clean up the rot before it digs too deep
: ndz paź 25, 2026 12:21 am
Tysiąc siedemset chuj-w-to-ileś dni trzymał ręce przy sobie. Niemożliwością było, aby złamał niemalże świętą zasadę nie mieszania pracy z przyjemnością. Zbyt wiele to komplikowało; zbyt szybko mogło się zmienić w szachy pięciowymiarowe. Tak samo jak swoich ludzi traktował niemal jak rodzinę; gdy ktoś był jego to bezwarunkowo; tak samo podobnie działał w kwestii bliskości.
Mógł wodzić spojrzeniem; mógł pozwalać wyobraźni dorysować kilka szczegółów, których nie miałby prawa zrealizować, ale nie mógł dotknąć. Nie w ten sposób, w który układał teraz swoje palce na skórze Navarro, jeszcze dalej próbując głupio to upchnąć za wyłącznie prowokacją, w którą sam już przestał wierzyć.
A przestał, bo mu odpowiadała.
Jej palce dotarły do jego karku i znalazły się dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą podsuwała mu je tylko jego własna wyobraźnia. Przez moment skupił się na tym jednym doznaniu, na drobnym nacisku opuszek i tym jak zmienił się, kiedy Navarro wspięła się na palce; a później znów na jej twarzy, teraz już zbyt bliskiej, żeby objąć ją spojrzeniem w całości. Musiał wybierać pomiędzy oczami, w których uparcie szukał wcześniej zawahania, a ustami, którymi właśnie obiecywała mu kolejne problemy.
Podobało mu się to.
Zwłaszcza że przy całej tej potrzebie utrzymywania jego ego w ryzach wybrała dość osobliwy sposób, żeby się za nie zabrać. Sama przesunęła dłoń wyżej, sama zabrała im resztę przestrzeni; teraz mógłby policzyć te ostatnie milimetry, gdyby tylko miał jeszcze ochotę zajmować się czymś równie nieistotnym. Jak stół. Stół był, stołu nie ma.
Kącik ust uniósł mu się odrobinę wyżej, a on powoli pochylił głowę. Wystarczająco nisko, by pierwsze słowa wypowiedzieć już przy samych jej wargach:
Tu tormento.
Przyjął tę jej deklarację z zadowoleniem, którego nawet nie próbował już przed nią schować; zdradziło go drżenie w kąciku ust, błysk w ciemniejącym spojrzeniu.
— Qué gracioso. Ayer se te daba mucho mejor odiarme. — Dłoń spoczywającą do tej pory na jej biodrze przesunął na plecy; palce rozłożyły się tuż nad talią, układając pewniej. Kciukiem drugiej przesunął krótko wzdłuż żuchwy, z uwagą zatrzymaną na tym, jak niewielki ruch wystarczał teraz, żeby zmienić pomiędzy nimi niemal wszystko. Kąt, pod którym widział jej twarz; miejsce, do którego docierał jego głos i znów odległość, którą jeszcze niedawno tak skrupulatnie wypełniali stołem.
Zamiast tego przekrzywił głowę odrobinę, kierując usta ku kącikowi jej warg.
— ¿Qué ha cambiado? — Musnął go przy pytaniu, krótko, zanim przesunął się dalej. Palce przy żuchwie rozluźniły chwyt i powędrowały za jej ucho, odsuwając przy okazji pasmo włosów. Odcisnął swoje wargi w dwóch kolejnych miejscach na linii jej szczęki, przechylając się głębiej w jej przestrzeń. — ¿Te has enterado de cuánto me gusta?
Ostatnie słowa wypowiedział już szeptem. Jego oddech dosięgał skóry na płatku jej ucha, wokół którego się zaplótł; poruszył drobne włosy przy uchu, które przed chwilą wymknęły się spod jego palców. Odsunął je kciukiem niespiesznie, a później musnął ustami odsłonięte miejsce tuż obok.
— Pobre corderito — Tym razem słowa były niemal pozbawione głosu; własnym oddechem, z którym płynęły, otulił jej ucho. Pozwolił gorącu zderzyć się z miękkością jej cienkiej skóry.
Przesunął ustami po zewnętrznej krawędzi płatka, najpierw ledwie znacząc ją wilgotnym ciepłem; powoli, z dokładnością zupełnie niepasującą do czegoś, co wciąż mógłby próbować nazwać zwykłą prowokacją. Dolna warga zaczepiła o miękką skórę, pociągnęła ją za sobą, aż płatek znalazł się pomiędzy jego wargami. Przytrzymał go przez jedno uderzenie serca, może dwa, a później wypuścił równie niespiesznie, przesuwając językiem po miejscu, w którym przed chwilą zostawił po sobie krótkie ukłucie.
Kciukiem nadal przesuwał leniwie za jej uchem, po granicy włosów, podczas gdy jego usta odnalazły wrażliwe zagłębienie tuż pod nim. Odcisnął tam pocałunek. Drugi, bardziej wilgotny. Przy trzecim rozchylił wargi i pozwolił czubkowi języka przesunąć się po rozgrzanej skórze, zanim wrócił do płatka i ponownie, już odrobinę mocniej, przytrzymał go zębami.
Drugą dłonią docisnął Navarro bliżej, likwidując ostatnią odrobinę przestrzeni, która zdołała uchować się pomiędzy ich ciałami, zatapiając palce w jej mięśniach.
— Dime, corderito. Quieres escapar? — mruknął w jej ucho, między jedną pieszczotą a drugą. — Puede que no te lo permita
Kłamstwo. Dla niego oczywiste. Kłamstwo dla chwili. W jego oczach Navarro była nietykalna tak długo, dopóki tego chciała. Tykalna na identycznych tego warunkach; rządziła nim jednym tylko słowem, którego nawet nie musiał usłyszeć. Szukał go wcześniej, w jej spojrzeniu, na całej jej twarzy; nawet teraz próbował wyczuć pod opuszkami palców napięcie, którego nie sposób było tak po prostu rozbić dotykiem.
corderito
Mógł wodzić spojrzeniem; mógł pozwalać wyobraźni dorysować kilka szczegółów, których nie miałby prawa zrealizować, ale nie mógł dotknąć. Nie w ten sposób, w który układał teraz swoje palce na skórze Navarro, jeszcze dalej próbując głupio to upchnąć za wyłącznie prowokacją, w którą sam już przestał wierzyć.
A przestał, bo mu odpowiadała.
Jej palce dotarły do jego karku i znalazły się dokładnie tam, gdzie jeszcze przed chwilą podsuwała mu je tylko jego własna wyobraźnia. Przez moment skupił się na tym jednym doznaniu, na drobnym nacisku opuszek i tym jak zmienił się, kiedy Navarro wspięła się na palce; a później znów na jej twarzy, teraz już zbyt bliskiej, żeby objąć ją spojrzeniem w całości. Musiał wybierać pomiędzy oczami, w których uparcie szukał wcześniej zawahania, a ustami, którymi właśnie obiecywała mu kolejne problemy.
Podobało mu się to.
Zwłaszcza że przy całej tej potrzebie utrzymywania jego ego w ryzach wybrała dość osobliwy sposób, żeby się za nie zabrać. Sama przesunęła dłoń wyżej, sama zabrała im resztę przestrzeni; teraz mógłby policzyć te ostatnie milimetry, gdyby tylko miał jeszcze ochotę zajmować się czymś równie nieistotnym. Jak stół. Stół był, stołu nie ma.
Kącik ust uniósł mu się odrobinę wyżej, a on powoli pochylił głowę. Wystarczająco nisko, by pierwsze słowa wypowiedzieć już przy samych jej wargach:
Tu tormento.
Przyjął tę jej deklarację z zadowoleniem, którego nawet nie próbował już przed nią schować; zdradziło go drżenie w kąciku ust, błysk w ciemniejącym spojrzeniu.
— Qué gracioso. Ayer se te daba mucho mejor odiarme. — Dłoń spoczywającą do tej pory na jej biodrze przesunął na plecy; palce rozłożyły się tuż nad talią, układając pewniej. Kciukiem drugiej przesunął krótko wzdłuż żuchwy, z uwagą zatrzymaną na tym, jak niewielki ruch wystarczał teraz, żeby zmienić pomiędzy nimi niemal wszystko. Kąt, pod którym widział jej twarz; miejsce, do którego docierał jego głos i znów odległość, którą jeszcze niedawno tak skrupulatnie wypełniali stołem.
Zamiast tego przekrzywił głowę odrobinę, kierując usta ku kącikowi jej warg.
— ¿Qué ha cambiado? — Musnął go przy pytaniu, krótko, zanim przesunął się dalej. Palce przy żuchwie rozluźniły chwyt i powędrowały za jej ucho, odsuwając przy okazji pasmo włosów. Odcisnął swoje wargi w dwóch kolejnych miejscach na linii jej szczęki, przechylając się głębiej w jej przestrzeń. — ¿Te has enterado de cuánto me gusta?
Ostatnie słowa wypowiedział już szeptem. Jego oddech dosięgał skóry na płatku jej ucha, wokół którego się zaplótł; poruszył drobne włosy przy uchu, które przed chwilą wymknęły się spod jego palców. Odsunął je kciukiem niespiesznie, a później musnął ustami odsłonięte miejsce tuż obok.
— Pobre corderito — Tym razem słowa były niemal pozbawione głosu; własnym oddechem, z którym płynęły, otulił jej ucho. Pozwolił gorącu zderzyć się z miękkością jej cienkiej skóry.
Przesunął ustami po zewnętrznej krawędzi płatka, najpierw ledwie znacząc ją wilgotnym ciepłem; powoli, z dokładnością zupełnie niepasującą do czegoś, co wciąż mógłby próbować nazwać zwykłą prowokacją. Dolna warga zaczepiła o miękką skórę, pociągnęła ją za sobą, aż płatek znalazł się pomiędzy jego wargami. Przytrzymał go przez jedno uderzenie serca, może dwa, a później wypuścił równie niespiesznie, przesuwając językiem po miejscu, w którym przed chwilą zostawił po sobie krótkie ukłucie.
Kciukiem nadal przesuwał leniwie za jej uchem, po granicy włosów, podczas gdy jego usta odnalazły wrażliwe zagłębienie tuż pod nim. Odcisnął tam pocałunek. Drugi, bardziej wilgotny. Przy trzecim rozchylił wargi i pozwolił czubkowi języka przesunąć się po rozgrzanej skórze, zanim wrócił do płatka i ponownie, już odrobinę mocniej, przytrzymał go zębami.
Drugą dłonią docisnął Navarro bliżej, likwidując ostatnią odrobinę przestrzeni, która zdołała uchować się pomiędzy ich ciałami, zatapiając palce w jej mięśniach.
— Dime, corderito. Quieres escapar? — mruknął w jej ucho, między jedną pieszczotą a drugą. — Puede que no te lo permita
Kłamstwo. Dla niego oczywiste. Kłamstwo dla chwili. W jego oczach Navarro była nietykalna tak długo, dopóki tego chciała. Tykalna na identycznych tego warunkach; rządziła nim jednym tylko słowem, którego nawet nie musiał usłyszeć. Szukał go wcześniej, w jej spojrzeniu, na całej jej twarzy; nawet teraz próbował wyczuć pod opuszkami palców napięcie, którego nie sposób było tak po prostu rozbić dotykiem.
corderito