bajo el cielo de río, contigo siempre ❤︎
: ndz lip 26, 2026 11:10 am
trigger warning
przekleństwa, dużo, bo madox się obsrał, że zostanie ojcem, trzeba mu wybaczyćMadox się wyspał, przeciągnął się w fotelu, ale jego ciemne spojrzenie cały czas uciekało gdzieś do twarzy jego żony, odpłynęły z niej wszystkie kolory, wyglądała na strutą. Może to ta czekolada, którą się objadali?
A może to, że musieli wrócić do Toronto?
- Wyjebane, przecież klub i tak jest zjarany, więc czy zajrzę tam teraz, czy rano, nie zrobi już różnicy - nie wspomniał już o Lunie, chociaż do niego też się musiał odezwać. Podjąć decyzję. Ale w tym momencie już wspinali się po schodach do swojego mieszkania, a Madox niósł ich walizkę i już nie narzekał, że go rączka boli.
Priorytety... a ten, który teraz, i zawsze, był dla niego najważniejszy, właśnie otwierał drzwi do mieszkania kluczem z breloczkiem w kształcie papryczki czili.
Przywitali psa, który oszalał na ich widok, a Madox nawet chciał z nim wylądować w parterze, żeby się posiłować i pobawić, ale Pilar kazała mu czekać. Poderwał do góry głowę i wbił w nią spojrzenie.
- Co? - wyprostował się stając przed nią, a ciemne tęczówki przesunęły się po jej bladej twarzy - o czym? - pytał od razu. Bo skoro nie powiedziała mu w samolocie, kiedy on się przed nią otwierał, to co to było? Skoro czekała z tym aż wylądują w Toronto, aż na spokojnie, chociaż u nich nie dało się na spokojnie, wejdą do mieszkania - o co chodzi? - ponaglił ją jeszcze, a zaraz już sięgał do niej, opierając wytatuowane palce na jej biodrach, marszcząc nimi materiał poniszczonej sukienki. Uniósł jedną brew na jej kolejne słowa, dowiedziała się przed wylotem. Okej… ale o czym?
Już miał jej mówić, że do brzegu Pilar, ale wtedy zacisnęła palce na jego dłoni.
Jestem...
Wyrwała mu się i popędziła do łazienki, a Madox przez chwilę stał w miejscu, no bo co była? A po drugie co aż tak nie mogło poczekać zanim mu nie powie? Słyszał co. Bo zaraz do jego uszu dotarło to, jak wymiotowała i już miał do niej iść, oprzeć się o framugę łazienkowych drzwi z miną a nie mówiłem, bo przecież jej mówił, żeby w samolocie nie wpychała w siebie tyle czekolady. Ale jeszcze odwrócił się w kuchni, żeby odłożyć na blat smaczki Sombry, które miał w kieszeni spodni, musiał je położyć wyżej, żeby pies ich nie ściągnął. Był szkolony, ale na smaczki i tak bardzo wyczulony. Sięgnął na lodówkę, a wtedy rzucił mu się w oczy jakiś wydruk. Trochę wygięty, wymiętolony, ale przedstawiał.
Co to kurwa właściwie było?
Jakieś zdjęcie USG. Madox aż przechylił na bok głowę przyglądając się mu. A zaraz złapał go w palce.
Miał kurewsko złe przeczucia, modlił się w duchu, żeby okazało się, że Ricz ma jakiegoś guza. Nie no nie życzył tego kuzynowi, ale to by było lepsze niż...
Płód rozwija się prawidłowo...
Co kurwa? To Rosy, na pewno to Rosy. Szósty tydzień. Nie to nie Rosy. To nie Rosy.
Kurwakurwakurwakurwakurwa.
Stanął nad kuchenną szafką obracając papier w palcach. Ale jak na złość nie było tam żadnego nazwiska. Tylko kurwa jebitne zdjęcie, dziecka? To nawet nie wyglądało jak dziecko, jakiś glut. Fasolka z rączkami, co to jest? A przede wszystkim czyje to jest?
Bo przecież nie Pilar…
I wtedy do niego dotarło, uderzyło go to jakby ktoś spuścił mu na łeb wiadro pełne cementu, trzy cegły, albo pierdolony pociąg. Aż musiał przytrzymać się ręką blatu, bo by go chyba ścięło z nóg. To chciała mu powiedzieć Pilar? Że jest w ciąży? I dowiedziała się przed wylotem? I mu nie powiedziała? Czemu mu kurwa nie powiedziała?
Bo by nie wziął z nią ślubu, tylko spierdolił do Kolumbii?
Może nie.
Może nie jest.
Ale rzyga, teraz w kiblu rzyga, jak te wszystkie baby w ciąży. Jego też zemdliło, poczuł jak żołądek robi mu fikołka. Samolotowe żarcie podchodzi do gardła. A serce wali w piersi tak jakby miało z niej wypierdolić i uciec. Jak wtedy w tym balonie się wystraszył, dostał jakiegoś ataku paniki, to teraz, to było jeszcze gorsze. Bo jak?
Nie no kurwa, przecież doskonale wiedział jak się robi dzieci, ale kurwa, przecież nie oni. Oni się pilnowali. Chuja tam. Madox nawet raz się nie zastanowił, ale Pilar mu mówiła, że jest spoko, że nie trzeba o tym myśleć...
A teraz co?
Dziecko.
DZIECKO.
- Ja pierdole - walnął pięścią w blat i przez chwilę chciał w niego też zapierdolić głową. Oni nie mogli mieć dziecka, oni nie potrafili zadbać o siebie, a co dopiero o jakieś dziecko. Przecież ono się przy nich utopi, jak ten dzieciak Luciano i Almy. Albo zapomną go ze sklepu, bo zajmą się sobą. I kto będzie takie dziecko wyprowadzać? Madox wyprowadza psa...
I jakim on będzie chujowym ojcem, takim samym jak ten jego. Zero dobrych wzorców, to nie mogło się udać. Poroniony pomysł. Najgorszy kurwa na świecie.
W końcu odwrócił się na pięcie i ruszył do łazienki, a Sombra za nim
- Co mi chciałaś powiedzieć Pilar? - stanął w drzwiach, oparł się o framugę, ale nie wszedł do środka, a jego mina wcale nie mówiła a nie mówiłem, zdradzała czyste przerażenie. Też nagle zrobił się blady, jakby kurwa zobaczył ducha - dlaczego mi nie powiedziałaś przed wylotem? - miał pretensje w głosie - i jak ty to sobie wyobrażasz, co? - zrobił krok do przodu, ale zaraz do tyłu - ja pierdole... Przecież to jest niemożliwe - pokręcił głową, a kiedy Sombra go zaczepił, to spojrzał na psa - Sombra, vamos a buscar unas perras - Sombra idziemy na suki, pies się ucieszył, bo to zawsze oznaczało wyjście do psiego parku. Czy on naprawdę zamierzał teraz z nim iść?
Cofnął się...
Ucieknie.
Chciał, przez krótką chwilę chciał od tego spierdolić. Najlepiej biec i biec daleko kurwa stąd. Ale kiedy Pilar spojrzała na niego z podłogi.
No jak? Jak miał teraz stąd spierdolić. Teraz to już nie było ucieczki. Bilet do Kolumbii w jedną stronę...
Ale nie bez niej. Dwa bilety w pierwszej klasie. Żegnaj Toronto, witajcie pieluchy i nieprzespane noce.
Nie...
W końcu sam wylądował obok niej na kolanach, nad otwartym kiblem, w którym malowniczą mozaikę tworzyła zawartość jej żołądka.
- Pilar jak ty to sobie wyobrażasz? Bo ja sobie nie wyobrażam - zaczął smutno, bo kiedy pierwszy szok minął, to przyszła pora na łzy. Nie no, Madox nie płakał, ale... nie miał wcale zadowolonej miny, nawet chyba gorszą niż gdy chodziło o klub. Bo wtedy był wściekły, a teraz to zrezygnowany. W końcu rzucił między nich na płytki to zdjęcie USG, żeby jej zasugerować, że on już wie.
Sombra liznął go po twarzy.
- Ahora no, amigo mío - nie teraz przyjacielu, odsunął od siebie psa, który usiadł w progu i ich obserwował, jakby wyczuł, że coś jest nie tak.
Że w tej chwili Madox toczył w sobie jakąś pierdoloną walkę, chciał uciekać, i chciał z nią być, bo była jego żoną, miłością jego życia. Ale kurwa... dziecko.
Dlaczego znowu oni?
Bo za dużo grzeszyli? To o to chodziło? A może to ta klątwa babki Carmen Sandiego? A może to ten pojebany przewrotny los? A może tylko to, że nie używał gumek, a powinien?
Ja-je-bie.
Por qué no me lo dijiste? ⋆.ೃ࿔
