Strona 18 z 18

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pt lip 24, 2026 1:07 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Nikt go nie znał tak, jak ona.
Nikt go tak nie umiał czytać, ale przy nikim też Madox się tak nigdy nie otwierał, bo przecież był kretem.
Wybuchowym, narwanym, pierdolniętym, ale wciąż szpiegiem, który wiele różnych emocji musiał trzymać na wodzy, który musiał wiele grać. A przy niej nie grał.
Przy niej mógł być najprawdziwszą wersją siebie.
I zaraz na jej słowa wywracał oczami.
- No to po chuj ci mąż, który nie umie cię obronić? - czarne spojrzenie zatrzymał na jej twarzy, ale... zaczepiał ją, bo zaraz kontynuował - wiem, ale Pilar, ty też chcesz, żebym ja był bezpieczny, a ja chcę, żebyś ty była i to jest kurwa silniejsze ode mnie - i od niej też było. Oboje to wiedzieli, że kiedy w grę wchodziło to drugie, to oni się nawet sekundę nie zastanawiali. Daliby się za siebie zabić. Dosłownie. Zabili by za siebie. Za to bezpieczeństwo o którym Madox jej nawijał.
Na jej kolejne słowa odchylił głowę do tyłu, pokręcił nią, zdawał sobie sprawę, że Pilar była policjantką, ale kiedy prowadziła swoje śledztwa to raczej się nie odsłaniała, a przy nim już tak. Przed całą kurwa mafią, która bawiła się w jego klubie.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc przez nos, prosto w jej policzki, kiedy znowu to jego ogniste spojrzenie, odszukało jej piękne, duże oczy.
- Okej, ale przecież oboje wiemy, że inaczej to wygląda, kiedy prowadzisz operację, tajnie, a inaczej teraz, jak kurwa wchodzimy do Emptiness razem, wiesz ile zwyroli się tam bawi? Wiesz, bo byłaś na dole... - wiadomo, że jak pakowała kogoś do więzienia to pewnie życzył jej śmierci. Ale teraz, kiedy związała się z Noriegą, to musiała wziąć też pod uwagę to, że te pobożne życzenia, że będzie gryzła ziemię, skierowane w nią były tylko i wyłącznie dlatego, że była jego partnerką. Większość półświatka pewnie miała ją w dupie, co ich obchodziła jakaś śledcza Stewart, kiedy nie dobierała im się do dupy, sytuacja zmieniała się w momencie, w którym ona była już Noriega.
Madox miał od chuja wrogów. Miał też przyjaciół, takich jak Diego, ale zdecydowanie więcej osób chciało go zajebać.
A teraz też może ją. Tylko Pilar nie chciała tego przyjąć do wiadomości, więc Madox znowu się skrzywił, znowu wywracał oczami.
- Diego jest w Toronto przywódcą Mara Salvatrucha, MS-13, teoretycznie jest nietykalny, ale ja mógłbym go wsadzić na jebane dożywocie, ale się przyjaźnimy, on mi zapewnia ochronę, a ja jemu informacje - Diego też się nie wychylał, ale Madox miał na niego całą teczkę dowodów, tylko nawet Eliot póki co nie chciał go ruszać, bo mierzył wyżej - ale Luna siedzi w La Eme. Trzynastka to gang, a La Eme go kontroluje, Luna jest w hierarchii wyżej, może kurwa najwyżej w Toronto, tylko jest nieuchwytny. I Luna może ze mnie zdjąć Diego - wyjaśnił jej, Pilar mogła takich rzeczy nie wiedzieć, dla niej gangus to gangus, mafia to mafia, ale tu przecież wszystko miało swoje miejsce, swoją hierarchię. Madox trochę o tym wiedział, bo siedział w tym od lat, poznawał te struktury i je rozpracowywał.
Na jej kolejne słowa znowu strzelał oczami, znowu odchylał głowę do tyłu. Tak na siebie zajebiście uważała, że pierwsza pakowała się w każde tarapaty...
Oni oboje to robili. Ale Madox przecież umiał nad tym panować, przecież zanim Pilar, jeszcze wtedy Stewart, przyszła do niego do klubu po informacje, to on się nie wychylał. To robił sobie te swoje interesy, tajne operacje, po cichu. A teraz co? Teraz Luna miał go na celowniku.
Sięgnął do jej ręki, a palce zacisnął na jej przegubie, odruchowo, kierowany impulsem. Szarpnął ją, tak, że znowu wylądowała na jego torsie, że musiała się zaprzeć o jego klatę, ale jej nie puścił, i znowu patrzył jej intensywnie w oczy.
- Wiem jaka jesteś, ale nie możesz raz kurwa zrobić tego o co cię proszę i się nie wychylać? To się kurwa naucz, wszystkiego można się nauczyć, bycia obojętnym też - i to mówił na swoim przykładzie, bo on się przecież nauczył. Bo on też wstępował do policji dlatego, żeby pomagać. Odciąć się od tego zepsutego świata, w którym siedział w Kolumbii, a pomóc ludziom takim jak jego matka, jak on. A potem co? Znowu wylądował w tym skurwiałym towarzystwie, i nauczył się obojętności. Jego wytatuowane palce wbijały się w jej skórę, i pewnie będzie miała jutro na nadgarstku siniaki, ale nie poluzował uścisku - wiesz co ja bym chciał? Żebyś kurwa mnie miała w sercu. I to, że jak coś ci się stanie... - nie dokończył, złapał w płuca więcej powietrza, bo nawet nie chciał myśleć o tym, że coś mogłoby jej się stać, ale myślał, od tej jebanej akcji w balonie, jego głowa fiksowała się na tym - a nie wszystkich dookoła. Bo wszystkim musisz pomóc. Nie musisz, bo mi nie zależy na wszystkich, tylko na tobie - powiedział jej to w końcu. To co przecież siedziało mu na wątrobie.
Ale zdawał sobie sprawę z tego jaka była Pilar, byli podobni. I Madox też ostatnio pierwszy rwał się do pomocy. Akcja-reakcja, skakał z pomostu za dzieciakiem, który wpadł do wody, reanimował jego babkę, wyrywał się. Jak ona, ale przecież kiedyś potrafił tak ładnie nad tym panować.
Puścił jej rękę, złapał w płuca więcej powietrza i może miał jej powiedzieć czego od niej oczekiwał? Dodać coś jeszcze, ale na jej kolejne słowa prychnął, pokręcił głową.
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi Pilar. Nie rób ze mnie potwora - wiedziała, że jego ojciec to zrobił z Esme, zamknął ją w czterech ścianach. Ale przecież Madox nie był taki jak on, jak stary Noriega. A może był?
Zrobił krok do przodu, tak, że teraz to on na nią naparł i gdyby nie przytrzymał jej obejmując ją ręką w pasie, to mogłaby się zatoczyć - chociaż gdybym mógł to bym cię zamknął, ale to bez sensu bo otwierasz drzwi i kajdanki wsuwkami - dmuchnął jej w twarz, żeby z czoła zdmuchnąć niesforny, ciemny kosmyk, przewracając przy tym oczami. Chciał trochę rozładować sytuację?
Może.
Wypuścił powietrze z płuc wraz z jej kolejnymi słowami.
- A ty dobrze wiesz, że czasem trzeba kurwa wyczekać moment, wypracować go sobie, a nie rzucać się od razu z pazurami, kiedy wiesz, że nie masz szans - wiedzieli to oboje, a Madox to już doskonale się tego nauczył przez osiem lat - i ja o to cię proszę, o trochę czasu, o to, żebyś się nie wychylała, żebyś zanim coś zrobisz, pomyślała o mnie - specjalnie jej to powiedział, bo przecież wiedział, że był jej siłą, ale słabością też. Tak jak ona jego.
I to wcale nie tak, że Madox chciał uciekać, chociaż czasami o tym myślał, o ile łatwiej by było, gdyby wyjechali z Toronto i mieli to wszystko w dupie. Mogliby spacerować po plaży, tak jak teraz. A nie musieli by się kłócić o to, co będzie, kiedy wylądują znowu w Kanadzie. Ale tam wracali. W sam środek piekła, które tam na nich czekało. Dobrze chociaż, że on jako ten medelliński Diabeł, potrafił się tam odnaleźć.
Słońce wschodziło coraz wyżej, a Rio zaczynało budzić się do życia, i może rozmowa jeszcze nie była między nimi skończona, ale Ralph znowu nieśmiało zatrzymał się gdzieś obok nich.
- Musimy już jechać, bo nie zdążycie na samolot - odezwał się.
- Co kurwa? To która... - nawet nie dokończył, bo oboje z Pilar już patrzyli na jego piękny, nowy zegarek, który od niej dostał. Dochodziła szósta, samolot mieli o ósmej, więc musieli szybko się ogarnąć i jechać na lotnisko. Najwyższa pora na pożegnanie z dzikim, popierdolonym Rio.

Me gustaría que me llevaras en tu corazón ❤︎❀.ೃ࿔

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pt lip 24, 2026 11:27 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Miła rację — desperacko chciała jego bezpieczeństwa.
Naprawdę wiele by za nie oddała. Za pewność, że nic mu się nie stanie każdego jebanego dnia, kiedy wychodził do klubu i nie wracał aż do rana, kiedy schodził na dół i robił interesy z tymi pieprzonymi zwyrolami, którzy na jedno pociągnięcie spustu mogli mu rozpierdolić łeb, ale tez kiedy dostawał te wszystkie groźby wypisane na ścianach. Te były jeszcze gorsze niż mafia, z którą się zabawiał, bo przecież do teraz nie było wiadomo, kto to wszystko aranżował, kto zostawiał pogróżki.
Bała się o niego.
Bała się, że którego dnia po prostu nie wróci, a ona dowie się od pierdolonej Pati, że coś mu się stało.
Madox często mówił, że to ona się wyrywała, że nie potrafiła usiedzieć w miejscu, bo z góry musiała zbawić cały świat. Pierdolony hipokryta. Przecież oboje dobrze wiedzieli, że w większości przypadków to on wyrywał się pierwszy do pomocy. I dobra, może przy Diego potrafił zdzielić swoją panienkę, czy przy tym całym Lunie poudawać człowieka, który potrafił zabić z zimną krwią, ale ta strona, z której to Pilar go znała… no była zupełnie inna.
Ale gdzie ja się kurwa wychylam?! — tym razem to ona na niego warknęła, podchodząc bliżej tak, że i jej oddech tańczył na jego policzkach. — Co ja takiego robie, Madox? - robiła. Były rzeczy obok których serio nie przechodziła obojętnie, ale on wcale nie był lepszy. — Odezwał się kurwa Pan Obojętny. Kto nawet sekundy nie pomyślał i wskoczył do wody, jak Maria wypadła za burtę? Kto reanimował typa w samolocie i babkę Almy? Kto kurwa pierwszy doskoczył do Phila i chciał mu pomóc, wysyłając własną żonę za kosz?! — krzyczała. Nie potrafiła już się pohamować. Madox nie od dzisiaj był pieprzonym hipokrytą i chociaż czasami potrafiła przymykać na to oko, teraz nie umiała przejść obojętnie i mu tego nie wytknąć. W ostatnim czasie, to ona mniej rzucała się do przodu i nie wychwalała. Za to on wyrywał się do każdej, jednej rzeczy, przez większość czasu kompletnie bezinteresownie i też bez jakiegokolwiek pomyślunku. A w tym wszystkim miał czelność mówić jej, żeby nauczyła się mieć wyjebane. I żeby to jego miała w sercu.
Tylko ciebie w nim mam — dźgnęła go w klatkę piersiową, wwiercając paznokcia w odkrytą skórę. — I wcale nie robie z ciebie potwora, a po prostu próbuje ci uświadomić, że czasami rzeczy się po prostu dzieją, Madox. Gówno się wypierdala i my nie możemy nic na to poradzić. A gdybyś mnie zamknął i tak bym znalazła jakieś wyjście — to ostatnie dodała już bardziej opdowiedajac na jego zaczepkę niż cokolwiek innego. Wiedziała przecież, że nie zamknąłby jej w czterech ścianach. On zaś wiedział, że nawet gdyby próbował, Pilar by mu na to nie pozwoliła. Nie była typem kobiety, którą można było trzymać na smyczy. Nie potrafiła również odpuszczać, dlatego zamiast po prostu dać mu sobie pogadać i przytaknąć, oczywiście oni musieli się dochodzić. Na samym środku plaży, zamiast łapać ostatnie promienie słońca przepięknego Rio, to się kurwa kłócili. Pięknie.
Chociaż z drugiej strony… to też był jakiś nieodłączny element ich wyjazdów. Na każdym jednym mieli jakiś zgrzyt, z którego potem wychodzili jeszcze silniejsi. Chociaż akurat w tym przypadku, kto ich tam wiedział, biorąc od uwagę, że to już były ostatnie minuty. Raczej nie mieli już kiedy się pogodzić. Niemniej i tak zaliczali podczas wyjazdu cały kalejdoskop emocji. Przeróżnych. Kurewsko skrajnych. Na koniec tych najgorszych, trochę negatywnych, kiedy to chłodny oddech powrotu do rzeczywistości zatańczył na ich karkach.
Zawsze kurwa o tobie myśle i wcale nie rzucam się… — zaczęła, gotowa podważyć jego kolejne słowa, jeszcze bardziej się z nim pokłócić, ale wtedy nie wiedzieć skąd pojawił się obok biedny i z speszony Ralph. Mówił coś o samolocie, a ona jakoś nawet go nie słuchała. Jej spojrzenie niezmiennie wpatrzone było w Noriegę. W jego ciemne oczy, które przed chwilą strzelało gromami. Z jednej strony doceniała jego troskę — kochała go za to, jak bardzo się o nią martwił, z drugiej jednak wkurwiało ją, że chciał ją zmieniać na siłę, że tylko ona tutaj miała rzeczy do poprawy, podczas gdy w sobie nie widział ani jednej rzeczy do korekty. Ciagle tylko mówił ty Pilar, ty zamiast my. Wymagał od niej chłodu i braku empatii, a kurwa czy to przypadkiem nie były jedne z powodów, dla których ja pokochał? Za to, że potrafiła być żyletą, ale w tym wszystkim pomagać innym i bronić słabszych? Nagle miała to po prostu w sobie zmienić? Nie wiedziała, czy potrafiła. Chociaż była gotowa spróbować. Dla niego przecież mogła to zrobić.
Ralph odchrząknął po raz kolejny, próbując przerwa ich wymianę spojrzeń, a Pilar w końcu przeniosła uwagę na kierowcę, by po chwili odwrócić się na pięcie i trącając jego włos czarnymi włosami, skierowała się do samochodu. Bez słowa weszła do środka, a praktycznie całą drogę do domu Raviego się nie odzywała. Patrzyła jedynie w okno, trawiąc już bardziej na spokojnie to wszystko, co miało miejsce. Nawet ręce schowała gdzieś między udem a drzwiami, żeby przypadkiem nie mógł do nich sięgnąć i ją sobie przymilić.
Kiedy tylko zajechali pod willę, okazało się, że Ravi i Theresa już stali na podjeździe z ich rzeczami. Nie dość, że ich spakowali, to jeszcze Theresa dała im jakieś dobre rzeczy do środka specjalnie od nich. Ravi niby też chciał dorzucić coś od siebie, ale dopiero po chwili przypomniał sobie, że przecież na lotnisku prześwietlą im bagaż i finalnie tylko zaproponował im wspólne wypalenie ostatniego skręta na dobra drogę. Mieli mało czasu, ale co, z własnymi świadkami nie zapalą? Oczywiście, że tak. Pięć minut w tą czy w tą już ich nie zbawi. Wyjadali zioło, załadowali się do auta i jeszcze przy okazji pościskali z ludźmi, którzy chociaż powinni być dla nich kompletnie obcymi, jedynie twarzami w samolocie tutaj, okazali się kluczowymi postaciami tego całęgo rozdziału. Nie tylko zostali już na zawsze jedynymi świadkami ich ślubu, ale też zorganizowali im niesamowitą uroczystość i atrakcje przez cały pobyt i za to trzeba było być im wdzięcznym.
Na lotnisko przyjechali lekko spóźnieni, ale nie na tyle, żeby ominąć odprawę. Przeszli przez bramki bez problemu, a Pilar cały czas ignorowała swojego męża. Trafiła to wszystko co jej powiedział, analizowała. Miała w głowie naprawdę wiele myśli, które potrzebowały ułożenia. W końcu czy naprawdę była w stanie się aż tak dla niego zmienić? Przejść obojętnie obok tego, jak komuś działa się krzywda? Dużo od niej wymagał.
I kiedy trwała tak wkręcona we własne myśli, jej telefon zawibrował dwukrotnie. Niechętnie sięgnęła do kieszeni, przekonana, że to pewnie Theresa z kolejnymi zabobonami, czego nie można było robić zaraz po ślubie, ale nie mogła się bardziej pomylić, bo kiedy spojrzała na wyświetlacz…
To Alma… — rzuciła oschle, zadaniowo, nie odrywając wzroku od krótkiego, lecz treściwego smsa, którego dostała kilka sekund temu. — Babka zmarła — dodała ciszej, lekko zmieszana. Sama nie wiedziała, jak czuła się z tą wiadomością, ale… chyba ją to trochę ruszyło? W końcu gdyby te wszystkie informacje się potwierdziły o bracie Luciano, znaczyłoby to przecież, że Babka była również babcią Pilar. Rodziną. Jedyną, jaką kiedykolwiek widziała na oczy. Jaką poznała. Kobietą, która zupełnie przypadkowo pomyliła ją z jej matka i po trzydziestu latach, po raz pierwszy posunęła wiecznie niespełnione poszukiwania Pilar do przodu. A teraz odeszła, nim ona nawet zdążyła z nią porozmawiać.
Kurwa.

Madox ⸜(。˃ ᵕ ˂ )⸝♡

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: sob lip 25, 2026 10:29 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Madox nigdy nie bał się ryzykować.
Wyrywał się pierwszy, wchodził w paszczę lwa, robił interesy z najgorszymi ścierwami w Toronto, a wszystko dla klubu, dla operacji, którą prowadził od lat. Może dlatego jeszcze się utrzymywał, nie spalił przykrywki, bo on nie szedł zgodnie z procedurami, bo on potrafił się rzucać do Makaroniarzy, do Ruskich, nawet jeśli miał za to oberwać. Nie martwił się o siebie...
Ale teraz może powinien, zastanowić się, zatrzymać, skoro przecież zależało mu na tym, żeby żyć... może nie kurwa długo i szczęśliwie. Ale dłużej niż zakładał, na maska. Ze swoją żoną.
I to nie tak, że on tylko jej tutaj prawił morały, bo sam też sobie obiecywał poprawę. Stawianie ich na pierwszy miejscu, ponad sprawą, ponad klubem, wszystkim.
Patrzył w oczy Pilar, kiedy się na niego wydzierała.
Co ja takiego robię?
Lista była długa i może by jej to zaraz wszystko wyartykułował, ale ona już zarzucała mu, że on też nie potrafił obojętnie. Wywrócił oczami zaciskając palce na jej nadgarstku, i znowu ją do siebie szarpnął.
- To ty tak zrobiłaś, jakieś kurwa zmiany w moim mózgu, że ja się tak wyrywam - no tak, najlepiej wszystko było zgonić na Pilar. Ale coś w tym było, coś w nim pękło w Medellin, kiedy jego wuj rzucał się do kelnerki, a on nie chciał się w to wtrącać, a wtrąciła się ona, wyrwała do przodu i stanęła w jej obronie. Madox musiał po prostu zareagować. A potem... nauczył się reagować pierwszy, szybciej od niej. Bo czy jakby nie wskoczył za Marią, to nie zrobiłaby tego ona? Zrobiłaby, już zdejmowała buty. A gdyby nie reanimował tej babki? Na pewno rzuciłaby się do tego jego żona. Do Phila też.
- Nie jestem kurwa z tego dumny, że cię tam wysłałem, wiesz jak się o ciebie bałem? - wiedziała, bo czuła przecież jak waliło mu serce, musiała widzieć jak spanikował i jeszcze w ostatniej chwili chciał zmieniać plany. Czytała go czasem lepiej niż on sam.
I on teraz też widział w jej oczach, że miała go w sercu, tylko jego może...
- Zawsze znajdujesz, więc znajdź też z tej sytuacji Pilar - nie chciał się z nią kłócić, po prostu przedstawił jej swoje obawy, to co siedziało mu w głowie, bo sama tego chciała. Wiedzieć o czym myślał.
I może zdawał sobie sprawę, że jej się to nie spodoba, że zaraz będą się dochodzić, bo mieli za silne charaktery, żeby przejść koło tego obojętnie, żeby stać biernie i nie starać się przeforsować swoich racji, ale... Nie spodziewał się, że ostatnie chwile w Rio de Janeiro spędzą na plaży, aż tak się kłócąc. Znowu się szarpiąc i wpatrując sobie intensywnie w oczy. Chyba tylko oni tak potrafili.
W jednej chwili kochać się i pieprzyć w balonie, kilkaset metrów nad ziemią, w drugiej dostawać ataku paniki, na widok jej wiszącej głową w dół z koszyka balona, w trzeciej przytulać się mocno, a w czwartej... dochodzić.
- Myślisz, ale i tak się rzucasz - skontrował od razu jej słowa. Bo przecież wiedział, że o nim myślała, to nie podlegało żadnej wątpliwości. Zabiła dla niego Gonzalesa, ryzykowała życie, wchodziła w każdy jego pojebany plan. Myślała o nim, a on o niej.
Kurwa.
Tak intensywnie o sobie myśleli, że się tu dzisiaj pobrali.
Ale i tak oboje się rzucali, ryzykowali.
I może dochodziliby się jeszcze, może już by się doszczętnie pokłócili? Albo pogodzili, bo Madox już sunął wytatuowanymi palcami gdzieś po biodrze swojej żony, ale Ralph oznajmił, że muszą jechać, bo zaraz spóźnią się na samolot.
Oczywiście, że Pilar odwróciła się na pięcie, a jej włosy musnęły jego tors, kiedy nimi zarzuciła, a potem poszła pierwsza do samochodu, a Madoxa za nią, kopiąc po drodze piach. Wyrzucając z siebie to wkurwienie. Nie na nią, bardziej o to, że w ostatnich chwilach w Rio, zamiast całować się na tej pięknej plaży, to oni się kłócili. W samochodzie próbował się do niej przymilać, oczywiście, że tak, bo go skręcało, że tak to zostawili.
- Pilar... - zaczął, ale kurwa co z tego, jak ona tak namiętnie patrzyła w szybę i nawet na niego nie spojrzała. Nawet jak zaczepił jej udo ręką, to ją z siebie zrzucała. Dobra.
Mogli się nie odzywać.
Nie mogli... bo kiedy zajechali pod dom Theresy i Raviego, to Madox znowu usiłował do niej dotrzeć.
- No Pilar… Kurwa - tylko ona nagle bardzo żarliwie żegnała się z Theresą, a potem zamiast koło niego, to stanęła sobie między ich świadkami. Podziękowali im, zaprosili ich do Toronto, Madox jeszcze chwilę pogadał z Ravim, nawiązując do jakiejś ich wcześniejszej rozmowy, że na pewno skontaktuje się z jego kolegą w Kanadzie. Wyjarali blanta, który zadziałał trochę... rozluźniająco może?
Bo Madox znowu w samochodzie próbował się łasić do swojej żony.
- Pilar no proszę cię... - już był gotowy ją błagać, a może nawet... przeprosić? Ale Ralph zaraz informował ich, że są na lotnisku, a potem pośpieszał, bo nie mieli czasu. Dobrze, że ktoś w ogóle tego za nich pilnował, bo przecież oni potrafili się tak zafiksować na sobie, że nic innego się nie liczyło. Madox jeszcze grzebał w ich walizce za telefonem, bo zostawił go gdzieś u Raviego i Theresy i miał nadzieję, że mu go znaleźli i spakowali, bo to już byłby kolejny w tym tygodniu, który zgubił, zepsuł, albo wyjebali mu go do morza. Ale znalazł go, w wewnętrznej kieszonce walizki. Wyłączony. Już nacisnął na przycisk, żeby go odpalić, ale wtedy Pilar rzuciła to babka zmarła patrząc w wyświetlacz swojej komórki.
- Co? - rzucił najpierw, ale zaraz się wyprostował, zaraz... No już się wcale nie prosił, tylko wystawił do niej rękę - chodź tu do mnie - a potem przyciągnął ją do siebie, tak, że teraz czy chciała, czy nie, to wpadła w jego ramiona. Pogłaskał ją po czarnych włosach.
- Wiesz, że babka Luciano była chora i słaba, i... tak po prostu musiało być - mruknął gdzieś w czubek jej głowy, bo przecież wiedział, że się obwiniała o to co się stało, ale Madox w ogóle nie doszukiwał się w tym jej winy - i znajdziemy Luciano - dodał jeszcze przytulając policzek do jej głowy, jakby chciał ją zapewnić, że przecież wciąż ktoś z jej rodziny jeszcze żył, może jej matka też? I oni tak tego teraz nie zostawią. Musiała to wiedzieć.
Chociaż teraz Pilar nie była już sama, bo teraz wstąpiła też do tej jego rodziny, może pojebanej, całkowicie spaczonej, ale Madox wierzył w to, że kuzyni zawsze staną za nim murem, tak jak ona za nimi. Chciał wierzyć, że kiedyś dogada się może nawet ze swoją matką, że któregoś dnia stanie przed swoją małą siostrą i powie jej, że jest jej bratem. Może kiedyś...
Bo teraz on przytulał do siebie swoją żonę, wplatając wytatuowane palce w ciemne kosmyki, głaszcząc ją po plecach. Tylko, że zaraz stewardessa poprosiła ich do wejścia na pokład. Musieli się ruszyć, a w tym samym momencie telefon Noriegi, który schował sobie do kieszeni się załączył i zaczęło na niego przychodzić milion powiadomień. Madox po niego sięgnął i zerknął na wyświetlacz, pełno nieodebranych połączeń od Pati, z telefonu klubowego, i jakieś smsy. Nawet w nie nie wszedł, tylko od razu wybrał numer swojej nowej menadżerki, a potem pomógł Pilar z walizką przytrzymując telefon przy uchu ramieniem.
- Co kurwa? - wypalił i odsunął się na krok zostawiając swoją żonę samą z ich bagażem, gdzieś między fotele w pierwszej klasie - jak to pożar w Emptiness? Poczekaj... Powoli... Nikomu nic się nie stało? - kiwał głową słuchając tego, co nawijała mu Pati, ściągnął do siebie brwi, a usta zasznurował w wąską linię, spojrzenie miał jakieś nieobecne.
W tym czasie stewardessa też zaczęła przechadzać się po pokładzie, zatrzymała się koło Pilar i posłała jej miły, szeroki uśmiech.
- Prosimy o zajęcie miejsc i zapięcie pasów, przygotowujemy się do startu - powiedziała miło, a zaraz zerknęła na Madoxa - trzeba też telefony przełączyć na tryb samolotowy dodała - wciąż z tym swoim uśmiechem.
- Wiem, zaraz - warknął na nią Madox, a zaraz nawijał do telefonu - Pati będę za dwanaście godzin, zamknij klub, nikt nie może tam wchodzić, rozumiesz? Muszę wyłączyć telefon, jesteśmy w samolocie - zerknął na stewardessę, która chyba czekała aż się rozłączy - wiem - zakończył i odsunął smartfona od ucha, demonstracyjnie na oczach kobiety wciskając czerwoną słuchawkę, przełączył telefon w tryb samolotowy, chociaż... rozpierdalało go znowu od środka, więc kiedy już usiadł na tym wygodnym fotelu obok Pilar, to zaczął się szarpać z pasem.

Pilar, por favor °❀⋆.ೃ࿔*:・

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: sob lip 25, 2026 2:07 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Nie chciała z nim rozmawiać.
Nawet nie dlatego, że była na niego zła za to, że wytykał jej bycie sobą, to że przejmowała się innymi i wyrywała się do pomocy słabszym, ale przede wszystkim bo Pilar sama jeszcze nie wiedziała, co z tym wszystkim powinna zrobić. To wszystko czego od niej wymagał, kłóciło się z wartościami, jakimi kierowała się przez całe swoje życie. Jeszcze bidulu obiecała sobie, że zawsze będzie pomagać, że nigdy nie zostawi nikogo w potrzebie tak jak ją zostawiano przez większość życia. Musiała sobie jakoś radzić i chociaż jej się udało, inni mogli nie mieć tyle szczęścia. Wiedziała doskonale jak to było być prześladowanym, bitym i poniżanym. Znała uczucie samotności lepiej niż większość ludzi, którymi sie otaczała.
Rozumiała jego powody, akceptowała argumenty i nawet się z nimi zgadzała, ale w środku wciąż walczyła. Biła się między dobrem innych, a dobrem jej samej i chyba jedyna rzecz, która przemawiała za tym, o czym mówił Madox było jego bezpieczeństwo. Bo jeśli ona przestanie się wychylać, może on będzie miał nieco spokojniej. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła, ja kto wyjdzie w praktyce… to już zupełnie inna kwestia.
I może jeszcze siedziałaby na tym pieprzonym terminalu w milczeniu i rozważała wszystkie za i przeciw, próbowała to jakoś przetrawić, gdyby nie wiadomość od Almy o śmierci babki. Nie znała tej staruszki prawie wcale, a jednak wieści nią poruszyły. W końcu była najbliższym odłamkiem rodziny, na jaki Pilar natknęła się w całym swoim życiu. Kurwa, przecież tu istniało naprawdę wysokie prawdopodobieństwo, że ta kobieta była jej babcią. Matką jej ojca. Nigdy nie była tak blisko prawdy, a tera to jedyne źródło prawdy i odopowiedzi na nurtujące pytania… odeszło.
Słyszała słowa Noriegi, to jak ją do siebie przywoływał, ale nawet na niego nie spojrzała. Dopiero kiedy ją szarpnął, bezwiednie wpadła w jego ramiona i pozwoliła pogładzić się po głowie. Nie miała zamiaru się z nim szarpać, szczególnie, że teraz on był jej rodziną. Nie z krwi i kości, ale z wyboru. Człowiekiem, z którym chciała układać przyszłość, zestarzeć się. Dodawał jej otuchy nawet kiedy miała ochotę na niego krzyczeć.
Wiem, że była chora i słaba, ale kurwa tu chodzi o… — mruknęła w jego klatkę piersiową, gotowa wyrzuć z siebie w końcu te słowa, powiedzieć je na głos, żeby wybrzmiały, stały się prawdą, ale finalnie nie potrafiła. Wiązała się z tym zbyt duża nadzieja. — Zresztą nieważne. Jebać to — westchnęła, kompletnie ucinając temat i odsunęła się do niego pod pretekstem skierowania się do samolotu. Udawanie, że wszystko było okej było zdecydowanie łatwiejsze niż stawianie czoła bezpodstawnej żałobie, niż przyznanie się do prawdziwych emocji. Nie powinna niczego przed nim ukrywać, a jednak znowu próbowała bawić się w dużą dziewczynkę, pozbawioną emocji. A może właśnie chciała mu pokazać, że umiała się nie przejmować? Szkoda tylko, że wcale kurwa nie umiała i w środku aż głowa jej kipiała.
Przeszli przez odpowiedni korytarz, a potem za tłumem do samolotu, znowu w kierunku pierwszej klasy. Noriega odetchnęła z ulgą widząc jakaś nieznaną twarz, która witała ich przy wejściu. Ostatnie czego teraz potrzebowała to pierdolona Karmen i jej odchyły, albo — co gorsza — byłej Noriegi, równie irytującej. Uśmiechnęła się delikatnie do nieznajomej kobiety i skierowała na wyznaczone na biletach miejsca. Widziała, że Madox trzebał coś intensywnie w telefonie i od początku chciała ogarnąć temat z walizką, ale się uparł. Dopiero na to co kurwa spojrzała na niego wymownie wraz z kilkoma innymi pasażerami. Ściągnęła brwi do siebie, chociaż kiedy wspomniał o pożarze w Emptiness…
Kurwa, daj mi to — wyszarpała mu bagaż i sama umieściła go w luku nad głowami, po czym pchnęła swojego męża na fotel obok okna, sama siadając obok, żeby ludzie mogli swobodnie przechodzić. Od razu nachyliła się w jego stronę, próbując coś podsłuchać, nie zdejmując z niego spojrzenia, ale przy gwarze, jaki panował dookoła było to kurewsko ciężkie. A jakby tego było mało przyszła do nich pracownica linii lotniczych i kazała wyłączyć telefony i zapiąć pasy. Jak jeszcze to pierwsze poszło w miarę gładko, tak druga czynność zdecydowanie przerosła zdenerwowanego Madoxa.
Czekaj — poprosiła pierwsze spokojnie, przysuwając się w jego kierunku. — Daj, pomogę ci — zacisnęła długie palce na jego nadgarstkach kurewsko mocno, żeby w końcu przestał się wierzgać i dał sobie pomóc. Posłała mu przedłużone spojrzenie w oczy, a potem przejęła pas i pomogła mu się zapiać. Zacisnęła uchwyt i kiedy stewardessa tłumaczyła wszystkie zasady bezpieczeństwa, które oni i tak znali na pamięć, Pilar przekręciła się w stronę swojego męża.
Co się stało? — spytała w końcu, siląc się na spokojny ton, chociaż od środku aż ją kurwa rozpierdalało. — Jaki kurwa pożar? Pati odjebało?! — pamiętała przecież historię, którą opowiadał jej Madox, jak to sama spaliła kiedyś klub, żeby pozbyć się natrętów i wyciągać hajs na odszkodowanie, który zainwestowała w zupełnie inny lokal, czy jakoś tak. Wątpiła, że to był również case w tym przypadku, ale prościej myślało się o pierdolniętej managerze niż fakcie, że ktoś naprawdę chciał mu zajść za skórę. Że mogli to być ci niebezpieczni ludzie, o których on tyle dzisiaj nawijał, albo ta sama osoba, która w ostatnim czasie zostawiała mu wszędzie notatki z pogróżkami.
Madox, kurwa — wyciągnęła rękę przed siebie i złapała za jego żuchwę, przysuwając do siebie. — Gadaj. Wszystko. Ja mam się nie wychylać, a ty masz nie mieć przede mną żadnych tajemnic. To jedyny układ na jaki jestem w stanie pójść — niby dużo jej mówił, dzielił się z nią informacjami, ale wciąż to wszystko był szczątkowe. Często nie kończył zdań, widziała, jak niektóre rozmowy prowadził w innych pomieszczeniach, wiadomości, które otwierał kiedy nie patrzyła. Pilar nie była ślepa, była jebanym detektywem. Widziała po nim, że coś ukrywał, że nie mówił jej całej prawdy. Pierwsze gdy wyszli z balonu i teraz. Poza tym, te wszystkie gadki o braku wychylania się na pewno nie wzięły się tylko z faktu, że próbowali uratować Phila. To byłoby za proste. Musiało więc chodzić o coś innego.

Decir verdad 𑣲⋆

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: sob lip 25, 2026 4:09 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Zmarszczył brwi, kiedy Pilar zaczęła to ale kurwa tu chodzi o, i naprawdę czekał na to, aż ona to dokończy, wyrzuci z siebie, bo przecież, to nie tak, że on wymagał od niej, żeby co...? Udawała, że wszystko jest okej?
Nigdy tego od niej nie oczekiwał.
Chciał, żeby była z nim szczera, żeby sama też komunikowała mu co ją boli, co dotyka, co rusza. Bo przecież o to chodziło w związku. I on jej na plaży wszystko wygarnął, a ona ucięła temat tym soczystym jebać to. Noriega wywrócił oczami, a zaraz powiódł nimi za swoją żoną, przy okazji grzebiąc w telefonie. I może by ją przycisnął, może teraz on by jej kazał rozmawiać ze sobą i powiedzieć co jej siedzi na wątrobie, ale kiedy zaczęły mu przychodzić te wszystkie powiadomienia, to w jednej chwili zdrętwiał. Pati miała dzwonić do niego tylko w sytuacjach kryzysowych, a było tam tyle powiadomień od niej. Musiał oddzwonić, co zaraz robił.
Dał Pilar walizkę, kiedy na niego warknęła, bo on w tym czasie już wypytywał Pati o szczegóły, nie dowiedział się za wiele, ale przecież on doskonale wiedział kto to zrobił. Chciał się jeszcze przejść po samolocie, rozchodzić to, ale zaraz wylądował na miejscu przy oknie, kiedy Pilar go tam szarpnęła. Jeszcze chwilę słuchał swojej menadżerki po drugiej stronie telefonu, nie odzywał się, trawił to wszystko co mu powiedziała. Bo to robiło się coraz bardziej poważne. Niebezpieczne. Spojrzenie przeniósł gdzieś za okno, gdzie na płycie lotniska kręciły się inne samoloty gotowe do startu. I dopiero jak stewardessa poprosiła go grzecznie o wyłączenie telefonu, to przeniósł na nią spojrzenie. To kazał Pati nikogo nie wpuszczać do klubu, a potem włączył tryb samolotowy w swoim smartfonie, rzucił go na stolik. A potem złapał za pas, ale był zły, wściekły, wkur-wio-ny.
- Zostaw - najpierw warknął na Pilar jeszcze chwilę wierzgając się z pasem, nawet nie trafiał w zapięcie. Dopiero, kiedy wbiła palce w jego nadgarstki, kiedy długie paznokcie zrobiły na jego smagłej skórze ślady, to się uspokoił i zabrał ręce, chociaż zaraz zaciskał je na podłokietnikach. Kręcił się na siedzeniu, bo go nosiło. Klatka piersiowa unosiła mu się już w szybkich, płytkich oddechach, a oczy... te robiły się czarne. Złe. Inne niż wtedy kiedy patrzył na Pilar z tym ogniem.
- Co? Jaka Pati? - zapytał głupio, w ogóle nie kojarząc tego, że opowiadał jej o pożarze w barze swojej nowej menadżerki. Szczęka poruszała mu się nerwowo, a ciemne spojrzenie wbijał gdzieś przed siebie. I znowu w chuj myśli galopowało mu w głowie. Znowu przygniatał go ich ciężar. Czuł go na karku, na ramionach...
A potem poczuł jej palce na żuchwie, szarpnął się w pierwszym odruchu, ale zaraz utkwił w niej czarne spojrzenie. Wciąż gniewne, wciąż zamyślone.
- Przecież nie mam przed tobą tajemnic - rzucił, bo nie miał, a to, że nie mówił jej wszystkiego, że wiele rzeczy zatrzymywał dla siebie, to już inna sprawa. Nabrał więcej powietrza w płuca i przez moment patrzył w jej wielkie, piękne oczy. W te oczy, które były mu najbliższe na świecie, nawet jak się kłócili, jak na siebie warczeli, to wciąż. Odchylił do tyłu głowę wbijając ją w miękką poduszkę fotela. Musiał jej powiedzieć. Bo ona też musiała wiedzieć na czym stali, z czym się mierzyli, bo to przecież nie chodziło tylko o te pogróżki. Chociaż Madox zakładał, że nie wysyłał mu ich Luna, on z nim grał w otwarte karty, jasny przekaz. Zaczął od klubu.
Noriega pokręcił się na fotelu, a zaraz spuścił spojrzenie na śliczną twarz swojej żony, zaraz odnalazł jej ciemne, błyszczące oczy.
- Luna podpalił mi klub... Wysłał mi wiadomość - telefon był w trybie samolotowym, ale Madox wszedł w wiadomości obok tych wielu od Pati, jakiś od Gaby i Williama była też jedna z nieznanego numeru, właściwie nawet go tam nie było. Jakby wysłana chuj wie skąd. Jebany duch.

Zastanowiłeś się Noriega?

Jedno zdanie, które nawet nie brzmiało jak groźba, ale Madox doskonale wiedział, że nią jest. Że klub to był wierzchołek góry lodowej i Luna nie cofnie się przed niczym, zanim nie dopnie swego. A chciał Emptiness na swoją dziuplę, ale nie samego klubu... On chciał zrobić sobie z jego szefa informatora. A Madox tego nie chciał. Siedział głęboko w latynoskim półświatku, i jak rozpracowywał działania Mara Salvatrucha w Toronto, to w La Eme nie chciał się wpierdalać, ale może nie miał już wyjścia?
- Pamiętasz tą akcję w porcie? Z ludźmi Luny? No to... ja myślę Pilar, że oni specjalnie mnie tam ściągnęli. Wiedzieli, że szukam czegoś na Luciano i Diego dał mi cynk, że oni coś wiedzą - zawiesił się ciemnym spojrzeniem przesuwając po twarzy swojej żony - niby pretekstem był Luciano, ale kurwa... - wypuścił ciężko powietrze z płuc, a palce które zaciskał na podłokietniku wbiły się w jasną skórę mocniej - Luna chce zrobić sobie dziuplę w Emptiness, kazał mi się zastanowić - znowu jebnął głową w oparcie fotela i szarpnął się przy okazji - ja pierdole, wiadomo, że on nie odpuści, i to nie jest tak, że ja mam jakieś wyjście - wiedział, że nie ma, ale przecież Madox nie byłby sobą, gdyby tak łatwo się poddał. A do tego dochodziło jeszcze to, że ludzie Luny szukali Luciano, tak jak oni. I musieli być krok przed tamtymi. Powinni być. Może na razie byli, bo przecież o przekazaniu gotówki nikt nie wiedział, tylko czy Luciano był w to jakkolwiek zamieszany. Madox wątpił.
Zaczynał też wątpić w to, że Luna mu odpuści.
- I dlatego chce, żebyś się kurwa nie wychylała, bo następna możesz być ty - skończył znowu wbijając spojrzenie w jej kurewsko piękne oczy - a jak Diego zdejmie ze mnie ochronę, to będzie w chuj ciężko, teraz ci wszyscy nowi ludzie w klubie są od niego... Ja pierdole, nie wiem, pogadam z nim, albo dam Lunie to, co chce - pochylił się do przodu przesuwając wytatuowanymi palcami po twarzy, wplatając je w ciemne kosmyki. Nie wiedział co ma z tym zrobić, ale coś musiał. I to szybko. Nie było go na miejscu dwadzieścia cztery godziny, jakieś czterdzieści osiem minęło od tego, jak Luna złożył mu propozycję. Facet się nie pierdolił. Działał szybko.

Nunca te miento °❀⋆.ೃ࿔*:・

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: sob lip 25, 2026 6:33 pm
autor: Pilar Noriega
Niby nie miał przed nią tajemnic…
…A jednak to był pierwszy raz, kiedy Pilar słyszała o tym, że Luna miał do niego jakiś problem, a raczej biznes. Biznes w dodatku do tego stopnia, że podpalił mu pierdolony klub. Facet wywołał p o ż a r, a Madox nawet nie raczył jej wspomnieć, że Luna chciał urządzić sobie stacje dowodzenia z jego klubu?
Spojrzała na niego wielkimi oczami, ściągając do siebie brwi. Była zła. Zła, że kurwa pierwszy raz słyszy o tym wszystkim dopiero kiedy wracają do Toronto, dopiero kiedy wydarzyła się jakaś tragedia. Przejęła od niego telefon i spojrzała na wiadomość, którą wysłał do niego jakiś nieznajomy numer. Spróbowała wejść w szczegóły i spisać sobie sekwencje cyfr, żeby sprawdzić to w bazie danych, kiedy już wylądują, ale wszystkie informacje były zablokowane. Kurwa. Luna faktycznie był duchem.
Kiedy miałeś mi zamiar o tym powiedzieć? — spytała, podnosząc na niego spojrzenie. — Że Luna chce Emptiness? — przecież akcja z portem była przed ich wyjazdem do Rio. Miał kilka jebanych dni, żeby się jej przyznać, a jednak on postanowił milczeć. Dla jej dobra? Do swojego świętego spokoju? Niezależnie od tego, jaki powód by jej nie przedstawił, jaką wymówkę nie wytoczył, Pilar była na niego wkurwiona. Kto jak kto, ale akurat Madox doskonale wiedział, jak istotny powinien być między nimi przepływ informacji. Jedno powinno wiedzieć wszystko, co działo się u drugiego, żeby uniknąć po pierwsze jakiegokolwiek większego konfliktu interesów, a po drugie, żeby móc w porę zareagować. Bo co gdyby wysłali ją na akcję związaną z biznesami Luny? Co jeśli jeszcze bardziej by sobie przejebali? Musieli podwójnie uważać.
Dlaczego akurat twój klub? Gangusy nie mają się już gdzie spotykać? — spytała po chwili, próbując chłodzić emocje w środku. Wiedziała, że nie powinna mu dopierdalać. Dopiero co dowiedział się, że ktoś podpalił jego biznes, jeszcze pod jego niobecność. Miałą świadomość, że musiało go to wkurwić, zestresować. Widziała przecież, jak cały chodził. Dlatego pomimo swojej wewnętrznej irytacji, wyciągnęła do niego dłoń i umieściła ją na chodzącym w górę i dół udzie.
Madox… — tym razem odezwała się już bardziej spokojnie. Darcie kotów nic tu nie da, szczególnie, że teraz już trochę bardziej rozumiała, czemu tak zależało mu na tym, żeby się nie wychylała. Bo skoro Luna był na tyle pierdolnięty, żeby targnąć się na klub, to jaki miałby problem, żeby sięgnąć po Pilar? Cóż, gdyby chciał, żeby zabolało, na pewno by to zrobił. Madox miał dobry powód, żeby się martwić. A ona dobry, żeby jednak schować do kieszeni ich topór wojenny. — Przepraszam — rzuciła spokojnie, odnajdując jego dłoń, zawieszając na nim spojrzenie. — Postaram się nie wychylać — skinęła głową, żeby chociaż w tym aspekcie dać mu nieco spokoju ducha. Szkoda że to wcale nie pomogło w tym, jak cały chodził. Pewnie jakby wciąż byli w Rio, już robiłby piąte kółko albo w coś kopał, a tutaj? Tutaj musiał siedzieć na fotelu i się nie wychylać.
Dlatego wychyliła się ona.
Jednym ruchem odpięła swój pas, nie mogąc patrzeć, jak cały chodził, a potem bezczelnie wpierdoliła mu się na siedzenie. Co prawda jeszcze nie powinna tego robić, biorąc pod uwagę, że samolot wciąż nabierał wysokości, ale Pilar miała to w dupie, dookoła i tak nie było żadnej stewardessy. Przygniotła go całym ciałem, przylegając na pełnej długości, a jego twarz złapała w dłonie.
Po pierwsze to musisz się uspokoić, bo rozniesiesz zaraz ten fotel — czuła pod tyłkiem, jak udo wciąż mu drgało, jednak nie tak bardzo jak wcześniej, bo miał do pokonania solidne sześćdziesiąt trzy kilo czystej masy, które uniemożliwiało mu ruch. — Patrz na mnie — szarpnęła jego żuchwę ku górze, kierując na swoją twarz, a kiedy to zrobił, nim zdążył porządnie otworzyć usta, ona przysunęła się bliżej i musnęła jego wargę. Uciszyła go zanim się odezwał, znowu stawiając jego samopoczucie nad wszystko inne. Jego spokój ducha nad własny, bo przecież w środku aż ją skręcało od natłoku informacji. Całowała go długo i czule. Do momentu aż nie poczuła, że faktycznie oddaje jej swoją uwagę. Że jego dłonie w końcu dotykają jej ciała, że oddaje pocałunki z należytą starannością. Dopiero wtedy się od niego lekko odsunęła. — A teraz tak… — pogładziła jego policzek, zatracając się w obłędnie czekoladowych tęczówkach. — Dlaczego Diego miałby zdjąć z ciebie ochronę? — pierwsze i podstawowe pytanie, na które ona nie znała odpowiedzi. — A po drugie… — westchnęła głośno, a kilka kosmyków na jego głowie zatańczyło przy czole. — Jakie są za i przeciw tego, że Luna zacznie się kręcić w Emptiness? Bo to, że rozpierdoli ci całą placówkę jak się nie zgodzisz już wiemy.

Háblame, cariño ₊˚⊹♡

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: sob lip 25, 2026 7:36 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Właściwie to nie miał kiedy jej powiedzieć o Lunie, bo jak wrócił w nocy z portu, to dostała ataku paniki, i co, on miał jej jeszcze dowalić tym, że Luna chce sobie w jego klubie zrobić melinę?
Na drugi dzień już szykowali się do lotu do Rio, żeby wziąć ślub, a trzeciego... wsiadali w samolot.
A Madox nie chciał im spierdolić ślubu. Ostatnia rzecz, którą by chciał to to, żeby Pilar przez jakiegoś pierdolonego Lunę stwierdziła, że jednak powinni to przełożyć. Kiedy on się spodziewał, że przy dobrych wiatrach może to się wydarzy... za rok? Za pół? Kiedyś tam, a nie zaraz. Nie chciał im tego psuć.
Czarne spojrzenie utkwił w oczach swojej żony, a kolano chodziło mu z góry na dół, jak po jebanym koksie.
- Po... Rio... Co by to dało gdybym powiedział ci tam? I tak nie było nas na miejscu... - już zaczął jej nawijać - a zresztą kurwa. Powiedziałbym ci - warknął może trochę bardziej szorstko niż chciał. Ale go nosiło, rozpierdalało go od środka. Klub. Jego Emptiness, jego dziecko, które sobie wyprowadził od podrzędnej speluny, na jeden z najlepszych klubów w Toronto, a Luna chciał mu go spalić.
Może teraz najważniejsza była dla niego jego żona, ale i tak był wściekły. Cały chodził. A kolejne pytanie Pilar wcale nie pomogło, szarpnął ciemne włosy pochylając się do przodu, ale zaraz podniósł głowę, żeby znowu na nią spojrzeć.
- Ja pierdolę Pilar, czemu Emptiness? Może dlatego, że to jedyne miejsce, gdzie psy nie robią nalotów bez mojej wiedzy? A może dlatego, że podajemy zajebisty rum? Nie wiem, zapytam następnym razem - sarknął. Bo przecież sama wiedziała, że Emptiness to miejsce, gdzie policja czasami siedziała z gangusami jak z równymi sobie, wszystkiego można było się dowiedzieć właśnie w jego klubie. A psy może i robiły mu wjazdy, ale zawsze o tym wiedział, podrzucał im czasem jakieś płotki, czasem sam się szarpał, ale ile razy uratował dupę jakimś mafiosom, wiedział tylko on sam. Dlatego Latynosi go lubili. Do tej pory.
Zerknął na jej dłoń na jego udzie, te swoje zaciskał w pięści, strzelił kostkami, ugniatając je w wytatuowanych palcach. A jednak kiedy jej pełne wargi ułożyły się w jego imię, to znowu podniósł na nią wzrok. Na jej piękne, duże oczy.
Przepraszam.
Tego się nie spodziewał, aż jedna brew skoczyła mu momentalnie do góry. I pewnie powinno go uspokoić to, że Pilar obiecała mu, że nie będzie się wychylać. Uspokoiłoby, gdyby jebany Luna nie spalił mu klubu. Noga wciąż mu chodziła, klatka piersiowa unosiła się w szybkich, płytkich oddechach, zacisnął palce na jej ręce, a te drugiej dłoni na siedzeniu między swoimi nogami, kiedy pochylił się odrobinę do przodu. Na pewno gdyby był w Rio robiłby już piąte kółko i coś by rozjebał, a w Toronto... pewnie jechałby już do portu, żeby się rozmówić z ludźmi Luny.
Bo samego Luny nie widział jeszcze na oczy. Raz, dawno temu. Teraz informacje przekazywał mu przez swoich ludzi.
Szarpnął się, kiedy na niego wlazła, a zaraz łapał ją ręką za udo, żeby nie spadła, gdy on się tak miotał. Wyrywał się, a i tak ją przy sobie trzymał i tak nie pozwoliłby jej upaść.
- Jak się uspokoić, jak tu chodzi o klub, Pilar... - wiedziała ile dla niego znaczył. Jeszcze w Medellin opowiadał jej, że Emptiness jest dla niego najważniejsze. I wtedy było. Teraz przewartościował pewne rzeczy, ale i tak, ten klub to były wszystkie jego oszczędności, bo policja dała mu wtedy tylko marną pensję, nie podsuwali mu klubu, chcieli, żeby Madox pracował na ulicy. Klub znalazł sam, kupił go i na niego zapierdalał. Przy okazji robiąc dla psiarni.
Przez moment jego spojrzenie wodziło gdzieś po podłodze, ale kiedy szarpnęła go za brodę, to uniósł je na nią, na jej oczy. Chciał jeszcze coś dodać? Może...
Ale nie zdążył, bo Pani Noriega zamknęła mu usta pocałunkiem. I w pierwszej chwili nawet chciał się jej odsunąć, ale przytrzymała go... za łeb. Szarpiąc ciemne włosy. A im dłużej jej miękkie, gorące wargi pieściły te jego, tym on bardziej odpuszczał. I w końcu jego ręką ciężko wylądowała na jej udzie, w końcu przesunął nią po nim wyżej. A jego język wdarł się w jej usta. Tylko ona już się odsuwała. Znowu odchylił do tyłu głowę, tym razem patrząc na nią zawiedziony.
Złapał więcej powietrza w płuca, kiedy zaczęła to a teraz tak... Nie zwiastowało to nic dobrego i Madox czuł, że ten pocałunek, to, że siedziała na nim to była... kurewsko dobra metoda na przesłuchanie go. Detektyw Pilar Noriega w swoim żywiole. A on co?
Poddał się i śpiewał jak nut.
- Jak Luna mu każe to będzie musiał to zrobić, nie sprzeciwi mu się, nikt kurwa w jebanym Toronto nie sprzeciwi się Lunie - spuścił na moment głowę opierając ją na jej piersi, zaciągając się jej znajomym zapachem, ale zaraz ją podniósł, zaraz znowu patrzył w jej piękne, duże oczy - jak... - zaczął, a teraz palce zamiast w białą skórę na siedzeniu, wbił w tą smagłą na udzie swojej żony - jak Luna wejdzie do klubu, to ja już nie będę miał tam nic do powiedzenia. Rozumiesz to Pilar? To nie jest tak, że on jak Diego będzie tam uznawał moją władzę, nie on... pokręcił głową, spojrzenie wbijając w swoje wytatuowane palce, które musnęły materiał jej sukienki - ja będę wtedy musiał tańczyć jak mi zagra, działać pod niego. On nie chce tam siedzieć jak Diego i obracać w podziemiu dupy, albo robić interesy, on tam będzie chciał robić dużo gorsze rzeczy... - a Luna robił dużo gorsze rzeczy niż Diego, siedział w jebanym handlu ludźmi. A Diego prochy, pobicia, broń. Rzeczy, które Madox znał, środowisko, w którym on się wychował. Ale handel ludźmi...
Nie chciał mieć z tym nic wspólnego.
- Sprawdzałaś teczkę Luny? Nie ma dowodów, nic na niego nie mają, ale kurwa Pilar, wszyscy w półświatku wiedzą, że on bawi się w handel ludźmi, organami, dziećmi, ja pierdole, to najgorszy rodzaj zwyrola, i on chce to robić w moim klubie - wtulił się w nią jakoś bardziej, a pod palcami, które błądziły po jego karku mogła czuć, jak jeżą mu się na nim włosy. Madox nie chciał oddać klubu Lunie, ale co miał zrobić?

No quiero, pero tengo que hacerlo ˚˖𓍢ִ໋❀

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: sob lip 25, 2026 8:35 pm
autor: Pilar Noriega
Nie chciała go przesłuchać.
Ona chciała go u z i e m i ć.
Widziała, jak cały chodził, jak nie potrafił się skupić, jak fiksował się we własnej głowie na rzeczach, na które teraz, w samolocie, nie miał najmniejszego wpływu. Przez dwanaście godzin nic mu nie da wkurwianie się i przeżywanie, dlatego tak bardzo zależało jej na tym, żeby go uspokoić. Jasne, swoje też chciała się dowiedzieć, ale jego dobre samopoczucie było jej głównym priorytetem. Obowiązkiem teraz jako ż o n y.
Więc usiadła na nim, przyległa ciałem na całej długości, a potem już całowała go czule i uważnie, dopóki i on się temu nie oddał. Nie wierzyła w to, że byłby w stanie ją od siebie odsunąć, nawet nie chciała testować tej teorii. Bo dzień w którym Madox Noriega by ją od siebie odepchnął, nie chciał jej, byłby chyba nowym najgorszym w jej życiu. Całe szczęście to się nie stało. Czuła w jego dotyku, jak powoli wracał do niej. Jak jego głowa przekierowywała uwagę z tego co złe, co burzyło porządek w głowie na ich usta, zachłannie smakujące się w ognistej salsie. Znali się już na wylot, całowali setki razy, a jednak za każdym, jebanym razem ona nie mogła się nadziwić, jak wiele dreszczy i emocji to wywoływało w jej ciele. Niesamowite. On cały był niesamowity.
A teraz również zmartwiony.
Słuchała go uważnie, kiedy opowiadał o swoich zmartwieniach. Kiedy mówił, jak to Lunie nikt w Toronto nie odważyłby się sprzeciwić, jak miał wszędzie oczy i uszy, jak wiedział o wszystkim i też kontakty miał nie do podważenia. A teraz to wszystko miało dziać się w samym sercu Emptiness. Klubu, na który on tak długo i cieżko pracował. Klubu, który swoim prestiżem przebijał wszystkie inne w całym Toronto. Nie było lepszego. I pierdolony Luna doskonale o tym wiedział. Tylko czemu teraz?
Rozumiem — westchnęła, nie za bardzo wiedząc, co powinna mu na to wszystko powiedzieć. Sama nie miała odpowiedzi. Jak normalnie już szastałaby pomysłami jak z rękawa, w takiej sytuacji nie była pewna, czy Madox miał w ogóle jakikolwiek wybór. — Planujesz przegadać to z Eliotem? — musiała go o to spytać. Trochę spodziewała się odpowiedzi, szczególnie, że kiedy tylko komendant dowie się, co oni najlepszego zrobili w Rio i jakie nazwisko miała teraz Pilar i tak cudem będzie, jeśli w ogóle zatrzyma ją w policji, a co dopiero będzie chciał pomóc Madoxowi. Z drugiej strony jeśli będą robić aż tak nielegalne interesy w Emptiness, czy nie łatwiej będzie ich dorwać? To też był jakiś sposób i może nawet by to powiedziała, ale… no przecież widziała jego minę. Widziała te zmartwione oczy, które krajały jej serce. A on widział jej, kiedy wspomniał o handlu ludźmi, organami i przede wszystkim dziećmi. Mógł czuć jak się wzdrygnęła, jak dosłownie z a d r ż a ł a w jego ramionach.
Pilar była w stanie naprawdę dużo znieść, swoje też widziała nie raz i nie dwa, ale… kurwa dzieci? To był jakiś jej czuły punkt, którego na ten moment chyba nawet nie potrafiła przeskoczyć. Z jednej strony chciała być dla niego wsparciem i pomóc mu podjąć najlepszą, możliwą decyzje, a z drugiej… nie wiedziała, czy byłaby w stanie spać spokojnie w nocy wiedząc, że jej mąż przyczynia się do handlu żywym towarem, dziećmi… Kurwa.
Przymknęła oczy i złapała kilka głębszych oddechów, gdy się do niej przytulił. Objęła jego ramiona, pozwalając mu schować się gdzieś pomiędzy piersiami. Głaskała go spokojnie: po karku, plecach i między włosami, błądząc spokojnie dłonią, chociaż przecież trzymał głowę na jej klatce piersiowej — czuł, jak mocno biło jej serce. Mogła gadać jedno, ale jej ciało i tak ją zdradzało. Szczególnie przed nim.
Na pewno podejmiesz najlepszą dla ciebie decyzje — odezwała się w końcu, szepczac gdzieś w jego włosy, nawet na moment nie przestając go głaskać. — Masz dwanaście godzin, Madox. Skoro Luna wie wszystko, wie też, że nie ma cię w mieście i nie będzie chciał od ciebie odpowiedzi dopóki się w nim nie pojawisz. Normalnie nie miałbyś tego benefitu, tylu godzin żeby rozważyć wszystko, co możesz z tym zrobić. Daj sobie chwile — ostatnie zdanie mruknęła już gdzieś przy jego uchu, chowając twarz w jego szyi, muskając ją delikatnie ustami, próbując jakoś rozładować napięcie, jakie miał w ciele. Nie oczekiwała, ze to będzie łatwa decyzja, ale naprawdę chciała być dla niego w tym przypadku wsparciem, a nie dodatkowym powodem do stresu, dlatego w końcu się zamknęła i dała mu myśleć. Do tego musiał wrócić na swoje miejsce, bo wlecieli w jakąś chmurę i zostały zapowiedziane turbulencje. Niechętnie zwlokła się z jego kolan i zapięła pas.

Sin duda se te ocurrirá algo, cariño

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: sob lip 25, 2026 10:09 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Gdzieś tam podskórnie też czuł, że Pilar go rozumiała, kiedy przyznała to patrząc mu w oczy. I to było dla niego kurewsko ważne, że już się z nim nie kłóciła w kwestii bezpieczeństwa, że zdając sobie sprawę z jakim wrogiem oni muszą tym razem się mierzyć, odpuściła. Obiecała mu, że będzie uważać, a teraz jeszcze przyznawała, że go rozumie. Te jego obawy, to wszystko co w nim siedziało. A to było dla niego w chuj ważne. Nikt nigdy go nie rozumiał. Jako dzieciaka, który wychowywał się w domu pozbawionym miłości. Jako małolata, który walczył w klatce, a potem poszedł na aktorstwo. A tym bardziej już kiedy przyleciał do Toronto. Chciał iść do policji, pomagać ludziom, a skończył... pomiędzy takimi ludźmi z jakimi chciał walczyć. Co prawda po cichu też to robił. Ile zbirów wsadził do paki to pewnie sam by nie zliczył, ale jednak wielu zwyroli nazywało go kumplem. Czy tego chciał, czy nie.
Na pytanie o Eliota pokręcił głową.
- On kazałby mi w to wejść. Już dawno chciał znaleźć coś na Lunę, ale Pilar... - podniósł głowę, żeby spojrzeć w jej oczy. On wiedział, poczuł na sobie jak to ją ruszyło, handel ludźmi, dziećmi...
A ona musiała wiedzieć, że nawet Madox miał swoje granice. Że mógł grać, że nic go nie rusza, ale jednak były rzeczy, które go dotykały. Może nie przemoc, nie prochy, nie obite mordy, czy nawet morderstwa, ale każdy miał swoje granice, on też...
Może nawet oni mieli je podobne, chociaż żadne nigdy nie powiedziało tego głośno. Przytulił się do swojej żony, opierając głowę na jej piersi. Czuł na policzku jak waliło jej serce, zdecydowanie za szybko, tak jak to jego, które też jeszcze nie zdążyło się uspokoić. Chociaż myśli... te zaczęły układać mu się w głowie.
Pilar jak nikt inny potrafiła go uziemić, uspokoić. Potrafiła przynieść mu ukojenie, jej dotyk, sam dźwięk jej głosu, to jak powietrze z jej pełnych ust, grało na jego włosach, a palce podążały tylko sobie znanymi ścieżkami, nawet kiedy było kurewsko źle, może zwłaszcza wtedy?
Na pewno podejmiesz najlepszą dla ciebie decyzje, skinął nieznacznie głową. Chciał taką podjąć, najlepszą dla nich decyzję. Dla niej, bo to przecież o nią najbardziej mu chodziło. Gdyby wciąż był sam...
Pierdoliłby Lunę. Przez tyle lat potrafił powiedzieć mu nie, a teraz. Teraz wiedział, że klub to był tylko pierwszy krok. Bolesny, ale każdy jeden dotknie go bardziej.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, prosto w jej dekolt. Miała rację, dostał te dwanaście godzin, kiedy mógł sobie to przemyśleć. Poukładać w głowie.
Kurwa...
Walczyć z myślami przez pierdolone dwanaście godzin.
Nie chciał tego robić. Nie chciał jeszcze o tym myśleć, kiedy jeszcze na ich ciałach, ubraniach, których wcale nie zmienili przed lotem nosili zapach Rio. Mieli go we włosach. Mieli jeszcze w spojrzeniach, tą dzikość. To ile oni znowu przed sobą odkryli w Brazylii. Jak bardzo znowu się otwierali.
Lecieli tam z myślą, że to będzie ich dzień. Najpiękniejszy w życiu. Chciał jej taki dać. A potem... Wszystko się spierdoliło już w samolocie. Samoloty były chyba jakieś przeklęte, i ten do Rio nie był wcale wyjątkiem, najpierw Dolly i Karmen, we dwie, co już samo w sobie mogło być dla nich przestrogą, a potem te turbulencje i wybity bark. Madox aż sięgnął do swojego ramienia, czuł je jeszcze. Może jeszcze przez kilka dni będzie mu przypominało o tym pojebanym Rio.
Ale gdyby nie samolot, to nie poznaliby kolejnych dobrych ludzi, którzy stanęli na ich drodze. Theresy i Raviego, którym tyle zawdzięczali, a przede wszystkim ten piękny ślub. Z którego jeszcze obejrzeli zdjęcia.
- Spodziewałaś się, że to wypali? - zapytał, kiedy wylecieli już ze strefy turbulencji, te były znikome, ale Pilar została na swoim miejscu, bo zaburczało im w brzuchach, prawie w tym samym czasie. Zamówili obiad, z deserem i drinki, bo w końcu co to za lot bez drinków?
- Ja się nie spodziewałem, myślałem, że prędzej pierdolnie w ziemię jakiś meteor, niż my weźmiemy ślub - tak zakładał Madox i przecież na początku mieli kilka przeszkód, ta cała akcja na wyspie, gdzie mieli zabalować przed ślubem, a Maria próbowała ich skłócić. Dużo wariatek chodziło po tym świecie. Duże ich skupisko było też w Rio, biorąc pod uwagę to, ze spotkali tam ich ulubioną wróżkę karlicę, a potem Britney i Venus, które też okazały się walnięte, ale przy tym całkiem dobrze na początku się z nimi bawili. I zrozumieli też, że orgie wcale nie były dla nich. Może tylko trójkąt z Shakirą.
Rio było pojebane, jak ten cały trip po grzybach. Dobrze, że to tylko mózg płatał im takie figle, bo może zamiast teraz wyjadać sobie z talerzy, i brudzić się po twarzach czekoladą, to wracali by osobno, rozwiedzeni. I to by było najkrótsze małżeństwo Madoxa, bo to z Williamem trwało przynajmniej kilka tygodni.
A on znowu jej dziękował za to, że zadzwoniła do jego najlepszego przyjaciela, że pozwoliła na to, żeby był z nim w tym najważniejszym dniu jego życia, nawet jeśli tylko na rozmowie video. Jeszcze wspomnieli swoje przysięgi, które były jedyne w swoim rodzaju. To jak Will płakał, kiedy je sobie wygłosili. Peach też, bo przecież pokazała im się raz na kamerce. Od niej przeszli nawet na moment do Galena Wyatta, a Madox znowu odchylał głowę na siedzeniu i nawijał jak on go nienawidzi, i że z kim, jak z kim, ale z nim to by nigdy nie wybaczył Pilar zdrady. W ogóle by pewnie nie wybaczył, ale akurat z Wyattem najbardziej. Wypili przy tym po dwa cuba libre, a kiedy Madox przeżuwał limonkę z tego swojego to musiał jej wspomnieć o tym limonkowym kisielu, który okazał się gorszy nawet od robaków, śmiał się z tego głośno, aż ktoś się na nich obejrzał, ale za bardzo się tym nie przejął. A Pilar też wpatrywała się w niego rozmarzona, jak wtedy w tym balonie, kiedy robili sobie dobrze. Na jebanej wysokości kilkuset metrów, w niebie. Kto by się spodziewał, że to specjalne pieprzenie dla nowożeńców oni będą doświadczać właśnie w balonie. A potem zaraz chwile zgrozy (pozdrawiam), kiedy Phil wypadł za burtę, a Madox pozwolił swojej żonie się po niego wychylić. Sam to zaproponował.
I przez chwilę znowu poczuł narastający w sobie strach, o nią, o jej bezpieczeństwo, ale zaraz odsuwała od niego te myśli dając mu kawałek swojego czekoladowego sufleta.
Znowu to robiła. Uspokajała go. A kiedy już pojedli, kiedy wyłożyli się na swoich fotelach i jeszcze przez chwilę patrzyli sobie w oczy trawiąc chyba gdzieś w środku to wszystko co wydarzyło się w Rio. Układając to w głowach.
Kiedy jej dłoń muskała jego kolano, a ta jego jej ramię.
W końcu odpłynęli...
Sen przyszedł nagle, ale o dziwo był spokojny. Mimo, że żegnali już to szalone Rio de Janeiro i wracali do Kanady. Mimo, że Toronto też zapowiadało się wcale nie kolorowo, to oni spali spokojnie, ze splecionymi ze sobą palcami, na których błyszczały piękne obrączki. Ubrani na czerwono, wymemłani, wykłóceni, zmartwieni, spełnieni. Zakochani w sobie jeszcze bardziej. Jako małżeństwo.
Państwo Noriega.
Niesamowite, że to się stało.
Że im się udało.

Obudził ich dopiero komunikat, że zbliżają się do lądowania.
A Madox nie byłby sobą, gdyby znowu nie ponarzekał, że go zagadała, nakarmiła i usnął, a przez to nic sobie nie przemyślał.
Chuj. Musiał podjąć jakąś decyzję, wiedział to. Ale wiedział też już chyba, że ta kobieta, która przy nim stała, która ściągała za niego walizkę, bo bolała go rączka, i nawijała mu o tym, że będzie musiał ją wymasować, bo zdrętwiała jej szyja, będzie przy nim na dobre i na złe. Nieważne jaką decyzję by podjął.
Oddał klub Lunie, czy mu się sprzeciwił.
Wyłączył tryb samolotowy w telefonie, ale Pati już do niego nie wydzwaniała. A do Luny też nie zamierzał się teraz fatygować.
Bo teraz właśnie po raz pierwszy zawitali w Toronto jako małżeństwo, nie chciał zapierdalać do klubu, bo jednak...
Priorytety.
Zamówili ubera i pojechali do domu, chociaż Madox myślał o tym, żeby poprosić Richa, żeby po nich przyjechał, ale byli z Rosą poza domem. Gaba zresztą też, bo pożyczyła BMW i miała jechać gdzieś za miasto, więc... mieli mieszkanie dla siebie. Musieli to chyba wykorzystać. Chociaż kiedy do niego weszli, to pierwszy witał ich Sombra, jakby nie widział ich rok, a to przecież zaledwie kilka godzin. Przecież Madox przed lotem był jeszcze z nim na codziennej przebieżce w parku. Już mu obiecywał, że jutro też pójdą, a potem karmił go parówkami (skolimkami pewnie).

Adiós Río de Janeiro, hola Toronto ⋆.ೃ࿔*:・