oboje, według której jedno było odpowiedzialnością drugiego. To wszystko było już wystarczająco chaotyczne by nie wiedziała, co powinna o nim myśleć i by jej własne odczucia latały jak chorągiew, oscylując między nienawidzę cię a dziękuję, że po mnie wróciłeś.
Dlatego byłoby prościej, gdyby był brzydki.
Nie potrzebowała widoku jego zdecydowanie z b y t roznegliżowanego ciała, ani dotyku jego ciepłych dłoni w okolicy własnego mostka. Nie musiała zastanawiać się nad tym, czy było mu do twarzy z tym kilkudniowym zarostem, czy jednak reprezentował on jego stopień zmęczenia i wolałaby, by go nie miał. Nie chciała ścierać krwi z jego policzka wyłącznie dlatego, że była drobną skazą na jego obrzydliwie przystojnym obliczu.
Nie chciała być płytką osobą, która w ogóle brała to pod uwagę.
- Wypominasz mi dużo rzeczy, jakie robię ostatnio - odrzuciła, nim zdążyła się powstrzymać. Jej brwi zmarszczyły się nieco, bo z jakiegoś powodu te wszystkie negatywy, którymi ją obarczał, zaczynały osadzać się ciężko na jej piersi. - A moje zdanie na twój temat nieszczególnie się zmieniło.
I nie powinien się nim kompletnie przejmować.
Nie miała pojęcia, dlaczego to robił. Zdecydowana większość rzeczy, które wypowiadała na głos, bazowała na przekonaniu, że Visser miał głęboko w dupie to, co o nim myślała i za jakiego uważała go człowieka - chyba, że w jakiś sposób umniejszała jego reputacji, jak gdy nazwała go zwykłym mężczyzną, co w przypadku każdej innej osoby nie byłoby w ogóle obelgą.
Nie było nawet przecież prawdą.
Kącik jej ust drgnął ku górze, bo jej słowa nie definiowały do końca czy było to zdanie dobre, czy złe. Było na pewno jednym i drugim, choć nie wątpiła, że znajdzie sposób, by obrócić to przeciwko niej - jak wszystko, co robiła, jak uciszanie jej gdy wreszcie mu podziękowała i jak umniejszenie wszystkiemu, co usiłowała mu wyjaśnić.
Na tym starała się skupić.
Na tym, co ich dzieliło, byle tylko nie myśleć o tych nieistotnych centymetrach pomiędzy nimi w tej chwili. Na tym, jak docisnął jej ranne ciało do blatu stołu a nie na tym, jak później ją zszył. Na tym, jak wykręcił jej nadgarstek a nie na tym, jak później pięć dni jechał za nią, w bezpiecznym dystansie, pilnując i interweniując, gdy jej przeszłość znów ją dogoniła.
Cholera, on też był przeszłością, która nieustannie ją goniła.
Westchnęła, czując jego lekkie pchnięcie w stronę łóżka. Wyrwało ją z zamyślenia, jak i ciągłej próby zmazania łagodności, jaką pozostawił męski dotyk na jej skórze. Łagodności, która stała w bezpośrednim zaprzeczeniu tej wizji Robina Vissera, której kurczowo usiłowała się trzymać.
Na szczęście odsyłał ją z powrotem do kąta, więc nie musiała więcej tej kwestii roztrząsać.
- A ty? - mruknęła z niezadowoleniem, sięgając do końców koca, który wciąż trzymał przy jej mostku. Wsunęła swoje palce między materiał a jego gorącą skórę, wyswabadzając narzuconą jej, drapiącą pelerynę, którą przecież sama powinna sobie trzymać. - Zamierzasz pilnować drzwi?
Z wahaniem ruszyła w stronę posłania. Czterdzieści pięć minut zdawało się tym bardziej nierealistyczne, im bardziej zbliżała się do łóżka. Chłód, który wpełzł pod trzymany przez nią koc wydawał się mieć mniej wspólnego z odległością od piecyka a dużo więcej z tkwiącym wciąż obok niego mężczyzną.
- Musisz odpocząć - zaprotestowała, stając nad łóżkiem i wciąż czując opór, przed położeniem się. Robienie tego w sytuacji, w której to on był bardziej ranny i bardziej zmęczony stało w sprzeczności z logiką. Odstępowanie mu łóżka gdy jak na razie to on nieustannie po nią wracał po tym, gdy ona wbiła nóż w jego plecy, stało z kolei w sprzeczności z jej charakterem. - Ja wezmę pierwszą wartę, ty weźmiesz drugą.
Nie miała pojęcia jakie warty były potrzebne w tej chacie, ale wszystko było wartym użycia argumentem w obecnej sytuacji.

reset, rewind

clean up the rot before it digs too deep

: sob paź 10, 2026 2:01 pm
autor: Robin Visser
Jego relacja z Biancą była skomplikowana.
Od samego początku.
Najpierw widział w niej nieopierzoną gówniarę, która – według jego, jakże fachowej oceny – w ogóle nie powinna była trafić w szeregi Sinaloa. Sklasyfikował ją wtedy jako idealną karmę dla swojego otoczenia. Nigdy właściwie nie potrafił dojść do tego, jak znalazła się między nimi, ale też nigdy szczególnie głęboko w tym nie dłubał; do takich miejsc zazwyczaj trafiało się p r z y p a d k i e m, trochę przez zły wybór, trochę przez jeszcze gorszy zbieg okoliczności, a nie dlatego, że ktoś jako dziecko postanawiał, że kiedy dorośnie, będzie robił nielegalne interesy, szmuglował narkotyki albo nawet ludzi.
Nawet on trafił tam przypadkiem.
Przypadkiem, podczas pogoni za pieniędzmi. Wdepnął w tę pułapkę właściwie bezwiednie, zaślepiony coraz większymi kwotami, którymi chciał obracać, kolejnymi zerami pojawiającymi się tam, gdzie wcześniej ich nie było, i przekonaniem, że zawsze zdąży wycofać się o krok, zanim zabrnie za daleko.
Nie powinna być jego problemem.
A jednak nim została.
Nie był pewien czy ostatecznie stało się to w przypływie jakiejś wyjątkowo nietypowej dla niego dobroci, a może zwyczajnie z czystej złośliwości wobec ludzi w kartelu, sprzątnął ją pozostałym sprzed nosa, zanim organizacja zdążyła zrobić z nią to, co zwykle robiła ze świeżą krwią.
Nieoficjalnie miał na nią oko właściwie od początku.
Do dzisiaj nie potrafił powiedzieć, czy dlatego, że mu się spodobała; czy przez tę jej wyszczekaną mordę, którą próbowała rozwiązywać niemal każdy problem, niezbyt imponującą ripostą. A może dlatego, że gdzieś pod całą tą pewnością siebie, bezczelnością i przekonaniem, że zawsze sobie poradzi, dostrzegł coś niepokojąco znajomego.
Siebie.
Nie takiego, jakim był wtedy czy teraz, po latach całego syfu. Tego wcześniejszego, wtedy też przekonanego, że stoi obok całego tego gówna, a nie siedzi w nim po samą brodę.
Może właśnie dlatego pozwolił jej trzymać się koło niego, w zasadzie – teraz już to niestety wiedział – wszystko jej ułatwiając.
Sprowadzało się to znów do tego samego wyniku – on był za to odpowiedzialny. Za swoją gębę rozpłaszczoną na posadzce; za zimny metal kajdanek zaciskających się na jego nadgarstkach i za jebanych kilka nocy spędzonych w pierdlu pod całodobowym dozorem.
Navarro go oszukała, ale o wiele bardziej bolało go, że dał się oszukać.
Nie zmieniało to oczywiście ciężaru – nie wybaczył jej, nieprędko też zamierzał. Śmiałym założeniem było, że w ogóle mógłby o tym pomyśleć. Momenty takie jak ten, kiedy zatrzymał go tak banalny gest, przypominały mu przede wszystkim o tym, że sam był sobie winien. Bo – tak jak teraz – opuścił gardę. A przecież powinien wiedzieć lepiej; trzymać ją wysoko zawsze, niezależnie od tego, kto stał naprzeciwko i jak niewinnie wyglądał moment, w którym pozwalał komuś podejść o krok za blisko.
Powinien kąsać i ranić dotkliwie każdego, bo tak robił od początku swojej, wątpliwej, kariery w kartelu. Bo tak robił ze wszystkimi. Wszystkimi, tylko najwyraźniej nie z nią.
Tu był jego błąd.
I, co najważniejsze – nie popełnił go raz. Popełniał go przez cały czas. Nawet w tej chwili.
Ten sam b ł ą d stał teraz przed nim.
Patrzył na niego tymi swoimi ciemnymi oczami, z mokrymi włosami przyklejonymi do skroni i skórą lśniącą jeszcze od wilgoci w ciepłym świetle paleniska; owinięty kocem, który powinien był skutecznie odebrać całej sytuacji choć odrobinę absurdalnego napięcia, a jakimś cudem wcale tego nie robił.
Bianca Navarro.
Najgorsza decyzja, którą podejmował konsekwentnie od trzech i pół roku.
Przez chwilę jeszcze na nią patrzył. Za długo, tak naprawdę, ale przecież właśnie na tym polegał cały problem; wiedział już, gdzie popełniał błąd, potrafił wskazać go palcem, nazwać oraz znaleźć wszystkie miejsca, w których powinien był zachować się inaczej, a mimo to stał teraz naprzeciwko niego i pozwalał mu robić dokładnie to samo.
Zatrzymywać wzrok na wilgotnych pasmach włosów przyklejonych do jej skroni. Na świetle ognia przesuwającym się po odsłoniętym fragmencie ramienia. Na drobnych, poranionych dłoniach trzymających koc bliżej ciała.
Jej słowa dotarły do niego chwilę później. Powinny być tylko kolejną zaczepką, czymś, co można było odbić i zostawić między nimi, jak z w y k l e, ale zamiast tego osiadły gdzieś głębiej, niewygodnie, przynosząc ze sobą coś podejrzanie podobnego do ulgi.
Nazwała go już tyloma nieludzkimi określeniami; powiedziała wprost, że go nienawidzi – to było dobre. Lepsze dla niego; oznaczało, że błąd dało się naprawić, bo występował tylko po jego stronie
Nie odpowiedział; wyciągnął wniosek.
— Czterdzieści pięć minut — powtórzył tylko, tym razem już bez miejsca na negocjacje, jakby samo przyklepanie tej liczby kończyło temat i zamykało wszystkie wątki poboczne, na których się nawet nie skupił.
Potrzebował zdecydowanie więcej niż czterdzieści pięć minut, czuł to po swoim ciele, które od bitych kilku dób nie miało prawda do odpoczynku zbyt długo i w zbyt wygodnej pozycji. W tym wieku to była już katorga dla kręgosłupa – to po pierwsze.
Po drugie, o czym oczywiście by nie powiedział, czuł że jego organizm powoli się rozsypywał.
Dreszcze wracały mimo ciepła rozchodzącego się po niewielkim pomieszczeniu, mięśnie bolały go już w ten głęboki, tępy sposób, którego nie mógł wyłącznie przypisać kilkugodzinnemu marszowi, a pod opatrunkiem rana pulsowała coraz bardziej wyczuwalnie.
Zrzucił to oczywiście na zmęczenie.
Na utratę krwi, zimno, brak snu, skoki z samolotów i wszystkie inne rzeczy, których w ciągu ostatnich kilku dób dostarczył swojemu organizmowi.
Usiadł więc na brzegu łóżka, chwilę później układając się ostrożnie na zdrowym boku i przymknął oczy, zostawiając temat pilnowania drzwi.
basically... shit

clean up the rot before it digs too deep

: sob paź 10, 2026 3:53 pm
autor: Bianca Navarro
Czterdzieści pięć minut.
Kłamstwo, które powtarzali między sobą by poczuć się lepiej. Wiedziała, że nie było nawet ułamkiem tego, ile potrzebował by zacząć przypominać tą wersję siebie, którą znała przede wszystkim.
Widziała to w grymasach, które wykrzywiały jego mimikę gdy myślał, że nie patrzyła. W tym jak powoli i ostrożnie wykonywał każdy ruch, który nie powinien przychodzić mu z trudem. Nawet w tym, że w ogóle zgodził się na to, co zaproponowała, co wcześniej byłoby całkowicie nie do pomyślenia.
I w tym, jak szybko zmorzył go sen gdy tylko ułożył się na łóżku.
Niejednokrotnie widziała go, gdy spał, a jednak teraz przez krótką chwilę tkwiła w miejscu, kontrolnie przyglądając się jego klatce piersiowej unoszącej się w górę i w dół. Wyglądał źle i nie ufała swojej medycznej robocie wystarczająco by nie przeszło jej przez myśl, że mogłaby nie dostrzec tego jak faktycznie źle mogło być.
Ale obserwując go pod kątem oznak życia dostrzegała przy okazji wszystko inne. To, jak jego rysy twarzy łagodniały gdy zasypiał, wcześniej permanentnie spięte i wykrzywione w neutralnym bądź złośliwym wyrazie. Jak napięcie opuszczało jego barki, ramiona rozluźniały się, ciało osadzało w miękkim materacu łóżka. Jak spokojnie wyglądał człowiek, który parę godzin wcześniej wskoczył do wnętrza samolotu i zamordował dwie osoby.
Jej wzrok prześlizgnął się z niego na łóżko, na którym leżał.
Wąską przestrzeń między jego plecami a ścianą. Przestrzeń, w której prawdopodobnie mogłaby się zmieścić, gdyby również ułożyła się na boku. Przestrzeń, w której mogłaby odpocząć, nie przez czterdzieści pięć minut ale dużo dłużej. Czy nie zasnęła raz czy dwa na jego kanapie? Czym to różniło się od innych przypadków? Jej nazwiskiem. Jej usta zacisnęły się w wąską linię, dłonie mocniej chwyciły koc gdy zmusiła się do odwrócenia wzroku. Przeniosła go na krzesło tkwiące przy kominku - było tam cieplej, z pewnością cieplej niż przy jego rozgrzanym ciele i miękkim materacu. Zdjęła z niego rozwieszone na nim ubrania i położyła je przed ogniem, samej zajmując miejsce na twardym siedzeniu.
Racjonalnym byłoby zwrócić się do ognia, a jednak odruchowo przesunęła krzesło ostrożnie, zwracając się do kominka bokiem by jej wzrok, wciąż, kontrolnie mógł zerkać w stronę łóżka. Otoczyła się kocem i zwinęła w kulkę, z początku tak zmęczona, że niemal żadna pozycja na twardym krześle nie była jej straszna.
Czterdzieści pięć minut.
Deszcz, trzaskanie ognia i półmrok panujący w leśniczówce utrzymywały ją w stanie wymęczonego pół-snu. Jej oczy nieustannie się otwierały, zerkały w stronę śpiącego mężczyzny, ciało poprawiało się w krześle w poszukiwaniu pozycji, od której nie bolałby jej tyłek bądź plecy. Znajdując nową, upewniając się, że wciąż oddychał, przysypiała ponownie, znów na paręnaście minut.
Musiała powtórzyć ten cykl tysiąc razy.
Gdzieś w środku nocy cicho dołożyła ognia do wygasającego kominka. Zsunęła z siebie koc, gdy zrobiło jej się zbyt gorąco - jej cienka bluzka istotnie wyschła i ostrożnie założyła ją z powrotem. Z kocem nagrzanym od ognia wylądowała przy łóżku, ostrożnie otulając drapiącym, lecz ciepłym materiałem odkrytego mężczyznę.
Jej noc była przedzielona konkretnymi wydarzeniami, dzięki którym mogła odliczać odcinki czasu - takimi jak zdjęcie z siebie koca i przekazanie go Visserowi, ale też jak ustanie deszczu, który wcześniej zacinał non stop. Jak jedno trzaśnięcie ognia, które było tak głośne, że natychmiast wyrwało ją z półsnu pełnego odłamków szkła i broni tkwiącej w dłoni stojącego naprzeciw jej mężczyzny. Jak błysk, który wydawało jej się, że widziała za oknem, na moment w całkowitym stresie i wstając z krzesła i przechadzając się od okna do okna, przekonana, że zaraz z n ó w ktoś wkroczy, znów ktoś ich rozdzieli.
Gdy świt wsuwał się przez okna leśniczówki zalewając ją szarością nowego dnia, porzuciła myśl o dalszej próbie kontynuowania tego snu, który w równym stopniu był regenerujący co męczący. Przejrzała z większą uwagą szafy, zdobywając niemal przeterminowaną kawę i czajnik, który napełniła butelkowaną wodą nim wstawiła go na rozgrzany metal piecyka. W innej z szafek, głęboko w tyle znalazła jakieś ubrania, których zdecydowana większość zaznajomiła się w sezonie letnim z molami - wyciągnęła jednak dwie drwalskie koszule, które naznaczały wyłącznie okazyjne dziury wypalone przez papierosy i rzuciła je na krzesło chcąc, by zebrały w sobie trochę ciepła z ognia nim narzucą je na siebie.
Na Alasce było kurewsko zimno.
Gdy wreszcie poruszył się w łóżku, odstawiła na szafkę obok niego kubek z żenującą i zdecydowanie zbyt tanią na jego gusta kawą, pozbawioną wszelkich dodatków. Drugi z nich miała w dłoni, jedna z koszul tkwiła narzucona na jej ramiona, druga wciąż tkwiła przy ogniu.
Jak się czujesz? Jesteś w stanie iść? Przepraszam za to, że cię oszukałam.
- Dużo przeszliśmy wczoraj - rzuciła cicho i, zawiedziona tym, w jaki sposób brzmiał jej głos - jakby nie przespała tej nocy zbyt wiele i próbowała ogrzać się gównianą kawą - odchrząknęła. Zgarnęła mapę, którą studiowała w ostatnim czasie i, dusząc w sobie chęć zajęcia miejsca na krawędzi łóżka, ułożyła ją na ziemi, siadając obok na drewnianych deskach. - Ze dwie godziny marszu dzielą nas od Beaver Creek - kontynuowała, wskazując pierwszą, małą osadę, jaka znajdowała się w pobliżu od ich leśniczówki. - Tam powinniśmy dostać telefon, pieniądze i samochód i jechać dalej na północ.

i can't tell you how i feel, but i can show it

clean up the rot before it digs too deep

: sob paź 10, 2026 11:06 pm
autor: Robin Visser
Nawet sen potrafił zmęczyć.
Spał głęboko, zbyt głęboko jak na siebie, zapadnięty gdzieś pod powierzchnię świadomości, do której nie docierał trzask drewna w kominku ani ciche odgłosy poruszającej się po pomieszczeniu Navarro. Ten sen niemal ciągnął się rozwleczony, nierówno, pełen obrazów, których po przebudzeniu nie potrafiłby sobie przypomnieć, zostawiających po sobie wyłącznie wrażenie nieustannego ruchu. Walki o przetrwanie.
Z zewnątrz musiał wyglądać niemal błogo, choć jego organizm zbroił się i szykował, jak gdyby czekało go większe starcie niż tylko ze rozpieprzonym zegarem biologicznym. Z zewnątrz ani nie wierzgał, ani nie poruszał niespokojnie – parę razy może otoczył się ciaśniej własnymi ramionami, kiedy po jego kręgosłupie ześlizgiwał się dreszcz, zostawiając za sobą nieprzyjemne poczucie chłodu.
Choć żeliwna koza, cały czas pożerająca kawały drewna, wymieniała je przez cały czas na błogie ciepło.
Nie obudził się – sen po prostu zostawił go, wrzucając nagle do świadomości, zderzając z realiami rzeczywistości dookoła. Z ciepłem pomieszczenia, z otaczającym go gorącem, które trzymało się go przez drapiący materiał, którym był otoczony, z trzaskającym drewnem w kominku i delikatnym światłem, wsuwającym się do pomieszczenia przez okno.
Wszystko na raz.
Dlatego poderwał się z nagłością, nie dając sobie szansy na zebranie myśli, ułożenie ich i zrozumienie. Wypuścił je wszystkie – pytania, obserwacje i wątpliwości – na raz do umysłu i kazał mu je obrócić. Jednocześnie.
Za nagłym ruchem przyszła natychmiastowa korekta rannego ciała, które w miejscu szwów odezwała się kolejnym, tym razem ostrzejszym, lejącym się bólem. Zacisnął zęby, dławiąc w gardle pomruk, który chciał uciec.
— Nie obudziłaś mnie — podzielił się swoim spostrzeżeniem oczywistości. Jego dolne i górne zęby spotkały się ze sobą, napierając na siebie boleśnie, gdy on odreagowywał złość, która przyszła za tą obserwacją. I za paroma innymi. Zignorował wszystko to, co powiedział chwilę temu. Wszystko, co dotyczyło głupich – choć tak naprawdę użytecznych – informacji, którymi postanowiła się podzielić.
Odwrócił spojrzenie – kiepsko.
Światło.
Nie powinno go tutaj być. Nie w tej ilości, nie pod tym kątem; jeszcze niedawno za brudną szybą rozciągała się przecież szaruga przegryziona jedynie słabym odbiciem ognia, a teraz pomiędzy drzewami przeciskał się już blady dzień pozbawiony deszczu. Nie potrzebował zegarka, żeby zrozumieć, że razem z Navarro posiadali różne zrozumienie dla słów ‘czterdzieści pięć minut’
Spojrzał na nią – jeszcze gorzej.
Nie musiała mówić, ile z tej nocy przespała. Wystarczyło kilka sekund, żeby sam zebrał sobie odpowiedź z drobiazgów na jej twarzy, które same ją wydały; z cieni pod oczami mocniej odcinających się od bladej skóry, z włosów, które zdążyły wyschnąć w nieładzie, z tego charakterystycznego napięcia osiadającego w ramionach po zbyt wielu godzinach spędzonych w jednej pozycji. Z mapy rozłożonej na podłodze. Z kawy. Z drugiej koszuli ogrzewającej się przy piecu.
Z rzeczy, których nie było, kiedy zamykał oczy.
Nie potrzebował też szczególnie rozwiniętych zdolności dedukcyjnych, ani być geniuszem (ale był), żeby zrozumieć, kto przez ten czas dokładał do kozy, kto przeszukiwał budynek, kto znalazł ubrania i kto zdążył przygotować plan dalszej drogi.
— Ile spałaś? — zapytał sucho, marszcząc czoło. — Wczoraj tak bardzo zależało ci na tym, żeby wreszcie móc o czymś zdecydować — powiedział, wolniej, niż podsuwała mu złość. — Więc zdecydowałaś. Godzina. Mogę nie mieć studiów i zawalony ogólniak, ale jestem pewien, że minęło znacznie więcej niż godzina. Co się zmieniło? — Źle smakowała sama świadomość tego, że spał, a nie czuwał. Poza faktem, że był odsłoniony przed Navarro, to w sytuacji kryzysowej prawdopodobnie nie byłby szczególnym wsparciem, a taka myśl już mocno naruszała jego rdzeń. Poza tym została jeszcze troska część jej układu, w którym ona również odpoczywa.
To ona skarżyła się na zmęczenie. I też ona wyglądała teraz źle.
tf

clean up the rot before it digs too deep

: ndz paź 11, 2026 1:00 am
autor: Bianca Navarro
Nagłe zerwanie, które towarzyszyło przebudzeniu się mężczyzny sprawiło, że drgnęła. Niemal cofnęła się o pół kroku, automatycznie, z przyzwyczajenia, nim widok grymasu na jego twarzy umocnił ją w przekonaniu, że było to bezwarunkowe - i że przypłacił za to dodatkową ilością bólu, o którym może udało mu się trochę zapomnieć w trakcie snu.
Denerwowało ją to, że wstał tak szybko. Denerwowało ją też to, że zignorował kubek kawy, którą przecież specjalnie dla niego zrobiła. Było zimno, choć może nie aż tak pod tym kocem, którym go przykryła, a kawa była paskudna - zdawała sobie z tego sprawę - ale była czymś ciepłym, rozgrzewającym od środka. Sama owinęła wokół kubka obie dłonie, wcześniej chowając je w za długich rękawach męskiej koszuli, zielonej w kontraście do tej czerwonej, którą zostawiła jemu przed kominkiem.
I znów ten dziwny rodzaj niepokoju, głęboko zaszyty w jej wnętrzu rozluźnił się nieco na widok jego trzeźwego spojrzenia. Visser nieustannie tu był, nie ruszał się wcale w trakcie tej nocy, a jednak jego przebudzenie się wywołało drobną iskierkę ulgi podobnej do tej, którą odczuła gdy wpadł do samolotu.
Nie była przy nim zupełnie sama, ale obijanie się o ściany tej chaty w ciemności gdy on spał nagle wydawało jej się bardziej dotkliwe, niż pięć dni spędzonych na wpatrywaniu się w lusterko samochodu.
Jednocześnie jednak jego wzrok był uważny. Boleśnie odczuwała go na sobie gdy śledził wzrokiem jej stan, a ona, świadoma tego jaki ten stan był, odruchowo pochyliła głowę nad mapą byle tylko poskręcane w tysiącu kierunków włosy przysłoniły nieco jej limo pod okiem i równie obitą szczękę.
Fakt tego, że wyglądała w ten sposób, gdy on wciąż wyglądał dobrze, był jawną niesprawiedliwością, której nie zamierzała komentować.
- Nikt nie szukałby nas w nocy po lesie z zalaną drogą dojazdową. Nie było też widać dymu z kominka - odrzuciła z początku, wiedząc dobrze, że umówili się na czterdzieści pięć minut i czterdziestu pięciu minut nie dotrzymała.
W zasadzie pomyliła się o grube kilka godzin.
Ale widziała sposób, w jaki jego klatka piersiowa płytko unosiła się w trakcie snu i jak nawet wtedy, gdy leżał na zdrowym boku, jego ciało trzymało w sobie nieustannie odczuwany ból postrzelonego boku. Była zmęczona - owszem, ale on prawie wykrwawił się na śmierć po tym, gdy spędził pięć dni cholera wie w jakich warunkach, a biorąc pod uwagę jego niezmienioną odzież, nie były to warunki wybitne.
Żadna z tych rzeczy jednak nie przeszłaby jej przez gardło. Jej dłoń uniosła kubek z kawą do ust, zajmując je na krótką chwilę. Najchętniej przemilczałaby jego pytanie całkowicie, ale znała go wystarczająco długo by wiedzieć, że wtedy zada je po raz drugi, znacznie bardziej dobitnie.
- Spałam wystarczająco - zaczęła krótko, na temat, przeplatając szczerość z fałszem w sposób nie inny, jak robiła to przez trzy i pół roku. - Czterdzieści pięć minut to było za mało. Byłam zmęczona, chciałam odpocząć. Uznałam, że jest to warte ryzyka, a gdyby nas złapali, mógłbyś do końca życia opowiadać mi o tym, jak spierdoliłam kolejną rzecz - kontynuowała, decydując się obrać ścieżkę, która uderzy w jego kruche, męskie ego możliwie jak najmniej. Mogła być tą, która potrzebowała całej nocy, byle tylko się zamknął i przestał na nią patrzeć w ten sposób. - Nie byłoby to szczególnie długie, ale na pewno byś to docenił.
Westchnęła, odstawiając swój kubek na mapę, nad którą siedziała pochylona. Zimne deski przedzierały się przez materiał jej jeansów, ale w tej chwili naprawdę wiele rzeczy było jej wszystko jedno. Kawa z każdym łykiem robiła się znośna, miała też odpowiednią temperaturę do picia, a oni niczego nie jedli od co najmniej połowy doby, nie mówiąc o tym, gdy on ostatnio wsadził coś do pyska co nie było papierosem.
- Pij - rzuciła ze zniecierpliwieniem, wyciągając się by sięgnąć do kubka leżącego na półce obok i wcisnąć mu go do dłoni. Była nawet skłonna postawić mu to naczynie z wrzątkiem na nodze, jeśli usiłowałby je odtrącić, co wyłącznie byłoby ryzykiem dla niego. - Będziemy potrzebowali ubrań. W nocy temperatura spada chyba do zera, bo było kurewsko zimno. I jedzenia. Ale najpierw samochód, z nim możemy zastanowić się, co dalej.
Plany były dobre.
Nie musiały być konkretne, wystarczyło, że w jakiś sposób zarysowywały to, co powinni robić dalej - na przykład nie rozmawiać o tym, co wydarzyło się w nocy, tylko pić tę pieprzoną kawę, póki była ciepła, oraz szykować się do kolejnego marszu przez las.

drink your goddamn coffee

clean up the rot before it digs too deep

: ndz paź 11, 2026 9:51 pm
autor: Robin Visser
— Nie pytałem cię, jak oceniasz ilość snu, którą sobie zapewniłaś, tylko ile spałaś — odezwał się, przecinając jej rozmydlający wywód gdzieś w jego połowie. Wystarczająco nie było odpowiedzią, którą chciał zaakceptować. Tym bardziej, że problemem wcale nie było samo przekroczenie tych czterdziestu pięciu minut, które wcześniej nakreślili; tak krótki czas uważał przecież za zwyczajnie głupi, ledwie wystarczający, żeby organizm zdążył sobie przypomnieć, czym właściwie był odpoczynek, zanim znowu kazaliby mu funkcjonować. Ale to miał być jej plan. Jej decyzja. Jej upór.
Problem zdawał się widzieć gdzie indziej.
Na jej twarzy, przede wszystkim – w ciemniejszych cieniach pod oczami, których nie pamiętał jeszcze kilka godzin wcześniej; w napięciu osiadającym gdzieś przy szczęce i karku, może od niewygodnej pozycji, może od zimna, a może zwyczajnie od zbyt długiego czuwania. Słyszał go też w jej głosie, odrobinę bardziej szorstkim, pozbawionym tej ostrości, którą zwykle potrafiła wyciągnąć z siebie nawet wtedy, kiedy ledwie stała na nogach. Być może dopowiadał sobie to wszystko. Być może zwyczajnie szukał potwierdzenia dla teorii, która zaczęła układać mu się w głowie zaraz po przebudzeniu.
Ale, chcąc nie chcąc, znał ją wystarczająco długo, żeby zauważać takie rzeczy bez potrzeby świadomego ich szukania.
Tak naprawdę w ogóle nie powinien robić z tego problemu.
Powinien mieć to w dupie, tak samo jak większość spraw związanych z Navarro. Powinno mu być wszystko jedno, czy przespała godzinę, trzy, czy siedziała przy tym piecu do rana z oczami wbitymi w drzwi. Czy bolał ją bark. Czy było jej zimno. Czy po kilku minutach na krześle zaczęły drętwieć jej nogi i czy za każdym razem, kiedy ogień przygasał, podnosiła się, żeby dołożyć drewna.
Navarro jednak najwyraźniej zamierzała zapakować całą noc w jedno wystarczająco, postawić przed nim kubek kawy i przykryć wszystko mapą, tras i jakimś Sreaver Sreek.
To też go denerwowało.
Bycie odpowiedzialnym za plan oznaczało kontrolę; oznaczało również poczucie własnej kompetentności, a ostatnimi czasy własne plany musiał forsować siłą, zaskoczeniem lub spotykać z niepochlebną opinią Navarro, która z jakiegoś powodu nagle też chciała być mistrzem tej gry.
Dziwnie, a przez dziwnie rozumiał: wkurwiony, czuł się, kiedy ona tak chętnie wytrącała mu z ręki kontrolę. Kiedy to ona zaczynała zajmować się nim, a nie odwrotnie. Być może to kwestia ego, być może tego, że nie był przyzwyczajony do faktu, że ktoś realnie się o niego troszczył; być może to przez to, że jeszcze ciężko było mu wierzyć w szczerość jej intencji, kiedy tak chętnie go nienawidziła.
Być może miał osobowość wieloraką i jedna z dwóch absolutnie nie widziała świata bez Navarro (ta powinna szybko i boleśnie umrzeć); druga cały czas była na nią wściekła za zdradę i uważała, że nie należało jej się wybaczenie tak prosto.
A być może był po prosty pierdolnięty.
Kawa, którą mu oferowała, była obrzydliwa. Jak zasadniczo wszystko, co go otaczało przez ostatnie siedem czy dziesięć dób (z wyłączeniem dwóch elementów: Navarro i Navarro w samej bieliźnie); jego ciało niemal łkało o odrobinę luksusu, do którego było przyzwyczajone i za którym tęskniło.
Lurę wypił głównie dlatego, że liczył na poprawę własnego stanu. Jak gdyby kofeina miała tę magiczną zdolność połatania rozsypującego się od wewnątrz, po cichu, organizmu.
— Co dalej — odezwał się, odstawiając kubek na pobliski mebel — powinnaś rozpatrywać już teraz, a nie z samochodem. Wybacz, Schatje, ale monopol na improwizację mam ja. — Nie był pewien, czy gnębił teraz jej plan z czystej złośliwości, że to był jej, czy może w ramach niezarejestrowanej jeszcze dyscypliny sportowej, a może przez fakt, aby chociaż przez moment poczuć choć odrobinę kontroli i przewagi nad nią.
Za dobrze ją nauczył – bo tę operacyjność zamierzał przypisać sobie, a nie agencji federalnej.
— Co jak nie zdobędziesz samochodu przez dłuższy czas? Czy ty i twoja wystarczająca ilość snu jesteście gotowe na kolejne kilka godzin marszu?
Nie chodziło przecież o to, że on mógłby nie dać. Wszystko, w świecie Robina Vissera, dało się połatać sporą ilością kofeiny i nikotyny.
bullying seems to be my love language

clean up the rot before it digs too deep

: pn paź 12, 2026 11:48 am
autor: Bianca Navarro
Niezależność, której potrzebowała, była bardzo skomplikowanym zagadnieniem.
Bo to nie tak, że usilnie pragnęła postawić na swoim w każdej konwersacji i każdym planie, który był stworzony. Jej wyjście z samochodu było desperacką potrzebą pozostania w ruchu bardziej, niż próbą odzyskania swojej autonomii. To w świadomości wszystkich stojących za jej decyzjami porażek tkwiła ta abstrakcyjna niechęć do tego, by on podejmował decyzje za nią.
Zadecydowała o wykonaniu swojego zadania - została na ziemi, wśród odłamków krwi i z ołowiem w ciele, w zbyt wielkim szoku po zamordowaniu drugiego człowieka by móc podejmować racjonalne decyzje i próbując tam zostać. Zadecydowała o wyjściu z małego domku i przejściu na pomost wyłącznie po to, by znów zostać wepchniętym do wody, w której jej ciało odłączało się od umysłu i rozpoczynało własną walkę o przetrwanie. Zadecydowała o podniesieniu kluczyków - spod samochodu, gdzie naturalnie je wepchnął by podkreślić jej położenie - i ruszeniu na własną rękę na Alaskę po to, by wylądować na pokładzie wynajętego przez agencję samolotu.
Zastanawiała się, czy to może przez to nieustannie jej pomaga.
Czy dostrzega w niej osobę tak niekompetentną, niezdolną do poradzenia sobie w prawdziwym świecie, że w jego oczach przestawała być zagrożeniem, zaczynała być jakąś żałosną kreaturą, za którą czuł się w dziwny sposób odpowiedzialny.
I w proteście do tego stwierdzenia chciała mieć plan. Chciała mieć godzinę w tym domku, choć nie do końca tylko ze względu na siebie.
A jednocześnie, w tych najbardziej prymitywnych odmętach swojej świadomości, jednocześnie chciała, żeby to on się tym zajął. Żeby ktoś wyłącznie mówił jej, co ma robić i gdzie iść, żeby ktoś przyniósł jej jedzenie i wsadził do łóżka, w którym mogłaby odpocząć.
Nawet względem swojej niezależności nie potrafiła się zdecydować, tkwiąc gdzieś pomiędzy - za to rozciągając tę opiekę, której sama potrzebowała na osobę, która kompletnie jej nie doceniała. Dla niej jednak przede wszystkim liczyło się to, że wyglądał lepiej, brzmiał też lepiej - jego głos nabrał chamstwa, do którego przywykła, co oznaczało, że ta noc z pewnością przeciągnęła Vissera z powrotem do świata żywych.
- To wymyśl coś lepszego - prychnęła, choć jej ramiona drgnęły w wyrazie obojętności, którego źródłem mogło być wyłącznie jej przeraźliwe zmęczenie.
Nie chciało jej się siedzieć teraz i słuchać o dziurach, które miał jej plan. Jakaś resztka samoświadomości powstrzymała ją przed kąśliwym komentarzem, bo czy przypadkiem ona nie robiła tego z nim nieustannie? Zamiast więc go wypowiedzieć, powoli, ostrożnie podniosła się z ziemi, zabierając ze sobą resztkę kawy lecz zostawiając mapę, jeśli chciałby z niej skorzystać.
Jej było już wszystko jedno.
- Ja i moja wystarczająca ilość snu byłyśmy do tego szkolone - burknęła, bardziej w sprzeciwie do jego złośliwości niż w racjonalnej odpowiedzi. Bo choć bardzo chciała wierzyć w prawdziwość swoich słów, chowało się w niej zwątpienie w tych wszystkich miejscach, w których wciąż towarzyszył jej ból i dyskomfort. - W przeciwieństwie do pewnej księżniczki o królewskich standardach.
Chwyciła za koszulę, rozłożoną w dziwnie troskliwym geście przed ogniem by nabrała ciepła. Zmięła ją w dłoniach i rzuciła niedbale w jego stronę, nagle żałując, że nie zostawiła mu poszarpanych, brudnych łachów do ubrania, że robiła mu kawę, którą pił z obrzydzeniem, że przyszła do niego z zalążkiem planu by nie tkwili w środku lasu z niczego.
- Chodźmy - rzuciła wreszcie, zgarniając ze stołu swoją odznakę, którą wcisnęła znów do kieszeni spodni - cholera wie po co. Na blacie zostawiła składany nóż, który udało jej się znaleźć, a który podejrzewała, że nawet gdyby próbowała zabrać to mężczyzna znalazłby sposób, by jej go odebrać.
Więc nawet nie próbowała.

whatever