Strona 3 z 5

A little party never killed nobody

: czw gru 25, 2025 2:32 pm
autor: Zoe Avery
Nigdy w życiu nie poszłaby z nieznajomym kolegą na żadne pięterko. Nawet jej pijane ja tego nie planowało. Wierzyło chłopakowi, że ten jej coś u góry pokaże, że porozmawiają, nawet jeśli jej język się już plątał. Niestety, gdy było się już w takim stanie co ona, to można byłoby jej wmówić wiele, a ona by uwierzyła i w ogóle się nie stawiała. No, prawie, bo jak widać, gdy doszło co do czego, a jej resztki podświadomości wyczuły niebezpieczeństwo, to zareagowała. A przynajmniej starała się reagować, tylko nie tylko siły nie miała, ale też mocy przebicia.
Nawet nie zauważyła kiedy za plecami Dudley’a pojawiła się nowa postać.
Kolega został od niej odciągnięty, a wszystko działo się trochę za szybko na jej przypity umysł. Poprawiła jedynie ramiączko koszulki, które jej zjechało przez działania natarczywego chłopaka i skupiła zaraz wzrok na Evanderze, gdy ten wypowiedział jej imię. To ono przebiło się przez alkohol płynący w jej żyłach, powodując, że chociaż częściowo zorientowała się w sytuacji.
Zerknęła na rozzłoszczonego kolegę, który oburzony nie miał czelności, aby przebijać się przez Krossa i chwiejnym krokiem skierowała się w stronę drzwi. Bez słowa zeszła na dół, mijając kolejnych ludzi, których imion zupełnie nie znała. Zatrzymała się pośrodku korytarza i tam już straciła orientację, nie bardzo wiedząc co ma ze sobą zrobić.
Ciekawe czy będzie w ogóle coś pamiętać z tej imprezy. Poza rozgrywką w beerponga.
Nie zauważyła też kiedy Kross do niej dołączył.
Nie fiem… Nahszyczał na mie i sobie poszedł — powiedziała jakże zawiedziona zachowaniem swojego przyjaciela, który zostawił ją samą na imprezie wśród obcych ludzi. Pewnie myślał, że Zoe też niewiele później pójdzie do domu, chociaż mógł się domyślić, że po ilości i tempie alkoholu, który wypiła… to będzie potrzebować pomocy, aby do tego domu się dostać.
Jak Marvin na nią naskakiwał jeszcze kontaktowała. Teraz, gdy alkohol już się wchłonął, była już mocno wstawiona.
Chodź, Mądralo. Idziemy się przewietrzyć.
Ohey — powiedziała bez żadnego sprzeciwu i dała się poprowadzić w kierunku przedsionka, gdzie mieli się ubrać. To, że założyła buty, to było największe osiągnięcie w dniu dzisiejszym. Kurtki już znaleźć nie umiała, bo dużo wyglądało podobnie, a o tej godzinie na wieszakach była ich cała masa. Nie opierała się jednak, gdy Evan wsadzał na nią swoje własne odzienie. Nawet grzecznie rączki w rękawy wsadzała.
Wyszła z nim, niemalże od razu czując jak chłodne powietrze uderza w jej twarz. To mogło być zdradliwe, takie przejście z ciepłego do zimna, a z drugiej strony czuła miłe orzeźwienie. Jakby właśnie tego jej organizm potrzebował - wyrwania się z tego dusznego powietrza, gdzie unosiły się opary alkoholowe.
Gdzie mieszkasz?
O tam — powiedziała, wskazując palcem kierunek wzdłuż drogi. — Albo tam — dodała, przenosząc palec w drugą stronę. Jej orientacja w terenie była w tym momencie… bardzo zła. Jeśli doszłaby do domu, to tylko przez resztki podświadomości i pamięć mięśniową. — A nie szehaj, chyba tam, choś — powiedziała, jakby nagle dostała oświecenia i zaczęła iść przed siebie. Chwiejnie bo chwiejnie, ale wyglądała jakby naprawdę znała drogę.
Byle tylko auto jej nie pierdolnęło, bo szła środkiem ulicy.
Zerknęła w stronę Evandera.
Niefajneho masz holehę, był barso niemiły — powiedziała, niezadowolona z tego, że Dudley zachował się jak frajer. Pewnie nie do końca ogarniała co się działo, ale pamiętała, że nie była szczęśliwa z jego poczynań. — Szemu był niemiły? — spytała, jakby Evan miał znać odpowiedź na to pytanie. W końcu się kolegowali, nie?

Evander Kross

A little party never killed nobody

: sob gru 27, 2025 8:17 pm
autor: Evander Kross
  Słowem się nie odezwał, gdy Zoe przyznała, że jej wspaniałomyślny przyjaciel obraził się na nią i zostawił samą na imprezie w stanie wskazującym. Kross był wystarczająco poirytowany całą sytuacją i nawet nie chodziło o fakt, że teraz zamiast dalej imprezować i bawić się ze znajomymi, musiał (wcale nie musiał) opiekować się zapijaczoną koleżanką. Wciąż był podminowany zachowaniem jednego ze swojego kolegów – o ile był w stanie zrozumieć, jak mówił, to że sypiało się bez skrupułów z łatwymi, trzeźwymi dziewczynami, o tyle wykorzystywanie nawalonej w trzy dupy laski było czymś poniżej jakiegokolwiek, akceptowalnego poziomu.
  Świadomość, że ktoś, kogo blondynka nazywała swoim przyjacielem i kogo broniła cały czas przed nim, zostawił ją pijaną na imprezie samą sobie, jedynie dolał oliwy do tego całego ognia.
  Nie zamierzał się jednak wyżywać na dziewczynie – wiedział, że trzeba było ją ogarnąć. Nikt jej nie kojarzył, przynajmniej nie znał się z nią na tyle, by mógł spokojnie oddać pijaną w cudze ręce, więc ciężar zajęcia się nią spoczywał na nim i tylko na nim. Nie był to jego psi obowiązek, aby zadbać o nią, faktycznie mógłby ją zostawić samą sobie, ale zwyczajnie nie potrafił.
  Gdy wyszli na zewnątrz, bez większych sprzeciwów i dramatów, zastanowił się, co robić. Jedynym logicznym rozwiązaniem wydawało się być odstawienie dziewczyny do domu. Szkopuł cały był w tym, że on nie miał pojęcia, gdzie to miało być, a ona… Ona, patrząc po jej odpowiedzi na zadane pytanie, najwyraźniej też nie do końca wiedziała.
  Jak się tak dłużej nad tym zastanowił, podejmując kroku za nią, w wyznaczonym kierunku, którego sam nie był pewien, to blondynka musiała mieszkać na jakimś wypizdowie, skoro ostatni autobus do niej odjeżdżał jeszcze w ludzkich godzinach. A to znaczyło – bardzo daleko od miejsca, w którym byli teraz. Daleko od centrum
  Z zamyślenia wyrwał go głos dziewczyny, która ze szczerością godną trzylatki wyznała, że jego kolega był niefajny i bardzo niemiły. Akurat w tym momencie nawet nie mógł zaprzeczyć, bo Dudley zachował się jak ostatni cwel. Nazwanie go niemiłym i niefajnym było delikatnym określeniem.
  — A wiesz — zaczął, jakby od niechcenia, zastanawiając się, co tak naprawdę powinien jej odpowiedzieć. W zasadzie miał wrażenie, że czegokolwiek by teraz nie odpowiedział, to po prostu by uwierzyła, a do rana i tak zapamiętała. — Trochę był przemęczony, bo pracuje dla mafii i handluje narkotykami. Pewnie mu nie zapłacili za ostatnią działkę i był zły, więc się wyżył na tobie. — Wzruszył ramionami, z arcy rozbawionym półuśmiechem, spoglądając przed siebie.
  Wielki żartowniś.
  — Ej, Smartypants, a chce ci się rzygać? — spytał, zerkając na nią kątem oka, chwilę po tym, jak sprawdził, że żaden samochód nie korzysta akurat z tej samej drogi, którą szli. Dopóki było pusto, mogli z niej korzystać. — Myślisz, że porzygałabyś się w taksówce? Gdyby cię wytrząchało i wykołysało na prawo i lewo? — To pytanie zadał chyba tylko po to, by zdać sobie sprawę, ułamek sekundy później, jak bezsensowne było wypytywanie osoby po alkoholu o to, czy się zrzyga w trakcie jazdy. Z jednej strony – po alkoholu można niby było liczyć na szczerość, ale z drugiej strony – ludzie po tym alkoholu niewiele ogarniali, a co dopiero samych siebie i swój stan.
  Strategicznie do tematu podchodząc – najbliżej mieli do jego apartamentu, który był w centrum miasta. Niby nie było to tak daleko pieszo, ale tempem którym poruszali się aktualnie, mogli nieco to rozciągnąć w czasie. Podwózka na pewno by to ułatwiła, ale bardziej niż wizja konieczności zapłacenia za zniszczenia, przerażała go świadomość, że prawdopodobnie sam by się pohaftował, gdyby tylko puściła pawia w samochodzie i zakisiłaby go w tym zapachu

Zoe Avery

A little party never killed nobody

: sob gru 27, 2025 11:24 pm
autor: Zoe Avery
Nie miała pojęcia czy będzie pamiętać coś z dzisiejszego wieczora i na czym jej wspomnienia się zatrzymają. Możliwe, że jeśli sam Kross jej nie opowie co się wydarzyło i przed czym ją wyratował, to sama sobie nie przypomni, że Dudley w pewnym momencie stał się natarczywym dupkiem, który chciał wykorzystać sytuację. Zwłaszcza, że sam napastnik raczej do niczego się nie przyzna, a nikogo innego tam nie było.
Aktualnie jednak miała świetny humor i wydawała się nie mieć większej traumy po tym, co się wydarzyło. Jedynie uważała, że jej kolega, którego imienia w dalszym ciągu nie znała, zachował się bardzo niefajnie. Zapewne jakby jej umysł był bardziej trzeźwy mogłaby to nazwać inaczej, ale w tym momencie chciała się dowiedzieć dlaczego się tak zachował.
Jakby gadała z kimś innym, to pewnie by jej powiedziano, że go sprowokowała.
Wyjaśnienie Krossa jednak było o wiele ciekawsze.
O kursze, serio? — zatrzymała się w pół chwiejnego kroku, aby na niego spojrzeć. — Ale frajer. Ale to mosze byś niebespieszny, nie boisz się sze ci pszywali potem? — Bo przecież skoro pracował dla mafii, to musiał mieć jakieś koneksje. Może potem odnajdzie Krossa i się na nim zemści, że pokrzyżował mu plany!
Może by tak było, gdyby Dudley faktycznie był dealerem.
Szo? — zapytała, po czym spojrzała po sobie jak gdyby chcąc samej ocenić swój stan. Chwiała się, nie ogarniała, ale żołądek jeszcze jej niczego nie zwracał. Możliwe, że to tylko kwestia czasu, bo raczej nie miała tak stalowych bebechów, aby po takiej ilości oraz tempie niczego nie zwrócić. — Nie, spoho, szuję się dobsze, ale trochę mi się w hłowie hręsi — powiedziała, machając ręką, jakby to był pikuś.
Pewnie jakby się teraz położyła, miałaby największy helikopter w swoim życiu. W dodatku pierwszy i najlepiej jeśli będzie ostatni. Po dzisiejszym wieczorze zapewne niezbyt prędko zamoczy usta w jakimkolwiek alkoholu.
Ale pasz, srobię jashółhę — powiedziała w pełni przekonana i nawet stanęła na jednej nodze… na jakiś ułamek sekundy. Na szczęście się nie wywróciła, tylko jakimś cudem utrzymała pozycję stojącą. Potem spróbowała drugi i trzeci raz, ale z tym samym skutkiem. — Dobra szekaj, bo fieje. — Tak, Zoe. Wiało jak nigdy w tym Toronto.
Spróbowała to samo jeszcze raz, a potem drugi, ale było tak samo jak wcześniej. Może jej czas utrzymania pozycji wydłużył się o drugie pół sekundy, ale dalej raczej nikt by nie powiedział, że jest w stanie utrzymać pozycję.
Dlatego potrzebowała pomocy.
Szehaj, tszymaj mie — powiedziała i nawet mu podała swoje chłodne dłonie, aby mógł robić za jej podpórkę. I dopiero kiedy się go trzymała, to była w stanie zrobić jaskółkę. Chwiejną bo chwiejną, ale chociaż jakoś wyglądała. — O… o, wisisz?
Na całe szczęście tylko on widział jak robisz pijaną jaskółkę na środku pustej ulicy w środku nocy.
Wróciła na obie nogi, dumna z siebie, że nie wylądowała twarzą na betonie.
Szyję, nis mi nie jes. — Teraz raczej nikt ci nie uwierzy, że się nie zrzygasz w taksówce. Sama sobie by pewnie nie zaufała, gdyby wypiła dwa piwa mniej i miała jeszcze trochę zdrowego rozsądku. — Ae spoho, nie mieszham daleho, to tylko tam tszeba iś. — Szkoda, Zoe, że nie miałaś orientacji w czasie, przestrzeni i odległości do własnego domu, bo jakbyś chciała iść tam z buta, to doszłabyś o wschodzie słońca, zwłaszcza jakbyś zgubiła trasę kilka razy.

Evander Kross

A little party never killed nobody

: wt gru 30, 2025 2:20 am
autor: Evander Kross
  Nawet nie próbował się zastanawiać nad tym, jak on się znalazł w tej sytuacji. Los miał dziwną tendencję do rzucania i jego i Zoe do dziwnych zdarzeń, bo jak nie leśna przygoda z wieloma wątkami po drodze, to teraz coś takiego. Może była w tym trochę jego wina, ale z drugiej strony – nawet sobie pogratulował w myślach za to, że wylał te dwa pierwsze kubki piwa podczas ich rozgrywki, bo gdyby nie to, to zapewne nie szedłby teraz obok niej, a ciągnął po chodniku w stronę domu.
  Albo siedziałby nad nią w wolnym pokoju i pilnował jak śpi i czy aby na pewno nie dławi się własnymi rzygami. Dobrze, że breloczka nie miała.
  — Co ty — machnął dłonią, jakby od niechcenia — ja się nie dam. Już nie raz próbował udawać kozaka i nie wyszedł na tym najlepiej. — Akurat teraz, miał wrażenie, że mógłby jej opowiedzieć wszystko, w granicach rozsądku, a ona by uwierzyła. Mafia i dilerka była jeszcze wiarygodna, ale gdyby go poniosło i zaczął tworzyć opowieść z serii fantasy, to może by coś w niej kliknęło. Albo i nie. Może powinien sprawdzić?
  Próbował opracować w głowie plan na nią, aby zająć się jakoś jej pijanym dupskiem – i to tylko w przenośni. Nie był jak Dudley, aby wykorzystywać nietrzeźwą dziewczynę. Nie mówiąc już o tym, że był w stałym związku – niekoniecznie zdrowym, ale wciąż związku.
  Jedyne, co mu teraz przychodziło na myśl, to odstawienie jej do apartamentowca w downtown, bo po pierwsze – nie było wcale aż tak daleko, a po drugie – tego adresu był chociaż pewien. Czego nie mógł powiedzieć o zdolnościach nawigacyjnych jego średnio kontaktującej koleżanki.
  Nawet przez chwilę rozważał wzięcie Ubera, aby pokonać kilka przecznic na wygodnym fotelu w samochodzie (a przy okazji nie nabawić się zapalenia płuc, kiedy to chodziło się w ujemnej temperaturze bez kurtki), jednak po jej odpowiedzi, jakoś mu to w ogóle odeszło z myśli.
  Zwłaszcza, kiedy Zoe zaczęła oferować pokaz swojej równowagi, czego był śrendio przekonany.
  — Zoe, może nie-
  Ale ta mu kazała się trzymać, nie zamierzając poprzestać na tych paru, nieudolnych próbach sprzed chwili. Westchnął cicho, choć bez umęczenia, kiedy ujął jej rękę, aby stabilnie przytrzymać i pozwolić jej na wykonanie wymarzonej akrobacji.
  — Bardzo ładnie — powiedział, podtrzymując ją jeszcze chwilę, kiedy nie podjęła kroku i nie ocenił go jako chujowy, ale stabilny. — A teraz załóż to — dodał po chwili, wyciągając z kieszeni swojej kurtki, którą ona miała na sobie, rękawiczki. Pomógł jej założyć ocieplany materiał, samemu starając się nie zwracać uwagi na to, jak zimno mu było.
  Zaciskał zęby i jakoś miało to iść.
  — No, idziemy — potwierdził, kiwając z teatralną energią głową. — Zatrzymamy się tylko po drodze w jednym miejscu, bo muszę zabrać jedną rzecz, a potem idziemy do ciebie i pójdziesz w spanko. — To absolutnie nie było po drodze, jak mniemał – inna sprawa, że pokazała mu do tej pory z trzy przeciwne kierunku, twierdząc przy tym, że ona ‘tam mieszka’. Niemniej liczył na to, że na etapie, w którym dotrą do apartamentowca, w którym mieścił się ojcowski condos, Zoe będzie już w takim stanie, że będzie jej wszystko jedno, a on jak rzuci ją na łóżko – bez głębszego podtekstu – to załatwi jej spanko życia.
  I być może obejdzie się bez rzygania na pościel.
  — To może coś zaśpiewasz, Smartypants? — zasugerował, nie myśląc przy tym za bardzo o tym, co właśnie zaproponował, kiedy zajął swoje myśli wyciągniętym chwilę wcześniej telefonem, a także widniejącymi na jego ekranie powiadomieniami. Jego przyjaciel, a jednocześnie gospodarz, odnotował jego zniknięcia, więc Kross poprosił go o to, aby go krył przed Malditą. Wyjaśnił mu na szybko, co robił i poprosił o dyskrecję. Akurat temu jednemu wiedział, że może zaufać.

Zoe Avery

A little party never killed nobody

: wt gru 30, 2025 11:02 am
autor: Zoe Avery
Zapewne jak nastanie nowy dzień, a ona się obudzi z kacem, także moralnym, nie będzie chciała wychodzić z domu przez najbliższy miesiąc. Zmieni miasto, a najlepiej kraj zamieszkania, obawiając się, że poczucie żenady będzie jej towarzyszyło bardzo, bardzo długo. O tyle dobrze, że ośmieszała się w tej chwili tylko przed Evanderem, a nie też przed masą innych ludzi, ale z drugiej strony… znała przypadki, gdzie to wystarczało, aby ktoś miał potem przejebane w szkole.
Czy jednak pomagałby komuś, kogo potem chciałby nękać?
Z drugiej strony wystarczył jej sam fakt, że ktokolwiek widział ją w tym stanie. To był pierwszy raz jak się upiła w taki sposób i oczywiście spośród wszystkich osób na imprezie, to właśnie Kross się nią zajmował. Gdyby ktoś jej to powiedział jeszcze wczoraj, to by go wyśmiała, bo przecież przyszła na domówkę z Marvinem. I była pewna, że to on w razie potrzeby będzie ją wspierał.
Chociaż szczerze mówiąc, myślała, że to ona będzie kogoś odstawiać. A nie będzie odstawianą.
Ae ty jeseś odfaszny! — powiedziała z nieukrywanym zachwytem. W końcu samemu przeciwstawiał się takiemu złemu i strasznemu człowiekowi, który mógł mieć za plecami całą mafię! Bohater.
Ciekawe czy jak się obudzi, to będzie pamiętać tą historię.
Możliwe, że jakby była bardziej trzeźwa, to by się zaczęła zastanawiać dlaczego w zasadzie jej pomagał. Dlaczego się interesował, dlaczego ze wszystkich osób, to właśnie on, osobiście, odprowadzał ją do domu. No, może nie do domu, bo w tym momencie to Zoe sama nie wiedziała gdzie mieszka, ale wyprowadził ją z imprezy, tym samym zapewne oszczędzając jej kolejnego upokorzenia oraz kłopotów. Nie musiał tego robić. Przecież mieli za sobą nawet nie przepadać, poza tym jednym wyskokiem wspólnej gry, po której jej godność umarła.
To był kolejny dowód, że może Kross nie był taki zły, jak go malowali.
W tym momencie jednak zupełnie o tym nie myślała. Jedyne co chciała, to udowodnić mu, że wie co robi i wcale nie jest tak pijana. Jaskółka jej prawie wyszła! Potrzebowała odrobiny pomocy, ale w jej umyśle, w tej chwili to był szczyt lekkoatletyki. W dodatku została za niego pochwalona. Tego pewnie też nie będzie pamiętać.
Jak całej tej podróży.
Gdy wyciągnął rękawiczki z kurtki, spojrzała zaskoczona na materiał, który zaciągał na jej skostniałe palce.
A tobie nie jes simno? — spytała, gdy pomagał jej zakładać drugą rękawiczkę. Ona zimna w ogóle nie czuła. Przez alkohol płynący w jej żyłach była niesamowicie rozgrzana i mogłaby iść dalej bez kurtki, czapki i rękawiczki. W końcu ich nie potrzebowała. Lekko odsunęła materiał z dłoni i sięgnęła do jego policzka. — Simny jeseś! — odkrycie roku, Zoe. Oddał ci całe swoje odzienie, które powinien nosić w zimie. — Pszytuliś się? — spytała, ale w zasadzie to nie czekała na jego odpowiedź, bo od razu do niego przywarła, otaczając ramionami. — Lepiej si? — spytała po chwili, zadzierając nieco głowę, aby na niego spojrzeć. Nie odsunęła się, bo miała właśnie robić za prywatny grzejnik. Taki działający na spirytusie.
Oddałabyś mu chociaż czapkę, Zoe.
Odczepiła się jednak od niego po chwili, bo mieli iść, a w domu na pewno będzie cieplej!
O, ohej! — wyrzuciła jakże energicznie, nie wchodząc w szczegóły tego gdzie mieli iść. I nawet wizja spanka jej nie odstraszyła, bo chyba jej podświadomość wiedziała, że potrzebowała tego snu bardziej niż czegokolwiek innego. No, może woda z cytryną by się jeszcze przydała.
I szła sobie swoim chwiejnym, ale pełnym werwy krokiem środkiem ulicy, dopóki Kross nie rzucił propozycją. Oczy jej się zaświeciły bardziej niż po tym alkoholu.
A so chsesz? Mosze to! — Nie wiedziała czego od niej oczekiwał, ale… jak zaczęła mu napierdalać po pijanym japońskim, śpiewając głośno swój ulubiony opening z Naruto, to pewnie zaczął żałować. Zawsze mogła też wylecieć z jakimś Jasonem Derulo i Slow Low.
A znała całą piosenkę. Nie tylko tą część z openingu.
Lubisz anime? — spytała, urywając w pewnej chwili swoją piosenkę, bo w jej głowie pojawiła się myśl, którą musiała wyrzucić na głos. Teraz chociaż nie miała w sobie żadnych hamulców.

Evander Kross

A little party never killed nobody

: czw sty 01, 2026 10:52 pm
autor: Evander Kross
  Wielka szkoda, że najprawdopodobniej, rano nie będzie pamiętała o tej jego odwadze i bohaterstwie. Z drugiej strony wcale mu nie zależało na tym, a po prostu dobrą rozrywką było wkręcanie dziewczyny i oglądanie jej reakcji. Kręcenie beki z pijanych to było jego ulubione hobby. Oczywiście tak nieinwazyjne – na materacu na środek jeziora by jej nie wypuścił. To stosował tylko wobec dobrych kolegów.
   A tobie nie jes simno?
  — Nie jest — odpowiedział, nie do końca zgodnie z prawdą. Zerknął na nią kątem oka, kiedy zauważył ruch, tuż przy własnej twarzy. Chwilę potem dotknęła jego chłodnego policzka, który zdradziecko pokazał, że jednak trochę marzł. Nim zdołał zaprzeczyć oczywistemu, Zoe wpadła na pomysł, a zanim zdołał ją od tego odwieść, objęła go. Przystanął, z miną męczennika, pozwalając jej… w zasadzie na nie wiadomo co. Na pijacką próbę rozgrzania go swoimi objęciami.
  Czy chciał czy nie, musiało to w jakimś stopniu podziałać. Zdecydowanie lepiej by było, gdyby robili to nago, a przynajmniej tak twierdzono w Zmierzchu, jednak fizyce nie dało się zaprzeczyć. Termodynamika i te sprawy, nawet on to kojarzył.
  — Totalnie — odparł, ze słyszalnym, choć sztucznym, przekąsem, na jej pytanie. Nie przyznałby się przecież, że jej pijackie czułości jakkolwiek poprawiały mu komfort, bo do tego musiałby przyznać najpierw, że marzł. A przecież prawdziwi mężczyźni wcale nie marzli.
  I wcale nie szczękał zębami, gdyby ktoś pytał.
  Zorientował się, że do apartamentowca mieli jeszcze tylko kilka minut drogi, więc powinien wytrzymać. Ostatnim, czego chciał, było zapalenie płuc, bo o ile przytuliłby zwolnienie z zajęć, o tyle z treningów już niekoniecznie. Nie mówiąc już o tym, że końcówka semestru była tuż tuż, a on musiał poprawić jeszcze parę rzeczy, aby mieć podłoże do ślizgu ku zakończeniu roku szkolnego.
  Zwłaszcza, jeśli chodziło o chemię.
  Miał jej odpowiedzieć, że obojętne mu to, co zaśpiewa, jednak Zoe odpowiedziała sobie szybciej, niż zdążył zrobić to on. I, cóż powiedzieć, to co mu zaprezentowała sprawiło, że bardzo musiał się postarać, aby nie pozwolić swojej twarzy zająć przez grymas tak podobny do skrzywionego, upośledzonego mema z Kubusiem Puchatkiem.
  Wytrwał w powadze do samego końca tego, wątpliwej jakości, recitalu. Tego, który na całe szczęście, sama przerwała. Na zasłyszany opening z popularnego Naruto nie spojrzy już nigdy w ten sam sposób. Sam był sobie winien, bo mógł jej pozwolić zniszczyć występem jakąkolwiek inną piosenkę, ale kto by pomyślał, że padnie na takie dziedzictwo.
  — Lubię — przyznał. Łza wzruszenia zakręciła mu się w oku. Albo, będąc szczerym, łza zażenowania. Tym bardziej, że wszystko, co śpiewała, rozumiał i niekoniecznie było faktycznym tekstem piosenki. Część słów była przekręcona, a nawet nie potrafił ocenić, czy to wskutek jej upojenia alkoholem czy po prostu uczyła się ze słuchu.
  Jakby miał się nad tym głębiej zastanowić, to raczej nie posądzałby jej o naukę japońskiego.
  — Bardziej mnie martwi, że ty najwyraźniej lubisz, smartypants — pociągnął dalej. — To raczej nie jest hobby dla kujonów. Musiałabyś mieć czas i chęci na oglądanie pierdół. — Co mu bardzo rozmydlało pogląd na topową uczennicę z jego szkoły. W jego głowie czas to ona miała tylko na powtórkę materiału, czytanie nerdowskich ciekawostek i robienie projektów w bibliotece. Poza tym na spanie na desce i spotykanie się ze zdebilowaciałym idiotą, jakim był Rzygciuszek.
  A po dzisiejszym dniu, to mu nawet nie wybije z głowy tego poglądu, jaki miał na chłopaka, bo – nie oszukując się – nie popisał się.
  — O, patrz. Już niedaleko. — Całe szczęście, bo jeszcze wpadłaby na pomysł, aby zaśpiewać kilka innych openingów z anime.

Zoe Avery

A little party never killed nobody

: pt sty 02, 2026 12:22 pm
autor: Zoe Avery
Na pewno było mu zimno. Nie ogarniała tego jakoś specjalnie, zwłaszcza w tym stanie, ale jej pijane „ja” podpowiadało jej, że był chłodny, więc musiała go ogrzać. Tak jak on jej pomagał, to też musiała mu pomóc, prawda? Co prawda jej czyny były nieco upośledzone, ale się chociaż starała. Nie mógł jej tego odebrać, nawet jeśli zapomniała o tym co robiła zaledwie kilka minut później.
Nie wiedziała gdzie idzie, ale szła przed siebie jak ten Koda z Mój Brat Niedźwiedź, śpiewając specjalnie Krossowi swój ulubiony opening z anime, jakby miała urodzić się w Japonii. Oczywiście, że japońskiego nigdy się nie uczyła, więc leciała ze słuchu, ale według niej szło jej świetnie. Chociaż nie powinna mieć aktualnie prawa jakiegokolwiek głosu, bo w tym stanie wszystko wydawało jej się świetne. Poza Dudley’em oraz jego odwalaniem na imprezie.
To jej się nie podobało.
Lubię.
Lubisz? — stanęła na środku, zaskoczona odpowiedzią. Nawet pijana chyba nie przypuszczała, że Kross mógłby lubić tego typu… „chińskie bajki”. No dobra, miał azjatyckie korzenie, ale nie oznaczało, że musiał lubić takie animacje, nie? Zwłaszcza, że nie wyglądał na chłopaka, który by sobie robił maratony z jakąś serią. Prędzej spodziewałaby się, że by wyśmiewał każdego, kto by się przyznał do oglądania takiego Naruto czy innego Fairy Tail.
Zaskoczył więc ją. Może rano będzie o tym pamiętać.
A jahie najbarsiej? — spytała, ciągnąc temat, bo może robił ją w konia i w ogóle nie znał żadnych tytułów. Ona znała ich całkiem sporo, bo z Marvinem robili sobie postanowienia co i kiedy oglądają. Każdy oglądał we własnym tempie, ale ostatecznie wspólnie rozmawiali o wydarzeniach oraz fabule. Nie pomyślałaby, że z takim Evanderem też miałaby o czym rozmawiać.
Kolejne pozytywne zaskoczenie.
Skrzyżowała ręce na piersi wielce oburzona, kiedy stwierdził, że anime to nie hobby dla kujonów. A on niby skąd to wiedział? To było nerdowskie zajęcie i o wiele lepiej pasowało do kujonów niż do popularnych sportowców.
Aha, sze so? Sze nie mohę byś mądra i lubiś anime? — spytała, zatrzymując się tuż przed nim. Nawet zadarła głowę jak oburzona pięciolatka, czekając na jego odpowiedź. — To ty nie wyhlądasz na tahieho so ma szas i chęsi. Wyhlądasz jahbyś wyśmiefał haszdeho so ohląda anime — odpowiedziała, zamierzając najwyraźniej się z nim kłócić, dokładnie tak jak na trzeźwo, kiedy sobie docinali. Najwyraźniej pewne kwestie się nie zmieniały, nawet po alkoholu.
Zmieniało się jednak jej skupienie, które było jak u złotej rybki.
Gdy powiedział, że już prawie są na miejscu, odwróciła się podekscytowana, jakby byli na wycieczce i już docierali do miejsca docelowego. Pamiętała, że mieli iść do domu, a po drodze zahaczyć o jakieś miejsce. Nie pytała jednak gdzie, bo przecież to nie było ważne, nie?
O, fajnie! A hsie jesteśmy? — spytała, rozglądając się po okolicy, zupełnie jej nie kojarząc. I to nie tylko przez alkohol, bo raczej nie zaplątywała się w te rejony. Normalnie nie miała tu czego szukać.
Właśnie zostałaś zabrana chuj wie gdzie, Zoe, a ty się jeszcze cieszysz.
Szo tu bęsiemy robiś? — spytała, kierując się przed siebie, nie mając pojęcia gdzie idzie. Jeśli Evander skręci, to zrobi to samo… albo nie zauważy i będzie musiał po nią wrócić.

Evander Kross

A little party never killed nobody

: sob sty 03, 2026 3:39 am
autor: Evander Kross
  — A różne — odpowiedział, bardzo precyzyjnie. Gdyby miał wymienić, to musiałby wiedzieć, z jakiej kategorii. Z tych, które najbardziej mu się podobały czy może tych, które aktualnie oglądał? Poza tym, jak dla niego to było akurat mało istotne, bo on to on, on nie był kujonem, który nie powinien mieć czasu na oglądanie chińskich bajek lub kreskówek.
  To ona była tutaj anomalią, chociaż sądząc po tym, co zaraz mu wtarła w twarz, to sama tak nie uważała.
  — Nawet nie wiem co mam na to odpowiedzieć, bo z reguły kogoś, kto wygląda jak ja w pierwszej kolejności podejrzewa się o oglądanie Anime — odpowiedział, unosząc przy tym lekko brew. Tym bardziej, że w połowie był jednak Japończykiem, po mamie, która wiele lat temu wyemigrowała ze swojego kraju do Kanady. Z jednej strony – takie założenie to był straszny stereotyp, ale z drugiej – przecież on ten stereotyp potwierdzał. — No ale ty — pociągnął dalej, znów odbijając dyskusyjną piłeczkę w jej stronę — serio nie powinnaś mieć na to czasu. Powiedz mi jeszcze, ze obejrzałaś całe One Piece, albo Dragon Balla. — To wtedy ją wyśmieje, bo odcinków były setki. Chyba, że wyskoczy mu z tekstem, że obejrzała całe One Piece, na Netflixie, i wcale nie było aż takie długie – bo będzie mówiła o filmie; chodzącej profanacji dla produkcji.
  Niemniej, jeśli cokolwiek z tego pijackiego bełkotu było prawdą i miałoby się okazać, że faktycznie oglądała anime, a przez anime nie miała na myśli jedynie Naruto i Króla Szamanów, bo to nie było OT anime, to nieźle by się nią zaskoczył. Bo, nawet tego nie krył, nie uważał ją za kogoś, kto poświęciłby czas czemuś tak odmóżdżającemu.
  — W centrum, idziemy zabrać coś ode mnie, a potem pójdziemy dalej — odpowiedział na jej pytania za jednym zamachem, kiedy zbliżali się do jednego z wysokich, nowoczesnych apartamentowców. Przeszli spokojnie przez dyżurkę – i chociaż ochroniarz spojrzał z początku na nich podejrzliwie, przede wszystkim przez fakt, że Zoe szła jednak trochę slalomem, to po chwili rozpoznał w osobie Evandera tutejszego lokatora i skinął jedynie głową na powitanie.
  Kross wcisnął przycisk, by ściągnąć windę do lobby, a następnie wsiadł do środka, wybierając odpowiedni numer piętra. Plan był sprytny (niekoniecznie) i miał szczerą nadzieję, że się powiedzie. Że będzie starczyło tylko posadzić Zoe na czymś wygodnym, wsunąć jej miękką podusię pod głowę i odpłynie w objęcia Morfeusza.
  Otworzył drzwi do apartamentu i puścił ją przodem, zapalając światła w przedpokoju i salonie. Zakluczył za sobą wyjście i ów klucz zabrał – tak na wszelki wypadek, gdyby wpadła na pomysł ucieczki.
  Pomógł jej ściągnąć kurtkę i czapkę, z rękawiczkami tez był mały problem, ale za to buty ściągnęła sama, jak dzielna i inteligentna dziewczyna. Gdyby miał naklejki z gwiazdkami, to nawet jedną by jej przyznał.
  — Chodź, usiądziesz sobie, a ja poszukam tej rzeczy.
  Tej tajemniczej rzeczy, po którą przecież tutaj przyszli i zaraz mieli iść dalej – w stronę jej domu. Nawet jeśli żadne z nich w tym momencie nie wiedziało, gdzie to jest.
  Posadził ją na sofie, układając ją dość wygodnie, zasadniczo sprowadzając do połowicznego leżenia. Zarzucił na nią koc, mówiąc że to po to, aby nie zmarzła czekając, a potem przeszedł się do kuchni, by nalać wody do szklanki, do której wrzucił też tabletkę. I to nie gwałtu. Zaczekał aż specyfik się rozpuści, a następnie przeszedł do swojego gościa i wyciągnął do niej rękę z naczyniem, mówiąc:
  — Proszę, smartypants. Do dna. To eliksir, po którym będziesz w stanie zrobić jeszcze lepszą jaskółkę, niż tamtą. — Sam sobie nawet nie wierzył, ale mógł tylko po cichu liczyć na to, że dziewczyna już była tak wyklejona z rzeczywistości, że takie naciągactwo w ogóle jej nie ruszy. To była lepsza wersja – dla kontrastu była też taka, że siłą jej tę wodę wleje do gardła.

Zoe Avery

A little party never killed nobody

: sob sty 03, 2026 10:35 am
autor: Zoe Avery
To rasistofshie — odpowiedziała momentalnie. Chociaż czy on mógł być rasistowski wobec samego siebie? Z drugiej strony, to że był Azjatą nie oznaczało, że na pewno oglądał anime, jadł sushi na potęgę i był świetny z matmy czy innych przedmiotów ścisłych, bo jak się okazywało, to ze szkołą miał małe problemy. Właśnie z przedmiotów w których powinien wymiatać. — Htoś hto wyhląda jah ty pofinien byś tesz super z matmy i chemii, i so? — No jej pijany umysł musiał to wyrzucić, bo skoro już lecieli stereotypami, to właśnie zamierzała niektóre obalić.
Nie mówiąc o tym, że to kujonów przede wszystkim się podejrzewa o te wszystkie „dziwne” i nerdowskie hobby. Jeszcze mogłoby się okazać, że bawiła się w cosplay i jeździła na konwenty jak taki Sheldon oraz jego banda. Ale nie jeździła, chociaż bardzo chciała na jakiś kiedyś pojechać.
Pefnie sze ohlądałam. Tah samo jah Naruto, Blisz i Fejry Tejl, nie mófiąs o mniejszych seriach! — W końcu nie oglądała tego wszystkiego tylko w ostatnim czasie, ale na przestrzeni lat, jak to po raz pierwszy wpadła na jedną serię, a potem zapadła się w kolejnych. Kiedyś nawet unikała szkoły, aby leżeć w łóżku i obejrzeć odcinki do końca. To były czasy, jak jej mama jeszcze żyła. — I so to f ohóle znaszy, sze pofinnam nie mieś szasu? Nie siesę przed hsiąszkami sały szas. Duszo pamiętam s sajęś, a jah szehoś nie fiem to uszę się na biesząso! — oburzyła się, bo chociaż przyznawała, że wolnego czasu to miała mniej niż kiedyś ze względu na szkołę czy brata, to dalej udawało jej się znaleźć chociaż godzinę by nadrobić dwa może trzy odcinki aktualnej serii.
Nawet ona musiała mieć czas dla siebie, gdy nie robiła za matkę dla własnego brata.
I chociaż gdy chodziło o anime to zamierzała się bronić rękami i nogami, to jak miał ją zabrać na chwilę do siebie, to w ogóle nie protestowała. Jej umysł nawet nie traktował tego jak możliwe niebezpieczeństwo.
O, ohej — odpowiedziała promiennie. Nawet jak patrzyła na wysokie budynki, które się przed nią rozciągały, to na ten moment nie robiło to na niej wrażenia. Tak samo jak sama czysta dzielnica, która wyglądała o wiele bardziej zadbanie niż ta na której mieszkała, a nie żyli w slumsach. Jej ojciec naprawdę dobrze zarabiał, tylko po prostu nie AŻ tak dobrze.
Szła dokładnie tam, gdzie prowadził ją Kross, nie zadając żadnych pytań. Przywitała się nawet grzecznie, z szerokim uśmiechem z ochroniarzem, który na nią patrzył podejrzliwie, kierując się za chłopakiem tam, gdzie wskazał. Do windy, a potem pod jedne z dużych drzwi prowadzących do apartamentu. Ciekawe co pan ochroniarz sobie pomyślał, gdy ich zobaczył.
Weszła do środka i nawet wydała z siebie przytłumione „whoa” bo apartament już od wejścia robił spore wrażenie. Rozebrała się z kurtki, czapki i rękawiczek, a także butów, nie do końca wiedząc jak to zrobiła, po czym udała się za nim głębiej.
Ohej — powiedziała na jego propozycję, kierując się do salonu, rozglądając się dookoła. Usiadła sobie na sofie, układając się wygodnie i nawet kocyk przyjęła, zaciągając go pod brodę, bo był przyjemny i miękki. I naprawdę zrobiło się jakoś tak miło, ciepło i wygodnie.
Gdy Kross do niej wrócił z jakimś dziwnym napitkiem, który wyglądał jak woda, przejęła od niego szklankę, spoglądając na niego z tą swoją pijaną podejrzliwością. Teraz jej się włączyła, ale jak ją prowadził do swojego domu to nie.
Ale ty nie umiesz w elihsiry… ftedy byłbyś dobry z chemii — powiedziała, a zaraz nawet powąchała szklankę, ale nie pachniała… w zasadzie niczym. Wzruszyła ramionami. — Ale saufam si. — Rychło w czas, Zoe.
Wypiła całą zawartość na raz, bo najwyraźniej była też spragniona. Po tej ilości alkoholu, którą w siebie wpoiła w krótkim czasie, to akurat nic dziwnego. Polskiego rosołu Kross raczej nie miał, więc musiałaś się nacieszyć wodą i liczyć na to, że magiczna tabletka ci jakoś pomoże.
Oddała mu szklankę i nawet czuła, że trochę zmęczenie ją dopada, ale wtedy…
OMATHO PIESESZEH — poderwała się do siadu, kiedy zobaczyła jak rudy zwierzak do niej podchodzi, aby ją obwąchać. Zoe kochała zwierzęta, więc w tej chwili nie mogła zignorować obecności suczki. Jej pijany umysł rozbudził się w ekscytacji. — A so to za pięhny psiah! Kto jest tahi pięhny? — spytała, głaszcząc rudzielca i tarmosząc jego pocieszną mordkę. — Efan nie mófił sze jeseś taha śliszna! — nawet głos jej się zmienił, na ten typowo psiarski, którego ludzie często nie są świadomi. — Pójsiemy s nią na spaser?
No, to to by było na tyle ze spanka.

Evander Kross

A little party never killed nobody

: ndz sty 04, 2026 3:33 am
autor: Evander Kross
  Nie brał już dalszego udziału w dyskusji o anime i o tym, czy wyglądała a może nie wyglądała na taką, która obejrzała w życiu coś więcej, niż przypadkowe kilka odcinków Naruto na Jetixie (kumalski?); Zamiast tego posłał jej bardzo wymowne spojrzenie i tylko ono musiało jej wystarczyć – choć nie był zaraz taki pewien, czy w ogóle to zauważyła, bo jej zmrużone, zapijaczone oczy, były w tym momencie węższe, niż te jego skośne. Poza tym – całą tę dyskusję i tak już spisywał na straty, nie licząc na to, że dziewczyna jutro będzie cokolwiek pamiętała. To było tak samo sensowne jak zabieranie trzylatków na Safari czy inne przygody życia, bo ich nawet po tym nie pamiętały i nie mogły wracać do nich wspomnieniami. Zostawały jedynie zdjęcia, ale co można było zrobić ze swoimi zdjęciami, na którymi było się małym zasrańcem?
  Zdziwiony był tylko, że faktycznie mogła oglądać te wszystkie produkcje, bo naprawdę nie sprawiała wrażenie takiej, która na to miała czas. Domyślał się, że nauka pochłaniała jej raczej dużo czasu, nawet jeśli w swojej niewyraźnej wypowiedzi, twierdziła że wcale nie, bo większość wynosiła z zajęć – wtedy nic, tylko pozazdrościć. Ale z drugiej strony większością z zajęć nie mogłaby startować w olimpiadach czy konkursach, bo te wymagały znacznie bardziej pogłębionej wiedzy.
  Choć z drugiej strony – co on się tam na tym znał? Nigdy w żadnej nie brał udziału. Za głupi przecież był.
  Po dotarciu do apartamentu wszedł bezpośrednio w tryb zadaniowy – chciał jak najszybciej ułożyć dziewczynę do spania i możliwie zabezpieczyć ją tak, aby przy okazji ewentualnego rzygania, nie udławiła się wymiocinami. Nie wykluczał, że spędzi raczej większość wieczoru obok niej, po prostu czuwając, bo nie wiedział, czego ma się po niej spodziewać.
  Niejednokrotnie odprowadzał do domu zachlaną i zarzyganą Malditę, z nią wiedział jak pracować. Ale musiał przyznać, że Zoe wyglądało to znacznie lepiej, bo przynajmniej do wszystkiego podchodziła entuzjastycznie, z energią pięciolatka w sklepie z zabawkami, a to wszystko ułatwiało. Jego dziewczyna z kolei robiła się pyskata jeszcze bardziej, niż zazwyczaj i lubiła go poniżać i wyciągać na wierzch wszystkie jego sekrety. Dlatego od dawna też przed nikim się nie otwierał i nie okazywał słabości, bo ktoś komu powinien móc ufać zdradził go niejednokrotnie.
  A alkohol nie był dla niego żadnym wytłumaczeniem.
  Przypisałby sobie sukces, skoro podał dziewczynie wodę i ona, pomimo wcześniejszej dyskusji, zdecydowała się ją jednak wypić. W głowie próbował oszacować, czy uda mu się wmusić jej jeszcze jedną taką szklankę do opróżnienia. Wtedy jednak cały plan wziął w łeb, bo jego księżniczka wynurzyła się z sypialni, zaszczycając ich swoim rudym majestatem.
  Westchnął ciężko, widząc jak kujonica się rozbudza.
  Przez chwilę obserwował, jak dziewczyna wita się z psem, który dość szybko zaakceptował jej pijaną osobę, a następnie, z tego jej bełkotu, wyłowił słowa, które były w końcu skierowane do niego, a już nie do zwierzęcia.
  — Nie, Georgia mówi, że nie chce iść na spacer — odpowiedział, spoglądając na zwierzę w taki sposób, jakby z jego miny miało wyczytać, że ma przyjąć to za ich wspólny scenariusz. Georgia, jakby faktycznie zrozumiała, wskoczyła na sofę obok Zoe, wciąż widocznie chętna głaskania – jak gdyby nigdy jej nie pieszczono w tym domu. — Widzisz? Też chce sobie odpocząć na kanapie. — Prawdopodobnie, gdyby zbliżył się do drzwi, to ruda kita popędziłaby w ich kierunku, zapominając o przyjętej nieświadomie roli psa zmęczonego i chętnego na sen.
  Zgasił światła, zamieniając je na oświetlenie z włączonego ekranu telewizora. Przeszedł w stronę sofy, jeszcze poprawiając kocyk na kolanach dziewczyny, a potem sam rozsiadł się na wolnym miejscu, mając psa pomiędzy sobą a pijaną koleżanką.
  — Połóż się, Georgia. W końcu jesteś bardzo zmęczona — zwrócił się do zwierzęcia i poklepał wolny kawałek sofy, jak gdyby pies miał być faktycznie tresowany i momentalnie ułożyć się na znak. — Ty też, smartypants. Musimy chwilę odpocząć przed dalszą podróżą.
  Bo przecież nie zmieniał oficjalnie postanowienia i odprowadzał ją prosto do domu.

Zoe Avery