Nigdy jeszcze się tak nie bał.
Madox potrafił skupić się na celu, wziąć na niego azymut i nie dawać się innym
rozpraszaczom, po trupach do celu, nic się dla niego nie liczyło. A dzisiaj spanikował.
Dzisiaj serce pompowało krew w jakimś zastraszającym tempie, tylko dlatego, albo aż... że jego żona wisiała te kilkaset metrów nad ziemią.
I chuj. Wiadomo, że by jej nie puścił. Oboje to wiedzieli, ale i tak, kiedy przez głowę przemknęła mu wizja tego, że jej
kocham cię, było wypowiedziane jak pożegnanie, to czuł, jakby zaraz go miało
pojebać, czuł, że to był kurewsko niedobry plan.
Bo Madox nie myślał do przodu, nie zastanawiał się co będzie jutro, co się wydarzy, co on musi zrobić, co powinien. On musiał znaleźć się w jakiejś sytuacji, żeby to poczuć. Żeby dotarły do niego pewne rzeczy.
I teraz to się stało, uderzyło to w niego bardziej niż ta kulka, którą oberwał od Ruby. Bardziej niż palące uczucie, które ogarnęło całe ciało, każdą żywą tkankę, gdy znalazł się pod lodem. Bo wtedy nie myślał o sobie, tylko o niej. O tym, że kurwa... Mógłby za nią zginąć.
A dzisiaj był egoistą, dzisiaj już jego głowa fiksowała się na tym, że... on by bez niej nie umiał już żyć. Nie chciał.
On.
Bez niej.
Dlatego kiedy wciągnął ją do koszyka, kiedy pomógł Philowi, a potem wreszcie miał ją w ramionach, to dotarło do niego coś jeszcze. Jedna rzecz, przed którą on się wzbraniał przez te wszystkie lata, że... powinien pomyśleć o przyszłości. Tej, w której ona będzie bezpieczna. A nie opierającej się tylko i wyłącznie na tym jego
jakoś to będzie. Bo jakoś to on sobie mógł żyć sam, z dnia na dzień.
Bez planu, bez przyszłości, na tym jebanym chwytaniu chwili, wyciskaniu jej do cna.
Ale teraz miał żonę. Jego ciemne spojrzenie zjechało gdzieś na jej dłoń, której palce splótł z tymi swoimi, wytatuowanymi. Spojrzał na obrączki, a przez głowę przemknęła mu jedna myśl, natrętna, która znalazła sobie miejsce i utkwiła mu w głowie mocno, jak ten robak, który toczy owoc. I jemu ona też wierciła dziurę w mózgu.
Przyszła pora na zmiany.
I może to nie był pierwszy raz, kiedy ona ryzykowała, nie ostatni... Ale na pewno on się postara, żeby jej to bezpieczeństwo zapewnić. Jej i sobie. Temu
oni, które przypieczętowali w Rio de Janeiro, ślubem.
Jego ciemne tęczówki odszukały jej przenikliwe spojrzenie, kiedy zadarła do góry głowę. Wbił wzrok w jej oczy, które jeszcze kilkanaście minut temu miały barwę bursztynu, a teraz pociemniały. Spochmurniały.
Nabrał w płuca więcej powietrza, kiedy powiedziała o Daltonie, i znowu pożałował, że go wtedy nie zabił, nie strzelił mu prosto między oczy. Chociaż z jego celem...
-
Nie przejmuj się Daltonem, ja to załatwię... - kolejna obietnica bez pokrycia? A może on rzeczywiście mógł coś z tym zrobić? Nie tak, jak zamierzał na początku, przez Eliota. Noriega przecież miał też inne kontakty. A Dalton znowu wpierdalał się do ich życia. A przynajmniej tak podejrzewali, po tej paczce, którą Pilar dostała.
Połasił szorstki policzek do jej dłoni, kiedy ją na nim oparła.
-
Zawsze jestem obok i zawsze będę cię trzymał - chociaż wtedy z Daltonem się spóźnił. Mógł zareagować szybciej, a najlepiej od razu, kiedy znaleźli te zdjęcia, do tej pory to sobie wyrzucał. Ale przecież zdążył w ostatniej chwili, żeby ją uratować. I wtedy nie liczyło się nic więcej, tylko ona. A Dalton... mógł mu rozwalić łeb już w motelu.
Ale Madox miał farta, zawsze miał tego swojego jebanego farta, ale ile to jeszcze potrwa? Kiedy przyjdzie moment, że on się na nim zawiedzie? Przejedzie.
Nie mógł ryzykować. Bo teraz już nie chodziło tylko i wyłącznie o jego skórę.
Już nie tylko on był w Toronto Noriega.
Ale na razie jeszcze mieli chwilę w Rio, szkoda tylko, że już w ogóle nie potrafili się skupić na widokach, a kiedy wylądowali, to Madox jakoś tak zignorował Lolę, która cały czas zachwycała się, że to prawdziwi bohaterowie i musi o tym powiedzieć Giuseppe. Brent i Phil też jeszcze im dziękowali, ale tym razem to Pilar musiała ich spławić, bo Noriega był zamyślony.
Do tego stopnia, że kiedy tylko podszedł do nich Ralph, to zaraz go prosił o chwilę dla nich. Ale ile oni właściwie mieli czasu? Coraz mniej...
A jednak znaleźli go na to, żeby pospacerować boso po plaży, trzymając się za ręce. Dopiero słowa Pilar, wyrwały go z tego dziwnego stanu. Najpierw uniósł jedną brew wpatrując się w oczy swojej żony.
-
Serio? Chciałabyś? Ale nie czarne, bo wiesz, nie chcę się na nic nadziać - zażartował wywracając oczami, ale trochę... sztywno?
A na pewno nie tak jak zwykle, kiedy by się do niej wyrwał i pewnie jeszcze ją zaczepiał. A może obalił na ten piach i pokazał jej, że bez drzwi i
Krainy Czarów też mogło być fajnie?
I chyba Pilar to zauważyła, że był dziwny. Na pewno, bo znała go lepiej niż własną kieszeń. Czasem miał wrażenie, że lepiej niż on sam. Bo zaraz stanęła przed nim na piasku i zadzierała do góry głowę.
-
Co.. jest? - powtórzył po niej. Bo może myśli miał tysiąc, różne, dużo wątpliwości i dużo pytań, to przecież nie chciał się tutaj przed nią uzewnętrzniać. Nie z tym co siedziało mu w tej chwili w bani... Ale może powinien?
Pojebane to było, jak kiedyś umiał wszystko w sobie dusić, bo był sam. Bez rodziny, bez bliskich, bez... miłości.
A teraz kurwa co? Teraz zrobił się miękki.
Odchylił do tyłu czerep kręcąc nim na boki.
-
Jakbyś wiedziała co siedzi mi w głowie, to byś już... - zawiesił się spuszczając spojrzenie na jej piękne, duże oczy. I co chciał jej powiedzieć? Że już by spierdalała? Że by go zostawiła? Że by się przeraziła? Tak, jak on się o nią bał w tym balonie. Ale przecież wiedział, że to nie wchodziło w grę. Że choćby mieli za to poginąć, on, albo ona, to by się już nie zostawili. Już nawet udawanie, że oni nie są blisko nie wchodziło w grę. Bo oni tego i tak nie potrafili, bo byli dla siebie wszystkim. Bo nie umieli bez siebie żyć, patrzeć na siebie obojętnie i grać, że to ich nie rusza. Byli w tym mocno chujowi.
-
Robiła sobie tutaj wygodne miejsce na piasku, i zaraz na nim... klę-kne-ła - wycedził przez zęby to ostatnie słowo i złapał ją za pośladek przyciskając do siebie mocniej. Jego oczy znowu pociemniały, ale czy to była rzeczywiście zasługa pożądania, które w nim wzbierało, czy jednak tego, że czytała go kurwa jak otwartą księgę. Że wiedziała doskonale o co mu chodzi. Nawet jej kurwa nie musiał tego mówić, a ona już zdawała sobie sprawę, co zasiało w jego głowie kolejne wątpliwości.
Pojebane to było. Ale na swój sposób też piękne, to ich
pierdolone połączenie dusz.
Nabrał ciężko powietrze w płuca, a jego palce, które przed chwilą zaczepiały za jej kształtny pośladek, przesunęły się wyżej, na talię, na której ułożył je miękko, trzymając ją przy sobie blisko.
-
No ja wiem, że ja bym cię nie puścił Pilar, że jakbym miał okazje, to kurwa... Wszystko bym dla ciebie zrobił - powiedział patrząc jej w oczy. Bo taka była prawda, życie by za nią oddał, czy może być jeszcze większe poświęcenie? -
Ale chodzi o to, że... Ja nie wszystko mogę, nie jestem kurwa bogiem, i za dużo ludzi chce mi zaszkodzić i... - wypuścił powietrze z płuc w jej dekolt, a kiedy przysunęła się do niego, kiedy ich oddechy znowu mieszały się w jeden, to on też zawiesił spojrzenie na jej oczach -
boję się, że kiedyś nie będę umiał -
uratować jej tyłka, wyznał jej. To co wierciło mu dziurę w głowie, i w sercu może też. A kiedy otworzyła usta, te pełne, gorące wargi, żeby coś powiedzieć, a może nabrać w płuca więcej powietrza, to oparł na nich wytatuowane palce, na jej miękkich wargach -
poczekaj. Chodzi o to, że... teraz koło dupy mi się kręcą naprawdę niebezpieczni ludzie, i jak do tej pory Ruscy, czy Makaroniarze trochę się bali, bo byłem pod protekcją Diego, to kurwa Pilar… On może to w każdej chwili zdjąć - nie powinien jej tego mówić? Nie no musiał. Bo to się już działo. Luna już się do niego dojebał, a on mu odmówił. Nie chciał go w klubie, stawiał się. Tylko kim był Madox, w porównaniu do Luny, który handlował żywym towarem, który w hierarchii latynoskiego półświatka był jeszcze gdzieś dużo wyżej niż Diego?
Wychodziło na to, że jednak kimś tam był. Bo Luna upatrzył sobie na dziuplę właśnie Emptiness. Nie bez powodu, nie dla kaprysu. Klub Noriegi był ważnym punktem w Toronto, sprawny przepływ informacji, bezpieczna strefa, bo przecież szef wiedział o praktycznie każdym nalocie. To było pożądane miejsce. Nic dziwnego, że Luna wyciągał po nie łapy.
Ale Madox jeszcze się stawiał, jeszcze walczył...
Ciekawe jak długo.
-
I boję się, że dojdziemy do takiego miejsca, że nie będę ci umiał tego tyłka uratować, że to już będzie wykraczało poza moje kompetencje, więc proszę cię, musisz kurwa na siebie uważać, nie wychylać się, nie narażać. Bo jak wrócimy do Toronto, to ty też będziesz na celowniku - nawet na moment nie spuścił z niej spojrzenia. I może jeszcze miesiąc temu, może jeszcze kilka dni wstecz, to rozegrałby to inaczej, odsunął ją od siebie, dla bezpieczeństwa, dla dobra sprawy, ale kurwa... Jak?
Jak on nie umiał bez niej żyć. Jebany egoista, zakochany w niej do tego stopnia, że... -
chodzi mi o to, że kurwa. Nie da się wszystkich uratować i wszystkim pomóc. Pierdoli mnie jakiś Phil, bo jakby tobie coś się stało przez niego, to bym go zabił, nawet się kurwa nie zastanowił. I żebyś miała tego świadomość - czarne oczy wpatrywały się w jej piękną twarz, malowała się w nich zaciętość, powaga, to, że on wcale nie żartuje. Że gdyby tylko ktoś przyłożył palce do tego, żeby stała się jej krzywda, to on by się już nie zawahał. Musiała o tym wiedzieć. O tym co siedziało mu w głowie.
Sama przecież chciała.
Chociaż może nie tego się spodziewała? Kiedy oni do dzisiaj podejmowali każde ryzyko, ratowali wszystkim dupy, a on dzisiaj prosił ją...
-
Musimy kurwa przede wszystkim myśleć o sobie? Rozumiesz to? Bo to już nie jest zabawa i gierki, w których raz trzymam z gangusami, a raz z psami. Bo na Lunę nic nie mają, odpierdoliłby nas, a Eliot powiedziałby tylko, o szkoda... - tak to widział Madox, Eliot by ich nie obronił przed Luną, o ile jeszcze na Makaroniarzy, czy Ruskich mógł coś zdziałać, o ile Diego mógł pogrążyć, to Luna była kurwa... duchem. Złą zjawą, która mogła ich w jednej chwili unicestwić pozostając przy tym bezkarnym.
Wszyscy się go bali, Madox też...
Do dzisiaj. Bo dzisiaj odkrył, że jedyna rzecz, która naprawdę go przeraża, to tylko... strata jej. Swojej drugiej połówki. Tego
pierdolonego połączenia dusz. Nic więcej.
No quieres saber lo que tengo en mente, pero te lo voy a decir de todos modos.