Strona 17 z 17

clean up the rot before it digs too deep

: czw paź 15, 2026 1:43 pm
autor: Robin Visser
Środek drogi, kiedy było się zbiegłym kryminalistą, był raczej kiepskim miejscem na debaty. Był również kiepskim miejscem na to, aby być znajdować sobie ten tzw. soft-spot dla kogoś, dla kogo w ogóle nie powinien istnieć.
Mógł to oczywiście zrzucić na lekcję, którą chciał jej udzielić. Lekcję życia, gdzie momentami moralność była tylko niewygodnym bagażem, który utrudniał wszystko dookoła. On już nie widział różnicy pomiędzy zastrzeleniem agenta, który go postrzelił i który chciał ich wywieźć bóg wie gdzie, a przypadkowego kierowcy, by przejąć jego zasoby.
Nie był jednak sam. Mogłoby to nic nie zmieniać, gdyby nie wsunęło się do jego pamięci jedno ze wspomnień, wcale nie tak odległych, które żywo pokazywało mu rozsypaną Navarro, która próbowała rozliczyć samą siebie z obrony własnej. Z zabicia agenta. Z tego, że miała krew na rękach.
Nienawidził siebie za to, że w ogóle o tym pamiętał. Nie chodziło nawet o tę jedną rzecz, która oczywiście teraz siedziała w nim skutecznie. Chodziło o pamiętanie innych, mniej lub ważnych detali dotyczących kobiety.
— ¿Quieres atarlo a un árbol aquí? — spytał. Jego brwi uniosły się nieznacznie w górę, a spojrzenie przesunęło najpierw po rolce taśmy, którą trzymała, później po niej samej. — Morirá antes de que alguien lo encuentre.
Rozejrzał się po okolicy; po ciągnącym się niemal bez końca lesie, po mokrych pniach drzew i drodze, która nawet teraz sprawiała wrażenie zapomnianej przez większość cywilizowanego świata. Nie widzieli żadnego samochodu poza tym jednym. Nie minęli po drodze żadnych zabudowań, żadnych szlaków ani nawet śladów świadczących o tym, że ktokolwiek zaglądał tutaj częściej niż z konieczności.
— Este lugar no parece ser el tipo de sitio por el que suelan pasar recolectores de setas o excursionistas. — Kącik jego ust drgnął lekko, przez ironię całej sytuacji. Navarro nie chciała go zabić, więc proponowała przywiązać go do drzewa pośrodku alaskańskiego lasu, zostawić bez telefonu i samochodu, zakneblowanego, licząc na to, że natura, pogoda albo jakiś wyjątkowo ambitny grzybiarz nie dokończą za nich roboty.
Wychodziło na to, że moralność bywała zadziwiająco elastyczna, kiedy człowiek wystarczająco mocno potrzebował zachować o sobie dobre zdanie – tym bardziej, że można było założyć, że jej dłonie zasadniczo pozostałyby czyste, gdyby facet zszedł z odwodnienia, wychłodzenia lub rozszarpany przez tutejsze zwierzę.
Ostatecznie to nie ona pociągnęła za spust, ani nie dała na to przyzwolenia jemu.
— Bien. — Pistolet wymienił na taśmę, oddając jej broń odbezpieczoną i skierowaną lufą do dołu. — Yo quería dispararle.
Wydawało mu się to nieco bardziej humanitarne, choć niewykluczone, że spoglądał na to aż nazbyt zerojedynkowo. Może był w tym jakiś plan, który jemu umykał. Może była w tym desperacja i potrzeba pozostania czystą przed własnym spojrzeniem
— Cuida el coche — rzucił, prostując się, by szarpnięciem podnieść marzącego się, dorosłego chłopa na nogi. Przez chwilę było to dość problematyczne – zdawał się mieć nogi jak z waty i utrzymanie go w pionie wymagało nieco więcej siły.
Z trzaskiem spotkał swoją otwartą dłoń z gębą kierowcy, co nieco otrzeźwiło tego drugiego. Na tyle, że zaczął zawodzić.
— Weźcie pieniądze, auto też… Nie chcę umierać
— Nie umrzesz — zapewnił go, popychając w stronę pobocza. Facet potknął się o własne nogi, zachował równowagę tylko dlatego, że Visser go przytrzymał. — Przynajmniej nie teraz. Rusz dupę — warknął, pchając go po raz kolejny. — I nie rób nic głupiego.
Takie hasło, w czasie pracy dla kartelu, powtarzał niemal do znudzenia; na tyle, że mu zbrzydło. Również na tyle, aby wiedzieć, że zasadniczo część ludzi lubiła działać kompletnie odwrotnie i odpieprzać głupoty – próbować uciekać, nawet wdawać się w bójkę. Nieszczególnie miał teraz na to ochotę. Jeszcze mniej chętnie musiałby przyznać, że facet, gdyby facet to dobrze rozegrał, mógłby zyskać nawet całkiem sporą przewagę; ale był zbyt zajęty zawodzeniem i oferowaniem wszystkiego ze swojego majątku, aby zauważyć, że Visser był w kiepskim stanie technicznym.
— Zaraz wracam, idziemy się przejść — rzucił w przestrzeń, kiedy to, w towarzystwie zasmarkańca, znikał pomiędzy kolejnymi drzewami. Zamierzał być na tyle uprzejmym, aby pozwolić mu na wybranie tego, które mu się najbardziej podoba. Uprzejmie go zapewniając, że on go przecież nie zabije.
that's my girl

clean up the rot before it digs too deep

: pt paź 16, 2026 3:17 am
autor: Bianca Navarro
To nie tak, że Navarro w pełni zdawała sobie sprawę z tego, że spisuje go na straty tak czy inaczej.
Odwleczenie decyzji na później miało ogromną ilość zalet. Przecież godzina czy dwie na mrozie osobie w kurtce nie wyrządzi większej krzywdy - ileż oni szli przez ten pieprzony las?
No właśnie.
Jej wzrok już szukał oznaczeń drogi, na której się znajdowali, choć żadnego jeszcze nie znalazł. Zanotowała w głowie, by zrobić to później, gdy już ruszą. Pamiętała mapę z leśniczówki, wiedziała mniej więcej gdzie się znajdowali, co oznaczało, że przynajmniej jedna - w zasadzie dwie - osoby wiedziały, gdzie porzucają bogatego dupka.
- Llamaré a la policía más tarde - tłumaczyła, a raczej starała się tłumaczyć, bo nawet dla niej te starania wydawały się raczej daremne. Miała w sobie jednak determinację, by dopełnić tego, co właśnie próbowała mu przekazać. - Les daré un aviso anónimo. Lo encontrarán.
W jej głowie miało to sporo sensu - przy czym "sporo" podlegało ogromnej interpretacji, ponieważ w jej obecnym stanie równie dobrze mogła to być odrobina.
Zatrważające, jak uginał się jej moralny kręgosłup byle tylko zyskać samochód i odrobinę ciepła. Była skłonna przywiązać obcego, Bogu ducha winnego człowieka do drzewa w środku Alaskańskiego lasu gdzie mógł zejść z zimna, zostać pożarty przez żyjące w okolicy drapieżniki lub dostać zawału.
Była wycieńczona, ranna, obolała, wyziębiona, głodna, zdesperowana.
Wciąż, powinna zachować się lepiej, powinna postąpić lepiej. To było w tym wszystkim najgorsze - posiadanie samoświadomości. Visser nie żył w ułudzie bycia dobrym człowiekiem, dla niego to wszystko sprowadzało się do rachunku zysków i strat.
Ona wciąż się łudziła, nawet jeśli podejmowała coraz więcej decyzji by temu zaprzeczyć.
Może pasowała do pieprzonego kartelu bardziej niż do odznaki, boleśnie uwierającą ją teraz z kieszeni.
- Pero lo haré después de que cambiemos el coche y hagamos lo que tengamos que hacer - kontynuowała, świadoma tego, że mężczyzna prawdopodobnie dawno temu przestał ją już słuchać - a drugi słuchał aż nadgorliwie, ale nie był w stanie pojąć słów w języku, którego nie znał. - Solo unas horas. Sobrevivirá.
Każdy chłód w tej chwili powinien wiązać się z jej wstrętem, a jednak metal broni w jej dłoni przyjęła z ulgą. Oznaczał, że Visser został przekonany do postąpienia jak należy. Teraz tylko ona musiała dopełnić drugiej części tego cudownego planu, który stworzyła na poczekaniu i upewnić się, że mężczyzna faktycznie przetrwa, zostanie znaleziony.
Jeszcze nie wiedziała do końca jak.
Oznaczenie drogi. Telefon. Anonimowy cynk. Ogólniki, którymi zamierzała przekonywać samą siebie.
- Przeżyj - mruknęła pod nosem, spoglądając na plecy targanego w stronę linii drzew mężczyzny, zapierającego się nogami byle tylko nie dać się zawlec swojej zagładzie.
Spoglądała na nie zdecydowanie zbyt długo - sekundę lub dwie za długo.
Westchnęła wreszcie, pochylając się by podnieść portfel, w którym odnalazła sporo gotówki. Ignorując złośliwy głosik w jej głowie wyzywający ją od pospolitych złodziei, ścisnęła go w dłoni, w drugiej trzymając pistolet.
Obeszła samochód, świadoma tego, że próba przekonania Vissera do pozwolenia jej prowadzić w obecnym stanie mogła wymagać ingerencji broni, którą tak szczodrze jej przekazał. Wsunęła się na fotel pasażera, w błogie, gorące powietrze panujące w środku. Telefon, broń i pistolet wrzuciła do wnęki pomiędzy siedzeniami, w której odnalazła też przełączniki podgrzewanych siedzeń.
Bez zastanowienia przełączyła oba, by nawet to, które obecnie było puste zaczęło się nagrzewać.
Owinęła się ramionami, czekając, aż ciepło wniknie w jej zlodowaciałe tkanki i skostniałe mięśnie - przede wszystkim jednak czekając, aż powróci kierowca, któremu właśnie powierzyła niechlubne zadanie przywiązania obcego mężczyzny do drzewa.
Niech to wszystko jebnie szlag.

all will be good

clean up the rot before it digs too deep

: pt paź 16, 2026 5:48 pm
autor: Robin Visser
Życie pełne było wyborów.
Kiedy wiązało się je z kartelem, było ich jeszcze więcej i zwykle miały znacznie mniej przyjemne konsekwencje niż źle dobrana restauracja czy droga, którą należało wrócić do domu. Niektóre dostawało się zbyt wcześnie, zanim człowiek zdążył zastanowić się nad wszystkimi możliwościami. Inne z kolei przeciągały się długo, pozwalając obracać je w głowie tak długo, aż każda odpowiedź zaczynała wydawać się równie zła.
I bywały też takie, na które miało się kilka sekund; wtedy nie decydowała moralność ani dobrze ułożony system wartości, tylko doświadczenie, instynkt i to, z czym później potrafiło się żyć.
Robin przez lata dokonywał i widział ludzi dokonujących całego przekroju tych wyborów.
Rozsądnych, głupich, tchórzliwych, takich i srakich. Osobiście podejmował wystarczająco wiele złych – czego oczywiście nie powiedziałby na głos – żeby nie rościć sobie szczególnego prawa do oceniania cudzych.
Ale nie oznaczało to jednak, że musiał się z nimi zgadzać.
Navarro właśnie taką podjęła. Podle jego praw: nie najlepszą, nie najbezpieczniejszą i z całą pewnością nie tę, którą wybrałby on, gdyby kilka minut wcześniej nie oddał jej tego prawa. Pozostawienie mężczyzny żywego dokładało im problemów, których pojedynczy pocisk potrafiłby bardzo skutecznie oszczędzić.
Ale dał jej wybór. Miała zdecydować.
I powinien to uszanować, skoro przekazanie odpowiedzialności za życie mężczyzny i ich własne, przełożył na ręce kobiety.
Powinien.
To całkiem ładne słowo.
Do samochodu wrócił sam. Bez taśmy, bez niczego.
Zostawił za sobą szary las i mężczyznę, o którego losie miała zadecydować Navarro.
—Niestety — rzucił wsiadając i zapinając pas. — Nie próbował uciekać. — Nie było to też wcale kłamstwo, bo w istocie – nie próbował. Nie dostał takiej okazji. Nigdy nie dostanie. — A liczyłem na dramatyczny pościg i tarzanie się po ściółce leśnej.
Nie zamierzał rozwodzić się nad dalszymi losami pechowego bohatera. Po cichu też liczył, że Navarro też nie będzie tego rozgrzebywała, ufając mu, że załatwił sprawę tak, jak postanowili. Postanowiła ona.
Dobry humor dopisywał mu już od momentu wsunięcia się na wygodny, skórzany fotel SUV-a. Niewiele mu było trzeba po kilku dobach poza cywilizacją. Już nawet nie tęsknił za tamtym BMW, bo widok całej elektroniki, komputera pokładowego, czystej deski rozdzielczej z kilkoma funkcjami, które nie były potrzebne nikomu, skutecznie wytarł mu je z pamięci. Brakowało tylko choinki zapachowej. O niej też szybko zapomniał, kiedy usłyszał równą, choć cichą pracę silnika.
— Ile mamy pieniędzy? — zapytał, zerkając na nią krótko, zanim samochód ponownie nabrał prędkości na ciągnącej się przed nimi szosie. Nie liczył na szczególne bogactwo. Czasy, w których ludzie nosili przy sobie sensowne ilości gotówki, powoli odchodziły w niepamięć, wyparte przez karty, telefony i wszystkie te wygodne wynalazki, które przy okazji zostawiały za człowiekiem ślad niemal na każdym kroku. Papierowe pieniądze zachowały swoją użyteczność głównie tam, gdzie tego śladu pozostawiać się nie chciało.
Kartel był wręcz idealnym przykładem.
Ich niedoszły dobroczyńca, mimo kilku chwil całkiem przekonującego wcielania się w gangstera, nie sprawiał jednak wrażenia człowieka, który z podobnych powodów trzymał w portfelu zapierający dech w piersi plik banknotów.
— Bo zabiłbym za prysznic — dodał, zanim Navarro zdążyła podać mu wynik ich małego finansowego audytu.
Prawdopodobnie rozsądniej byłoby pozostawić zarządzanie pieniędzmi właśnie jej. Fundusze w rękach Vissera miały bowiem osobliwą tendencję do kurczenia się, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły wygoda i standard, do którego przez lata zdążył się przyzwyczaić. Nowością było raczej to, że po raz pierwszy od bardzo dawna nie miał właściwie żadnego stałego dostępu do pieniędzy.
Gdyby miał w sobie odrobinę więcej skłonności do dramatyzmu – a oczywiście nie miał! – być może porównałby to do utraty tlenu.
Teraz wszystko nabierało kolorów. Zamierzał, oczywiście, nie przyzwyczajać się do tego szczęścia, które wyszarpnęli losowi, bo ostatnie doby pokazały, że sytuacja potrafiła zmieniać się bardzo dynamicznie.
— Co masz taką minę? — spytał, poświęcając jej kilka ukradkowych zerknięć pomiędzy śledzeniem szosy wijącej się przez las.
forgot its my mundane, not yours

clean up the rot before it digs too deep

: sob paź 17, 2026 1:07 pm
autor: Bianca Navarro
To był dobry plan.
Zdecydowanie dobry plan.
Musiała tylko zapamiętać numer drogi i później złożyć anonimowy cynk. Im dłużej tkwiła w tym ciepłym wnętrzu samochodu tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że nie było to szczególnie trudne. Gdy tylko w jej ciele pojawi się też odrobina wody i jedzenia, klarowność myśli z pewnością wróci do niej całkowicie.
Wtedy będzie mogła upewnić się, że nie skazała niewinnego człowieka na śmierć.
Drgnęła, dostrzegając kątem oka ruch na linii lasu. Jej ciało napięło się nieznacznie, nim nie rozpoznała w znajomej sylwetce Robina. Badawczym spojrzeniem przemknęła po nim w poszukiwaniu nieprawidłowości, a jej ramiona, którymi oplatała podciągnięte pod brodę kolana, rozluźniły się nieco.
Do czego to doszło, że rozluźniała się na jego widok?
Odetchnęła gdy wszedł do środka i zamknął drzwi. Samochód dawał złudzenie odcięcia od reszty świata, na który byli wystawieni zdecydowanie zbyt długo. Wtuliła się w oparcie fotela, spuszczając nogi w dół.
- Telefon - zakomunikowała, wskazując urządzenie, które tkwiło między nimi.
Tak cholernie mu na nim zależało, że spodziewała się, że rzuci się na niego od razu. Z drugiej strony, może nie chciał rozmawiać przy niej.
Obróciła w dłoniach portfel, który podniosła wcześniej z ziemi. Wypchany był dużą ilością kart, które wyraźnie podkreślały status przywiązanego teraz gdzieś w lesie mężczyzny. Ignorując je, zerknęła do kieszonki z gotówką.
- Na biednego nie trafiło - mruknęła, przeliczając banknoty. Nieco ponad trzysta dolarów, w pełni wystarczające żeby ogarnęli sobie coś do jedzenia i może nawet kupili kurtki zamiast je kraść.
Cóż za dar od losu.
Nie potrafiła jednak oderwać się od portfela nawet po tym, gdy przeliczyła znajdujące się w nim pieniądze. Jej palce wodziły po krawędziach kieszonek, dostrzegając w jednej z nich wystający róg czegoś kolorowego.
Jej serce zamarło na widok wsuniętych do środka fotografii. Małej dziewczynki tkwiącej na ramieniu nieco młodszej wersji mężczyzny, którego właśnie zostawili na śmierć w lesie. Drugiej, mniejszej fotografii kogoś, kto musiał być jego żoną - zdjęcie wyrobione ewidentnie do dowodu, jedna z dodatkowych kopii wsunięta do portfela przez kochającego męża.
- Może to był błąd? - szepnęła, bardziej do siebie niż do tkwiącego obok Vissera, który mknął samochodem naprzód jakby bardzo zależało mu na tym, by zostawić za sobą ten las. Jej wzrok panicznie uniósł się w górę, zmuszając do oderwania od rodzinnych zdjęć. Przecież miała patrzeć na oznaczenia drogi. - W tych lasach przecież są wilki.
Bezbronny, przywiązany do drzewa. Jej wzrok wodził po znakach, które pojawiły się gdzieś na poboczu drogi, ale twarze jego żony i córki wypaliły się na jej powiekach, wciąż je widziała, nawet gdy powtarzała sobie numer ich drogi w głowie jak mantrę, chcąc, by z równą skutecznością wrył się w jej pamięć.
- Może powinniśmy zmienić samochód od razu - dodała, jej klatka piersiowa uniosła się w nagłym hauście powietrza. Niemal wyrwało jej się może powinniśmy zawrócić, ale wiedziała, że to już nie wchodziło w grę. - I zadzwonić. Żeby ktoś go zgarnął.
To była jej decyzja.
I nie wiedziała, czy potrafiłaby z nią żyć, gdyby w tym jakże sprytnym planie pojawił się pieprzony wilk, który jej ten plan udaremni.

Robin Visser

clean up the rot before it digs too deep

: sob paź 17, 2026 9:14 pm
autor: Robin Visser
Zauważył zdjęcia dopiero przy drugim spojrzeniu, kiedy na moment oderwał wzrok od drogi, próbując ustalić, co tak skutecznie zepsuło jej humor. Wystający z portfela kawałek fotografii, dziecięca twarz, czyjaś głowa pochylona nad małą sylwetką. Nie przyglądał się dłużej, bo zakręt wymagał od niego nieco więcej uwagi niż cudze rodzinne archiwum.
Ludzie mieli rodziny.
Zazwyczaj. Nawet ci, których nigdy nie podejrzewałby o posiadanie życia poza miejscem, w którym akurat weszli mu w drogę. Wracali do domów, odbierali dzieci ze szkoły, kupowali swoim żonom kwiaty albo przynajmniej mieli wystarczająco dużo przyzwoitości, żeby pamiętać o tym przy okazji rocznicy. Nie znaczyło to, że wszystko inne przestawało ich dotyczyć. Życie nie sprawdzało przecież zawartości portfela, zanim postanowiło dobrać się komuś do dupy.
Najwyraźniej Navarro potrzebowała jednak zdjęcia, żeby ten konkretny mężczyzna stał się dla niej jeszcze bardziej konkretny.
— Nic mu nie będzie, Navarro — powiedział spokojnie. — Ma kurtkę. Wytrzyma trochę dłużej.
Mógłby przypomnieć jej, że jeszcze kilka minut temu sama podsunęła ten pomysł. Mógłby zapytać, czy planowała teraz przeglądać portfele wszystkich ludzi, którym zamierzali ukraść samochód, żeby wcześniej upewnić się, że byli samotni, bezdzietni i najlepiej jeszcze nieszczególnie lubiani przez sąsiadów. Mógłby być wystarczająco upierdliwy, żeby resztę podróży poświęciła obrażaniu jego zamiast roztrząsaniu tego, co zostawili za sobą.
Tyle że nie miał ochoty.
Po raz pierwszy od bardzo dawna siedział w samochodzie, w którym było ciepło. Naprawdę ciepło, nie na zasadzie pojedynczego, smutnego podmuchu z kratki wentylacyjnej, który należało sobie wyobrazić jako zapowiedź czegoś lepszego. Czuł ogrzewanie pod plecami, szwy przestały ciągnąć przy każdej nierówności, a przed nimi znajdowała się droga, którą mógł po prostu jechać. Mieli pieniądze. Mieli telefon.
Powinien być zadowolony.
Byłby, gdyby nie słyszał tego, w jaki sposób nabierała powietrza.
Zerknął na nią ponownie, już krócej. Na otwarty portfel, jej palce, twarz zwróconą w stronę szyby. Znał już ten rodzaj ciszy pomiędzy zdaniami; kiedy niby jeszcze z nim rozmawiała, ale tak naprawdę potrafiła sobie w tym czasie wymyślić i udowodnić co najmniej osiemnaście powodów, dla których powinna czuć się gorzej. Nie potrzebowała nawet jego udziału.
Cóż za wyjątkowo samodzielna kobieta.
— Zmiana samochodu niczego tutaj nie załatwi — podjął, wracając spojrzeniem na szosę. — To zadupie, Navarro. Ile takich historii wydarza się tutaj w ciągu dnia?
Przez ostatnie lata pracował właśnie z podobnymi historiami. Z rzeczami, które osobno nie mówiły właściwie niczego, dopóki nie postawiło się ich obok właściwego nazwiska, miejsca albo daty. Ludzie wyobrażali sobie zdobywanie informacji jako coś niezwykle widowiskowego, najlepiej z podpinaniem kabli do czyjegoś ciała; faktycznie, czasem i tak bywało. Znacznie częściej wystarczało wiedzieć, czego szukać i komu za to zapłacić.
Agencja miała nad nim tę jakże mało przyjemną przewagę, że ludzie składali jej podobne informacje za darmo.
W dodatku z własnej woli.
A on przez ostatnie dni dostarczył jej wystarczająco dużo materiału, żeby nie chciał dokładać kolejnego.
— Dwójka poobijanych ludzi zabiera facetowi samochód niedaleko granicy. Kobieta, mężczyzna. Przyjeżdża policja, ktoś spisuje, co się stało. Myślisz, że twoi tego później nie wyłapią? — spytał, zerkając na nią. — Nie muszą nawet od razu wiedzieć, jakim autem jedziemy dalej. Wystarczy, że będą wiedzieli, że jesteśmy na Alasce. Już nie muszą szukać nas po całej jebanej Kanadzie.
Nie podobało mu się, jak łatwo przyszło mu to jesteśmy.
Znowu.
Jej przyjaciel, jej kierunek, jej szansa na odzyskanie czegokolwiek z tego, co pozostało po agencji, a on siedział za kierownicą i rozkładał przed nią wszystkie powody, dla których nie powinna ułatwiać nikomu znalezienia ich obojga. Mógłby przecież wreszcie wykorzystać ten telefon dla siebie. Sprawdzić, kto jeszcze odbierze, ustalić własny kierunek i przestać traktować jej problemy jak dodatkową część swojego etatu.
Mógłby.
Tymczasem bardziej od telefonu obchodziło go, czy za chwilę nie zacznie znowu trząść się obok niego i próbować przekonać samej siebie, że powinna była zachować się inaczej.
Godverdomme.
— Im później zadzwonisz, tym więcej drogi będziemy mieli za sobą. Tym lepiej dla nas — dodał już ciszej. Przesunął dłoń na kierownicy, prostując palce zdrętwiałe od zbyt mocnego chwytu. — Zadzwonisz sobie. Po prostu daj nam najpierw trochę czasu.
Nie zamierzał dorzucać, że jej poczucie winy nie było powodem, żeby znowu spać w lesie. Potrafiłby ująć to znacznie ładniej, gdyby chciał, ale ona prawdopodobnie i tak usłyszałaby wyłącznie, że ma siedzieć cicho i pozwolić mu zdecydować. Ostatnio wyjątkowo dobrze wychodziło im słuchanie tego, czego drugie wcale nie powiedziało.
— Spójrz na mnie, Navarro — odezwał się, na chwilę odwracając ku niej głowę. — Nic mu nie będzie. Przestań już sobie dokładać.
Bianca Navarro

clean up the rot before it digs too deep

: sob paź 17, 2026 9:43 pm
autor: Bianca Navarro
Wiedziała, że miał rację. Może to było w tym wszystkim najgorsze - świadomość tego, że za jej paniką nie leżała żadna sensowna argumentacja, a dla stworzonego przez nią problemu nie było żadnego, lepszego rozwiązania.
I w ten irracjonalny sposób naprawdę byłoby łatwiej, gdyby ten gość był bezdzietnym, samotnym dupkiem. Byłoby łatwiej, gdyby nie musiała spoglądać na dowody posiadanego przez niego życia i wyobrażać sobie to, w jaki sposób jego rodzina przeżyje stratę męża, ojca.
Fotografie wszystko utrudniały.
Jakże łatwo było po prostu patrzeć w bok w kartelu, gdy ktoś inny podejmował decyzje i gdy miała świadomość tego, że cokolwiek by nie zrobiła, nie mogłaby niczego wskórać. Losy zmieniały się z dnia na dzień, z godziny na godzinę i nawet, jeśli była częścią niektórych tych przedsięwzięć, nawet, gdy nie dotyczyły one ludzi całkowicie na to zasługujących, mogła zawsze osłonić swoją kruchą ale wciąż obecną moralność faktem tego, że nie mogła z tym nic zrobić.
Ktoś inny podejmował decyzje. Visser, ktoś nad nim, nie miało to znaczenia - nie robiła tego ona, nigdy nie decydowała o tym kto miał przeżyć, a kto zginąć.
A przecież teraz podjęła dobrą decyzję. Nie umarł, nie teraz - zamiast tego został przywiązany do drzewa w lodowatym lesie Alaski, pozbawiony możliwości wezwania ratunku krzykiem.
Kim się, kurwa, stała, że to była dobra decyzja?
- Wiem - wydusiła z siebie, odruchowo, nie chcąc, żeby wpadł w złość, że w ogóle rozważała zrobienie tysiąca innych rzeczy.
Nie zauważyła kiedy tego nie zrobił.
Kiedy odwrócił głowę w jej stronę i zamiast szyderstw, zaoferował coś innego. Miał kurtkę. Było zimno, ale nie na tyle, by zamarzł - oni przecież bez kurtek wytrwali w tych lasach dłużej. Nie mieli innej opcji, nie mogli wozić go w bagażniku ze sobą, nie mogli go zabić, nie mogli przekupić go by milczał i mieć pewność, że faktycznie tak zrobi.
To była najlepsza możliwa decyzja.
A oni zadzwonią później. Ona zadzwoni. Nazwa drogi wyryła się już w jej umyśle, wypaliła koło wszystkich tych rzeczy, których pamiętać nie chciała - jego twarzy, żałosnego skamlenia gdy walczył o swoje życie, tego, w jaki sposób potykał się gdy Visser ciągnął go do linii lasu.
Musiała odetchnąć. Nie, musiała oddychać.
Jej głowa odwróciła się, wzrok siłą oderwał od mijanego krajobrazu jak na wydaną jej komendę, której posłuchała całkowicie odruchowo. Jej spojrzenie powoli mknęło w stronę jego oczu, najpierw przesuwając się po otarciach na jego dłoniach, opartych o kierownicę, na ukradzionej koszuli, na obitej szczęce, na której tkwił fioletowy ślad - a później na podobnym sińcu zdobiącym jego oko.
Nie wyglądał dobrze, nawet pomimo swojego beauty sleepu.
Ona wyglądała pewnie jeszcze gorzej.
W tym opłakanym stanie potrzebowali tego, samochodu, pieniędzy, ciepła. Nie zabrali mu tego z zachłanności, to była wyjątkowa sytuacja.
Zostawią gdzieś samochód. Zadzwonią.
Wszystko będzie dobrze.
- Wiem - mruknęła ciszej, gdy obraz tkwiącego obok mężczyzny uświadomił jej, że wyglądał dużo gorzej niż ten, którego tymczasowo zostawili w lesie.
Może będzie miał ciekawą historię do opowiadania przez resztę swojego wygodnego życia.
Zatopiła się w cieple rozchodzącym się z fotela. Jej ciało wciąż było skostniałe, nawiedzane przez okazjonalny dreszcz - doba wychłodzenia stawiała gorącu opór, ale powoli ustępowała. Silnik przyjemnie szumiał, fotele grzały, jej dłonie przestały drżeć.
Było wygodnie.
Niebezpiecznie wygodnie, biorąc pod uwagę noc, w której mało co przespała.
- Trzysta dolarów - dodała, wsadzając portfel do schowka pomiędzy nimi. Zwinęła się w fotelu. - Jedzenie. Ubrania.
Namiastka stworzonego przez nią planu była jej teraz zaskakująco obojętna - ciepło chwytało obecne w niej zmęczenie i potęgowało jego efekt sprawiając, że jej wzrok bezmyślnie krążył po drodze. Visser równie dobrze mógłby ruszyć we własnym kierunku i pewnie nie zwróciłaby na to najmniejszej uwagi.
- Dziękuję. - słowo wyrwało się z jej ust tak cicho, jakby do pewnego stopnia miała nadzieję, że wcale jej nie usłyszy. - Za to, że go nie zabiłeś.

a wolf already got to him, although a different kind

clean up the rot before it digs too deep

: sob paź 17, 2026 11:14 pm
autor: Robin Visser
Nie wiedział, jak długo jej wytrzyma to jej wiem, ale wolał nie sprawdzać.
Navarro miała ostatnio osobliwą tendencję do rozumienia go tylko do pewnego momentu; później zwykle pojawiało się jakieś ale, po którym okazywało się, że jednak powinni zrobić wszystko inaczej. Tym razem pozwolił jej zatrzymać się wcześniej. Nie podsunął kolejnego argumentu, nie dopowiedział żadnej z rzeczy, które spokojnie mógłby jeszcze wymienić, gdyby zależało mu na wygraniu rozmowy.
W tej chwili znacznie bardziej zależało mu na tym, żeby po prostu ją skończyć.
Zerknął na portfel znikający w schowku, później na jej twarz. Widocznym dla niego było że napięcie nie zeszło z niej całkowicie, ale przynajmniej przestała wyglądać, jakby za chwilę miała kazać mu zawrócić. Przyjął to z ulgą, choć akurat to słowo było może nieco przesadzone wobec zwykłego zadowolenia, że nie będzie musiał po raz kolejny tłumaczyć jej czegoś, co uważał za oczywiste.
Podziękowanie również zostawił bez komentarza.
Podjął dobrą decyzję. Akurat co do tego pozostawał całkowicie przekonany, niezależnie od tego, za którą jej część zamierzała mu dziękować. Przez ostatnie dni dostatecznie wiele razy przekonał się, jak mało wystarczało, żeby pozornie nieistotny problem nagle urósł im do rozmiaru kolejnej obławy.
Mieli samochód, mieli pieniądze i miał telefon. Mieli też trochę czasu, ciut przewagi, o które raczej prosto nie było w ich przypadku
I zamierzał to wykorzystać jak najlepiej.
Cała reszta mogła pozostać tam, gdzie ją zostawili. Nie widział żadnego powodu, dla którego Navarro miałaby kiedykolwiek dowiedzieć się więcej; z jej perspektywy wszystko nadal sprowadzało się do jednego telefonu, który wykona później a 'później' było całkiem wygodnym określeniem. Mieściło się w nim jedzenie, przebranie się, znalezienie miejsca, w którym mogliby wreszcie doprowadzić się do porządku (prysznic też).
A ona powinna zająć się sobą.
Choćby przez chwilę dla odmiany a nie rozprawiać nad tym, czy dorosły chłop w kurtce zdoła przetrwać kilka godzin w warunkach, przez które ona sama przeszła jakby była nie do zdarcia i sama w to wierzyła. A to akurat nie było niczym nowym; bo o swoje szwy potrafiła zadbać głównie wtedy, kiedy próbował zrobić to za nią i należało się z nim nie zgodzić; jego z kolei, z jakiegoś durnego powodu, pilnowała aż nazbyt konsekwentnie.
Szajbuska
Przyganiał kocioł garnkowi, jakby to powiedziała jego matka
Przesunął się nieznacznie w fotelu, próbując odsunąć mokry od potu materiał od skóry na plecach. Ogrzewanie zaczynało robić swoje; miał wrażenie, że wszystko, co wcześniej zamarzło mu gdzieś pomiędzy mięśniami, teraz powoli odpuszczało i przy okazji przypominało o swoim istnieniu. Bolało go więcej rzeczy, w tym także mięśnie o których istnieniu pewnie nawet nie zdawał sobie dotąd sprawy. Na razie jednak wystarczało mu, że mógł prowadzić bez zaciskania zębów przy każdej dziurze i że samochód odpowiadał na jego ruchy tak, jak powinien. I pachnia ładnie.
Porządny samochód to potrafił jednak poprawić człowiekowi perspektywę.
Jeszcze tylko prysznic, coś do jedzenia i paczka fajek, a być może przestałby mieć ochotę dokupić sobie jeszcze sznur.
— Prześpij się, Navarro — odezwał się w końcu. — Zanim znajdziemy jakieś sensowne miejsce na shopping, pewnie jeszcze trochę pojedziemy.
Miał nadzieję, że nie za długo, chociaż mijane okolice nie obiecywały niczego szczególnie zachęcającego. Las, droga, kolejny las, las, dalej las, las vegas. A potrzebowali czegoś więcej niż stacji, na której od dwudziestu lat stały te same trzy bluzy z nadrukiem łosia i ironicznym 'welcome to alaska'.
Nie zamierzał chodzić z łosiem na klacie. Istniały jakieś granice.
Zerknął na nią jeszcze raz, zanim wrócił uwagą do szosy. Mógłby wytknąć jej poprzednią noc i spytać jak tam jej wystarczająca ilość snu, której tak dzielnie broniła. Darował sobie. Była tutaj, siedziała obok, powoli odpuszczała; wyjątkowo nie potrzebował niczego więcej, żeby wiedzieć, co należało zrobić.
Po prostu jechać dalej.
Pozwolić jej zasnąć.
— Jedzenie i ubrania — dodał, poświęcając jej krótkie spojrzenie. — Pamiętam. Obudzę cię, jak coś znajdę.
They break too easy