clean up the rot before it digs too deep
: czw paź 15, 2026 1:43 pm
Środek drogi, kiedy było się zbiegłym kryminalistą, był raczej kiepskim miejscem na debaty. Był również kiepskim miejscem na to, aby być znajdować sobie ten tzw. soft-spot dla kogoś, dla kogo w ogóle nie powinien istnieć.
Mógł to oczywiście zrzucić na lekcję, którą chciał jej udzielić. Lekcję życia, gdzie momentami moralność była tylko niewygodnym bagażem, który utrudniał wszystko dookoła. On już nie widział różnicy pomiędzy zastrzeleniem agenta, który go postrzelił i który chciał ich wywieźć bóg wie gdzie, a przypadkowego kierowcy, by przejąć jego zasoby.
Nie był jednak sam. Mogłoby to nic nie zmieniać, gdyby nie wsunęło się do jego pamięci jedno ze wspomnień, wcale nie tak odległych, które żywo pokazywało mu rozsypaną Navarro, która próbowała rozliczyć samą siebie z obrony własnej. Z zabicia agenta. Z tego, że miała krew na rękach.
Nienawidził siebie za to, że w ogóle o tym pamiętał. Nie chodziło nawet o tę jedną rzecz, która oczywiście teraz siedziała w nim skutecznie. Chodziło o pamiętanie innych, mniej lub ważnych detali dotyczących kobiety.
— ¿Quieres atarlo a un árbol aquí? — spytał. Jego brwi uniosły się nieznacznie w górę, a spojrzenie przesunęło najpierw po rolce taśmy, którą trzymała, później po niej samej. — Morirá antes de que alguien lo encuentre.
Rozejrzał się po okolicy; po ciągnącym się niemal bez końca lesie, po mokrych pniach drzew i drodze, która nawet teraz sprawiała wrażenie zapomnianej przez większość cywilizowanego świata. Nie widzieli żadnego samochodu poza tym jednym. Nie minęli po drodze żadnych zabudowań, żadnych szlaków ani nawet śladów świadczących o tym, że ktokolwiek zaglądał tutaj częściej niż z konieczności.
— Este lugar no parece ser el tipo de sitio por el que suelan pasar recolectores de setas o excursionistas. — Kącik jego ust drgnął lekko, przez ironię całej sytuacji. Navarro nie chciała go zabić, więc proponowała przywiązać go do drzewa pośrodku alaskańskiego lasu, zostawić bez telefonu i samochodu, zakneblowanego, licząc na to, że natura, pogoda albo jakiś wyjątkowo ambitny grzybiarz nie dokończą za nich roboty.
Wychodziło na to, że moralność bywała zadziwiająco elastyczna, kiedy człowiek wystarczająco mocno potrzebował zachować o sobie dobre zdanie – tym bardziej, że można było założyć, że jej dłonie zasadniczo pozostałyby czyste, gdyby facet zszedł z odwodnienia, wychłodzenia lub rozszarpany przez tutejsze zwierzę.
Ostatecznie to nie ona pociągnęła za spust, ani nie dała na to przyzwolenia jemu.
— Bien. — Pistolet wymienił na taśmę, oddając jej broń odbezpieczoną i skierowaną lufą do dołu. — Yo quería dispararle.
Wydawało mu się to nieco bardziej humanitarne, choć niewykluczone, że spoglądał na to aż nazbyt zerojedynkowo. Może był w tym jakiś plan, który jemu umykał. Może była w tym desperacja i potrzeba pozostania czystą przed własnym spojrzeniem
— Cuida el coche — rzucił, prostując się, by szarpnięciem podnieść marzącego się, dorosłego chłopa na nogi. Przez chwilę było to dość problematyczne – zdawał się mieć nogi jak z waty i utrzymanie go w pionie wymagało nieco więcej siły.
Z trzaskiem spotkał swoją otwartą dłoń z gębą kierowcy, co nieco otrzeźwiło tego drugiego. Na tyle, że zaczął zawodzić.
— Weźcie pieniądze, auto też… Nie chcę umierać
— Nie umrzesz — zapewnił go, popychając w stronę pobocza. Facet potknął się o własne nogi, zachował równowagę tylko dlatego, że Visser go przytrzymał. — Przynajmniej nie teraz. Rusz dupę — warknął, pchając go po raz kolejny. — I nie rób nic głupiego.
Takie hasło, w czasie pracy dla kartelu, powtarzał niemal do znudzenia; na tyle, że mu zbrzydło. Również na tyle, aby wiedzieć, że zasadniczo część ludzi lubiła działać kompletnie odwrotnie i odpieprzać głupoty – próbować uciekać, nawet wdawać się w bójkę. Nieszczególnie miał teraz na to ochotę. Jeszcze mniej chętnie musiałby przyznać, że facet, gdyby facet to dobrze rozegrał, mógłby zyskać nawet całkiem sporą przewagę; ale był zbyt zajęty zawodzeniem i oferowaniem wszystkiego ze swojego majątku, aby zauważyć, że Visser był w kiepskim stanie technicznym.
— Zaraz wracam, idziemy się przejść — rzucił w przestrzeń, kiedy to, w towarzystwie zasmarkańca, znikał pomiędzy kolejnymi drzewami. Zamierzał być na tyle uprzejmym, aby pozwolić mu na wybranie tego, które mu się najbardziej podoba. Uprzejmie go zapewniając, że on go przecież nie zabije.
that's my girl
Mógł to oczywiście zrzucić na lekcję, którą chciał jej udzielić. Lekcję życia, gdzie momentami moralność była tylko niewygodnym bagażem, który utrudniał wszystko dookoła. On już nie widział różnicy pomiędzy zastrzeleniem agenta, który go postrzelił i który chciał ich wywieźć bóg wie gdzie, a przypadkowego kierowcy, by przejąć jego zasoby.
Nie był jednak sam. Mogłoby to nic nie zmieniać, gdyby nie wsunęło się do jego pamięci jedno ze wspomnień, wcale nie tak odległych, które żywo pokazywało mu rozsypaną Navarro, która próbowała rozliczyć samą siebie z obrony własnej. Z zabicia agenta. Z tego, że miała krew na rękach.
Nienawidził siebie za to, że w ogóle o tym pamiętał. Nie chodziło nawet o tę jedną rzecz, która oczywiście teraz siedziała w nim skutecznie. Chodziło o pamiętanie innych, mniej lub ważnych detali dotyczących kobiety.
— ¿Quieres atarlo a un árbol aquí? — spytał. Jego brwi uniosły się nieznacznie w górę, a spojrzenie przesunęło najpierw po rolce taśmy, którą trzymała, później po niej samej. — Morirá antes de que alguien lo encuentre.
Rozejrzał się po okolicy; po ciągnącym się niemal bez końca lesie, po mokrych pniach drzew i drodze, która nawet teraz sprawiała wrażenie zapomnianej przez większość cywilizowanego świata. Nie widzieli żadnego samochodu poza tym jednym. Nie minęli po drodze żadnych zabudowań, żadnych szlaków ani nawet śladów świadczących o tym, że ktokolwiek zaglądał tutaj częściej niż z konieczności.
— Este lugar no parece ser el tipo de sitio por el que suelan pasar recolectores de setas o excursionistas. — Kącik jego ust drgnął lekko, przez ironię całej sytuacji. Navarro nie chciała go zabić, więc proponowała przywiązać go do drzewa pośrodku alaskańskiego lasu, zostawić bez telefonu i samochodu, zakneblowanego, licząc na to, że natura, pogoda albo jakiś wyjątkowo ambitny grzybiarz nie dokończą za nich roboty.
Wychodziło na to, że moralność bywała zadziwiająco elastyczna, kiedy człowiek wystarczająco mocno potrzebował zachować o sobie dobre zdanie – tym bardziej, że można było założyć, że jej dłonie zasadniczo pozostałyby czyste, gdyby facet zszedł z odwodnienia, wychłodzenia lub rozszarpany przez tutejsze zwierzę.
Ostatecznie to nie ona pociągnęła za spust, ani nie dała na to przyzwolenia jemu.
— Bien. — Pistolet wymienił na taśmę, oddając jej broń odbezpieczoną i skierowaną lufą do dołu. — Yo quería dispararle.
Wydawało mu się to nieco bardziej humanitarne, choć niewykluczone, że spoglądał na to aż nazbyt zerojedynkowo. Może był w tym jakiś plan, który jemu umykał. Może była w tym desperacja i potrzeba pozostania czystą przed własnym spojrzeniem
— Cuida el coche — rzucił, prostując się, by szarpnięciem podnieść marzącego się, dorosłego chłopa na nogi. Przez chwilę było to dość problematyczne – zdawał się mieć nogi jak z waty i utrzymanie go w pionie wymagało nieco więcej siły.
Z trzaskiem spotkał swoją otwartą dłoń z gębą kierowcy, co nieco otrzeźwiło tego drugiego. Na tyle, że zaczął zawodzić.
— Weźcie pieniądze, auto też… Nie chcę umierać
— Nie umrzesz — zapewnił go, popychając w stronę pobocza. Facet potknął się o własne nogi, zachował równowagę tylko dlatego, że Visser go przytrzymał. — Przynajmniej nie teraz. Rusz dupę — warknął, pchając go po raz kolejny. — I nie rób nic głupiego.
Takie hasło, w czasie pracy dla kartelu, powtarzał niemal do znudzenia; na tyle, że mu zbrzydło. Również na tyle, aby wiedzieć, że zasadniczo część ludzi lubiła działać kompletnie odwrotnie i odpieprzać głupoty – próbować uciekać, nawet wdawać się w bójkę. Nieszczególnie miał teraz na to ochotę. Jeszcze mniej chętnie musiałby przyznać, że facet, gdyby facet to dobrze rozegrał, mógłby zyskać nawet całkiem sporą przewagę; ale był zbyt zajęty zawodzeniem i oferowaniem wszystkiego ze swojego majątku, aby zauważyć, że Visser był w kiepskim stanie technicznym.
— Zaraz wracam, idziemy się przejść — rzucił w przestrzeń, kiedy to, w towarzystwie zasmarkańca, znikał pomiędzy kolejnymi drzewami. Zamierzał być na tyle uprzejmym, aby pozwolić mu na wybranie tego, które mu się najbardziej podoba. Uprzejmie go zapewniając, że on go przecież nie zabije.
that's my girl