i'm not a violent dog, i don't know why i bite
: pt gru 26, 2025 8:45 pm
W samym miejscu zbrodni nie ma w istocie nic romantycznego. Helena wolałaby zabrać ją gdzieś indziej. Może do swojego ulubionego baru z muzyką na żywo, na skok ze spadochronem, trening samoobrony albo do wesołego miasteczka. Wolałaby ją zabrać nawet do pieprzonego zoo, niż w jakiekolwiek miejsce związane z pierdolniętym zamachowcem.
Ale propozycja pomocy ze znalezieniem brakujących kończyn Jane Doe już jest romantyczna. Serce Heleny mięknie na myśl, że Teddy, zdawałoby się – bez większego namysłu, garnie się do pomocy z jej tragicznymi problemami.
Co nie znaczy, że Peregrine miała zamiar się zgodzić. — Bardzo doceniam twoją propozycję — mówi, wyciągając dłoń, by założyć kosmyk włosów za jej ucho miękkim, opiekuńczym gestem. Takim, jaki pamietała z dzieciństwa – z tych nielicznych momentów, w których czuła się bezpieczna i zaopiekowana w swoim rodzinnym domu. — Ale nie ma mowy. Jeśli Holden faktycznie zostawił tam elementy zagadki, które nie zostały odnalezione, to może mieć ciągle oko na to miejsce. Nie chcę, żebyś się narażała, kiedy to nie jest konieczne — kończy nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Pracuję teraz nad sprawą z naprawdę świetną detektyw. Zrobimy to oficjalnie. A jeśli z jakiegoś powodu będę musiała szukać... oddolnie, zadzwonię po Judy. — Próbuje być rozsądna, bo najchętniej gnałaby do Greektown teraz, zaraz. Niecierpliwi się, żeby to wszystko się skończyło, ale gwałtowne ruchy nie są wskazane.
Zwiesza głowę i kiwa nią lekko. Sama zdążyła dojść do wniosku, że to nie był najlepszy pomysł. Wskoczyła na dużo głębszą wodę, niż pierwotnie zakładała. Znowu. Może i tak było, że próbowała jej coś udowodnić – albo sobie. Może, jak i w przypadku Holdena, niecierpliwiła się, by wyjść zwycięsko po drugiej stronie potyczki. Wie, że prędzej czy później i z demonami będzie musiała się kiedyś skonfrontować i je oswoić. Wolałaby prędzej – i przez to próbowała stawiać im czoła, zanim była na to gotowa. Ciężko jej co prawda żałować, że to się wydarzyło – bo w istocie, było fantastycznie, ale jednak to było za dużo, za szybko.
— No i stało się. Znasz mój największy sekret. Wcale nie jestem taką twardzielką, jak mogłoby się wydawać — żartuje z krzywym uśmiechem, bo chociaż zrozumienie Darling porusza ją do cna, nie do końca wie, jak na to zareagować. Serce uderza o żebra, coś łapie ją za gardło. W spojrzeniu utkwionym w Darling odbija się wdzięczność, której Peregrine nie potrafi wyrazić słowami.
Potem na chwilę opuszcza wzrok z lekkim zażenowaniem, znów zaczynając zabawę swoimi palcami. — Pomyślałam... — urywa, ale znowu otwiera usta, gdy nabiera więcej powietrza. — Po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że jestem intensywna. I moje życie jest intensywne i skomplikowane, nawet jeśli jedyne, o czym marzę, odkąd skończyłam siedem lat, to święty spokój. Dla większości osób, z którymi się spotykałam, to było za dużo. I wcale się nie dziwię, dla mnie to też czasami za dużo. — Uśmiecha się krzywo, jakby w defensywie, bo przecież nie ma w tym nic zabawnego, ale za chwilę wypala: — Czasami kiedy przydarza mi się coś dobrego, ciężej mi to przyjąć, niż kolejną kłodę pod nogami. Ale Teddy? — Serce zamiera jej w piersi, kiedy wyciąga rękę, by uścisnąć jej dłoń. — Ufam ci. — Słowa są ciche jak oddech, ale wystarczająco intencjonalne, by wybrzmiały wyraźnie. Brzmią dziwnie, bo usta Heleny nie przyzwyczaiły się nigdy do wymawiania tych słów, ale brzmią też pewnie.
— Daj spokój. Masz prawo mieć wątpliwości. — Ściska mocniej jej dłoń. — Dziękuję, że się nimi ze mną podzieliłaś.
teddy darling
Ale propozycja pomocy ze znalezieniem brakujących kończyn Jane Doe już jest romantyczna. Serce Heleny mięknie na myśl, że Teddy, zdawałoby się – bez większego namysłu, garnie się do pomocy z jej tragicznymi problemami.
Co nie znaczy, że Peregrine miała zamiar się zgodzić. — Bardzo doceniam twoją propozycję — mówi, wyciągając dłoń, by założyć kosmyk włosów za jej ucho miękkim, opiekuńczym gestem. Takim, jaki pamietała z dzieciństwa – z tych nielicznych momentów, w których czuła się bezpieczna i zaopiekowana w swoim rodzinnym domu. — Ale nie ma mowy. Jeśli Holden faktycznie zostawił tam elementy zagadki, które nie zostały odnalezione, to może mieć ciągle oko na to miejsce. Nie chcę, żebyś się narażała, kiedy to nie jest konieczne — kończy nieznoszącym sprzeciwu tonem. — Pracuję teraz nad sprawą z naprawdę świetną detektyw. Zrobimy to oficjalnie. A jeśli z jakiegoś powodu będę musiała szukać... oddolnie, zadzwonię po Judy. — Próbuje być rozsądna, bo najchętniej gnałaby do Greektown teraz, zaraz. Niecierpliwi się, żeby to wszystko się skończyło, ale gwałtowne ruchy nie są wskazane.
Zwiesza głowę i kiwa nią lekko. Sama zdążyła dojść do wniosku, że to nie był najlepszy pomysł. Wskoczyła na dużo głębszą wodę, niż pierwotnie zakładała. Znowu. Może i tak było, że próbowała jej coś udowodnić – albo sobie. Może, jak i w przypadku Holdena, niecierpliwiła się, by wyjść zwycięsko po drugiej stronie potyczki. Wie, że prędzej czy później i z demonami będzie musiała się kiedyś skonfrontować i je oswoić. Wolałaby prędzej – i przez to próbowała stawiać im czoła, zanim była na to gotowa. Ciężko jej co prawda żałować, że to się wydarzyło – bo w istocie, było fantastycznie, ale jednak to było za dużo, za szybko.
— No i stało się. Znasz mój największy sekret. Wcale nie jestem taką twardzielką, jak mogłoby się wydawać — żartuje z krzywym uśmiechem, bo chociaż zrozumienie Darling porusza ją do cna, nie do końca wie, jak na to zareagować. Serce uderza o żebra, coś łapie ją za gardło. W spojrzeniu utkwionym w Darling odbija się wdzięczność, której Peregrine nie potrafi wyrazić słowami.
Potem na chwilę opuszcza wzrok z lekkim zażenowaniem, znów zaczynając zabawę swoimi palcami. — Pomyślałam... — urywa, ale znowu otwiera usta, gdy nabiera więcej powietrza. — Po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że jestem intensywna. I moje życie jest intensywne i skomplikowane, nawet jeśli jedyne, o czym marzę, odkąd skończyłam siedem lat, to święty spokój. Dla większości osób, z którymi się spotykałam, to było za dużo. I wcale się nie dziwię, dla mnie to też czasami za dużo. — Uśmiecha się krzywo, jakby w defensywie, bo przecież nie ma w tym nic zabawnego, ale za chwilę wypala: — Czasami kiedy przydarza mi się coś dobrego, ciężej mi to przyjąć, niż kolejną kłodę pod nogami. Ale Teddy? — Serce zamiera jej w piersi, kiedy wyciąga rękę, by uścisnąć jej dłoń. — Ufam ci. — Słowa są ciche jak oddech, ale wystarczająco intencjonalne, by wybrzmiały wyraźnie. Brzmią dziwnie, bo usta Heleny nie przyzwyczaiły się nigdy do wymawiania tych słów, ale brzmią też pewnie.
— Daj spokój. Masz prawo mieć wątpliwości. — Ściska mocniej jej dłoń. — Dziękuję, że się nimi ze mną podzieliłaś.
teddy darling