Strona 19 z 19

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: ndz lip 26, 2026 11:10 am
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa, dużo, bo madox się obsrał, że zostanie ojcem, trzeba mu wybaczyć
- Dobrze się czujesz? Jakoś dziwnie wyglądasz - stwierdził, kiedy jeszcze siedzieli w samolocie, kiedy się przebudzili i szykowali do lądowania. Pilar rzeczywiście była blada, spocona, aż sięgnął ręką do jej policzka odgarniając z niego czarne, lepiące się jej do twarzy kosmyki. Przesunął palcami po jej czole, ale nawet nie było ciepłe, raczej chłodne.
Madox się wyspał, przeciągnął się w fotelu, ale jego ciemne spojrzenie cały czas uciekało gdzieś do twarzy jego żony, odpłynęły z niej wszystkie kolory, wyglądała na strutą. Może to ta czekolada, którą się objadali?
A może to, że musieli wrócić do Toronto?
- Wyjebane, przecież klub i tak jest zjarany, więc czy zajrzę tam teraz, czy rano, nie zrobi już różnicy - nie wspomniał już o Lunie, chociaż do niego też się musiał odezwać. Podjąć decyzję. Ale w tym momencie już wspinali się po schodach do swojego mieszkania, a Madox niósł ich walizkę i już nie narzekał, że go rączka boli.
Priorytety... a ten, który teraz, i zawsze, był dla niego najważniejszy, właśnie otwierał drzwi do mieszkania kluczem z breloczkiem w kształcie papryczki czili.
Przywitali psa, który oszalał na ich widok, a Madox nawet chciał z nim wylądować w parterze, żeby się posiłować i pobawić, ale Pilar kazała mu czekać. Poderwał do góry głowę i wbił w nią spojrzenie.
- Co? - wyprostował się stając przed nią, a ciemne tęczówki przesunęły się po jej bladej twarzy - o czym? - pytał od razu. Bo skoro nie powiedziała mu w samolocie, kiedy on się przed nią otwierał, to co to było? Skoro czekała z tym aż wylądują w Toronto, aż na spokojnie, chociaż u nich nie dało się na spokojnie, wejdą do mieszkania - o co chodzi? - ponaglił ją jeszcze, a zaraz już sięgał do niej, opierając wytatuowane palce na jej biodrach, marszcząc nimi materiał poniszczonej sukienki. Uniósł jedną brew na jej kolejne słowa, dowiedziała się przed wylotem. Okej… ale o czym?
Już miał jej mówić, że do brzegu Pilar, ale wtedy zacisnęła palce na jego dłoni.
Jestem...
Wyrwała mu się i popędziła do łazienki, a Madox przez chwilę stał w miejscu, no bo co była? A po drugie co aż tak nie mogło poczekać zanim mu nie powie? Słyszał co. Bo zaraz do jego uszu dotarło to, jak wymiotowała i już miał do niej iść, oprzeć się o framugę łazienkowych drzwi z miną a nie mówiłem, bo przecież jej mówił, żeby w samolocie nie wpychała w siebie tyle czekolady. Ale jeszcze odwrócił się w kuchni, żeby odłożyć na blat smaczki Sombry, które miał w kieszeni spodni, musiał je położyć wyżej, żeby pies ich nie ściągnął. Był szkolony, ale na smaczki i tak bardzo wyczulony. Sięgnął na lodówkę, a wtedy rzucił mu się w oczy jakiś wydruk. Trochę wygięty, wymiętolony, ale przedstawiał.
Co to kurwa właściwie było?
Jakieś zdjęcie USG. Madox aż przechylił na bok głowę przyglądając się mu. A zaraz złapał go w palce.
Miał kurewsko złe przeczucia, modlił się w duchu, żeby okazało się, że Ricz ma jakiegoś guza. Nie no nie życzył tego kuzynowi, ale to by było lepsze niż...
Płód rozwija się prawidłowo...
Co kurwa? To Rosy, na pewno to Rosy. Szósty tydzień. Nie to nie Rosy. To nie Rosy.
Kurwakurwakurwakurwakurwa.
Stanął nad kuchenną szafką obracając papier w palcach. Ale jak na złość nie było tam żadnego nazwiska. Tylko kurwa jebitne zdjęcie, dziecka? To nawet nie wyglądało jak dziecko, jakiś glut. Fasolka z rączkami, co to jest? A przede wszystkim czyje to jest?
Bo przecież nie Pilar…
I wtedy do niego dotarło, uderzyło go to jakby ktoś spuścił mu na łeb wiadro pełne cementu, trzy cegły, albo pierdolony pociąg. Aż musiał przytrzymać się ręką blatu, bo by go chyba ścięło z nóg. To chciała mu powiedzieć Pilar? Że jest w ciąży? I dowiedziała się przed wylotem? I mu nie powiedziała? Czemu mu kurwa nie powiedziała?
Bo by nie wziął z nią ślubu, tylko spierdolił do Kolumbii?
Może nie.
Może nie jest.
Ale rzyga, teraz w kiblu rzyga, jak te wszystkie baby w ciąży. Jego też zemdliło, poczuł jak żołądek robi mu fikołka. Samolotowe żarcie podchodzi do gardła. A serce wali w piersi tak jakby miało z niej wypierdolić i uciec. Jak wtedy w tym balonie się wystraszył, dostał jakiegoś ataku paniki, to teraz, to było jeszcze gorsze. Bo jak?
Nie no kurwa, przecież doskonale wiedział jak się robi dzieci, ale kurwa, przecież nie oni. Oni się pilnowali. Chuja tam. Madox nawet raz się nie zastanowił, ale Pilar mu mówiła, że jest spoko, że nie trzeba o tym myśleć...
A teraz co?
Dziecko.
DZIECKO.

- Ja pierdole - walnął pięścią w blat i przez chwilę chciał w niego też zapierdolić głową. Oni nie mogli mieć dziecka, oni nie potrafili zadbać o siebie, a co dopiero o jakieś dziecko. Przecież ono się przy nich utopi, jak ten dzieciak Luciano i Almy. Albo zapomną go ze sklepu, bo zajmą się sobą. I kto będzie takie dziecko wyprowadzać? Madox wyprowadza psa...
I jakim on będzie chujowym ojcem, takim samym jak ten jego. Zero dobrych wzorców, to nie mogło się udać. Poroniony pomysł. Najgorszy kurwa na świecie.
W końcu odwrócił się na pięcie i ruszył do łazienki, a Sombra za nim
- Co mi chciałaś powiedzieć Pilar? - stanął w drzwiach, oparł się o framugę, ale nie wszedł do środka, a jego mina wcale nie mówiła a nie mówiłem, zdradzała czyste przerażenie. Też nagle zrobił się blady, jakby kurwa zobaczył ducha - dlaczego mi nie powiedziałaś przed wylotem? - miał pretensje w głosie - i jak ty to sobie wyobrażasz, co? - zrobił krok do przodu, ale zaraz do tyłu - ja pierdole... Przecież to jest niemożliwe - pokręcił głową, a kiedy Sombra go zaczepił, to spojrzał na psa - Sombra, vamos a buscar unas perras - Sombra idziemy na suki, pies się ucieszył, bo to zawsze oznaczało wyjście do psiego parku. Czy on naprawdę zamierzał teraz z nim iść?
Cofnął się...
Ucieknie.
Chciał, przez krótką chwilę chciał od tego spierdolić. Najlepiej biec i biec daleko kurwa stąd. Ale kiedy Pilar spojrzała na niego z podłogi.
No jak? Jak miał teraz stąd spierdolić. Teraz to już nie było ucieczki. Bilet do Kolumbii w jedną stronę...
Ale nie bez niej. Dwa bilety w pierwszej klasie. Żegnaj Toronto, witajcie pieluchy i nieprzespane noce.
Nie...
W końcu sam wylądował obok niej na kolanach, nad otwartym kiblem, w którym malowniczą mozaikę tworzyła zawartość jej żołądka.
- Pilar jak ty to sobie wyobrażasz? Bo ja sobie nie wyobrażam - zaczął smutno, bo kiedy pierwszy szok minął, to przyszła pora na łzy. Nie no, Madox nie płakał, ale... nie miał wcale zadowolonej miny, nawet chyba gorszą niż gdy chodziło o klub. Bo wtedy był wściekły, a teraz to zrezygnowany. W końcu rzucił między nich na płytki to zdjęcie USG, żeby jej zasugerować, że on już wie.
Sombra liznął go po twarzy.
- Ahora no, amigo mío - nie teraz przyjacielu, odsunął od siebie psa, który usiadł w progu i ich obserwował, jakby wyczuł, że coś jest nie tak.
Że w tej chwili Madox toczył w sobie jakąś pierdoloną walkę, chciał uciekać, i chciał z nią być, bo była jego żoną, miłością jego życia. Ale kurwa... dziecko.
Dlaczego znowu oni?
Bo za dużo grzeszyli? To o to chodziło? A może to ta klątwa babki Carmen Sandiego? A może to ten pojebany przewrotny los? A może tylko to, że nie używał gumek, a powinien?
Ja-je-bie.

Por qué no me lo dijiste? ⋆.ೃ࿔🌸*:・

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: ndz lip 26, 2026 12:02 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Czuła się ź l e.
Brzuch bolał ją niemiłosiernie, głowa wydawała się jakaś ciężka, a odruch wymiotny był silniejszy od niej do tego stopnia, że nawet nie powiedziała mu o sprawie na komendzie, do której ją przypisali. Po prostu pobiegła do łazienki i padła na kolana. W ostatniej chwili zdążyła podnieść deskę ,bo zawartość żołądka już znajdowała się w gardle, już wylatywała, tworząc malowniczą mozaikę. Picasso kurwa z kawałkami czekolady i sałatki z krewetkami, którą zjadła zaraz po, nim poprawiła kilkoma degustacyjnymi kawałkami sushi. Ta, nawet algi pływały w tym kiblu, sugerując jasno, że po prostu się zatruła. Jedzenie się nie strawiło, a to zaś postawiło cały organizm na baczność i miało swoje ujście… no właśnie w taki sposób.
Nie miała pojęcia na ile razy to wszystko z siebie wyrzucała, ale dawno już nie czuła się tak wypruta z siły. Klatka piersiowa paliła żywym ogniem od ciągłego napinania, a jej oddech był nierówny. Splunęła w ramach zakończenia do środka, próbując zdjąć z ust ten obrzydliwy posmak wymiocin, akurat kiedy to pomieszczenia wparował Noriega.
Pilar przekręciła się z kolan na tyłek i oparła ciężkim ramieniem o kibel, przeczesując włosy.
Co? — mruknęła cicho, podnosząc na niego spojrzenie. — A po co miałam ci o tym mówić wcześniej? To i tak by nic nie zmieniło — no bo co niby? Przecież fakt, że nagle przepisali ją do innej sprawy nie miało nic wspólnego ze ślubem. Oj, gdyby tylko wiedziała, że w głowie Madoxa to o czym myślał, zmieniałoby wszystko. Ale nie wiedziała. Żyła w błogiej nieświadomości i tym samym kompletnie nie wiedziała skąd w nim aż takie poruszenie.
Widziała, że też jakoś zbladł.
Może też się zatruł? Może to nie był tylko jej żołądek, a jedzenie po prostu nie było świeże i teraz będą sobie wymiotować na zmianę. Nawet miała mu o tym powiedzieć, że zaraz zrobi mu miejsce obok, tylko spuści wodę, ale wtedy z jego ust padło to jak ty to sobie wyobrażasz pretensjonalnym tonem. Ściągnęła brwi do siebie. Wiedziała, że Noriega potrafił czasami dramatyzować nie tam gdzie trzeba, ale żeby aż tak?
Nie wiem, normalnie? Możesz się tak kurwa nie unosić? — dalej mówili o tej jej zmianie pracy? Przecież nawet dobrze mu nie wyjaśniła, o co jej chodziło, a on już nawijał swoje. Zaraz jeszcze znowu jej wytknie, że miała się nie wychylać. Jeśli tak, to była gotowa wykrzesać z siebie jeszcze jedną porcję wymiocin tylko po to, żeby go kurwa za to obrzygać. — Co jest kurwa niemożliwe? No przecież takie rzeczy się zdarzają — przewróciła oczami, chociaż od razu pożałowała, bo głowę miała tak kurewsko ciężką, że zabolało ją to podwójnie. Ledwo sunęła spojrzeniem po jego sylwetce, ale kiedy oznajmił Sombrze, że idą sobie teraz na suczki, znalazła w sobie pokłady energii, żeby posłać mu gniewne spojrzenie.
Teraz kurwa bierzesz psa na spacer? — spytała pretensjonalnie. — Przecież mieliśmy porozmawiać — oj, gdyby tylko Pilar wiedziała, przed czym on tak naprawdę chciał uciec… też by spierdoliła razem z nim, zostawiajac brzuch pod umywalką, albo śmiertelnie się na niego obraziła, że jak zwykle chciał spierdalac przed odpowiedzialnością, zamiast być wsparciem. Jedno albo drugie, zero półśrodków. Ale nie wiedziała. Obserwowała jak cofa się do tyłu, a zaraz potem do przodu. Jakby walczył z czymś w głowie. Tylko ta jej produkowała tak wiele bólu, że Pilar naprawdę nie miała siły się teraz zastanawiać nad tym, że siedzą w kiblu nad rzygami i nawijają o czymś zupełnie innym. Dlatego tym bardziej kiedy ponownie spytał się jej, jak to sobie wyobrażała, mówiąc, że on wcale tym dziwnym, smutnym głosem i lądując przed nią na kolanach… nie wiedzieć czemu pomyślała, że może on wcale nie mówi o jej pracy, a ich związku. Teraz z Luną na ogonie, może jednak nie chciał tego ślubu? Może chciał się z tego wycofać? Bo czego innego sobie nie wyobrażał? Nie miała przestrzeni na domysły.
Żałujesz tego ślubu? — spytała nagle, zawieszając na nim równie przestraszone spojrzenie, które teraz mieszało się ze złością i masą innych, przeróżnych emocji. — Powiedz prawdę, Madox. Bo skoro teraz sobie nie wyobrażasz… — ciągnęła, trochę nie dopuszczając do siebie myśli, że aż tak mogło mu się odwidzieć, ale z drugiej strony… to przecież nie byłby pierwszy raz, kiedy on zmieniał zdanie. Kiedy uciekał. Wtedy w Meksyku też nagle po kilku godzinach jednak jej nie chciał, kiedy to ona mu się oświadczała. Teraz Pilar już myślała, że był przekonany, ale może jednak wcale nie był.
I może dochodziliby się tak jeszcze długo, każde z nich na inny zupełnie temat, ale wtedy jego dłoń upuściła na podłogę zdjęcie USG. Pilar momentalnie wbiła w nie spojrzenie. Przesunęła wzrokiem po wszyskich szczegółach i miejscu, w którym normalnie powinno być nazwisko, a teraz kawałek papieru był oderwany. Nie było Rosy, data się nie zgadzała, ale… nie było też jej, bo przecież dobrze o tym wiedziała. Pozostała Gaba. Nawet by się zgadzało z tym, co napisała jej kiedy jeszcze byli w Rio, że o czymś będzie im musiała powiedzieć po powrocie… kurwa.
Co ty kurwa… — zaczęła i nawet wypruta z sił umiała bezbłędnie połączyć wszystkie kropki, jak na dobrego detektywa przystało i człowieka, który snuł dziesięć potencjalnych scenariuszy wydarzeń na minutę. — Ty myślisz, że to jest moje? — spojrzała na niego jak na wariata. — Do reszty cię pojebało? — prychnęła, kręcąc głową z niedowierzaniem. Bo jak on mógł pomyśleć, że była w ciąży i nic mu o tym nie powiedziała? Cisnęła w niego dokumentem. — Imbécil, i co ty kurwa myślisz, że gdybym była w ciąży to piłabym tak dużo alkoholu i ćpała w Rio? Że pozwoliłabym ci kurwa spuścić mnie dziesiątki metrów głową w dół na balonie? — nawijała, kręcąc z niedowierzaniem głową. No pojebało go. Do reszty go kurwa popierdoliło, jeśli myślał, że Pilar intencjonalnie i w najgorszy możliwy sposób chciałaby zabić nienarodzone dziecko. Przecież każda jedna rzecz, jaką tam robili zagrażałaby jej ciąży. Tylko że on dalej był cały blady. Wyciągnęła ręce do przodu i złapała go za twarz, szarpiąc w swoją stronę.
NIE JESTEM W CIĄŻY — przeliterowała mu, żeby odpowiednio zrozumiał, bo chyba do niego nie dochodziło. Tylko kiedy tak do niego nawijała, tak bardzo przekonana swoich racji, uświadomiła sobie jedną, kurewsko przerażającą rzecz. — Kurwa — puściła go w sekundę i opadła ciężko na ścianę, wbijając spojrzenie w kafelki, licząc coś w głowie, a zaraz potem szarpiąc za telefon, który miała w torebce na ziemi. — Spóźnia się — mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego. Teraz to jej serce wyrwało się w piersi, podskakując do samego gardła. — Pójdziesz mi po test — wyrzuciła w końcu z siebie, podnosząc na niego spojrzenie. Prawdopodobieństwo, że zaszła było kurewsko niskie, ale… no chyba trzeba było sprawdzić. I tyle ze świętego spokoju, Madoxa. Miał go pewnie może przez dziesięć sekund.

Vas a ir a buscarme una prueba

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: ndz lip 26, 2026 1:16 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Ręce mu opadły, no bo jak to po co miała mu mówić o tym wcześniej? Powinna mu powiedzieć od razu, a nie, przecież oni w Rio... No właśnie, co oni odpierdalali w Rio, a ona wiedziała o dziecku. Ściągnął do siebie brwi jakoś groźnie, chociaż wciąż był blady, zdenerwowany, zrezygnowany, ale też wzbierała w nim złość...
- Jak kurwa nic by nie zmieniło? Pilar przecież to jest... - kaplica, jebany gwóźdź do trumny. KONIEC.
Tego ich nieidealnego, ale no jednak dobrego życia. Ryzykowania. Ruchania się gdzie popadnie. Jedzenia na mieście. Wychodzenia kiedy i gdzie chcą. Latania sobie do Rio z dnia na dzień. No wszystkiego koniec. A ona mówi, że to nic nie zmienia. I co kurwa?
Założy sobie na szyję nosidełko z bobasem i będzie zapierdalała na akcję, z pukawką ganiając się z bandziorami? A może dostanie je Madox i jak będzie w klubie ważył działki koksu, to drugą ręką będzie karmił bobo butelką?
To zmieniało kurwa wszystko.
Dlatego zaraz jej pytał, jak ona sobie to wyobraża, a ona co?
Normalnie.
- Jak kurwa normalnie? - aż rozłożył ręce i się unosił, bo jak to normalnie? To co, nagle rzucają robotę, ona idzie na przedszkolankę, a on na właściciela warzywniaka i wychowują dziecko? A może całą gromadkę?
Ja pierdole, nie...
Madox nienawidził dzieci, były za głośne, były za narwane, za głupie, za rozwrzeszczane. Były jak on.
- Zdarzają się? Mówiłaś, że nam się nie zdarzy, że kurwa nie musimy uważać - aż tupnął, bo był zły. Teraz to chyba na siebie, że nie uważał. Że w ogóle pozwolił na coś takiego. Koniec, skończyło się babce sranie, posuwanie się wszędzie. Może on naprawdę powinien pomyśleć o tej wazektomi, albo kurwa... celibacie?
Z tych nerwów chciał wziąć Sombrę na spacer, chciał...
Ale widział jej spojrzenie, no nie mógł wiecznie uciekać. Nie kiedy chodziło o nią. A teraz jeszcze o ich... dziecko.
Ja pierdole. Kurwa. O ich dziecko.
- Nie no nie idę... Ja po prostu... Pilar... - jęknął i już lądował przy niej na kolanach. Jakby to była jakakolwiek inna laska, albo jakby to było jeszcze kilka miesięcy temu, to już by go tutaj nie było. Siedziałby w taksie na lotnisko. Ale to była Pilar. Teraz jego żona. A przecież jej tyle razy mówił, że on jej nigdy nie zostawi, nie puści, że zawsze będzie przy niej, nieważne jak kurewsko źle by było.
A teraz było strasznie.
Gorzej niż po grzybach, gorzej niż w balonie. Najgorzej na świecie. Bo to dziecko będzie miało tak przejebane, nie z nią, bo ona byłaby wspaniałą matką. Z nim. Z Madoxem jako ojcem.
Dopiero jej pytanie wyrwało go z tego dziwnego stanu, z tych chujowych myśli o tym jakim on będzie strasznym ojcem, najgorszym kurwa na świecie, jak jego stary.
- Co? Pojebało cię Pilar? Nie - rzucił od razu i się do niej podsunął bliżej - nie, po prostu... To... - nie umiał się wysłowić. Chyba drugi raz go zatkało, bo co jej miał powiedzieć? Że kocha ją nad życie i chciał tego ślubu najbardziej na świecie, tylko nie wyobraża sobie tego, że on zostanie ojcem. Bo tu nie chodziło o nią, chodziło o niego. Już chciał sięgnąć do niej ręką, może nawet ją przeprosić? Bo pomimo tego jak chujowo teraz było, strasznie, okropnie, nie do ogarnięcia, to przecież... powinien być dla niej wsparciem. Zawsze był. Starał się.
Ale zamiast tego, to między nimi wylądowało to zdjęcie.
Ich dziecka. Jak myślał Madox.
I dopiero wtedy to pytanie.
Myślisz, że to jest moje?
Sprawiło, że się zawiesił. Że chwilę zastanawiał się nad tym, bo może nie?
Może jest dla nich jeszcze jakaś nadzieja?
- A czyje? - zapytał, a zaraz... Spadło na niego kolejne wiadro zimnej wody, tylko to było jakby jakieś orzeźwiające? Nie słuchał tego co nawijała mu Pilar, o tym, że gdyby była w ciąży to by nie piła i nie ćpała, i nie ryzykowała. Chociaż no nie, raczej nie...
Ale to znaczyło, że nie była. I teraz Madox poczuł się jakby zrzucił z siebie jakieś kajdany z zasranych pampersów i laktatorów, i innych takich ohydnych rzeczy.
A kiedy tak go do siebie szarpnęła, kiedy krzyknęła to...
NIE JESTEM W CIĄŻY.
To jakby z serca spadł mu ogromny kamień, jakby zdjęli mu z pleców okropny ciężar.
- Ja pierdole... Jak dobrze - odetchnął z ulgą, i sam się do niej wyrwał, a zaraz zamknął jej usta w agresywnym, krótki pocałunku - ja jebie, ale się wystraszyłem - pokręcił głową i zaraz lądował na podłodze na plecach, na zimnych kafelkach, klatka piersiowa wciąż chodziła mu szybko, a serce waliło jak szalone, ale teraz już chyba ze szczęścia...
Które trwało jebane dziesięć sekund.
Kurwa.
Przekręcił na bok głowę, wbijając w nią spojrzenie, kiedy tak coś kalkulowała, a potem patrzyła w telefon.
- Pilar… Nie wkurwiaj mnie - warknął mrużąc oczy, a zaraz zbierał się z podłogi - nie rób sobie ze mnie jaj - wycedził przez zęby, bo tak podejrzewał, że teraz to ona już się z niego zgrywa, żeby mu jeszcze dowalić. Przysunął się do niej, a zaraz zaglądał w jakąś apkę z kropelkami z bejbikami i innym szitem. Aż uniósł obie brwi, bo tam miały być te jebane kropelki, przez cały ich wyjazd do Rio, a nic nie było. Jeszcze brakowało, żeby teraz na ekranie telefonu pojawił się jebitny napis - Gratulacje zaciążyłaś! I fanfary.
Madox walnął głową w ścianę odchylając ją do tyłu. A zaraz przesuwał się po podłodze tak, żeby usiąść przed nią, opierał jej ręce na kolanach i zaglądał głęboko w oczy.
- Czekaj... Może jednak dostałaś? Sprawdzę... - widział to spojrzenie, które mu posłała, więc cofnął rękę, którą już opierał na jej udzie. Zerwał się z podłogi - ja pierdole... Kurwa - kopnął kosz na pranie. Już wyszedł z łazienki i Pilar mogła słyszeć jak zrzędzi pod nosem i szura butami. Ale zanim jeszcze wyszedł z mieszkania, to wrócił do toalety - jak mam powiedzieć? Test ciążowy? Czy to ma jakąś specjalną nazwę? - zapytał jak dziecko we mgle. No ale prawda jest taka, że nigdy wcześniej, żadne jego poprzednie laski nie kazały mu iść sobie po test - o kurwa, pięć minut, żeby dobiec do apteki, bo zaraz ją zamykają - spojrzał na zegarek, a Sombra zakręcił się dookoła podekscytowany, że pójdzie z nim, Madox jednak wskazał mu podłogę - zostań - a zaraz Pilar - pilnuj mamy... Ja pierdole, pilnuj pani, zostań... - bo skoro on był psim tatą, to Pilar psią mamą, oby kurwa nie była jednak tą mamą. Trzasnął drzwiami i zbiegł po schodach mijając po kilka stopni na raz, a potem biegiem do apteki na rogu ulicy, bo dochodziła dwudziesta druga i zaraz mieli ją zamykać. Zdążył w ostatniej chwili. A kiedy wpadł do środka i stanął przed regałem, z którego zerkały na niego zaślinione, pucołowate twarze różnorodnych bobasów, to znowu go zemdliło. Podeszła do niego aptekarka i zapytała czy może mu pomóc, bo już zamykają.
- Może mi pani dać taki, żeby było sto procent pewności? - dziewczyna zerknęła na niego z politowaniem i powiedziała, że takie testy, to nigdy nie jest, że trzeba zrobić badania, bla bla bla.
Zdjęcie USG. Takie jak tamto z podłogi.
Dla pewności, dla świętego spokoju, Madox wziął chyba dziesięć różnych testów, każdy inny, każdy z innym dzieckiem. I kiedy tak szedł ulicą, to czytał etykietę tego z jakimś Latynoskim bejbikiem. Akurat w drzwiach do kamienicy wpadł na babę z warzywniaka. Upadł mu ten test i ona go podniosła, a potem spojrzała na niego wielkimi oczami.
- A co to Madito? - zapytała go, jak taka matka, bo w sumie to trochę taka była dla nich, jak matka, największa plotkara w kamienicy. Madox pokręcił głową zrezygnowany.
- Pilar jest chyba w ciąży - rzucił, a babka zaraz go ściskała i mówiła jak to wspaniale. A potem jeszcze o tym, że William już jej powiedział o ślubie, że szkoda, że ich nie zaprosił, ale gratulacje i takie tam. Stał z nią na klatce chyba z osiem minut. A potem nawet chciała iść z nim na górę, żeby być z nimi w tej ważnej chwili, ale Noriega się wykręcił, że chcą to jednak najpierw przetrawić sami.
I znowu co trzy stopnie, wspinał się po schodach na górę. A w duchu prosił babkę Carmen Sandiego, żeby jednak okazało się, że Pilar nie jest w ciąży. Wpadł do mieszkania, z dwoma reklamówkami tych testów, i jednym, który trzymał w ręce i już go otworzył, żeby przeczytać etykietę.

Me estás tomando el pelo? ﮩـﮩﮩ٨ـ🫀ﮩ٨ـﮩﮩ٨ـ

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: ndz lip 26, 2026 2:47 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przkleństwa
Pojebało go.
Autentycznie i niepodważalnie go pojebało.
Jak on mógł w ogóle pomyśleć, ze Pilar była w ciąży i nic mu nie powiedziała? Że poleciała z nim do Rio wziąć ślub i tam wlewała w siebie hektolitry alkoholu — aperol za rumem, czysta wódę podczas konkursu — a to wszystko jeszcze potem zwieńczyła kolorową tabletką ekstazy i poprawiła grzybami. Wszystko to mają w głowie d z i e k c o.
Może i bywała bezmyślna ale na pewno nie do tego stopnia.
Nie chciała zaciążyć, nigdy nie czuła potrzeby zakładania rodziny, a tym bardziej nie teraz, kiedy sama nie miała pewności, czy ktoś jej jutro nie odstrzeli, ale gdyby to faktycznie się stało, to przecież nie zapiłaby problemu. Nie porzuciła dziecka tak, jak Sofią porzuciła ją. Nigdy. Całe szczęście problem rozwiązał się sam, kiedy szybko okazało się, że zdjęcie, które przyprawiło Madoxa o zawał wcale nie należało do niej.
No obstawiam, że Gabryśki — wzruszyła ramionami, przyglądając się uważnie, jak jej mąż kładzie się na chłodnych kafelkach i próbuje uspokoić szalejący oddech. — Rosy na pewno nie, a innych ciężarnych nie mamy na stanie — a przynajmniej tak jej się wydawało. Do czasu aż sama nie przypomniała sobie o okresie, który powinna dostać jakieś trzy dni temu. Nie była to żadna szalona liczba — biorąc pod uwagę stres i ilość podróży w ostatnim czasie, miesiączka bez problemu mogła się przeciągnąć w czasie i lekko opóźnić. I pewnie tak by do tego podeszła, gdyby nie ta cała szopka, którą Noriega odwalił przed chwilą. Gdyby nie zdjęcie USG na podłodze, które wwiercało się do jej głowy. Patrzyło na nią. Tak kurwa, zdjęcie USG na nią patrzyło.
Jego reakcje wcale nie pomagały.
Widziała, że nie chciał tego dziecka.
Że wolałby stoczyć walkę na śmierć i życie z pierdolonym Luną we własnej osobie, niż zostać ojcem. Czytała z jego twarzy całą tą złość, ale co ona miała kurwa na to poradzić? Przecież jak to już było w środku to teraz i tak z tym nic nie zrobią. Zanim jednak Pilar miałaby wpaść w panikę i w ogóle myśleć o tym, trzeba było to sprawdzić. Zawsze potrzebowała suchych faktów, a nie domysłów. Dlatego kazała mu od razu iść do apteki. Oparła się ciężko o ścianę, podwijając nogi i podsnioła na niego spojrzenie.
No test ciążowy po prostu powiedz, skąd ja mam kurwa wiedzieć? — spojrzała na niego jak na debila. Wyglądała mu na kogoś, kto na porządku dziennym sprawdzał takie rzeczy? Pilar też nigdy żadnego nie robiła i chociaż była kobietą, wiedze na ten temat miała podobną do niego. — No idź już, bo zaraz nie zdążysz — warknęła, gdy jeszcze stał w progu i pierdolił pod nosem. A potem jeszcze po mieszkaniu, kiedy szukał portfela. Pilar sama mocno liczyła i wierzyła w to, ,że to był fałszywy alarm ale i tak zachowanie Madoxa wcale nie pomagało. Szczególnie kiedy drzwi trzasnęły, a ona została sama w kiblu.
Bo gdyby to naprawdę było jej USG… no kurwa, nie byłoby kolorowo. Nie wyobrażał sobie tego. Ona też nie, ale czy to znaczyło, że usunęłaby, gdyby w jej brzuchu rozwijało się życie? Czy byłaby w stanie? Niepewnie przesunęła palcem po brzuchu, zakręcając kółko w okolicy pępka.
Nie, kurwa. Nie myśl o tym.
Nie mogła.
Na pewno nie była w ciąży.
Zerwała się z miejsca, już kompletnie zapominając o rewolucjach żołądkowych, których pozostałości spuściła w toalecie i ruszyła pod prysznic. Porwana czerwona sukienki wylądowała na podłodze wraz z bielizną, której finalnie mąż z niej nie zerwał, a Pilar wzięła szybki prysznic. Niby miał ją uspokoić, zimna woda miała spłoszyć natrętne myśli, ale kiedy Madox wrócił do mieszkania, ona chodziła z jednego pokoju do drugiego. Nerwowo. Kurewsko kurwa nerwowo, podczas gdy Sombra ciągnął się za nią dzielnie jak cień i tylko mruczał pod nosem, jakby próbował dodać jej otuchy i sprawić, żeby się w końcu zatrzymała. Nie potrafiła. Dopiero gdy zobaczyła go w progu z tymi wielkimi siatkami, stanęła jak wryta.
Ile ty tego kurwa kupiłeś? — podeszła bliżej, patrząc na niego jak na debila. Jednym ruchem wyszarpała mu torbę i wysypała wszystkie testy na sofę. Każdy z innym dzieckiem, każdy mający inny kolorek etykiety. — I co ja mam to kurwa wszystko zrobić? — rzuciła przerażona, nawet nie potrafiąc zliczyć, ile tu tego było. Złapała jeden w palce i obejrzała. — Co powiedziała baba w aptece? — poniosła na niego spojrzenie, ale już po minie widziała, że pewnie wcale nie słuchał. — Ja pierdole przecież na to się sika — ile potrzebowała moczu, żeby zalać pięćdziesiąt testów? Dużo. A jej nawet nie chciało się sikać. Zerwała się z miejsca i podeszła do kuchni. W pierwszej chwili otworzyła szafkę z alkoholami i wyciągnęła już z automatu butelkę rumu z Medellin. Dopiero kiedy odkręciła korek, uświadomiła sobie, że przecież chyba nie powinna. — Kurwa — z hukiem ostawiła rum na blat i sięgnęła po wodę. Nawet nie kłopotała się ze szklanką. Przechyliła butelkę pijąc z dobry litr na raz i dopiero wróciła do Madoxa. Wyrwała mu opakowanie z jakimś latynoskim dzieciakiem i etykietę, po czym sama zabrała się za czytanie. Wyobrażenie ciąży, które jeszcze kilkanaście minut temu nawet nie przemknęło przez jej głowę, teraz wwiercało się jej prosto w głowę. Bolało mózg, produkując setkę potencjalnych, czarnych scenariuszy. Aż się jej zrobiło ciepło.
Dobra, zrobie z cztery… — mruknęła, łapiąc kilka pierwszych, lepszych opakowań. — Albo pięć — wróciła się po jeszcze jedno i dopiero wtedy podniosła na niego spojrzenie. — A ty kurwa lepiej pomódl się do tych wszystkich swoich ciotek, żeby jednak nic nie wyszło — jedne oddawały dusze diabłu, żeby rodzina miała farta, to może były też jakieś, które broniły przed płodnością? Oby, bo oni pod żadnym pozorem nie byli gotowi na dziecko.
I jak jeszcze przed chwilą Pilar powtarzała sobie, że nie będzie się na zapas stresować, tak kiedy znalazła się w łazience z tymi wszystkimi testami, które zaczęła odpakowywać to wszystko nagle ją j e b ł o. Mocno. Prosto w twarz. Fala ciepła zalała ciało, a serce przyśpieszyło. Kurwa. To naprawdę się działo?

Pięć minut — rzuciła z udawanym spokojem, kiedy z kamienną twarzą wyszła do salonu, gdzie siedział. Podeszła bliżej i przysiadła się na skraju kanapy, podwijając nogi, tuląc się do samej siebie. Dopiero po chwili podniosła na niego spojrzenie. — Madox... — przywołała na siebie jego uwagę. Bała się zadać pytanie, które miała na końcu języka. Kurwa, jak ona się bała. Ale z drugiej strony wiedziała, że trzeba. Że im szybciej sobie na nie odpowiedzą tym lepiej. — A co jeśli tak? — znowu zrobiło się jej niedobrze. Była dosłownie o krok od omdlenia, a jednak nawet na moment nie spuściła z niego spojrzenia. Bo od tego, co zaraz powie, mogło zależeć naprawdę wiele. Zapowiadało się najdłuższe pięć minut w ich życiu.

¿Y qué si es así?

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: ndz lip 26, 2026 4:51 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Mogło go pojebać, skoro spadły dzisiaj na niego takie rewelacje, oni dobrze nie przetrawili tego wszystkiego, co wydarzyło się w Rio, a tu DZIECKO.
A Madox bał się dzieci, może nie tak jak igieł, karłów i gejów, ale perspektywa zostanie rodzicem takiego bąbelka... nie widział tego, o czym zresztą nawijał zaraz Pilar.
Na szczęście okazało się, że to wcale nie było jej USG.
- Co? - uniósł jedną brew, kiedy powiedziała mu, że to pewnie Gaby. Jak to Gaby? Z kim niby?
I zaraz w Madoxa uderzyło - a jak to Gaby i Willa? - przysunął się do Pilar - gorzej przejebane mają niż my. My przynajmniej jesteśmy... - co on chciał powiedzieć? Że są odpowiedzialni? Bardziej rozgarnięci?
Pojebało go, dosłownie.
A zaraz znowu, kiedy jego żona powiedziała, że spóźnia jej się okres. I jeszcze kazała mu iść po test ciążowy. Spojrzał na Panią Noriega spod byka, kiedy rzuciła to skąd mam kurwa wiedzieć.
- Czyli nie robiłaś nigdy takiego testu? - zbierał się z ziemi i jeszcze kręcił po łazience - no i zajebiście, na pewno oblejemy - lamentował, jak już wychodził, ale jeszcze zajrzał do środka, jeszcze zawiesił na niej spojrzenie - kocham cię i jak mnie nie będzie dłużej, to znaczy, że pojechałem do centrum do innej apteki, a nie spierdoliłam do Kolumbii - musiał jej to powiedzieć, żeby wiedziała w razie czego - ale zdążę! - krzyknął jeszcze, złapał portfel i już trzepnął drzwiami.
Zdążył, a po jakiś piętnastu minutach wrócił obładowany... testami.
- Nie wiem, baba powiedziała, że to jest średnio wiarygodne, że trzeba zrobić badania i coś tam - oddał jej torby, a sam ściągnął z siebie buty rozrzucając je po korytarzu - wiesz, że tu nie ma żadnych pytań, tylko trzeba na to nasikać - machał jej przed twarzą pałeczką - ja myślałem, że tam trzeba zrobić jakiś test, kiedy się posuwaliście, ile razy się spuszczaliście, a tu nic. To proste - stanął za nią przed kanapą, na którą rozsypała te wszystkie testy, tak, że mogła go poczuć na swoich plecach - jak zrobisz wszystkie to będzie więcej pewności - powiedział, a ciepły oddech połaskotał jej ucho. Nabrał więcej powietrza w płuca, kiedy zapytała o to, co powiedziała mu baba w aptece - no, że żaden ten test nie jest w stu procentach wiarygodny, ale jakbyś zrobiła sto... - już widział po jej minie, że nie zrobi. Zresztą rzeczywiście kto by zasikał sto takich patyczków. Madox obracał w palcach jeden, jak na niego to taka kropelka wystarczy. Nawet miał to powiedzieć Pilar, ale ona już wyrwała się do kuchni, a on tylko powiódł za nią spojrzeniem. A kiedy sięgnęła po butelkę z rumem to rzucił - Ej! - no bo tego nie powinna, chuj, że chlali w Rio na umór - mi polej - dodał zaraz, a sam siadł między tymi testami na kanapie, sięgnął po następny z małym czarnoskórym bobaskiem. A potem po trzeci, wybierał po obrazkach, które dzieci wyglądały na jakieś takie, żeby jednak oblali ten test.
Sięgnął do Pilar ręką i chciał ją pociągnąć do siebie na kolana, ale ona już zabrała mu etykietę od Latynoskiego testu, który powinni chyba zrobić w pierwszej kolejności i czytała chodząc przed nim w jedną i drugą stronę.
- Zrób dziesięć, to jeden to będzie dziesięć procent szans - no tak, Madox był dobry z matematyki, szkoda, że z antykoncepcji mocno chujowy - dobra pięć - zgodził się z nią i oczywiście, że jej wcisnął w ręce te, które wybrał. Znowu odprowadził ją spojrzeniem, a kiedy się na niego obejrzała mówiąc, żeby się pomodlił do swoich przodków, to skinął głową.
- Będzie dobrze... - nie no kurwa nie wierzył w to ani odrobinę. Bo im wiecznie się coś wypierdalało, wiecznie coś się działo. Zerwał się z kanapy i ruszył za nią, a kiedy trzasnęła mu drzwiami przed nosem, to zaraz się o nie opierał - Pilar… Może ci pomogę co? - jeszcze zapytał, tylko ciekawe jak chciał jej pomóc, co trzymać ją za rękę, jak będzie robiła siku?
I kiedy huknęła na niego, że nie, to wrócił na kanapę. Znowu między te uśmiechnięte bobasy, ale zaraz przyszedł do niego Sombra i oparł mu łeb na kolanie, podrapał psa za uchem.
- Ja pierdole, oby nie... - mruknął pod nosem. Nie no nie, przecież to taki fałszywy alarm, to Gaba miała przejebane, bo ona miała nawet zdjęcie swojego dziecka, a oni co? Oni tylko ze sto testów na kanapie. Madox zgarnął je do reklamówki. Jak tamte, które wzięła wyjdą źle, to zrobią resztę, przecież mogą je robić, aż wyjdą dobrze. Pozytywnie.
Nie no kurwa negatywnie.
Negatywnie miały wyjść. Noga mu chodziła z góry na dół, chyba gorzej niż wtedy w samolocie. A zaraz wstał i chodził dookoła kanapy, poszedł do kuchni po rum i wypił na hejnał szklankę, a kiedy tylko Pilar otworzyła drzwi łazienki, to zaraz się do niej wyrwał.
- I co? - pytał od razu.
Pięć minut.
No tak. Teraz musieli czekać te jebane pięć minut. Kiedy jego żona weszła na kanapę, to zaraz przeskoczył nad oparciem i wylądował obok niej, zaraz sięgnął do niej ręką, przesuwając wytatuowanymi palcami po jej kolanie.
Był przerażony, nie chciał dziecka, był wkurwiony, przede wszystkim na siebie. Ale no przecież nie będzie się nad nią wytrząsał. Trochę ochłonął kiedy biegł do apteki, trochę się wyładował. Dlatego teraz miękko przesunął palcami po jej udzie.
- Hm? - podniósł spojrzenie na jej twarz, na duże błyszczące oczy, kiedy wypowiedziała jego imię.
A co jeśli tak?
Przełknął głośno ślinę, a serce wyrwało mu się w piersi jak szalone. Przysunął się do niej bliżej i objął ją ramieniem, przyciągnął do siebie, do swojej klatki piersiowej, która unosiła się w niespokojnym oddechu.
- To chuj, jakoś to będzie... - powiedział... spokojnie. Ale nie był spokojny. Wszystko w nim krzyczało, że będzie najgorzej na świecie. Że on będzie najgorszym ojcem, a to dziecko od samego urodzenia będzie skazane na porażkę. Od samego poczęcia może. Kurwa. Gdzie oni je sobie zrobili?
Wypuścił powietrze z płuc, gdzieś w czubek jej głowy.
- Nie wiem... Może pierdolimy to wszystko i stąd wyjedziemy? Gdzieś... gdzie będziemy mogli kupić dom z ogródkiem i nie wiem... Ja będę grał gangusów w jakiś Trudnych Sprawach, a ty otworzysz szkołę samoobrony dla kobiet? - no bo przecież mogli to zrobić. Wyjechać z Toronto i żyć inaczej. A oni zawsze tu wracali...
Madox nawet nie lubił Toronto, lubił swój klub, ale teraz kiedy on spłonął, to co go tak naprawdę tutaj trzymało?
Co ich tu trzymało?
- Pilar… - znowu złapał w płuca więcej powietrza, a jego dłoń przesunęła się po jej ramieniu - a ty... chciałabyś to dziecko? - to było ważne pytanie, no wiadomo, że nie kazałby go jej usunąć, jak on Williamowi takie morały prawił, ale jakby się tego bała, tak bardzo jak on, to to dziecko trafiło naprawdę chujowo. Bo Madox wierzył, że chociaż Pilar z ich dwójki by była super matką, a on to może... no może z nią by mu wyszło?
Może chociaż na pięćdziesiąt procent by był okej starym? Lepszym niż ten jego.

De alguna manera saldrá bien 🍼 ⋆。゚☁︎。⋆

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: ndz lip 26, 2026 6:33 pm
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Mogło być Gaby.
Bo kogo innego? Rosa była już w zaawansowanej ciąży, a Pilar nie była u żadnego lekarza. Ewentualnie jakiejś koleżanki Gaby. Bóg jeden wiedział, kto tu przesiadywał pod ich nieobecność. A pewno nie było ich. Chociaż zaraz okazało się, że oni też mogli mieć. Mieć kurwa kłopoty, bo inaczej nie dało się tego nazwać. To po prostu trzeba było przyznać: dziecko w ich wypadku oznaczałoby kłopoty. Nie kurwa żaden cud, nie wielkie szczęście, tylko niestety o wiele więcej zmartwień, a tych i tak mieli od chuja.
Dlatego kiedy Pilar siedziała na kiblu i oblewała każdy jeden patyczek po kolei, bawiła się z pipetą, bo każdy test robiło się inaczej i potem nanosiła na niewielkie, plastikowe belki, to miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi.
Stresowała się.
Bała.
Czuła autentyczny strach. Dziecko nie było im teraz na rękę i niezależnie od tego jak okropnie to nie brzmiało, jak wiele osób by to nie zgorszyło, to taka była prawda. Mieli wrogów, którzy autentycznie chcieli ich zapierdolić — gdzie w tym wszystkim jeszcze opiekować się małą istotą? Kimś, kto nawet jeść sam nie umiał ani się odlać. Gdzie w tym wszystkim działanie spontaniczne, które praktykowali przez większość czasu? I chociażby sama kwestia rodzicielstwa… Nie uważała, że byłaby dobrą matką. Nie miała w okresie dorastania żadnych wzorców, gówno wiedziała o matczynej miłości. Co ona mogła zaoferować takiemu dziecku? Chyba same traumy.
Dlatego kiedy wyszła do salonu, nie wyglądała za dobrze. Twarz miała bladą, a ruchy powolne. Ręką drgała jej nawet kiedy siadała na kanapie i podkulała nogi do siebie, podczas gdy uczucie bezradności rozlewało się po całym ciele. Jebane pięć minut. Musieli je jakoś spożytkować, bo inaczej ją popierdoli. I chociaż sam fakt, że doskoczył do niej, usiadł obok i przesuwał wytatuowanymi palcami po jej udzie był odpowiednio kojący, to niewystarczająco. Musiała spytać się go o to co jeśli. Wbiła wielkie, ciemne oczy w jego twarz i czekała. Widziała jak się namyśla, jak boi się odpowiedzieć. Chociaż to co finalnie wyszło z jego ust wcale nie było takie złe, jak się spodziewała.
Jakoś to będzie — powtórzyła jego słowa wraz z żałosnym prychnięciem, które wyleciało spomiędzy pełnych warg. Jakoś? To było kurwa dziecko. I nie jakieś, tylko ich. Ich pierdolone dziecko. C z ł o w i e k, który zrodziłby się z ich genów. Był połączeniem dzikuski i gangusa. Oczy miałby po niej, a uśmiech po tacie. Pewnie umiałby się bić i może nawet strzelać? A serce… je na pewno miałby na właściwym miejscu.
Mimowolnie uśmiechnęła się, kiedy powiedział, że może by po prostu wyjechali. Kupili domek z ogródkiem i jakoś ułożyli sobie życie. Wierzył w to? Bo ona nie do końca, chociaż ta wizja wcale nie była zła. Klub już go nie trzymał, do policji można było dołączyć gdziekolwiek, może nawet z bardziej czystą kartą niż miała tutaj, gdzie każdy już szkalował ja za miłosne decyzje. Nawet zaśmiała się, kiedy powiedział, że grałby gangu sów w jakiś Trudnych Sprawach.
Tak? A ja myślałam, że otworzyłbyś restauracje — zaśmiała się chyba pierwszy raz szczerze, lekko spuszczając ciśnienie z napiętych mięśni, które i on mógł czuć, kiedy nieznacznie się przechyliła i opadła na jego ciepły tors. Czuła na plecach, jak mocno biło mu serce. To jej również waliło jak oszalałe.
Jeszcze trzy minuty.
Westchnęła, słysząc jego pytanie.
Czy chciałaby to dziecko?
Nie — rzuciła w pierwszej kolejności, patrząc w jakiś jeden punkt na podłodze, a słowo jak na złość odbiło się nie tylko w jej czaszce ale też od każdej, jebanej ściany w salonie. Nie chciała tego dziecka. — Ale nie wyobrażam sobie usunąć, a tym bardziej oddać — mógł czuć, jak się cała spięła. Jak trauma, z którą walczyła całe jebane życie wychowywania się bez rodziców wyszła z niej w ułamku sekundy. W życiu by nie oddała dziecka. Prędzej sama by skonała, próbując dać mu wszystko, czego sama nigdy nie miała. — Ja pierdole, przecież ja się nie nadaje na matkę — jęknęła, wyrywając mu się z uścisku i zeskoczyła z kanapy. Nerwowo przeczesała czarne włosy kudły, zarzucając je do tyłu. Nie wiedziała co ze sobą zrobić. Ile jeszcze? Dwie minuty.
Zrobiła kółko wokół dywanu i przeszła do kuchni. Upiła kilka łyków wody, ale wtedy znowu pomyślała o teście i aż nią zatrzęsło. Nawet nie kontrolowała momentu, w którym w przypływie frustracji po prostu przypierdoliła ręką w szafkę. Mocno. Aż podarła sobie skórę. Ja pierdole, przecież ona sobie nie poradzi z dzieckiem. Jak ona sobie to wyobrażała? Jak ona ledwo umiała zająć się samą sobą. Jak ona pewnie nawet mleka nie umiałaby mu odpowiednio zagotować, a co dopiero zapewnić mu bezpieczeństwo.
Fiksowała się we własnej głowie, krążyła jak pierdolnięta, aż w końcu wyrwała się łazienki, kiedy budzik w telefonie zabuczał z łazienki. Wpadła tam jak oparzona, rzucając się do odwróconych testów. Chciała mieć to jak najszybciej z głowy, a drugiej strony, nie potrafiła na niego spojrzeć. Spojrzała więc na Madoxa, który wpadł do pomieszczenia zaraz po niej.
Ty to zrób — wytknęła mu, szarpiąc go za koszulkę i wskazując na jeden z testów. — Albo ja to zrobie — sama już nie wiedziała. Tylko tutaj nie było poprawnej odpowiedzi, tam na tych plakietkach już i tak była decyzja, niezależnie od tego które z nich odwróci test wynikiem do góry. Finalnie złapała pierwszy w palce i przekręciła tak, że oboje na niego spojrzeli w tym samym czasie. Na pierdolone półtorej kreski… które wyglądało jak dwie.
Ja pierdole — zasłoniła dłonią usta i momentalnie poczuła, jak krew odpływa jej z głowy, jak robi jej się słabo. Dwie kreski. DWIE. KURWA. KRESKI. Podniosła spojrzenie na Madoxa. Oczy w sekundę się jej zaszkliły. Wcale nie ze szczęścia, a z pierdolonego załamania. Przecież ona kurwa nie mogła być w ciąży. Kolejne cztery już wyjebała bez zawahania. Zgarnęła je w palce i przejrzała. — Wszystkie pozostałe negatywne — dodała, wciskając mu je do dłoni, żeby sam zobaczył. — Cztery do jednego… — to chyba dobrze? Ale czemu ten jeden miał kurwa dwie?! Wyrwała się i rozejrzała po rozwalonych na pralce pudełkach. Przeglądała te pierdolone dzieci i próbowała dojść od tego, które pudełko było do którego testu. Tak się kurwa dzieje, jak się kupiło sto innych rodzajów.
Finalnie okazało się, że test, który miał dwie kreski był od tego latynoskiego bąbelka. Aż chłodny dreszcz przemknął po jej plecach. Bo co to niby znaczyło? Jakiś znak? Nie, niemożliwe. Trzęsącymi się rękami sięgnęła po instrukcję. Porwała ją w połowie, próbując rozłożyć i od razu przeszłą do obrazków, które miały jasno wskazywać na wyniki.
Ja pierdoleznowu to powiedziała. Znowu zbladła. I znowu podniosła na niego spojrzenie, a potem z jej ust wyrwało się głośne westchnięcie. — Patrz kurwa — odwróciła etykietę w jego stronę, a tam… pierdolone trzy rysunki: jedna kreska wynik nieprawidłowy, dwie kreski brak ciąży i w końcu TRZY ciąża. — Tu byłyby trzy… TRZY KRESKI! — krzyknęła, znowu przeczesując włosy i patrząc jeszcze raz na test. Po trzeciej nie było nawet śladu, ledwo drugą było widać, a to znaczyło… — Nie ma ciąży — wyszeptała, czując, jak znowu wszystko z niej schodzi. Opadła plecami na kafelki i zsunęła się w dół, mając wrażenie, że zaraz się popłacze, tym razem ze szczęścia. Może za chwilę, bo na tamten moment po prostu zaczęła się śmiać.
Kurwa, jak dobrze.

No hay embarazo

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: ndz lip 26, 2026 8:48 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
To pięć minut było jak wieczność.
Jakby każda minuta rozciągała się w godziny i chociaż Madox siedział koło Pilar na kanapie, chociaż jego palce sunęły po jej skórze miękko, to też nie umiał sobie znaleźć miejsca, z jednego pośladka przekręcał się na drugi, najpierw jedna noga do góry, potem druga i dopiero kiedy pytała go co jeśli jednak... będą mieli dziecko, to szarpnął ją do siebie.
Jakoś to będzie.
Zawsze jakoś było, chujowo, ale stabilnie.
Pół roku temu nie zakładali wcale, że będą parą, a potem co? Potem się zeszli, po drodze kilka razy prawie rozstali, a w końcu pobrali. W końcu skończyli razem na dobre i złe.
I chociaż dziecko to raczej w ich wypadku było to złe. Przy ich trybie życia, ich charakterach i tym, jakimi ludźmi byli, to przecież... by to przeżyli. Jak oni po drodze już stawiali czoła strzelaninom, gangsterom, psycholom, to co? Dziecku by nie dali rady?
Chociaż akurat to ich dziecko, to mógł być diabeł wcielony.
Ale z tym też jakoś by sobie poradzili. Madox nawet już snuł plany, że mogliby stąd wyjechać. Bo co ich tu trzymało? Nie mieli ani rodziny, on tylko kuzynów. Ani domu, tylko to jego mieszkanie. Klub. I tak już od dawna klub był na przegranej pozycji, a teraz kiedy spłonął tym bardziej. Madox nawet nigdy nie lubił Toronto, on zdecydowanie był stworzony do jakiś ciepłych krajów, wylegiwania się na plaży.
Ale raczej nie do otwierania restauracji, więc kiedy Pilar to powiedziała, to on też parsknął śmiechem, gdzieś do jej ucha schowanego pod włosami.
- Może. I podawał tam kanapki i ryż, kuchnia prosta i smaczna - zaczepił ją kolanem, a jego palce przesunęły się gdzieś po jej biodrze. Czuł jaka była spięta, on też był, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. Wypuścił powietrze z płuc ze świstem, a zaraz pytał jej, czy chciałaby to dziecko.
Spodziewał się takiej odpowiedzi, bo oni nie byli typem ludzi, który chcieli zakładać szczęśliwą rodzinkę, może czasem tworzyli taki obrazek. I to im nawet pasowało, ale przecież to nie był jeszcze ten czas. A może on nawet nigdy nie nadejdzie?
- No nie, nie pozwoliłbym ci - bo on też sobie nie wyobrażał oddać gdzieś ich dziecko, albo je usunąć. I może to ona powinna o tym decydować, bo to jej ciało, ale chyba on też miał coś do powiedzenia w tym temacie. Znowu złapał w płuca więcej powietrza i przytulił ją do siebie mocniej - byłabyś zajebistą matką - mruknął jej we włosy, i może powiedziałby coś jeszcze, ale już mu się wyrywała. Jego palce przesunęły się tylko po jej udzie, kiedy mu uciekła. On rozwalił się na kanapie odchylając głowę do tyłu, wbijając spojrzenie w sufit. Wiedział, że Pilar byłaby dobrą matką, miała podejście do dzieci. Gorzej z nim, on by zwariował...
Postukał palcami w swoje udo, a zaraz odwrócił się, żeby spojrzeć za nią do kuchni, zaraz zerwał się z miejsca i stanął w przejściu, w momencie, w którym zajebała ręką w szafkę.
- Pilar… co robisz? - mruknął kręcąc głową i już podszedł do niej, żeby z jednej z kuchennych szafek wyciągnąć apteczkę z różnokolorowymi plasterkami. Mieli pewnie ze trzy rodzaje jakiś zwierzątek, dinozaurów i tym podobnych. Tylko Pani Noriega znowu mu się wyrywała i pędziła do łazienki, kiedy zadzwonił dzwonek. Madox oparł się o szafkę i dolał sobie znowu rumu, wychylił go duszkiem.
A zaraz też skierował kroki do łazienki, pochylił się nad pralką, gdzie porozkładane były te wszystkie testy.
- No i co? - były jakieś kreski, ale wcale ich nie łapał, miały być dwie, czy jedna? A może plus? Nie doczytał etykiety, więc spojrzał na Pilar. I już miał odwracać je wszystkie po kolei, ale ona sięgnęła po pierwszy.
- Dwie kreski - rzucił odkrywczo, a to jej soczyste ja pierdole i to jak zaszkliły jej się w momencie oczy, spowodowało tylko to, że te jego od razu się powiększyły, przesunął wytatuowanymi palcami po twarzy.
No kurwa pięknie.
Już miał do niej wyciągnąć rękę, już na języku miał to chodź do mnie, które zawsze padało w tych złych momentach, ale ona wtedy zaczęła odwracać inne testy.
Negatywne jak się okazało.
- Pokaż - przysunął się do niej bliżej i sięgnął do jej palców, żeby też je obejrzeć, poprzekładać w dłoniach. Jedna. Jedna. Jedna i jedna.
Odetchnął z ulgą, naprawdę, bo chociaż starał się grać, że jakoś to się ułoży, jakoś to będzie. To tak kurewsko się bał, że ta jego czerwona koszula na plecach była chyba cała mokra, bo tak się spocił. Wypuścił ciężko powietrze w płuc, odrzucając testy na pralkę.
Trzymał jeszcze w palcach ten z dwoma kreskami, a kiedy Pilar znalazła instrukcję od niego, to ściągnął do siebie brwi, dwadzieścia procent szans na dziecko to mało. A kiedy powiedziała to, że gdyby był pozytywny, to powinny być trzy kreski, to pokręcił głową.
- Ni chuj nie ma trzech - rzucił test na pralkę i chciał się wyrwać do Pilar, żeby ją uściskać, ale ona już opadła na podłogę, a Madox...
Wyszedł z kibla, ale tylko na chwilę, chwilę grzebał w korytarzu, w kurtce, a zaraz wrócił do łazienki. Zaraz usiadł przy niej na ziemi, krzyżując nogi, a w ręce wyciągnął w jej kierunku jej ulubioną czekoladkę.
- Kupiłem ci po drodze, gdyby się okazało, że tak... Ale możesz ją teraz zjeść w ramach świętowania, że nie - przesunął batonikiem z żabcią po jej kolanie. A zaraz go jej oddawał. Powinni się cieszyć z tego, że to był fałszywy alarm, no cieszyli się. Madox też, tylko jeszcze coś innego chodziło mu po głowie. Przesunął się bliżej niej, tak, że jego kolano dotknęło jej stóp. Gryzła go jeszcze jedna rzecz, a biorąc pod uwagę to ile oni mieli różnych, innych problemów...
- Pilar… może powinniśmy pomyśleć o tym, żeby jakoś inaczej się zabezpieczyć? - no bo jednak takiej opcji, że będą uprawiać mniej seksu nie widział. Kiedy oni potrafili się nakręcić w jednej chwili. A zresztą... mieli swoje potrzeby tak? - Może powinienem zrobić wazektomie? - wypalił w końcu. Nie myślał nigdy o tym, a potem to jakoś tak padło w jego rozmowie z River, wtedy ją wyśmiał, ale teraz pomyślał o tym na poważnie. Bo... po co mieliby jeszcze raz przez to przechodzić? Skoro były sposoby, żeby temu zapobiec. A Madox... no wszystko by zrobił dla niej. Dla jej komfortu, i żeby znowu, kiedyś tam, nie musiała się tak denerwować. I on przy okazji też. Mieli dużo innych rzeczy na głowie, żeby jeszcze dokładać do tego fałszywe alarmy związane z ciążą. A przynajmniej według niego.

Me sentí aliviado ˚.🎀༘⋆

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pn lip 27, 2026 9:40 am
autor: Pilar Noriega
trigger warning
przekleństwa
Nie była w ciąży.
Nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła w sercu tak wielką ulgę.
Wciąż ciężko łapała oddech, kiedy plecy osuwały się po chłodnych kafelkach aż do samego parkietu, skóra paliła, a dłonie drżały z nerwów, ale przynajmniej teraz już widzieli… nie była. Kurwa nie była. Oczywiście, że nie była. Przecież się zabezpieczali, ona się zabezpieczała. I dopiero wtedy, siedząc na podłodze i prawie płacząc ze szczęścia uświadomiła sobie, jak głupia była, że dała się w to wszystko wciągnąć. W to pieprzone zdjęcie Gaby, które rozpoczęło lawinę paniki. Zupełnie niepotrzebnej, bo przecież ona nie miała prawa zaciążyć.
A jednak oni i tak zdecydowali przejść przez piekło.
Ni chuj nie ma trzech — powtórzyła jego słowa, jedno po drugim, śmiejąc się głupio sama do siebie. Czy żałowała? Ani trochę. Ciąża w szczęśliwych związkach może i była czymś, co ludzie celebrowali, uznawali za cud boski, ale nie oni. Oni nie byli na to gotowi, nie mieli na to zasobów, a ta cała scenka, którą odprawili w łazience była na to idealnym dowodem.
Podniosła spojrzenie w górę, kiedy Noriega się poruszył. Myślała, że zejdzie do niej do parteru, powie coś więcej, ale on zamiast tego… wybiegł z kibla. Zamrugała kilkakrotnie i nawet nie zdążyła otworzyć ust i zapytać, gdzie uciekał, bo wrócił, w ręce ściskając jakiś papierek. Uniosła nieznacznie brew ku górze, a kiedy okazało się, że była to jej ulubiona czekolada, którą kupił po drodze dla niej na poprawę humoru… no kurwa coś w niej pękło. To było z jednej strony tak niespodziewane, a zarazem tak bardzo w jego stylu, że Pilar najzwyczajniej w świecie się roz-czu-li-ła. Bez smutku, goryczy i przerażenia spojrzała mu głęboko w oczy z jakaś pojebaną wdzięcznością, bo jaki facet by tak zrobił? Żaden nie był jak on. Nikt inny na tej całej planecie zwanej ziemią nie udźwignąłby bycia z jednej strony groźnym, nieustępliwym, agresywnym, impulsywnym i narwanym, a w tym samym czasie jeszcze kochającym do bólu, czułym, wrażliwym i do tego opiekuńczym. Tylko on. Madox Noriega. Jej mąż.
Wiesz, że cię kocham? — uśmiechnęła się momentalnie, ukazując szereg białych zębów, a następnie ruszyła ręką, żeby w następnej chwili zgarnąć batonik jednym szarpnięciem. — Najlepszy mąż na świecie, kurwa — mruknęła pod nosem, nawet na niego nie patrząc, bo całą uwagę już miała skupioną na batoniku, który zaczęła otwierać między nogami. — Każda jedna głupia baba może mi zazdrościć — cmokała sobie ledwo słyszalnie, chociaż on i tak mógł zrozumieć wszystko. Trochę się zgrywała, ale też jaki facet kupował swojej żonie czekoladki przy okazji testu z apteki? No kurwa żaden. Tylko ten jej. A przynajmniej Pilar dopowiedziała sobie taką narrację, że ten jej był jedyny w swoim rodzaju. Wgryzła się w czekoladę bez najmniejszego zawahania, a w międzyczasie już wysuwała naklejkę, która… — Kułwa, serio — rzuciła z pełną buzią, a potem pokazała Noriedze żabcie, która się wylosowała.
Spoiler
Obrazek
Jebana żabcia dziecko. Takie szczęście to chyba mogli mieć tylko oni.
— Chociaż im dłużej na to patrzę, to bardziej widzę ciebie — odgryzła się, zaczepiając go nogą o biodro. Mina nawet podobna, nawet na ślina ulana, tylko zamiast smoczka jakby mu dać szklankę z rumem i bardziej czerwony kubraczek, to byłoby jeden do jednego. Co prawda takiej jeszcze nie miała i pewnie finalnie skończy w albumie, ale do tego czasu zdjęła podstawę i… przykleiła tą żabę Noriedze prosto na klatę. Zaraz obok dzielnego lwa. Pięknie wyglądał i może nawet dłużej by się z tego pośmiali, ale wtedy on wypalił z tym, że może powinni się bardziej zabezpieczać.
Możemy nie uprawiać seksu — wtrąciła, mieląc czekoladę i oczywiście ciapkając się nią dookoła ust. Chociaż starała się zachować powagę, mówiąc o celibacie, wystarczyło jego jedno spojrzenie, żeby prychnęła. No gdzie oni i wstrzemięźliwość, jak oni niekiedy nie potrafili się od siebie odkleić w najbardziej randomowych miejscach wśród ludzi, a co dopiero kiedy byli sami. Nie spodziewała się jednak, że jego propozycją będzie wazektomia.
Zwariowałeś? — wyrwało się jej niekontrolowanie, może trochę za bardzo nerwowo. Sama nie wiedziała skąd w niej nagle tyle oburzenia, skoro chwile temu skakali z radości, że nie była w ciąży. — No a co jeśli… — zaczęła niepewnie, odstawiając na moment na bok czekoladę i w zamian biorąc sobie w ręki jego dłoń. Zawsze to robiła — bawiła się jego pierścionkami za każdym razem jak temat robił się cięższy. — Co jeśli nam odjebie na starość? — spytała w końcu, łapiąc jego piękne, czekoladowe spojrzenie. — Jak za kilka lat mając już ten domek z ogrodem i z huśtawką z opony zawieszoną na drzewie zachcemy czegoś więcej? No wiesz… mieć dziecko? — nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie o tym myśleć w taki sposób, że w ogóle czekała ją taka szczęśliwa przyszłość, ale teraz uświadomiła sobie, że może nawet chciała, żeby kiedyś tak skończyła się ich historia. I może żeby rodzina była większa? Nie miała pojęcia, co siedziało w jego głowie, ale przysunęła się bliżej, tak, że ich ciała już prawie całe się stykały, a nogi plątały między sobą. — Nie chce żałować, że kiedyś, jak byliśmy młodzi i durni, zrobiliśmy coś takiego i nie będzie się dało tego cofnąć — bo taka była właśnie smutna prawda z wazektomią. Niby zabieg był odwracalny, ale kurewsko ciężko. Większość mężczyzn nigdy nie odzyskiwała płodności i Pilar chyba pierwszy raz aż tak bardzo wybiegała w przyszłość, że się tym przejęła. Sam ten fakt ją kurewsko przeraził, ale w tym samym czasie… no kurwa, wiedziała, że Madox to ten jedyny, ten na lata, ten, który przyniósł jej ulubioną czekoladę, żeby się tak nie stresowała. Mogłaby mieć z nim dziecko. Naprawdę mogłaby kiedyś przy nim stać się matką.
Nie wiem, a ty co myślisz? — spytała, przekręcając lekko głowę. Chciała usłyszeć jego zdanie w tym wszystkim. Długoterminowe, a nie takie na tu i teraz, bo wiadomo po tym, co odjebali z ta cała ciążową paniką, wiadomo, że na ten moment żadne dzieci nie były dla nich przewidziane, ale może kiedyś… — Wcale nie wyobrażasz sobie takiego małego Madito? Z wielkimi, czekoladowymi oczami i szerokim uśmiechu? Kudły by pewnie miał po mnie i stałyby mu na wszystkie strony. No i z procy pewnie by zajebiście strzelał — mówiła, gładząc go gdzieś po ręce. — A gadkę po tobie, wiadomo. I pewnie czarowałby każdą, jedną dziewczynkę na placu zabaw — pojebana była to wizja, taka nierealna, a jednocześnie… może nawet nie taka zła? Napawająca nadzieją.

Pequeño Madito *_*

bajo el cielo de río, contigo siempre ‪‪❤︎‬

: pn lip 27, 2026 2:43 pm
autor: Madox A. Noriega
trigger warning
przekleństwa
Ulżyło mu. Naprawdę mu ulżyło, chociaż jakby musiał to grałby... zadowolonego? Na pewno wspierającego, no bo przecież o ile kilka miesięcy wstecz mógłby po prostu pierdolnąć drzwiami i uciec do Kolumbii, to teraz by już tego nie zrobił.
Za bardzo kochał Pilar, a teraz była przecież jego żoną.
Wszystko by dla niej zrobił.
A zaraz okazało się, że kupił jej też jej ulubionego batona, na pocieszenie, a teraz na świętowanie, że nie zostaną rodzicami. Przez głowę mu przeszło, że powinni może otworzyć szampana, ale ostatnio skończyło się to okropnym guzem na czole Patela i utratą pamięci. Może jednak lepiej rum?
Rum pasował do czekolady, którą już przekazał Pilar.
A kiedy powiedziała do niego to wiesz, że cię kocham, to uśmiechnął się nieznacznie.
- Tak myślałem, że jak przyniosę ci tego batona, to będziesz mnie kochać - westchnął pochylając się do niej bliżej. Tak sobie gadał, ale przecież wiedział, że go kochała, chociaż czasem się na niego wydzierała, wyzywała go od idiotów, uciekała mu i patrzyła na niego jakby chciała go pobić. Ale widział to w jej oczach, za każdym razem, kiedy w nie patrzył. Jak bardzo go kochała.
I on też ją kochał, chciał być dobrym mężem, chociaż czasem z różnym skutkiem. Czasem wychodziło mu to średnio, ale się starał. Nawet takimi drobnymi gestami, jak to, że po drodze z apteki wszedł do kiosku i kupił jej batona, pokazać jej, jak bardzo mu na niej zależało. Kurewsko.
Obserwował batonik, który otwierała, kiedy jej smukłe palce szarpały opakowanie. Ale na jej słowa parsknął śmiechem.
- No tak, mój typ... Głupie baby - zaczepił ją kolanem, a kiedy prezentowała mu naklejkę, to najpierw spojrzał na nią poważnie, a zaraz jego śmiech odbił się od kafelków toalety, przysunął się do niej tak, że oparł na moment policzek o jej kolano - ja pierdole... Wyobrażasz sobie, jakby się okazało, że jednak będziemy mieć dziecko, ja bym ci dał batona na pocieszenie, a tam ta żaba... - spojrzał jej w oczy, przesuwając szorstkim policzkiem po jej gładkiej skórze - zajebałabyś mnie - on tak to widział, że by tego nie przeżył. Zerknął jeszcze raz na żabcię, kiedy powiedziała, że widzi w niej jego, nawet taką minę zrobił jak ta żaba, tylko smoczka mu brakowało - nie widzę podobieństwa - prychnął - schowaj nakleimy ją Gabie na czoło - zaproponował, ale zaraz miał ją na klacie, spuścił spojrzenie w dół, na tego lwa, który wyglądał jakby chciał ją pożreć. Uniósł jedną brew, jakby chciał coś dodać, ale zaraz nawijał o tym, że powinni się lepiej zabezpieczać. Na jej słowa zasznurował usta w wąską linię i zmrużył oczy. Najpierw miał powiedzieć, że chyba ją pojebało, bo jak to sobie wyobrażała, bo on wcale. Ale zaraz przechylił na bok głowę odsłaniając koronę na swojej szyi.
- Możemy - powtórzył po niej. Ciekawe kto pierwszy by się złamał? Madox nawet był gotowy to przetestować.
Chociaż... pierwszy by był pewnie on. Bo Pilar znała na niego różne sposoby. Jednak musieli znaleźć inne wyjście z sytuacji, dlatego on zaproponował wazektomię. Ale wcale nie spodziewał się, że ona tak zareaguje.
Zwariowałeś.
Ściągnął do siebie brwi, a jego ciemne spojrzenie odszukało jej piękne, czekoladowe oczy, a kiedy sięgnęła do jego ręki przesuwając na niej pierścionki, w tym piękną obrączkę, to już wiedział, że zrobi się poważniej.
Słuchał jej, a nawet się delikatnie uśmiechnął, bo... kiedy River powiedziała mu o tej wazektomi, to Madox zareagował tak samo, a potem nawijał, że co jeśli jego, narzeczona jeszcze wtedy, będzie kiedyś chciała z nim mieć dziecko? No i wychodziło na to, że może kiedyś by chciała. Chociaż przed chwilą im obojgu cholernie ulżyło, że jednak jeszcze nie teraz. Ciemne tęczówki utkwił w tych pięknych oczach swojej żony. I jak w pierwszej chwili chciał jej powiedzieć, że on nie chce mieć dzieci, że nigdy tego nie zakładał, bo wiedział, że byłby chujowym ojcem. On nawet nie lubił dzieci, po dłuższym czasie go irytowały, albo kiedy płakały, tak teraz jeden kącik jego ust uniósł się do góry, kiedy tak na nią patrzył.
- To nie wiem... - westchnął ciężko i sięgnął do kącika jej ust, żeby ściągnąć z niego odrobinę czekolady i oblizać palec. Może on naprawdę nie spodziewał się tego, że kiedyś będzie chciał założyć rodzinę, ale... Gdyby Pilar chciał, to by to zrobił, Stawił temu czoła, jak wszystkiemu innemu, z nią u boku - to zostaje nam seks oralny i ana... - nie dokończył, bo zaraz Pani Noriega mówiła, że nie chce żałować, że to zrobili. Oni. Bo teraz to już nie było tak, że tylko on sam decydował o takich rzeczach, teraz to leżało w ich wspólnej gestii. Złapał ją za kolano i przyciągnął do siebie jeszcze bliżej.
- Myślę... że masz rację - skinął głową. Nie wyobrażał sobie nigdy swojego syna. Jak jego kumple chwalili się dzieciakami, to on o tym nie myślał. Był kretem, robił dla mafii, działał pod przykrywką. Tacy ludzie jak on nie zakładają rodzin. Ale też się nie żenią, a on to zrobił.
Właśnie siedział sobie na przeciwko swojej świeżo upieczonej żony i patrzył jej głęboko w oczy.
I kurwa...
Wyobrażał sobie swoje dziecko, ich dziecko.
- Wolałbym dziewczynkę, z takim zadziornym spojrzeniem jak jej mama - tą jej rękę, której palce splatała z tymi jego przyłożył sobie do ust i musnął wargami - z takimi kudłami... - szczypnął zębami skórę na jej palcu - jednym tupnięciem nogi rozstawiałaby gangusów po kątach - i jego pewnie też.
Pojebana to była wizja. Nierealna, ale Madox też się na nią uśmiechnął. Bo może nie taka zła?
Biorąc pod uwagę to, że Pilar wychowywała się bez rodziny, a ta jego była mocno chujowa. To przecież oni teraz właśnie mogli stworzyć swoją własną. Tak jak chcieli, po swojemu.
- Pilar, ale... to będzie nasza wspólna decyzja okej? No i najpierw ogarniemy te wszystkie sprawy dookoła i w ogóle... Bo... Ja już myślałem o tym, żebyśmy kupili dom. Na razie w ogródku mógłby się bawić Sombra, ale wiesz, my też byśmy mogli tam nie wiem... Rozłożyć leżaki i udawać, że jesteśmy na wakacjach - bo on rzeczywiście myślał o tym domu... Jako jego prezent ślubny, niby Gaba mu rzuciła propozycją jachtu, ale jednak on z Ravim gadał o tym, że ma tu jakiegoś kolegę od nieruchomości i Madox chciał się z nim umówić. Może to nie była kwestia najbliższych tygodni, bo mieli teraz ważniejsze rzeczy na głowie, ale o tym myślał.
O ich domu z ogródkiem i z huśtawką z opony.
A od tego to już prosta droga do małego Madito, albo małej Pili...
Oby nie. Ale kiedyś może tak.
Pojebane to było, ale ten sam Madox, który jeszcze jakąś godzinę temu chciał spierdalać do Kolumbii jeśli okazałoby się, że zostanie ojcem, teraz...
Kurwa.
On się trochę przekonywał do tej myśli. Że kiedyś tam zrobią sobie dziecko. Bo z nią by mógł. Wszystko razem mogli.
Przeżyli już Medellin, Meksyk, a teraz Rio.
A każda podróż doświadczała ich na wielu płaszczyznach, z każdej wracali silniejsi. Jeszcze bardziej w siebie zapatrzeni, zakochani.
A ta do Rio nie dość, że zakończyła się ich ślubem, to jeszcze otworzyła przed nimi nowe perspektywy. Doszli do tego, że kiedyś... Jak już kupią ten dom z ogródkiem, a na drzewie powieszą huśtawkę z opony, to może nawet... zrobią sobie dziecko.
Zabawne to było, że od tak wielkiej paniki, że Pilar mogłaby być w ciąży przeszli do tego, że jednak kiedyś chcieli by mieć dziecko. Razem. Cały kalejdoskop różnych emocji...
I nawet kiedy zebrali się z podłogi w łazience i posprzątali te wszystkie testy, nawet kiedy już odpoczywali po urlopie, kurewsko intensywnym, takim, na którym nie złapali nawet chwili wytchnienia, to jeszcze wciąż rozmawiali o... przyszłości. Bo teraz, może po raz pierwszy w życiu otworzyli oczy i zrozumieli, że będą ją tworzyć wspólnie, jako małżeństwo. Państwo Noriega, które stawi czoła nawet mafii. Nawet dziecku.
Razem, kurwa, nic nie było im straszne.
K O N I E C
la pequeña Pili 𓍯𓂃🧸ྀི