Strona 16 z 16

tequila con muerte

: sob lut 14, 2026 11:04 pm
autor: Madox A. Noriega
Na to jej wiem zmarszczył brwi, widziała? Zaraz okazało się, że tak, bo była przed domem, nawet w pierwszej chwili chciał się zerwać i do niej iść, wyjść przed dom, żeby to sprawdzić, ale jednak sprawdzał już coś innego, już zerwał z werandy dwie deski i grzebał w ziemi pod podłogą. A telefon... Na szczęście wylądował gdzieś na trawie i miał się całkiem dobrze, tylko, że rośliny tłumiły głos Stewart, kiedy go zawołała. A może to dlatego, że on był taki zaaferowany już tym co tam znalazł. Już zaciskał palce na jakiejś drewnianej szkatułce i strzepywał z niej ziemię, otworzył ją i zajrzał do środka. Dużo zdjęć. Jego za dzieciaka. Uśmiechniętego, z matką, nawet coś z ojcem, serce waliło mu w piersi jak szalone, nawet nie zauważył, kiedy Pilar usiadła na schodku. Dopiero jej słowa sprawiły, że podniósł na nią spojrzenie.
- Co? - rzucił jakoś nieprzytomnie, bo przekładał w placach fotografie, na każdej była zapisana data, nawet jakieś zdjęcia z teatru, kiedy już był dorosły, a nie był już tak blisko z matką, bo ona wtedy zdawała się po prostu bardziej popadać w to szaleństwo. A tak naprawdę po prostu... walczyła o siebie, z jego ojcem?
Kiedy Pilar mu przyświeciła od razu mogli zobaczyć te zdjęcia lepiej, chociaż Madox i tak każde z nich pamiętał, urodziny, jakieś szkolne przedstawienia, wakacje...
Na to jej pytanie to ty?, skinął tylko głową. Odłożył zdjęcia do skrzyneczki i przez chwilę to chciał... ją po prostu wypierdolić. Jakby to miał być kolejny punkt tej popierdolonej gry jego matki. Cały czas chciała mu grać na uczuciach, na jego emocjach i cały czas kłamała.
A może nie kłamała?
Ani ona, ani Lopez?
Może teraz też wcale nie kłamała, kiedy mówiła to, że Aura jest dla niej najważniejsza?
Nabrał ciężko powietrze w płuca i zerknął na Pilar, jakby chciał jej coś powiedzieć, ale kiedy światło padło na skrytkę, to coś się od niego odbiło mrugając im po oczach, a przynajmniej Madoxowi. Sięgnął tam jeszcze raz, strącając ręką grudki ziemi. Tym razem wyjął zdobne biżuteryjne pudełko, rzeczywiście w środku były jakieś świecidełka, ale to nie chodziło o zawartość. Wbił spojrzenie w szkatułkę, a później ją otworzył, zakręciła się na niej tancerka, w czerwonej sukience, ale nie grała już melodii, chociaż Madox doskonale ją znał, bo to przecież był prezent od niego, stał na toaletce matki, latami. Ciężki oddech grzązł mu w piersi. Pierdolona Esmeralda, po co trzymała to wszystko?
To jeszcze nie był koniec, tylko, żeby dostać resztę, to Madox musiał się położyć na tych deskach, sięgnąć ręką w głąb, na samo dno skrytki...
- Co... to... - mruknął łapiąc spojrzenie Pilar, ale zaraz wyciągnął jakiś czarny zasupłany worek, dość ciężki. Rozpruł go, w zasadzie to nie przemyślał chyba tego za bardzo, tylko wysypał na werandę jego zawartość. Pistolet, większy niż ten które dostali, z tłumikiem. Idealny do egzekucji. Pieniądze, ale nie peso, dolary kanadyjskie, na jego oko... pół miliona. A Madox miał do tego oko. I kamizelki kuloodporne. To akurat mogło im się nawet przydać. Jeszcze jakiś zwitek papierów, paszporty, chyba Esme, Lopeza i małej, ale na zupełnie inne nazwiska, z ich zdjęciami. Jakiś list z wynikami badań z laboratorium...
To pewnie ten negujący to, że Pablo był ojcem Aury, Madox nawet go nie rozwinął, odrzucił gdzieś na bok, paszporty też. Znalazł tam też trzy bilety, do Kanady, lot za dwa dni.
- Ja pierdole... - mruknął i pokazał je Pilar - myślisz, że taki był plan, założą, że ta kobieta w prosektorium to Esme, a za to jak została zamordowana przymkną Pablo, chociażby na przesłuchanie, wtedy Lopez zgarnie Aurę i... uciekną? - usiadł na deskach ze spojrzeniem utkwionym w jej pięknych, czekoladowych oczach - a ja im to spierdoliłem tą identyfikacją? - czuł to, że właśnie on zepsuł ten cały misterny plan, ale przecież skąd miał to wiedzieć? On dwa dni temu w ogóle nie wiedział, że jego matka żyje. A do niedawno nawet nie przypuszczałby, że jest w Meksyku. On bardziej to Guadalupe kojarzył z Hiszpanią. Tam by jej szukał w pierwszej kolejności. A zresztą... w ogóle by jej nie szukał.
Nie myślał o niej.
A teraz myślał, kiedy znowu spuścił spojrzenie na te zdjęcia i szkatułkę. Jego zdjęcia. I szkatułkę, którą dostała od niego, na urodziny.
Zamknął na moment powieki, przykładając rękę do czoła, to było zdecydowanie za dużo. Jak na jeden dzień. Kurwa, tej jednej nocy wydarzyło się tyle, że on zdążył już z dziesięć razy znienawidzić swoją matkę, a teraz... Teraz był prawie gotowy jej wybaczyć?
Zobaczyć w niej może coś więcej niż kobietę, która miała go w dupie, która skazała go na śmierć. Bo może ona, go właśnie od tego uwolniła?
Uniósł ciemne tęczówki na Pilar, zatrzymał je na jej twarzy.
- Gdzie byłaś? - zapytał, jakby to teraz było najważniejsze. Bo chciałby, żeby było. To gdzie ona się podziewała, a nie to, co znaleźli pod tą podłogą. Bo to mogła być przecież kolejna gra Esme…
No jak?
Nie mogła być, Madox to też doskonale wiedział, chociaż jeszcze cały czas starał się z tym walczyć, wypierać te myśli, że jednak matka może go kochała...

Pilar Stewart

tequila con muerte

: ndz lut 15, 2026 2:05 am
autor: Pilar Stewart
Serce zabiło jej mocniej, kiedy przysunęła się bliżej niego. Światło z latarki telefonu momentalnie rozjaśniło fotografie, które trzymał w dłoni. Pilar od razu poczuła, że to on. Miał przecież identyczne, czekoladowe oczy na każdej z tych fotografii, ten sam bajeczny uśmiech… Spokojnie poczekała, aż on sam się temu przyjrzy i dopiero po chwili wystawiła rękę, żeby i jej pokazać.
Podniosła telefon wyżej, tak, żeby mogła świecić i na dziurę i zdjęcia, które właśnie miała w dłoni i którym przyglądała się o wiele dokładniej. Był taki beztroski, taki maleńki i szczęśliwy. Na kilku z nich upaćkany po łokcie w jedzeniu… czyli niektóre rzeczy wcale się nie zmieniały. Uśmiechnęła się przelotnie pod nosem.
Gdzieś pomiędzy zdjęciem ósmym a dziewiątym natrafiła na fotografię przedstawiającą Madoxa z Esme i — jak szło się domyślić — jego ojcem. Trzymali go oboje na rękach, przytulając się mocno do siebie, a mężczyzna składał na policzku Esmeraldy delikatny pocałunek. Normalna, szczęśliwa rodzina. A przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Nawet nie zwróciła uwagi, kiedy Madox wyciągnął stamtąd jeszcze poztywkę, bo przecież Pilar tak bardzo zaaferowała się na punkcie tych zdjęć, że autentycznie nie dało się jej odciągnąć. Niby znała niektóre jego historię, pamiętała z dokładnością wszystko, co jej opowiadał, a jednak widząc to na zdjęciach — to jak bawił się z Ticiano pod drzewem mango, jak stał na deskach teatru — to wszystko było namacalnym dowodem na to, że te chwile miały miejsce. Wspomnieniem uchwyconym, które już na zawsze zostanie nie tylko w pamięci, ale też na kawałku papieru.
Rozczuliło ją to.
Może nie powinno. Bo przecież wciąż była zła: na całą sytuację, na niego a przede wszystkim na Esmeraldę, a jednak przez krótki moment faktycznie zobaczyła w niej matkę. Matkę, która patrzyła na swoje dziecko, jakby było najpiękniejszym prezentem na świecie, jak na pieprzone oczko w głowie, za które oddałaby życie. I chociaż Pilar naprawdę chciała jej nienawidzić, miała przecież ku temu świetne powody, tak znowu się zawahała. Bo czy gdyby Madox był jej aż tak obojętny, trzymałaby te wszystkie skarby w skrytce na ogrodzie? Akurat w tym domu, jedynym miejscu, w którym tak naprawdę mogła być sobą? Dokładnie tak jak przy Lopezie, kiedy widziała ich przy samochodzie. Nie mieli pojęcia, że ktokolwiek patrzy, to uczucie nie było pod publikę, oni naprawdę się kochali. I może Esme szczerze kochała Noriegę, tęskniła do niego i może nawet żałowała tego co się stało.
Otworzyła usta, jakby chciała podzielić się tymi przemyśleniami z Madoxem. Chciała zapytać go, jak on się z tym wszystkim czuł, a jednak przeszkodził jej w tym wielki, czarny worek, który Noriega wygrzebał z czeluści skrytki. Stewart ściągnęła brwi i przechyliła telefon, by jeszcze lepiej widzieli, kiedy cała zawartość wysypała sie na trawnik.
Ja pierdole — wyrwało się jej kompletnie niekontrolowanie. Przejechała spojrzeniem po broni, kamizelkach, a zaraz potem po nowiuśkich, lewych paszportach, jak i pieniądzach, których była kurwa cała masa. Aż klapnęła na tyłek, przeczesując włosy do tyłu, prawie szarpiąc je sobie z głowy.
I znowu zaczęła myśleć. Intensywnie. Analizować. Wertować różne scenariusze w głowie, aż toku myśli nie przerwały jego kolejne słowa. Momentalnie spojrzała w czekoladowe oczy, kiedy chciał zrzucić na siebie winę.
Myśle, że nie — odpowiedziała praktycznie od razu, znowu wodząc po tym wszystkim spojrzeniem. — A jeśli tak, to byłby to najdurniejszy plan, jaki ktokolwiek mógł wymyślić — nie gryzła się w język, nie miała zamiaru. Za dużo szamba się dzisiaj wylało, by którekolwiek z nich miało się przed czymś jeszcze hamować. Podkuliła nogi i złapała w dłoń jeden z pistoletów, przyglądając mu się. — Myślę, że tutaj jest jeszcze więcej tajemnic, niż nam się wydaje. Nie możesz zapominać o tym, że dokumenty miała na Marisol. Na Marisol, Madox, gdzie wszyscy znali ją tutaj jako Esmeraldę. Po drugie, po co trup organizowałby imprezę urodzinową swojej córki? Sama mówiła, że mają na niej być wszystkie koleżanki i ludzie z półświatka, jakby ktokolwiek miał uwierzyć, że umarła, czy impreza nie byłaby odwołana? Poza tym, skoro Pablo przyjeżdża dopiero jutro, po co miałaby zabijać się trzy dni temu? Gdyby zrobiła to po to, żeby zgarneli Pablo, policja zrobiłaby to trzy dni temu. Nie wspominając kurwa o tym, że to jego wezwaliby na rozpoznanie zwłok, a nie ciebie z pieprzonego Toronto… — uniosła na niego spojrzenie. Złapała kilka głębszych drechów. — Myślę, że ona chciała, żebyś ją znalazł — może miała być to forma jakiegoś ostatniego pożegnania? Albo nowego początku? No albo Esmeralda była kompletną idiotką i wymyśliła tak kulawy plan, ale wcale na taką nie wyglądała. Poza tym, już raz uciekła. Wiedziała jak to się robi. Nie popełniłaby aż tak wielu gaf. Musiał być w tym jakiś głębszy sens. Szczególnie że razem z rzeczami do ucieczki trzymała też te Madoxa.
Pytanie gdzie była z początku nawet do niej nie dotarło. Jakby nagle sama zapomniała gdzie była i po co. Dopiero po kilku sekundach jej głowa odzyskała świadomość.
Na stacji — odchrząknęła, wskazując ręką wejście na taras, gdzie zostawiła reklamówkę. — Musiałam się przewietrzyć, żeb… — przerwała, bo jakoś problemów nawarstwiło się aż tyle, że Pilar nawet nie miała zamiaru dodawać tych swoich. Zamiast tego uśmiechnęła się w jego kierunku. — Kupiłam fajki, chipsy, czekoladę i… batoniki z naklejkami — wzruszyła ramionami. Bo to kurwa teraz wydało się tak durne i błahe, że ledwo przeszło jej przez gardło. Kupiła mu batonika z naklejkami, kurwa.
Ale już jestem — rzuciła po chwili ciszy. — Weźmiemy te rzeczy do środka? Nie powinny tu leżeć na ogrodzie, szczególnie, że nie wiemy, kto mieszka dookoła — zasugerowała, rozglądając się. Byli już przecież zaledwie z dwie godziny. Nie mieli pewności, czy ktoś nie przyglądał się im w oknie ani z jakim typem sąsiadów mieli do czynienia. W ich przypadku chyba lepiej było dmuchać na zimne.

Madox A. Noriega