clean up the rot before it digs too deep
: wt paź 20, 2026 10:56 am
Nie obudziłeś mnie.
Przez chwilę miał wrażenie, że usłyszał samego siebie. Ten sam zarzut, ta sama podobna potrzeba natychmiastowego uzupełnienia wszystkich informacji, które świat najwyraźniej ośmielił się zgromadzić podczas ich nieobecności. Jeszcze niedawno sam siedział na brzegu łóżka i próbował ustalić, jakim cudem czterdzieści pięć minut zdążyło zamienić się w całą noc. I pamiętał przy tym też, jak źle przyjął świadomość, że Navarro przez ten czas poradziła sobie bez niego.
Teraz stała przed nim, owinięta kocem, i wyglądała na równie niezadowoloną z faktu, że pozwolił jej odpocząć.
Najwyraźniej zasługiwali na siebie przynajmniej w tej jednej, wyjątkowo upierdliwej kwestii.
Zamknął drzwi, odcinając chłodne powietrze, które weszło do środka razem z nim. Powrót zajął mu trochę więcej czasu, niż początkowo zakładał; nie dlatego, że zabłądził, a dlatego, że marsz przestał być ostatnio czynnością, którą wykonywało się bez zastanowienia. Mimo to dotarł tutaj o własnych siłach, bez nowych dziur w ciele i bez konieczności tłumaczenia komukolwiek, dlaczego potrzebował pomocy.
Całkiem przyzwoity wynik.
— Nie obudziłem — przyznał spokojnie. Kącik ust uniósł mu się odrobinę. — Ty i twoja niska potrzeba snu powinnyście wrócić się jeszcze raz na te wasze treningi, bo wyglądałyście kiepsko.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, później po stoliku. Pusta butelka, rozłożony papier, kilka okruchów pozostałych po jedzeniu. Przyjął ten widok z zadowoleniem, ale nie zamierzał szczególnie się z tym uzewnętrzniać; istniało prawdopodobieństwo, że Navarro, po złości, wyhodowałaby sobie bulimię tylko po to, by odebrać mu tę satysfakcję.
— To wynajęty domek, dziadek był na tyle uprzejmy, że pozwolił nam rozliczyć się gotówką, którą zostawimy mu w środku — odpowiedział, wracając wzrokiem do Navarro. Z pewnością znała go na tyle, że dobrze wiedziała, jak to zaufanie, które okazał mu starszy mężczyzna skończy się dla niego samego. — Nie ma za dużo opcji noclegowych na Alasce. Dziwne, nie rozumiem czemu. Cała ta pizgawica wygląda na idealne miejsce, do którego chciałoby się przyjechać na urlop.
Przy ostatnim zdaniu sięgnął do kieszeni po telefon. Właściwie wszystko, co powiedział do tej pory, było prawdą. Niespecjalnie wymagającą, niewygodną czy nawet interesującą; Resztę z tego, co chciał jej powiedzieć miał przygotowaną wcześniej.
A kłamać potrafił bardzo dobrze.
Przez lata pracował przecież z prawdą w jej najmniej przyzwoitej postaci; kupowaną, sprzedawaną, wydzieraną ludziom. Widział, ile potrafiła kosztować i jak rzadko ktokolwiek naprawdę chciał dostać ją w całości. Ludzie zwykle mieli już własne wyobrażenie o tym, co się wydarzyło. Czasem potrzebowali potwierdzenia, czasem szczegółu, który pozwoli im przestać zadawać pytania, a czasem po prostu kogoś, kto weźmie na siebie odpowiedzialność za resztę.
Navarro zostawiła mu tę możliwość jeszcze zanim zasnęła.
Chciała wykonać telefon. Chciała wiedzieć, że podjęta przez nią decyzja nie skończyła się źle; że mężczyzna wróci do rodziny ze znacznie mniej przyjemnymi wspomnieniami, ale jednak wróci. Ż y w y. Nie widział żadnej korzyści w odbieraniu jej tej wersji wydarzeń. Cała reszta została w lesie i właśnie tam powinna pozostać, zamiast jechać z nimi dalej, zajmować kolejne godziny, odbierać jej sen a jego przy okazji zmuszać go do ponownego tłumaczenia rzeczy, które z jego perspektywy były już załatwione.
Mógł się tym zająć, w jej własnym rozumieniu tego stwierdzenia również.
— Zadzwoniłem też w sprawie twojego bohatera — dodał, odkładając wyłączony telefon na stół. — Mają kogoś wysłać na miejsce, więc pewnie za jakiś czas wróci do domu a ty będziesz mogła przestać się o niego zamartwiać. — Powiedział to zwyczajnie, wciąż na nią patrząc. — Jeszcze trochę i zrobiłbym się zazdrosny — dodał, w ramach suchego ż a r t u.
Kłamstwo nie uwierało go bardziej przez to, że kierował je właśnie do niej. Podjął decyzję, która oszczędzała im problemów; podjął również drugą, żeby Navarro nie musiała rozbierać pierwszej na kawałki.
— Ubrania są w torbie — powiedział, wskazując ją krótkim ruchem głowy. — Jedzenie też, jeśli jeszcze jesteś głodna. — Odsunął krzesło od stołu i usiadł, pilnując przy tym, żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie. Bok pociągnął go bólem, który przeczekał, rozprostowując nogi pod blatem, zanim ponownie podniósł wzrok na Navarro. — Nawet gacie załatwiłem ci nowe — dodał. — Nie ekscytuj się tylko, bo to Walmart a nie Victoria’s Secret, bardzo mi przykro. — Co nie zmieniało faktu, że gdyby chciała, mogłaby zrobić całkiem podobny pokaz bielizny. — Miejmy więc nadzieję, że ten twój przyjaciel nie będzie wybredny — rzucił, sięgając do kieszeni po paczkę z papierosami. Przytyk przyszedł niby naturalnie, ale osiadł żółcią gdzieś w jego przełyku.
Głupota.
Przełknął ślinę i wepchnął papierosa pomiędzy wargi, czym prędzej chcąc zastąpić nieprzyjemny posmak własnych słów dymem.
walmart's angel
Przez chwilę miał wrażenie, że usłyszał samego siebie. Ten sam zarzut, ta sama podobna potrzeba natychmiastowego uzupełnienia wszystkich informacji, które świat najwyraźniej ośmielił się zgromadzić podczas ich nieobecności. Jeszcze niedawno sam siedział na brzegu łóżka i próbował ustalić, jakim cudem czterdzieści pięć minut zdążyło zamienić się w całą noc. I pamiętał przy tym też, jak źle przyjął świadomość, że Navarro przez ten czas poradziła sobie bez niego.
Teraz stała przed nim, owinięta kocem, i wyglądała na równie niezadowoloną z faktu, że pozwolił jej odpocząć.
Najwyraźniej zasługiwali na siebie przynajmniej w tej jednej, wyjątkowo upierdliwej kwestii.
Zamknął drzwi, odcinając chłodne powietrze, które weszło do środka razem z nim. Powrót zajął mu trochę więcej czasu, niż początkowo zakładał; nie dlatego, że zabłądził, a dlatego, że marsz przestał być ostatnio czynnością, którą wykonywało się bez zastanowienia. Mimo to dotarł tutaj o własnych siłach, bez nowych dziur w ciele i bez konieczności tłumaczenia komukolwiek, dlaczego potrzebował pomocy.
Całkiem przyzwoity wynik.
— Nie obudziłem — przyznał spokojnie. Kącik ust uniósł mu się odrobinę. — Ty i twoja niska potrzeba snu powinnyście wrócić się jeszcze raz na te wasze treningi, bo wyglądałyście kiepsko.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, później po stoliku. Pusta butelka, rozłożony papier, kilka okruchów pozostałych po jedzeniu. Przyjął ten widok z zadowoleniem, ale nie zamierzał szczególnie się z tym uzewnętrzniać; istniało prawdopodobieństwo, że Navarro, po złości, wyhodowałaby sobie bulimię tylko po to, by odebrać mu tę satysfakcję.
— To wynajęty domek, dziadek był na tyle uprzejmy, że pozwolił nam rozliczyć się gotówką, którą zostawimy mu w środku — odpowiedział, wracając wzrokiem do Navarro. Z pewnością znała go na tyle, że dobrze wiedziała, jak to zaufanie, które okazał mu starszy mężczyzna skończy się dla niego samego. — Nie ma za dużo opcji noclegowych na Alasce. Dziwne, nie rozumiem czemu. Cała ta pizgawica wygląda na idealne miejsce, do którego chciałoby się przyjechać na urlop.
Przy ostatnim zdaniu sięgnął do kieszeni po telefon. Właściwie wszystko, co powiedział do tej pory, było prawdą. Niespecjalnie wymagającą, niewygodną czy nawet interesującą; Resztę z tego, co chciał jej powiedzieć miał przygotowaną wcześniej.
A kłamać potrafił bardzo dobrze.
Przez lata pracował przecież z prawdą w jej najmniej przyzwoitej postaci; kupowaną, sprzedawaną, wydzieraną ludziom. Widział, ile potrafiła kosztować i jak rzadko ktokolwiek naprawdę chciał dostać ją w całości. Ludzie zwykle mieli już własne wyobrażenie o tym, co się wydarzyło. Czasem potrzebowali potwierdzenia, czasem szczegółu, który pozwoli im przestać zadawać pytania, a czasem po prostu kogoś, kto weźmie na siebie odpowiedzialność za resztę.
Navarro zostawiła mu tę możliwość jeszcze zanim zasnęła.
Chciała wykonać telefon. Chciała wiedzieć, że podjęta przez nią decyzja nie skończyła się źle; że mężczyzna wróci do rodziny ze znacznie mniej przyjemnymi wspomnieniami, ale jednak wróci. Ż y w y. Nie widział żadnej korzyści w odbieraniu jej tej wersji wydarzeń. Cała reszta została w lesie i właśnie tam powinna pozostać, zamiast jechać z nimi dalej, zajmować kolejne godziny, odbierać jej sen a jego przy okazji zmuszać go do ponownego tłumaczenia rzeczy, które z jego perspektywy były już załatwione.
Mógł się tym zająć, w jej własnym rozumieniu tego stwierdzenia również.
— Zadzwoniłem też w sprawie twojego bohatera — dodał, odkładając wyłączony telefon na stół. — Mają kogoś wysłać na miejsce, więc pewnie za jakiś czas wróci do domu a ty będziesz mogła przestać się o niego zamartwiać. — Powiedział to zwyczajnie, wciąż na nią patrząc. — Jeszcze trochę i zrobiłbym się zazdrosny — dodał, w ramach suchego ż a r t u.
Kłamstwo nie uwierało go bardziej przez to, że kierował je właśnie do niej. Podjął decyzję, która oszczędzała im problemów; podjął również drugą, żeby Navarro nie musiała rozbierać pierwszej na kawałki.
— Ubrania są w torbie — powiedział, wskazując ją krótkim ruchem głowy. — Jedzenie też, jeśli jeszcze jesteś głodna. — Odsunął krzesło od stołu i usiadł, pilnując przy tym, żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie. Bok pociągnął go bólem, który przeczekał, rozprostowując nogi pod blatem, zanim ponownie podniósł wzrok na Navarro. — Nawet gacie załatwiłem ci nowe — dodał. — Nie ekscytuj się tylko, bo to Walmart a nie Victoria’s Secret, bardzo mi przykro. — Co nie zmieniało faktu, że gdyby chciała, mogłaby zrobić całkiem podobny pokaz bielizny. — Miejmy więc nadzieję, że ten twój przyjaciel nie będzie wybredny — rzucił, sięgając do kieszeni po paczkę z papierosami. Przytyk przyszedł niby naturalnie, ale osiadł żółcią gdzieś w jego przełyku.
Głupota.
Przełknął ślinę i wepchnął papierosa pomiędzy wargi, czym prędzej chcąc zastąpić nieprzyjemny posmak własnych słów dymem.
walmart's angel