Strona 18 z 18

clean up the rot before it digs too deep

: wt paź 20, 2026 10:56 am
autor: Robin Visser
Nie obudziłeś mnie.
Przez chwilę miał wrażenie, że usłyszał samego siebie. Ten sam zarzut, ta sama podobna potrzeba natychmiastowego uzupełnienia wszystkich informacji, które świat najwyraźniej ośmielił się zgromadzić podczas ich nieobecności. Jeszcze niedawno sam siedział na brzegu łóżka i próbował ustalić, jakim cudem czterdzieści pięć minut zdążyło zamienić się w całą noc. I pamiętał przy tym też, jak źle przyjął świadomość, że Navarro przez ten czas poradziła sobie bez niego.
Teraz stała przed nim, owinięta kocem, i wyglądała na równie niezadowoloną z faktu, że pozwolił jej odpocząć.
Najwyraźniej zasługiwali na siebie przynajmniej w tej jednej, wyjątkowo upierdliwej kwestii.
Zamknął drzwi, odcinając chłodne powietrze, które weszło do środka razem z nim. Powrót zajął mu trochę więcej czasu, niż początkowo zakładał; nie dlatego, że zabłądził, a dlatego, że marsz przestał być ostatnio czynnością, którą wykonywało się bez zastanowienia. Mimo to dotarł tutaj o własnych siłach, bez nowych dziur w ciele i bez konieczności tłumaczenia komukolwiek, dlaczego potrzebował pomocy.
Całkiem przyzwoity wynik.
— Nie obudziłem — przyznał spokojnie. Kącik ust uniósł mu się odrobinę. — Ty i twoja niska potrzeba snu powinnyście wrócić się jeszcze raz na te wasze treningi, bo wyglądałyście kiepsko.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, później po stoliku. Pusta butelka, rozłożony papier, kilka okruchów pozostałych po jedzeniu. Przyjął ten widok z zadowoleniem, ale nie zamierzał szczególnie się z tym uzewnętrzniać; istniało prawdopodobieństwo, że Navarro, po złości, wyhodowałaby sobie bulimię tylko po to, by odebrać mu tę satysfakcję.
— To wynajęty domek, dziadek był na tyle uprzejmy, że pozwolił nam rozliczyć się gotówką, którą zostawimy mu w środku — odpowiedział, wracając wzrokiem do Navarro. Z pewnością znała go na tyle, że dobrze wiedziała, jak to zaufanie, które okazał mu starszy mężczyzna skończy się dla niego samego. — Nie ma za dużo opcji noclegowych na Alasce. Dziwne, nie rozumiem czemu. Cała ta pizgawica wygląda na idealne miejsce, do którego chciałoby się przyjechać na urlop.
Przy ostatnim zdaniu sięgnął do kieszeni po telefon. Właściwie wszystko, co powiedział do tej pory, było prawdą. Niespecjalnie wymagającą, niewygodną czy nawet interesującą; Resztę z tego, co chciał jej powiedzieć miał przygotowaną wcześniej.
A kłamać potrafił bardzo dobrze.
Przez lata pracował przecież z prawdą w jej najmniej przyzwoitej postaci; kupowaną, sprzedawaną, wydzieraną ludziom. Widział, ile potrafiła kosztować i jak rzadko ktokolwiek naprawdę chciał dostać ją w całości. Ludzie zwykle mieli już własne wyobrażenie o tym, co się wydarzyło. Czasem potrzebowali potwierdzenia, czasem szczegółu, który pozwoli im przestać zadawać pytania, a czasem po prostu kogoś, kto weźmie na siebie odpowiedzialność za resztę.
Navarro zostawiła mu tę możliwość jeszcze zanim zasnęła.
Chciała wykonać telefon. Chciała wiedzieć, że podjęta przez nią decyzja nie skończyła się źle; że mężczyzna wróci do rodziny ze znacznie mniej przyjemnymi wspomnieniami, ale jednak wróci. Ż y w y. Nie widział żadnej korzyści w odbieraniu jej tej wersji wydarzeń. Cała reszta została w lesie i właśnie tam powinna pozostać, zamiast jechać z nimi dalej, zajmować kolejne godziny, odbierać jej sen a jego przy okazji zmuszać go do ponownego tłumaczenia rzeczy, które z jego perspektywy były już załatwione.
Mógł się tym zająć, w jej własnym rozumieniu tego stwierdzenia również.
— Zadzwoniłem też w sprawie twojego bohatera — dodał, odkładając wyłączony telefon na stół. — Mają kogoś wysłać na miejsce, więc pewnie za jakiś czas wróci do domu a ty będziesz mogła przestać się o niego zamartwiać. — Powiedział to zwyczajnie, wciąż na nią patrząc. — Jeszcze trochę i zrobiłbym się zazdrosny — dodał, w ramach suchego ż a r t u.
Kłamstwo nie uwierało go bardziej przez to, że kierował je właśnie do niej. Podjął decyzję, która oszczędzała im problemów; podjął również drugą, żeby Navarro nie musiała rozbierać pierwszej na kawałki.
— Ubrania są w torbie — powiedział, wskazując ją krótkim ruchem głowy. — Jedzenie też, jeśli jeszcze jesteś głodna. — Odsunął krzesło od stołu i usiadł, pilnując przy tym, żeby nie zrobić tego zbyt gwałtownie. Bok pociągnął go bólem, który przeczekał, rozprostowując nogi pod blatem, zanim ponownie podniósł wzrok na Navarro. — Nawet gacie załatwiłem ci nowe — dodał. — Nie ekscytuj się tylko, bo to Walmart a nie Victoria’s Secret, bardzo mi przykro. — Co nie zmieniało faktu, że gdyby chciała, mogłaby zrobić całkiem podobny pokaz bielizny. — Miejmy więc nadzieję, że ten twój przyjaciel nie będzie wybredny — rzucił, sięgając do kieszeni po paczkę z papierosami. Przytyk przyszedł niby naturalnie, ale osiadł żółcią gdzieś w jego przełyku.
Głupota.
Przełknął ślinę i wepchnął papierosa pomiędzy wargi, czym prędzej chcąc zastąpić nieprzyjemny posmak własnych słów dymem.
walmart's angel

clean up the rot before it digs too deep

: śr paź 21, 2026 5:25 pm
autor: Bianca Navarro
Wierzyła w to, że wyglądała kiepsko. Pewnie ten stan nieszczególnie się zmienił na przestrzeni zaledwie dwóch, trzech godzin, które spędziła śpiąc, ale nawet ta rozbudowana drzemka była wystarczająca by poczuła się odrobinę lepiej.
Może nie dobrze, ale l e p i e j.
Chciała być częścią tego wszystkiego - robienia zakupów, szukania miejsca, w którym mogliby się zatrzymać, a może upartego parcia naprzód by może jeszcze dziś dotrzeć do domu Rydera, dlatego świadomość tego, że zrobił to wszystko za nią, z początku obudziła w niej sprzeciw. Gdzieś pod nim za to chowała się ulga - ulga, że to wszystko było zrobione, załatwione.
Ulga, która uświadomiła jej, że jedyny powód, dla którego chciała to wszystko robić sama leżał w tym, że ten plan był jej - a ona przywykła do tego, że ludzie zwykle wraz z kontrolą oddawali też odpowiedzialność. Nie dziwiłoby jej, gdyby Visser uznał, że skoro robili to, co chciała ona, to ona powinna się tymi rzeczami zająć.
Tymczasem zrobił coś zupełnie odwrotnego. Coś, od czego wraz z poczuciem ulgi w jej wnętrzu rozlało się coś ciepłego i przyjemnego, choć palce w kontraście wpiły się w koc, którym się owinęła.
- Pamiętałeś, która to była droga? - upewniła się, zerkając na zegarek. Niezbyt długi czas mężczyzna spędził na zimnie, w kurtce, wilki chyba bardziej grasowały nocą w lasach, choć nieszczególnie się na tym znała. Mimo tego, jej umysł szukał dziur, czegoś, o czym mogła zapomnieć, nie pomyśleć, coś, co może musieli jakoś naprawić. - Myślisz, że go znajdą zanim zajdzie słońce?
W tym wszystkim nawet nie zwróciła uwagi na jego przytyk o zazdrości. Wrócił do niej dopiero gdy wskazywał torbę i tłumaczył się z ostatnich godzin, spędzonych na kupowaniu rzeczy - w tym kupowaniu jej ubrań.
Z jakiegoś powodu znów zrobiło jej się gorąco i była przekonana, że odbiło się to na jej bladej skórze rumieńcem, którego zdecydowanie nie powinna prezentować gdy mówił o rzeczach tak praktycznych - nawet jeśli robił to w tak złośliwy sposób.
- Mój przyjaciel nie będzie oceniał ubrań, które mi kupiłeś, ale dziękuję za troskę - warknęła w odpowiedzi, czując głęboką potrzebę umknięcia przed jego spojrzeniem i doprowadzenia się do prysznica.
Wyminęła go i chwyciła za torbę. Łazienka była jedna, prawdopodobnie powinna mu ją oddać biorąc pod uwagę to, że ona miała wcześniej inne okazje na doświadczenie prysznica, ale w tej chwili szybciej było po prostu zniknąć za drzwiami i uciąć ten niepokojący temat konwersacji.
Z torbą w dłoni i kocem wciąż owiniętym wokół siebie, zatrzymała się w przejściu i odwróciła w jego stronę, świadoma tego, że, złośliwy czy nie, zasługiwał na okazanie mu wdzięczności - wdzięczności, którą czułą całą sobą, choć niekoniecznie chciała ją okazywać.
- Jesteś bardzo uczynny jak na taką wredotę - rzuciła więc, w sposób całkowicie upośledzony ją okazując. Wrzuciła torbę do łazienki i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, mocniej owijając się kocem. - Dziękuję - dodała, chyba już po raz kolejny tego dnia. Musiała przestać, bo jeszcze utwierdzi go w przekonaniu, że robił wszystko za nią. - Nigdy więcej nie używaj słowa gacie.
Odpoczynek był dobry, całkiem przyjemny, nawet jeśli przecięty niezbyt przyjemnymi snami.
Był jednak nieporównywalnie gorszy od prysznica, choć ten również posiadał swoje mankamenty. Zdjęcie z siebie ubrań z pominięciem możliwie jak największej liczby otarć i drobnych ran na jej skórze stanowiło wyzwanie zarówno dla odporności, jak i jej cierpliwości, gdy zaś uderzyła w nią gorąca woda, z początku musiała zdusić własny syk dyskomfortu.
Później musiała powstrzymać łzy szczęścia, pchające się pod jej powieki gdy wystawiała twarz na działanie kojącej, ciepłej wody. Powieki, które przymknęła, dostrzegając ożywający pod wpływem wilgoci szkarłat spływający z jej ciała po białych kafelkach, którego nie chciała widzieć. Miała dość widoku krwi zarówno na sobie, jak i na wszystkich innych.
Przywodził na myśl wbity w klatkę piersiową odłamek szkła i to nieznośne rzężenie wydobywające się z przebitych przez niego płuc.
Spędziła w łazience nieprzyzwoitą ilość czasu, biorąc pod uwagę to, że nie była jedyną osobą chętną do skorzystania z jej uroków, była jednak skłonna znieść złośliwości z jego strony - gorąca woda, m y d ł o i s z a m p o n nieśmierdzące najtańszymi kosmetykami z moteli były tego wszystkiego warte.
Gdy wreszcie wyszła na zewnątrz, pomieszczenie wypełniała para. Sięgnęła do torby, którą jej wręczył i wsunęła na siebie bieliznę, gdy jednak napotkała wzrokiem dżinsy i koszulkę zdecydowanie zbyt obcisłą jak na jej obecny poziom dyskomfortu i otarć po spotkaniu z betonem, zamiast nich wsunęła na siebie zbyt dużą, męską koszulkę, z której zdarła metkę.
Zakładała, że kupił sobie więcej niż jedną. Przecież, zresztą, nie zamierzała spać w dżinsach.
- Jest cała twoja - mruknęła wychodząc na zewnątrz, do chłodu panującego w domku uderzającego w kontraście w jej wilgotną skórę i wciąż ociekające wodą, czyste włosy. Wyniosła z łazienki własne ubrania - a raczej to, co z nich zostało - i bezceremonialnie wsadziła je prosto do kuchennego śmietnika.
Dopiero gdy zniknął za drzwiami, spędziła więcej czasu rozglądając się po miejscu, w którym utknęli na najbliższe parę godzin. Tak naprawdę powinni skorzystać z chwilowej wolności od ogona i pruć nadal na północ, by znaleźć się jak najszybciej w docelowym miejscu, ale jej ciało nie kwapiło się do wychodzenia na zewnątrz.
Kwapiło się za to do rozpalenia w kominku na widok ciężkich kropli deszczu znów uderzających o szybę. Do przejrzenia szafek i znalezienia antycznej butelki alkoholu, który wyglądał na pędzony własnoręcznie i musiał być paskudny jak noc. Do zajęcia miejsca przy stoliku z przeterminowaną gazetą i prawdopodobnie wybrakowanym zestawem kart do pokera, z których pewnie mogłaby ułożyć sobie pasjansa.
Jak nazwa sugerowała, byłby to pasjonujący sposób na wypoczynek.

the suspect is acting suspiciously generous

clean up the rot before it digs too deep

: śr paź 21, 2026 8:42 pm
autor: Robin Visser
— Nie, podałem im przypadkową drogę. Lubię utrudniać ludziom życie — odpowiedział, unosząc na nią spojrzenie. Papierosa zatrzymał na chwilę przy ustach, pozwalając, żeby resztę komentarza dopowiedział wyraz jego twarzy. — Poradzą sobie, Navarro.
Mogłaby już odpuścić. Mieli sprawę samochodu za sobą, dach nad głową i wystarczająco dużo czasu, żeby zająć się czymś przyjemniejszym niż roztrząsanie dalszych losów obcego chłopa. Z jego perspektywy sprawa była zakończona; pozbawiona paru niewygodnych szczegółów, które Navarro z pewnością chciałaby do niej dołożyć, ale właśnie dzięki temu rozwiązana s k u t e c z n i e.
I to było najważniejsze w ich sytuacji.
Do wredoty miał przygotowaną odpowiedź – przede wszystkim należałoby wskazać, że nie był to szczyt jej umiejętności w obrażaniu go. Było to porównywalnie dobre, co nazwanie jej głupią jak but. Z tym jej dziękuję poszło mu odrobinę gorzej. Zatrzymało go to z papierosem w połowie drogi do ust. Spojrzał na nią; na palce przytrzymujące koc pod brodą, na twarz, z której powoli schodziło to paskudne zmęczenie. Nadal wyglądała kiepsko, choć odrobinę mniej i najwyraźniej to było w stanie sprawić, żeby przez chwilę był z siebie całkiem zadowolony.
— Gacie — powtórzył uprzejmie, zanim zdążyła zamknąć drzwi. Kącik jego ust wrócił na właściwe miejsce.
Przez czas, który spędziła pod prysznicem, zdążył wypalić papierosa i parę razy zmienić pozycję, za każdym razem odkrywając, że poprzednia wcale nie była taka zła. W końcu przestał się wiercić. Został ze spojrzeniem wbitym w okno, za którym znowu zaczęło padać, i z tą wyjątkowo mało ambitną myślą, że dzisiaj mógłby już nigdzie nie iść.
Najchętniej również jutro; najlepiej nie w towarzystwo faceta, o którym nie wiedział zupełnie nic, z kolei Navarro nieco za wiele i vice versa w jej stronę.
Podniósł głowę na odgłos otwieranych drzwi i przez moment zatrzymał na niej wzrok, zbierając drobiazgi, które gorąca woda wyciągnęła spod ostatnich kilku dni. Skóra na policzkach nabrała koloru; mokre włosy ściemniały i rozdzielały się na pojedyncze pasma, z których jedno przykleiło się do szyi. Przy kołnierzu koszulki powoli rozchodziła się niewielka plama wilgoci.
Koszulka stanowczo za duża jak na nią. Ergo – j e g o koszulka. Nawet jeśli formalnie nigdy jej nie założył.
Spojrzenie przesunęło mu się niżej, po luźnym materiale opadającym na biodra, nagich udach i wilgotnej jeszcze skórze. Zatrzymało się na chwilę przy kolanie, potem wróciło wyżej; niespiesznie, niemal bezczelnie, choć bez śladu uśmiechu na twarzy. Nie powiedział nic, jedynie zebrał się i przeszedł do łazienki, wychodząc na spotkanie ze swoim upragnionym prysznicem.
W łazience nadal było ciepło i wilgotno; lustro zdążyło zaparować tak skutecznie, że oszczędziło mu bliższego spotkania z własną twarzą. Docenił to.
Rozbieranie zajęło mu irytująco dużo czasu, zaś pierwszy kontakt z gorącą wodą zmusił do oparcia dłoni o kafelki i wypuszczenia powietrza przez zaciśnięte zęby. Ustawił się pod strumieniem ostrożniej, osłaniając opatrunek przed strumieniem, później pochylił głowę.
I przez chwilę po prostu stał, pozwalający aby woda spływała mu po karku i plecach, rozgrzewając mięśnie, które od kilku dni istniały wyłącznie po to, żeby go napierdalać. Mógł odkręcić kurek mocniej. Mógł przymknąć oczy. Mógł nawet zużyć trochę więcej mydła, niż było konieczne, i nikt nie próbował go przy tym zastrzelić.
I to już był luksus.
Jakże nisko upadł, aby tak myśleć.
Gdy wyszedł z łazienki, którą opuścił wyłącznie przez strajk bojlera, miał na sobie g a c i e i szare spodnie dresowe – praktyczny wybór dla niego samego i na sen – by nie straszyć Navarro swoją golizną – oraz na dzień.
Piwo kupił przy okazji pozostałych zakupów, korzystając z tego, że osoba odpowiedzialna za pilnowanie ich budżetu akurat spała. Kolejny zupełnie zbędny wydatek, który przy chłodniejszej ocenie sytuacji nadal uważał za całkiem potrzebny. Otworzył je o blat kuchenny i upił pierwszy łyk, znów klasyfikując tak banalne doznanie jako luksus.
Regres.
Dopiero później odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko niej, ostrożnie wyciągając nogi pod stolikiem. Z bliska widział pojedynczą kroplę zatrzymaną przy końcu mokrego pasma włosów. Obserwował jak spadła na koszulkę, zanim przeniósł spojrzenie na karty.
— Chcesz, żebym skopał ci dupę? — zasugerował, przesuwając jednocześnie butelkę po blacie w jej stronę, w ramach niewypowiedzianej propozycji. — Możesz rozdać, liczę że w końcu przestaniesz mi zarzucać, że oszukuję. — Bo oszukiwał. Ale nigdy mu tego nie udowodniła, więc to tak, jakby jednak wcale nie oszukiwał. — Z czym wchodzisz? Łaskawie zgodzę się, żebyś postawiła swoje g a c i e — dodał, przyciągając z powrotem chłodne szkło.
call me two-faced bitch

clean up the rot before it digs too deep

: śr paź 21, 2026 10:45 pm
autor: Bianca Navarro
Jak niewiele było potrzeba by odzyskała choć odrobinę komfortu.
W teorii osiągnęła to dużo wcześniej - miała swój samochód, miała kradziony telefon, miała cel przed sobą. Każdy odwiedzany przez nią motel oferował komfort czterech ścian, prysznic i normalne łóżko - nie musiała, jak niektórzy, tkwić przez pięć dni w samochodzie. Robiła zakupy, jadła byle co, mogła umyć się, przebrać, wyspać we względnym bezpieczeństwie i prywatności.
Bezpieczeństwie, które było do pewnego stopnia czystą iluzją - nie tylko wtedy, gdy faktycznie ją znaleziono.
Cały ten czas spędziła w świadomości tego, że była sama - co oznaczało również, że polegała wyłącznie na własnym sprycie, własnych zmysłach i własnej zdolności przetrwania. Przez pięć dni miała gorącą wodę i łóżko, ale miała też nieustanne przeczucie, że ktoś za rogiem, ktoś za nią podąża i ciągle ją obserwuje bo obserwował.
W teorii wszystko teraz było dokładnie takie same.
W praktyce nagle zdobyła komfort, który wcześniej wydawał się całkowicie nieosiągalny - a jego źródło chowało się w jednostajnym szumie wody, wydobywającym zza zamkniętych drzwi łazienki.
Wbrew temu, co jego zdaniem ciągle mu zarzucała, wierzyła, że Visser jest kompetentnym człowiekiem. Ba! Wiedziała, że był w tym dużo lepszy od niej - w zdobywaniu rzeczy, których potrzebował, w unikaniu przedstawicieli prawa i konsekwentnym parciu do celu.
Jeśli on był w stanie się zrelaksować, odpocząć, jakoś podświadomie i ona potrafiła to zrobić - a gdy on zerkał przez ramię, odruchowo zerkała również ona.
Gazeta w jej dłoniach była datowana na zimę zeszłego roku i nie zawierała zbyt interesujących artykułów, była jednak skłonna przeczytać je teraz od deski do deski. Była czymś normalnym, a Navarro zapomniała jak normalne było poczucie nudy i potrzeba jej zabicia. W ciągu ostatniego tygodnia słowo "zabić" leżało zdecydowanie zbyt blisko niej, ale nuda była ostatnim celem na ich długiej liście.
Alkohol za to okazał się równie paskudny, jak obiecywała jego obskurna butelka.
Zgadywała, że był to domowej roboty bimber, z pewnością pędzony przez dziadka, od którego "wynajmowali" ten domek - dziadka, który być może zostawił butelkę jako wspaniałomyślny podarunek dla gości, lecz z jakiegoś powodu nie została przez nich zabrana. Może każda, kolejna osoba będąca w tym miejscu upijała łyk, jak i ona, po czym natychmiast się poddawała.
Gdy jednak oczy przestały jej łzawić, dolała sobie więcej do szklanki - czystej! Alkohol rozgrzewał od środka, a jego paskudny smak w jakiś pokrętny sposób stanowił wybitne odwrócenie uwagi od szarpania jej barku.
Była zawieszona nad artykułem na temat domniemanego spożywania ozempicu przez którąś z Kardashianek gdy szum wody ustał, sygnalizując niechybne wyjście mężczyzny z łazienki. Przywykła do tego dźwięku, jak i do świadomości tego, że była sama - choć nie była. Jej ciało napięło się lekko, palce mocniej zacisnęły na papierze trzymanym w dłoniach.
Gdy parę minut później wyszedł, z uporem wpatrywała się w to samo zdanie, które przeczytała już dwadzieścia razy. Nie zostawiło po sobie żadnego śladu ani wtedy, gdy wyłączył wodę, ani gdy jego półnaga sylwetka mignęła w polu jego widzenia, ani gdy usłyszała brzdęk kapsla z otwieranego piwa.
Ani tym bardziej, gdy uniosła spojrzenie znad gazety, zatrzymując je na siadającym naprzeciw mężczyźnie.
Chciałaby, by jej wzrok był jej bardziej posłuszny. Nie rozumiała, dlaczego najpierw dostrzegł refleksy ognia buzującego w kominku, odbite w jego ciemnych oczach. Usta, przy których pojawiła się butelka gdy upił łyk. Dłoń zaciśniętą na ciemnej butelce, z biegnącymi przez nią wypukłościami żył.
Na zdecydowanie zbyt nagim torsie.
Na końcu języka miała przytyk, że znów paradował w ten sposób z własnej zachcianki i niczyjej innej - do tego stopnia, że jej usta rozchyliły się lekko, gotowe go zwerbalizować, nim przypomniała sobie, że koszulkę przeznaczoną dla niego właśnie miała na sobie.
Więc je zamknęła.
Zamknęła gazetę, pozbawiając się niepowtarzalnej szansy przeczytania werdyktu wobec nagłej utraty wagi Kim Kardashian (chyba). Jej wzrok zsunął się na karty, o których zapomniała gdy tylko zniknęły z jej pola widzenia i na czyhającą nad nimi propozycję.
Odmówiła wyciągniętego w jej stronę piwa. Tkwiąca na stole butelka i szklanka z pewnością nie były lepszą alternatywą, ale z jakiegoś powodu pociągnięcie z tego samego naczynia, które wcześniej tkwiło przy jego ustach wydawało jej się przekroczeniem granicy.
Jakby nie robili tego tysiące razy.
Zamiast tego upiła łyk paskudnego bimbru i niemal się nie skrzywiła tym razem. Jeszcze parę i będzie w stanie wypić całą butelkę.
- Dlaczego miałabym grać ze znanym oszustem? - odrzuciła niedbale, ale kącik jej ust pomknął ku górze bez zastanowienia. Odstawiła gazetę na bok i sięgnęła po talię, przeliczając ją na oko. Może żadnych nie brakowało. - Nie jestem tak zdesperowana, mam mnóstwo innych rzeczy - dodała beztrosko, plując sobie w brodę, że w ogóle wspomniała o słowie gacie, bo teraz będzie wyłącznie o nim słyszeć. - Mogę postawić... - zamyśliła się, chwytając za gazetę i zerkając na numer. - Magazyn People z grudnia 2025.
Odrzuciła gazetę na środek i przeniosła swoje skupienie na karty. Tasując je, mogła mieć jakieś minimum gwarancji, że przynajmniej na samym początku jej nie orżnie.
- Twoja kolej - dodała zaczepnie, świadoma tego, że w ich obecnym położeniu mogli przejść przez wszystkie posiadane przez nich dobra materialne bardzo szybko.

love the way you lie, as the one song goes