It''s beginning to look a lot like fuck this
: śr sty 07, 2026 2:14 pm
Milo był zdecydowanie zbyt zajęty rekompensowaniem - czy Dylanowi czy sobie, trudno powiedzieć - ostatnich kilku godzin, co w jego przypadku było dość absurdalnym rozwinięciem biorąc pod uwagę fakt, że nigdy przecież nie był szczególnie dotykalski i potrafił spędzić cały wieczór na kanapie zaraz obok rozciągniętego na poduszkach Gauthiera w ogóle nie inicjując kontaktu fizycznego.
Teraz z jakiegoś powodu było inaczej. I teraz, być może przez przymus, Milo zauważył ten brak.
Dźwięk, jaki Dylan wydał zaledwie chwilę później sprawił, że wszystkie drobne włoski na jego ciele stanęły na baczność, a palce mocniej wczepiły mu się w kark, tak jakby chciał wyciągnąć z niego powtórkę jakimkolwiek kosztem.
Bliskość drugiego ciała, do którego sam garnął aż zbyt ochoczo również z jego strony wynegocjowała ciche, bardzo krótkie westchnienie, ginące jednak w ciszy gdy Milo przycisnął swoje usta do dolnej wargi Gauthiera. Zmiany miejsc się jednak nie spodziewał, dlatego kiedy Dylan przerwał na moment i chwycił go pod kolanami, Rivera zmarszczył lekko brwi i zmierzył go spojrzeniem zdradzającym jedynie mocno relatywny kontakt z rzeczywistością. Nie zdążył nawet zapytać, wiedział tylko, że w jednej chwili stracił grunt pod nogami i tym razem świat nie zawirował mu przed oczami od tequili.
Industrialny regał nawet nie skrzypnął pod jego ciężarem, spadł tylko kolejny komiks niemal trafiając Dylana prosto w czubek głowy, który już po niewczasie, z mocnym jet lagiem Milo zasłonił mu swoją dłonią.
Zdążył znów tylko parsknąć przyciszonym śmiechem na widok mężczyzny plączącego się we własną kurtkę i potykającego o nogi.
一 Mhm-mm 一 wymruczał mu elokwentnie w ramach odpowiedzi, coś pomiędzy oczywiście a cokolwiek albo po prostu oba na raz, dodatkowo oszołomiony nagłym samouświadomieniem; miał jego biodra między udami, trzymał się go oburącz za kark by nie podzielić losu komiksów i spontaniczny przebłysk trzeźwego rozumowania uzmysłowił mu, że Diego rezydował gdzieś za cienką ścianą z karton-gipsu.
Nerwowo zerknął w kierunku drzwi, a gdy Dylan z powrotem przychylił się ku niemu nisko, Rivera w niezbyt przemyślanym odruchu śmignął dłonią wyżej, do jego jasnych włosów by lekko szarpnąć w tył.
To był również moment w którym zdał sobie sprawę z tego, że dyszał jak po sprincie przez ogródki działkowe z psem goniącym go z uporem maniaka.
Widząc łagodne, akwarelowe róże rozlewające się nieregularnie po jasnej twarzy Gauthiera, Milo rozluźnił chwyt na jego włosach i zgarnął mu zbłąkany kosmyk wchodzący do oczu za ucho. Poklepał go również delikatnie po policzku, ni to zaczepnie ni w ramach napomnienia.
一 Skoczę pod prysznic przed spaniem 一 oznajmił próbą zastosowania sugestii - tej sztuki wciąż się uczył. Oddech uspokajał mu się powoli, choć serce co prawda nadal łopotało mu w piersi niemal boleśnie, natomiast palce, którymi bezwiednie zaczął wykreślać jakieś eliptyczne wzory na karku Dylana drżały ilekroć dotykały jego rozgrzanej skóry. Uczucie przypominało mu to specyficzne mrowienie, gdy dotykało się czegoś słabo uziemionego. 一 Możesz pójść po mnie albo skorzystać z tej małej łazienki koło pokoju Estelli, hmm?
To, na co wcześniej nie zwracał uwagi, dyskomfort związany z wżynającą się krawędzią półki, słabnące w ciasnym uścisku uda i cierpnące ramiona, nagle stało się zauważalne, jakby wraz z powrotem uporczywego przepychania każdej jednej rzeczy przez skomplikowany system wnioskowania i analizowania stracił tę beztroską odporność i spontaniczność gwarantowaną alkoholem.
W tym wszystkim jednak kluczową rolę odgrywał jeszcze jeden czynnik, który sprowadził go chwilę temu na ziemię i zasugerował rejter pod chłodny prysznic; charakterystyczny uścisk i gorąco nieco pod przeponą podpowiadały mu, że jego entuzjazm lada moment zacznie być zauważalny, zwłaszcza kiedy Dylan wgniatał mu się biodrami w cholernie wrażliwe uda. Te zaraz po karku były jego drugim słabym punktem, miejscem, które gdy odpowiednio dotknąć, rozmiękczało go do stanu bezmyślnej galaretki.
一 Poza tym nie chcemy chyba obudzić Diego, tak?
I zupełnie sprzecznie z logiką, którą Milo właśnie wojował, przesunął czubkiem nosa po rozgrzanym policzku Gauthiera, a jego żałośnie rozmarzony uśmiech był bardziej wyczuwalny przy skórze niż widoczny gołym okiem. Nie do końca wiedział czy kiedykolwiek był faktycznie zakochany, ale podejrzewał, że właśnie tak wyglądała faza nastoletniego zauroczenia.
W tym wszystkim ołówek, który dzielnie utrzymywał jego pseudo kok w ryzach wysmyknął z prowizorycznego splotu i przy cichym joder wysyczanym w panice - jakby Camarena miał lada moment wyskoczyć zza drzwi - Rivera znów przylgnął do cierpliwie dźwigającego go ciała, a śmiech wytłumił o szerokie ramię Gauthiera gryząc się z myślą, niemal dosłownie, o zatopieniu w nim zębów. Nie mocno, tylko tyle, by przypomnieć mu jakim w istocie paskudnym gremlinem potrafił być gdy z głowy wywiewało mu rozsądek.
一 Hej, Dylan. Dylan? Och, me encanta, juro por Dios, uwielbiam twoje imię.
Czasami nawykową echolalią podczas pracy powtarzał je sobie bezgłośnie zupełnie nieświadomy, tak, jakby jego usta po prostu lubiły układać się w te okrągłe zgłoski, osobną kategorią było samo brzmienie, które również nabierało nowych znaczeń w zależności od zabarwienia sytuacyjnego. Mógł na przykład dylanować na niego ostrzegawczo, gdy ten zbyt długo kleił mu się do pleców podczas porannej kawy, mógł go też nawoływać po imieniu przez całe mieszkanie, kiedy potrzebował czegoś na gwałt albo nie potrafił samodzielnie znaleźć ulubionego swetra. Najlepiej znał się z Dylanem codziennym, od spraw powszednich i prostych, takich jak wspólne zakupy albo wybór programu w telewizji na wieczór, choć wtedy czasami pojawiał się wariant z pogranicza rozdrażnienia - jeżeli Gauthier zbyt długo zatrzymywał się na hokeju.
Ten Dylan, którego obecnie nawoływał w cichości sypialni i przy samym jego uchu był dość nowym odkryciem i nawet smakował inaczej, tak, jakby wraz z dźwiękiem pojawiała się jakaś uzależniająca słodycz, na jaką Rivera nie wypracował sobie jeszcze właściwej asertywności.
Łączenie tego wariantu Dylana z zachętami by zamiast nim zajął się prysznicem było zatem koszmarnie trudne, zwłaszcza, że sam sobie tego nie ułatwiał.
一 Dylan...?
Dylan Gauthier
Teraz z jakiegoś powodu było inaczej. I teraz, być może przez przymus, Milo zauważył ten brak.
Dźwięk, jaki Dylan wydał zaledwie chwilę później sprawił, że wszystkie drobne włoski na jego ciele stanęły na baczność, a palce mocniej wczepiły mu się w kark, tak jakby chciał wyciągnąć z niego powtórkę jakimkolwiek kosztem.
Bliskość drugiego ciała, do którego sam garnął aż zbyt ochoczo również z jego strony wynegocjowała ciche, bardzo krótkie westchnienie, ginące jednak w ciszy gdy Milo przycisnął swoje usta do dolnej wargi Gauthiera. Zmiany miejsc się jednak nie spodziewał, dlatego kiedy Dylan przerwał na moment i chwycił go pod kolanami, Rivera zmarszczył lekko brwi i zmierzył go spojrzeniem zdradzającym jedynie mocno relatywny kontakt z rzeczywistością. Nie zdążył nawet zapytać, wiedział tylko, że w jednej chwili stracił grunt pod nogami i tym razem świat nie zawirował mu przed oczami od tequili.
Industrialny regał nawet nie skrzypnął pod jego ciężarem, spadł tylko kolejny komiks niemal trafiając Dylana prosto w czubek głowy, który już po niewczasie, z mocnym jet lagiem Milo zasłonił mu swoją dłonią.
Zdążył znów tylko parsknąć przyciszonym śmiechem na widok mężczyzny plączącego się we własną kurtkę i potykającego o nogi.
一 Mhm-mm 一 wymruczał mu elokwentnie w ramach odpowiedzi, coś pomiędzy oczywiście a cokolwiek albo po prostu oba na raz, dodatkowo oszołomiony nagłym samouświadomieniem; miał jego biodra między udami, trzymał się go oburącz za kark by nie podzielić losu komiksów i spontaniczny przebłysk trzeźwego rozumowania uzmysłowił mu, że Diego rezydował gdzieś za cienką ścianą z karton-gipsu.
Nerwowo zerknął w kierunku drzwi, a gdy Dylan z powrotem przychylił się ku niemu nisko, Rivera w niezbyt przemyślanym odruchu śmignął dłonią wyżej, do jego jasnych włosów by lekko szarpnąć w tył.
To był również moment w którym zdał sobie sprawę z tego, że dyszał jak po sprincie przez ogródki działkowe z psem goniącym go z uporem maniaka.
Widząc łagodne, akwarelowe róże rozlewające się nieregularnie po jasnej twarzy Gauthiera, Milo rozluźnił chwyt na jego włosach i zgarnął mu zbłąkany kosmyk wchodzący do oczu za ucho. Poklepał go również delikatnie po policzku, ni to zaczepnie ni w ramach napomnienia.
一 Skoczę pod prysznic przed spaniem 一 oznajmił próbą zastosowania sugestii - tej sztuki wciąż się uczył. Oddech uspokajał mu się powoli, choć serce co prawda nadal łopotało mu w piersi niemal boleśnie, natomiast palce, którymi bezwiednie zaczął wykreślać jakieś eliptyczne wzory na karku Dylana drżały ilekroć dotykały jego rozgrzanej skóry. Uczucie przypominało mu to specyficzne mrowienie, gdy dotykało się czegoś słabo uziemionego. 一 Możesz pójść po mnie albo skorzystać z tej małej łazienki koło pokoju Estelli, hmm?
To, na co wcześniej nie zwracał uwagi, dyskomfort związany z wżynającą się krawędzią półki, słabnące w ciasnym uścisku uda i cierpnące ramiona, nagle stało się zauważalne, jakby wraz z powrotem uporczywego przepychania każdej jednej rzeczy przez skomplikowany system wnioskowania i analizowania stracił tę beztroską odporność i spontaniczność gwarantowaną alkoholem.
W tym wszystkim jednak kluczową rolę odgrywał jeszcze jeden czynnik, który sprowadził go chwilę temu na ziemię i zasugerował rejter pod chłodny prysznic; charakterystyczny uścisk i gorąco nieco pod przeponą podpowiadały mu, że jego entuzjazm lada moment zacznie być zauważalny, zwłaszcza kiedy Dylan wgniatał mu się biodrami w cholernie wrażliwe uda. Te zaraz po karku były jego drugim słabym punktem, miejscem, które gdy odpowiednio dotknąć, rozmiękczało go do stanu bezmyślnej galaretki.
一 Poza tym nie chcemy chyba obudzić Diego, tak?
I zupełnie sprzecznie z logiką, którą Milo właśnie wojował, przesunął czubkiem nosa po rozgrzanym policzku Gauthiera, a jego żałośnie rozmarzony uśmiech był bardziej wyczuwalny przy skórze niż widoczny gołym okiem. Nie do końca wiedział czy kiedykolwiek był faktycznie zakochany, ale podejrzewał, że właśnie tak wyglądała faza nastoletniego zauroczenia.
W tym wszystkim ołówek, który dzielnie utrzymywał jego pseudo kok w ryzach wysmyknął z prowizorycznego splotu i przy cichym joder wysyczanym w panice - jakby Camarena miał lada moment wyskoczyć zza drzwi - Rivera znów przylgnął do cierpliwie dźwigającego go ciała, a śmiech wytłumił o szerokie ramię Gauthiera gryząc się z myślą, niemal dosłownie, o zatopieniu w nim zębów. Nie mocno, tylko tyle, by przypomnieć mu jakim w istocie paskudnym gremlinem potrafił być gdy z głowy wywiewało mu rozsądek.
一 Hej, Dylan. Dylan? Och, me encanta, juro por Dios, uwielbiam twoje imię.
Czasami nawykową echolalią podczas pracy powtarzał je sobie bezgłośnie zupełnie nieświadomy, tak, jakby jego usta po prostu lubiły układać się w te okrągłe zgłoski, osobną kategorią było samo brzmienie, które również nabierało nowych znaczeń w zależności od zabarwienia sytuacyjnego. Mógł na przykład dylanować na niego ostrzegawczo, gdy ten zbyt długo kleił mu się do pleców podczas porannej kawy, mógł go też nawoływać po imieniu przez całe mieszkanie, kiedy potrzebował czegoś na gwałt albo nie potrafił samodzielnie znaleźć ulubionego swetra. Najlepiej znał się z Dylanem codziennym, od spraw powszednich i prostych, takich jak wspólne zakupy albo wybór programu w telewizji na wieczór, choć wtedy czasami pojawiał się wariant z pogranicza rozdrażnienia - jeżeli Gauthier zbyt długo zatrzymywał się na hokeju.
Ten Dylan, którego obecnie nawoływał w cichości sypialni i przy samym jego uchu był dość nowym odkryciem i nawet smakował inaczej, tak, jakby wraz z dźwiękiem pojawiała się jakaś uzależniająca słodycz, na jaką Rivera nie wypracował sobie jeszcze właściwej asertywności.
Łączenie tego wariantu Dylana z zachętami by zamiast nim zajął się prysznicem było zatem koszmarnie trudne, zwłaszcza, że sam sobie tego nie ułatwiał.
一 Dylan...?
Dylan Gauthier