clean up the rot before it digs too deep
: pn paź 12, 2026 6:30 pm
— Sure, Jan — odpowiedział, pozwalając sobie, aby wymowne spojrzenie dopełniło za niego resztę formalności i domknęło przekaz.
Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo musiała mu udowadniać, że wie lepiej. Że jest przygotowana lepiej. Że poradzi sobie lepiej, szybciej, skuteczniej, choćby miała przy tym paść na pysk pięć minut później.
Nie wiedział nawet, kiedy dokładnie zaczęło go to drażnić.
W samochodzie kazała mu siedzieć i sama chciała zdobyć telefon. Tutaj mogła położyć się obok choćby na część czasu, który pozwoliła przespać jemu, ale najwyraźniej nawet wtedy, kiedy leżał nieprzytomny i nie był w stanie wejść jej w drogę choćby przez przypadek, nie potrafiła odpuścić sobie tej dziwnej odpowiedzialności.
A może właśnie wtedy szczególnie.
Mógł oczywiście uznać, że mu nie ufała.
Byłoby to nawet rozsądne. W ciągu ostatniego tygodnia dostarczył jej wystarczająco dużo powodów, żeby nie zostawiać mu własnego bezpieczeństwa w rękach, a już na pewno nie wtedy, kiedy zamykał oczy. Poza tym ta wersja wydarzeń była wygodna. Dużo wygodniejsza niż przyznanie, że Navarro siedziała na pieprzonym krześle przez pół nocy, bo uznała, że on potrzebował snu bardziej. I zdecydowanie wygodniejsza niż wracanie do tego całego chaosu z samochodu. Do rzeczy, które oboje wyrzucili z siebie, zanim w ogóle zastanowili się, czy aby na pewno chcieli, żeby druga strona powinna to usłyszeć.
Powinien był wyprzeć przynajmniej połowę tamtej rozmowy, ale n i e s t e t y nie potrafił. Przez co teraz wiedział więcej, rozumiał mniej i był znacznie bardziej zagubiony niż wtedy, kiedy wszystko sprowadzało się do schematu – teraz z perspektywy: bardzo wygodnego. Schematu, który Navarro narzuciła zaraz po zdradzie. On był kawałem cwela. Ona policjantką. Teraz może nieco mniej przekonaną do własnej strony barykady, ale nadal z odznaką przy sobie.
Kawałkiem blachy, z którym widocznie nie potrafiła się rozstać.
Widział jak po nią sięga i chowa ją, zamiast po prostu zostawić. Ciężko było mu przekonać samego siebie, że zrobiła to po to, aby nie zostawiać śladów w postaci numeru swojej odznaki. Cała ta podróż była, w jego odczuciu po to, aby zawalczyć jeszcze o jej możliwość do bycia gliną. Aby wyjaśnić sprawę i możliwie wszystko naprawić.
Komentarz sobie darował, choć miał go na końcu języka.
Po wyjściu z chaty ruszył za nią, zupełnie jak wcześniej, odsunięty o te parę metrów. Tyle, że widok ten i świadomość tego, że podążał za nią, uwierały go. Problemem nie było to, że uważał ją za niekompetentną – nie twierdził, że nie umie odczytać mapy, ani wyznaczyć kierunku; problem był w tym, że cały plan – cała ta ekspedycja na Alaskę, była dla niego zbyt niezrozumiała i opierała się w głównej mierze na zaufaniu. Przejście za nią przez las opierało się na zaufaniu.
Musiał jej zaufać.
A już nawet to słowo samo w sobie pozostawiło nieprzyjemny posmak.
Jeszcze niedawno robił to bez zastanowienia – pozwalał jej przecież stać za jego własnymi plecami, podawał jej informacje, broń, kluczyki, oddawał w ręce fragmenty planów, które niewielu ludzi w ogóle znało.
Nie zastanawiał się, gdzie go prowadzi, bo zakładał, że patrzą w tę samą stronę.
I się na tym srogo przejechał. Mając to z tyłu głowy, jak również to, że zbliżenie się do niego nie było celem misji, a i tak to zrobiła, by potem wbić nóż w plecy, sprawiało że ciężko było już tak po prostu zaufać, nawet jeśli desperacko próbował się trzymać żywych, świeżych dowodów, które dostarczała mu teraz.
To wszystko dało się jednak podkopać prostym stwierdzeniem – był jej potrzebny. Jak skończony kretyn pchał się do pomocy, choć powinien był zostawić ją kilka dobrych okazji temu.
— A ten twój przyjaciel — zaczął, przetaczając spojrzeniem po okolicy. Las jak las, niestety nie Vegas. — Skąd się znacie? To po prostu jakiś losowy federalny dupek, któremu postanowiłaś zaufać, bo przełożeni kazali, i pozwolić zrobić z siebie Ortegę czy jednak łączy was coś — chrząknął wymownie — ciekawszego?
whatever my ass
Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo musiała mu udowadniać, że wie lepiej. Że jest przygotowana lepiej. Że poradzi sobie lepiej, szybciej, skuteczniej, choćby miała przy tym paść na pysk pięć minut później.
Nie wiedział nawet, kiedy dokładnie zaczęło go to drażnić.
W samochodzie kazała mu siedzieć i sama chciała zdobyć telefon. Tutaj mogła położyć się obok choćby na część czasu, który pozwoliła przespać jemu, ale najwyraźniej nawet wtedy, kiedy leżał nieprzytomny i nie był w stanie wejść jej w drogę choćby przez przypadek, nie potrafiła odpuścić sobie tej dziwnej odpowiedzialności.
A może właśnie wtedy szczególnie.
Mógł oczywiście uznać, że mu nie ufała.
Byłoby to nawet rozsądne. W ciągu ostatniego tygodnia dostarczył jej wystarczająco dużo powodów, żeby nie zostawiać mu własnego bezpieczeństwa w rękach, a już na pewno nie wtedy, kiedy zamykał oczy. Poza tym ta wersja wydarzeń była wygodna. Dużo wygodniejsza niż przyznanie, że Navarro siedziała na pieprzonym krześle przez pół nocy, bo uznała, że on potrzebował snu bardziej. I zdecydowanie wygodniejsza niż wracanie do tego całego chaosu z samochodu. Do rzeczy, które oboje wyrzucili z siebie, zanim w ogóle zastanowili się, czy aby na pewno chcieli, żeby druga strona powinna to usłyszeć.
Powinien był wyprzeć przynajmniej połowę tamtej rozmowy, ale n i e s t e t y nie potrafił. Przez co teraz wiedział więcej, rozumiał mniej i był znacznie bardziej zagubiony niż wtedy, kiedy wszystko sprowadzało się do schematu – teraz z perspektywy: bardzo wygodnego. Schematu, który Navarro narzuciła zaraz po zdradzie. On był kawałem cwela. Ona policjantką. Teraz może nieco mniej przekonaną do własnej strony barykady, ale nadal z odznaką przy sobie.
Kawałkiem blachy, z którym widocznie nie potrafiła się rozstać.
Widział jak po nią sięga i chowa ją, zamiast po prostu zostawić. Ciężko było mu przekonać samego siebie, że zrobiła to po to, aby nie zostawiać śladów w postaci numeru swojej odznaki. Cała ta podróż była, w jego odczuciu po to, aby zawalczyć jeszcze o jej możliwość do bycia gliną. Aby wyjaśnić sprawę i możliwie wszystko naprawić.
Komentarz sobie darował, choć miał go na końcu języka.
Po wyjściu z chaty ruszył za nią, zupełnie jak wcześniej, odsunięty o te parę metrów. Tyle, że widok ten i świadomość tego, że podążał za nią, uwierały go. Problemem nie było to, że uważał ją za niekompetentną – nie twierdził, że nie umie odczytać mapy, ani wyznaczyć kierunku; problem był w tym, że cały plan – cała ta ekspedycja na Alaskę, była dla niego zbyt niezrozumiała i opierała się w głównej mierze na zaufaniu. Przejście za nią przez las opierało się na zaufaniu.
Musiał jej zaufać.
A już nawet to słowo samo w sobie pozostawiło nieprzyjemny posmak.
Jeszcze niedawno robił to bez zastanowienia – pozwalał jej przecież stać za jego własnymi plecami, podawał jej informacje, broń, kluczyki, oddawał w ręce fragmenty planów, które niewielu ludzi w ogóle znało.
Nie zastanawiał się, gdzie go prowadzi, bo zakładał, że patrzą w tę samą stronę.
I się na tym srogo przejechał. Mając to z tyłu głowy, jak również to, że zbliżenie się do niego nie było celem misji, a i tak to zrobiła, by potem wbić nóż w plecy, sprawiało że ciężko było już tak po prostu zaufać, nawet jeśli desperacko próbował się trzymać żywych, świeżych dowodów, które dostarczała mu teraz.
To wszystko dało się jednak podkopać prostym stwierdzeniem – był jej potrzebny. Jak skończony kretyn pchał się do pomocy, choć powinien był zostawić ją kilka dobrych okazji temu.
— A ten twój przyjaciel — zaczął, przetaczając spojrzeniem po okolicy. Las jak las, niestety nie Vegas. — Skąd się znacie? To po prostu jakiś losowy federalny dupek, któremu postanowiłaś zaufać, bo przełożeni kazali, i pozwolić zrobić z siebie Ortegę czy jednak łączy was coś — chrząknął wymownie — ciekawszego?
whatever my ass