A little party never killed nobody
: czw gru 25, 2025 2:32 pm
Nigdy w życiu nie poszłaby z nieznajomym kolegą na żadne pięterko. Nawet jej pijane ja tego nie planowało. Wierzyło chłopakowi, że ten jej coś u góry pokaże, że porozmawiają, nawet jeśli jej język się już plątał. Niestety, gdy było się już w takim stanie co ona, to można byłoby jej wmówić wiele, a ona by uwierzyła i w ogóle się nie stawiała. No, prawie, bo jak widać, gdy doszło co do czego, a jej resztki podświadomości wyczuły niebezpieczeństwo, to zareagowała. A przynajmniej starała się reagować, tylko nie tylko siły nie miała, ale też mocy przebicia.
Nawet nie zauważyła kiedy za plecami Dudley’a pojawiła się nowa postać.
Kolega został od niej odciągnięty, a wszystko działo się trochę za szybko na jej przypity umysł. Poprawiła jedynie ramiączko koszulki, które jej zjechało przez działania natarczywego chłopaka i skupiła zaraz wzrok na Evanderze, gdy ten wypowiedział jej imię. To ono przebiło się przez alkohol płynący w jej żyłach, powodując, że chociaż częściowo zorientowała się w sytuacji.
Zerknęła na rozzłoszczonego kolegę, który oburzony nie miał czelności, aby przebijać się przez Krossa i chwiejnym krokiem skierowała się w stronę drzwi. Bez słowa zeszła na dół, mijając kolejnych ludzi, których imion zupełnie nie znała. Zatrzymała się pośrodku korytarza i tam już straciła orientację, nie bardzo wiedząc co ma ze sobą zrobić.
Ciekawe czy będzie w ogóle coś pamiętać z tej imprezy. Poza rozgrywką w beerponga.
Nie zauważyła też kiedy Kross do niej dołączył.
— Nie fiem… Nahszyczał na mie i sobie poszedł — powiedziała jakże zawiedziona zachowaniem swojego przyjaciela, który zostawił ją samą na imprezie wśród obcych ludzi. Pewnie myślał, że Zoe też niewiele później pójdzie do domu, chociaż mógł się domyślić, że po ilości i tempie alkoholu, który wypiła… to będzie potrzebować pomocy, aby do tego domu się dostać.
Jak Marvin na nią naskakiwał jeszcze kontaktowała. Teraz, gdy alkohol już się wchłonął, była już mocno wstawiona.
Chodź, Mądralo. Idziemy się przewietrzyć.
— Ohey — powiedziała bez żadnego sprzeciwu i dała się poprowadzić w kierunku przedsionka, gdzie mieli się ubrać. To, że założyła buty, to było największe osiągnięcie w dniu dzisiejszym. Kurtki już znaleźć nie umiała, bo dużo wyglądało podobnie, a o tej godzinie na wieszakach była ich cała masa. Nie opierała się jednak, gdy Evan wsadzał na nią swoje własne odzienie. Nawet grzecznie rączki w rękawy wsadzała.
Wyszła z nim, niemalże od razu czując jak chłodne powietrze uderza w jej twarz. To mogło być zdradliwe, takie przejście z ciepłego do zimna, a z drugiej strony czuła miłe orzeźwienie. Jakby właśnie tego jej organizm potrzebował - wyrwania się z tego dusznego powietrza, gdzie unosiły się opary alkoholowe.
Gdzie mieszkasz?
— O tam — powiedziała, wskazując palcem kierunek wzdłuż drogi. — Albo tam — dodała, przenosząc palec w drugą stronę. Jej orientacja w terenie była w tym momencie… bardzo zła. Jeśli doszłaby do domu, to tylko przez resztki podświadomości i pamięć mięśniową. — A nie szehaj, chyba tam, choś — powiedziała, jakby nagle dostała oświecenia i zaczęła iść przed siebie. Chwiejnie bo chwiejnie, ale wyglądała jakby naprawdę znała drogę.
Byle tylko auto jej nie pierdolnęło, bo szła środkiem ulicy.
Zerknęła w stronę Evandera.
— Niefajneho masz holehę, był barso niemiły — powiedziała, niezadowolona z tego, że Dudley zachował się jak frajer. Pewnie nie do końca ogarniała co się działo, ale pamiętała, że nie była szczęśliwa z jego poczynań. — Szemu był niemiły? — spytała, jakby Evan miał znać odpowiedź na to pytanie. W końcu się kolegowali, nie?
Evander Kross
Nawet nie zauważyła kiedy za plecami Dudley’a pojawiła się nowa postać.
Kolega został od niej odciągnięty, a wszystko działo się trochę za szybko na jej przypity umysł. Poprawiła jedynie ramiączko koszulki, które jej zjechało przez działania natarczywego chłopaka i skupiła zaraz wzrok na Evanderze, gdy ten wypowiedział jej imię. To ono przebiło się przez alkohol płynący w jej żyłach, powodując, że chociaż częściowo zorientowała się w sytuacji.
Zerknęła na rozzłoszczonego kolegę, który oburzony nie miał czelności, aby przebijać się przez Krossa i chwiejnym krokiem skierowała się w stronę drzwi. Bez słowa zeszła na dół, mijając kolejnych ludzi, których imion zupełnie nie znała. Zatrzymała się pośrodku korytarza i tam już straciła orientację, nie bardzo wiedząc co ma ze sobą zrobić.
Ciekawe czy będzie w ogóle coś pamiętać z tej imprezy. Poza rozgrywką w beerponga.
Nie zauważyła też kiedy Kross do niej dołączył.
— Nie fiem… Nahszyczał na mie i sobie poszedł — powiedziała jakże zawiedziona zachowaniem swojego przyjaciela, który zostawił ją samą na imprezie wśród obcych ludzi. Pewnie myślał, że Zoe też niewiele później pójdzie do domu, chociaż mógł się domyślić, że po ilości i tempie alkoholu, który wypiła… to będzie potrzebować pomocy, aby do tego domu się dostać.
Jak Marvin na nią naskakiwał jeszcze kontaktowała. Teraz, gdy alkohol już się wchłonął, była już mocno wstawiona.
Chodź, Mądralo. Idziemy się przewietrzyć.
— Ohey — powiedziała bez żadnego sprzeciwu i dała się poprowadzić w kierunku przedsionka, gdzie mieli się ubrać. To, że założyła buty, to było największe osiągnięcie w dniu dzisiejszym. Kurtki już znaleźć nie umiała, bo dużo wyglądało podobnie, a o tej godzinie na wieszakach była ich cała masa. Nie opierała się jednak, gdy Evan wsadzał na nią swoje własne odzienie. Nawet grzecznie rączki w rękawy wsadzała.
Wyszła z nim, niemalże od razu czując jak chłodne powietrze uderza w jej twarz. To mogło być zdradliwe, takie przejście z ciepłego do zimna, a z drugiej strony czuła miłe orzeźwienie. Jakby właśnie tego jej organizm potrzebował - wyrwania się z tego dusznego powietrza, gdzie unosiły się opary alkoholowe.
Gdzie mieszkasz?
— O tam — powiedziała, wskazując palcem kierunek wzdłuż drogi. — Albo tam — dodała, przenosząc palec w drugą stronę. Jej orientacja w terenie była w tym momencie… bardzo zła. Jeśli doszłaby do domu, to tylko przez resztki podświadomości i pamięć mięśniową. — A nie szehaj, chyba tam, choś — powiedziała, jakby nagle dostała oświecenia i zaczęła iść przed siebie. Chwiejnie bo chwiejnie, ale wyglądała jakby naprawdę znała drogę.
Byle tylko auto jej nie pierdolnęło, bo szła środkiem ulicy.
Zerknęła w stronę Evandera.
— Niefajneho masz holehę, był barso niemiły — powiedziała, niezadowolona z tego, że Dudley zachował się jak frajer. Pewnie nie do końca ogarniała co się działo, ale pamiętała, że nie była szczęśliwa z jego poczynań. — Szemu był niemiły? — spytała, jakby Evan miał znać odpowiedź na to pytanie. W końcu się kolegowali, nie?
Evander Kross