Strona 3 z 3

in the lion's den

: pn sty 05, 2026 1:36 am
autor: Evina J. Swanson
Czasami potrafiły utknąć w naprawdę błędnym kole udowadniania sobie własnej hipokryzji. Kiedy jedna ryzykowała, druga też wskakiwała w ogień. Czasami wyłącznie po to, aby pokazać to w jaki sposób mogła się poczuć widząc to jak ukochana kobieta zdaje się lekceważyć samą śmierć. To była naprawdę bolesny widok.[/b]
- To zwykłe draśnięcie. Drobiazg - odparła, bagatelizując jak zwykle sprawę.
Faktycznie jednak widziała to w ten sposób. Wystrzelone z gwoździarki pociski nie miały na odległość takiej mocy i wyważenia aby wbić się specjalnie głęboko w ciało oraz zadać przesadne obrażenia. Po prostu miała pecha, że trafiona została w udo. Miękka część ciała, dosyć ukrwiona. Stąd też na jeansach znalazło się więcej krwi niż początkowo mogła się tego spodziewać.
Sama nie spodziewała się takich myśli, ale nie mogła nic na nie poradzić. Być może był to swoisty odruch. Jakby automatyczna reakcja umysłu i pokusa. Ciekawość, co się stanie jeśli zrobi tylko ten jeden krok, aby postawić nogę na ładunku. Jakie to będzie uczucie? Co po nim nastąpi? Była to pokusa porównywalna do tego, gdy kogoś zostawia się z przyciskiem podpisanym słowami Nie wciskać, a mózg zastanawia się co by się stało, gdyby zignorować ten nakaz.
Czekanie było najgorsze. Czuła jak drżą jej mięśnie nóg zmuszone do wystania w niezbyt komfortowej pozycji. Nie mogła nawet przenieść ciężaru z jednej nogi na drugą. Głównie dlatego, że obawiała się, że ta zraniona zaraz się pod nią ugnie jeśli tylko wywrze na niej zbyt duży nacisk.
W końcu jednak saperzy skończyli swoje mapowanie terenu i mogła bezpiecznie udać się w kierunku medyków, którzy niezwłocznie zabrali się do pracy. W tle rzecz jasna unosiły się dalej krzyki Sloana, które skutecznie ignorowała. Nie były one niczym nowym. Właściwie można powiedzieć, że co wtorek oskarżał je o to, że postradały zmysły. Być może tak właśnie było.
Nagle jednak zauważyła jak narzeczona zbliża się do niej pospiesznym krokiem. Podskórnie szykowała się na to, że ta może albo ją pocałować albo dać jej w twarz... Chociaż w ich przypadku zamiast fizycznej manifestacji gniewu pojawiały się mimowolne awantury. Tym razem jednak chodziło o pierwszą z opcji.
Bez zastanowienia odwzajemniła pocałunek. Zachłannie jakby miał być ich ostatnim, a jej dłoń znalazła się od razu na karku Zaylee jakby nie chciała dopuścić do tego, aby koronerka się od niej odsunęła.
- Za to mnie kochasz - szepnęła cicho i przez moment nie zwracała nawet uwagi na poczynania ratowników medycznych dopóki nie uświadomiła sobie, że jeden z nich zaczął rozcinać nogawkę jej spodni. - Serio? Mogliście poprosić to bym zdjęła. Lubiłam te jeansy...
Naprawdę nie widziała potrzeby w dewastowaniu odzieży. Była w stanie pozbyć się jej szybko i sprawnie, aby tylko umożliwić oględziny rany, ale jak widać ktoś musiał mieć inne plany. Niemal też przewróciła oczami na komentarz o głębokości dźgnięcia.
- Bez przesady na pewno nie jest tak źle - odparła i zaraz jej spojrzenie przeniosło się na Sloana, który wydał jej krótkie polecenie. Tym razem bez słowa skinęła głową, godząc się na takie warunki. - Szyjcie tutaj jeśli musicie.
Charles miał rację. Wciąż mieli robotę do wykonania i nie chciała tracić czasu na jakieś wycieczki ambulansem.
- W garażu jest wypatroszone ciało McMurphy'ego - poinformowała go krótko, nie zwracając uwagi na krzątających się ratowników. - Jakieś narzędzia... Nie zdążyłam się dobrze rozejrzeć przed usłyszeniem pierwszego wybuchu. Drzwi z podwórza do przybudówki mogą być zabezpieczone. Nie ruszałam ich, ani nie zbadałam.
Na razie tyle musiało mu wystarczyć. Potem sama pokaże mu dokładnie co i jak. Niech tylko skończą zaszywać tę cholerną ranę.

zaylee miller

in the lion's den

: pn sty 05, 2026 1:53 pm
autor: zaylee miller
Cmoknęła z niezadowoleniem. Faktycznie te spodnie dałoby się oszczędzić. W przeciwieństwie do jej płaszcza; krew wsiąknęła w jasny materiał i Zaylee już wiedziała, że tego nie dopierze. Zostaną plamy, a wszelkie próby użycia wybielacza tylko zniszczą tkaninę. To głupie. Nie powinna przejmować się tak nieistotnym rzeczami, kiedy wciąż miała na sobie fragmenty ciała ratownika medycznego. I Gibbsa pewnie też.
Medyk zabrał się za oczyszczania rany w udzie Swanson, a Miller bacznie obserwowała jego poczynania. Pierwszy szew był w porządku, ale drugi aż wołał o pomstę do nieba. Niewiele brakowało, ale wyrwałaby mu igłę z dłoni, jednak w ostatnim momencie zaparła się w sobie. Nie trwało to jednak długo, bo ręka mężczyzny zadrżała, a to już doprowadziło koronerkę do szewskiej pasji.
Och, dawaj mi to — warknęła pod nosem. Naciągnęła na rękawiczki i przejęła od niego igłę chirurgiczną. Normalnie ran po gwoździach się nie szyło, ale ta była wyjątkowo szeroka lub rozcięta, więc trzeba było zamykać tkanki głębsze. O ile ratownik zabierał się do tego jak pies do jeża, Zaylee zrobiła to w mgnieniu oka. Miały już za sobą kilka podobnych szyć i wiedziała, jak to zrobić, żeby ryzyko powstania blizny było niewielkie. — Jeszcze antybiotyk — zadecydowała. Nie wiedziała, skąd Blythe wytrzasnął gwoździe i szczerze mówiąc, wolała tego nie wiedzieć. Napełniła strzykawkę płynem i wbiła się w udo, nawet nie patrząc na reakcję Swanson, choć podejrzewała, że ten zastrzyk był mniej przyjemny niż sam szew.
W tle saperzy rozbrajali ładunki wybuchowe. Szło im całkiem sprawnie i zdążyli już zająć się tymi rozstawionymi na drodze do przybudówki. Teraz trzeba było się jeszcze upewnić, czy drzwi nie były naszprycowanymi kolejnymi wymyślnymi pułapkami Blythe'a.
Staraj się nie obciążać tej nogi — poprosiła Miller, owijając bandaż wokół uda narzeczonej.
Żadnego nie powinnaś tam iść czy lepiej niech zrobi to ktoś inny. Te słowa i tak nie zmieniłby decyzji Eviny, znała ją aż za dobrze. Swoją drogą, to prawda — kochała ją też za bycie brawurowym durniem, mimo że wewnątrz drżała o jej życie i zdrowie. Miała ochotę udusić ją i zacałować jednocześnie.
Prowadź, Swanson — odezwał się Sloan, po czym kiwnął głową na dwójkę swoich ludzi. — Teren jest czysty, ale uważajcie, na co stajecie. Tak na wszelki wypadek. Miller, ciebie też będę potrzebował, żebyś rzuciła okiem na zwłoki, zanim je stamtąd wyniesiemy — powiedział, na co Zaylee otuliła się szczelniej brudnym płaszczem i skrzyżowała ręce na piersiach.
Po to tutaj jestem — odparła, bo przecież przyjechała do chatki właśnie, gdyby ciało McMurphy'ego zostało odnalezione. I zostało, więc teraz zaczynała się jej robota. Nadal dzwoniło jej w uszach, ale to było przejściowe. Nie zamierzała siedzieć z założonymi rękami, kiedy mogła się w końcu do czegoś przydać. Nawet jeśli Evinie było to nie w smak.

Evina J. Swanson

in the lion's den

: pn sty 05, 2026 3:13 pm
autor: Evina J. Swanson
Może było to po prostu ich swoiste poczucie humoru, a może zwyczajna reakcja na stres, która kazała im się martwić o tak nieistotne sprawy jaka zniszczona odzież. O wiele łatwiej było się skupić na fakcie, że lubiane jeansy zostały brutalnie potraktowane nożyczkami przez sanitariusza zamiast na tym, że bolało, ciepła krew krzepła na mrozie, a one dwie nieomal straciły życie ledwie chwilę temu. Lepiej było zająć umysł czymś zupełnie innym.
Zgodnie z jej prośbą medycy postanowili szyć na miejscu. Przechodziła podobny zabieg już wiele razy. Całe szczęście udo nie było tak tkliwe, bo trafiona została bliżej jego zewnętrznej strony, które nie było tak dobrze unerwione i posiadało nieco grubszą skórę. Zacisnęła mocno zęby i obserwowała robotę medyka. Nie musiała wcale spoglądać w kierunku narzeczonej, aby wyczuć rosnącą w niej irytację spowodowaną ruchami mężczyzny. Wiedziała, że dla perfekcjonistki jak Zaylee prosty i schludny szew był w zasadzie sprawą honoru. Spodziewała się tego, że koronerka się odezwie, ale zamiast tego po prostu przejęła jego zadanie.
- Nie mogłaś tego zdzierżyć, co? - zapytała z lekkim rozbawieniem i tym razem mogła podziwiać dłonie Miller, które przeprowadziły igłę przez skórę gładko i równo tak, aby wszystko wyglądało jak najlepiej oraz trzymało się mocno.
Mimowolnie przez zaciśnięte zęby wydobyło się lekkie stęknięcie bólu zniwelowane do krótkiego pomruku, gdy tylko zastrzyk wbił się w jej nogę. Wiedziała, że jej to nie ominie. Jak zwykle Zaylee musiała o wszystko zadbać. Przynajmniej dzięki niej został zażegnany jeden kryzys.
- Wiem, co robię - odburknęła i odczekała, aż Miller skończy owijać jej udo bandażem, aby wstać.
Po założeniu szwów i podaniu antybiotyków miejsce zranienia wydawało się jeszcze bardziej boleśniejsze i tkliwe, a mięśnie drżące. W pierwszym odruchu musiała przytrzymać się narzeczonej, aby złapać równowagę i poczuć się pewniej na nogach.
Tyle dobrego, że saperzy już się uporali z robotą. Teraz wiedzieli dokładnie, gdzie należało stawiać stopy, aby nie pożegnać się z życiem. Dlatego też Swanson skinąwszy głową Sloanowi ruszyła w kierunku głównego wejścia.
- Wolę przeprowadzić przez dom. Ładunki to jedno, ale Blythe mógł jeszcze od środka zastosować pułapkę mechaniczną, której nie dałoby się rozbroić od zewnątrz - wyjaśniła, bo nie chciała ryzykować raz jeszcze.
Dlatego też poprowadziła ich przez cały rozkład pomieszczeń prowadzący do przybudówki. Dopiero tam mogli się przyjrzeć czy do drzwi nie jest przymocowany jakikolwiek mechanizm, aby upewnić się czy było na pewno bezpiecznie je otworzyć.
Nic nie było dla niej wielkim zaskoczeniem. McMurphy wisiał jak wisiał wcześniej. Głową do dołu, skrępowany w kostkach liną holowniczą zaczepioną o hak przymocowany do belki pod sufitem. Jego skóra nie przypominała ani trochę tej należącej do żywego człowieka. Evina nazwałaby ją bardziej zgniłą mozaiką niezdrowych barw.
Pomieszczenie wyglądało jak typowy garażo-warsztat. Na środku pomieszczenia poza wiszącym trupem znajdowało się wiadro na jego wnętrzności oraz przesuwany stojak na narzędzia. Zresztą pod ścianami ustawione były też regały z różnoraką chemią oraz przedmiotami, które śmiało mogłyby stanowić asortyment sklepu żelaznego. Na jednym z końców pomieszczenia mieścił się też stół do prac z przysuniętym stołkiem, a na nim poza kilkoma luźnymi arkuszami papieru znajdowało się coś, co przypominało staromodny dyktafon.
- Nic nie tykałam od wejścia. Niemal od razu usłyszałam wybuch i skierowałam się do wyjścia, żeby rozeznać się w sytuacji - streściła jeszcze, aby zarówno Zaylee jak i Sloan mieli obraz sytuacji.

zaylee miller

in the lion's den

: pn sty 05, 2026 5:17 pm
autor: zaylee miller
Nie, nie mogła tego zdzierżyć. Nie byłaby sobą, gdyby nie przejęła inicjatywy. Co jak co, ale nie zamierzała pozwolić, aby ktokolwiek oszpecił ciało narzeczonej. A kto lepiej zszyłby ranę, jeśli nie lekarz medycyny sądowej? Zwłoki, które Miller zszywała po autopsji, wyglądały jak wyjęte z katalogu. Nawet martwymi opiekowała się z pedantyczną troską, dbając o szczegóły. W przeciwieństwie do takiego Bobby’ego Hackmana, który zszywał ciała na odpierdol, byle mieć to z głowy. A czasem nie robił tego wcale, zostawiając po sobie niechlujstwo, którego Miller nie potrafiła znieść. Tym bardziej zależało jej, żeby nogi Eviny wyglądały dobrze. W końcu to ona patrzyła na nie przez większość czasu. Znała każdy kształt i każdą krzywiznę. I nie zamierzała pozwolić na bylejakość.
Kiedy Zaylee trzymała się nieco z tyłu, Sloan i jego ludzie podążał tuż za Swanson. Przeszli przez wszystkie pomieszczenia, również te, do których Miller wcześniej nie dotarła, bo została zawrócona przez narzeczoną, aż w końcu dotarli do wspomnianej przybudówki. Miller przechyliła głowę i przyjrzała się wypatroszonym, wiszącym na haku zwłokom.
No cóż — zaczęła, zerkając kątem oka na zastępcę komendanta, który zakrywał twarz przedramieniem, próbując jakoś zniwelować unoszący się smród. — Nie ma wątpliwości co do tego, że McMurphy nie żyje. Biorąc pod uwagę fakt, że co jakiś czas Blythe wysyłał niektóre części jego ciała, mógł wykrwawić się, zanim pozbawił go narządów wewnętrznych. To wykaże już dokładna sekcja — stwierdziła niewzruszenie, chociaż jakby miała przy sobie odpowiedni sprzęt z prosektorium, mogłaby wykonać autopsję na miejscu. Blythe wyręczył ją z wyjmowaniem organów.
Chryste, jak tu jebie — odchrząknął i machnął ręką na dwóch funkcjonariuszy. — Zabezpieczcie wszystko i przewieźcie ciało na komisariat — zadecydował Sloan, pochodząc bliżej stołu. Omiótł wzorkiem papiery, a potem sięgnął pod dyktafon. Przez chwilę przyglądał mu się uważnie, po czym odwrócił i wyciągnął spomiędzy klapki na baterię małą karteczkę. — To do ciebie — powiedział, pokazując Evnie skrawek papieru, na którym widniało jej nazwisko. — Ale zanim to odtworzysz, niech któryś z saperów przyjrzy się temu z bliska. Nie wiemy, czy któryś z przycisków nie okaże się nagle detonatorem, który rozpierdoli pół okolicy — mruknął, chociaż jego ton głosu nie wskazywał na to, że wierzył w to, co przed chwilą powiedział.
Miller odsunęła się od wiszący zwłok i zerknęła na dyktafon.
Zaczyna bawić się w Jigsawa? — prychnęła, przypominając sobie serię filmów o John Kramerze. — Ambitnie, jak na kogoś, kto spędził tyle lat w kiciu. Pewnie dla inspiracji zdążył nadrobić już wszystkie części — mruknęła i zrobiła krok w bok, aby zrobić miejsce saperowi, który precyzyjnie sprawił urządzenie.
Wygląda na zwykły dyktafon, sir — odparł krótko. Sloan skinął głową i spojrzał na Swanson, dając jej do zrozumienia, że mogła odtworzyć nagranie. Jeśli chciała, oczywiście. Równie dobrze mogła zrobić po powrocie na komisariat.

Evina J. Swanson

in the lion's den

: pn sty 05, 2026 11:05 pm
autor: Evina J. Swanson
Przywykła już do tego poziomu perfekcjonizmu. Wiedziała też, że tym bardziej Zaylee była wyczulona, gdy chodziło o sprawy związane z jej narzeczoną. Szczerze mówiąc Swanson nie przejmowała się ani trochę tym czy zostanie jej po tym wszystkim blizna. Miałaby ona przynajmniej jakąś swoją historię. Tylko, że koronerka, która regularnie przesuwała dłonie po jej udach miała na ten temat zapewne zupełnie inne zdanie.
Na razie wydawało jej się, że przynajmniej na razie nie musieli obawiać się żadnych pułapek na trasie przez dom. Te najoczywistsze zostały już uruchomione. Nie dostrzegła niczego innego, co mogłoby im sprawić problem, a to chyba był przynajmniej jak na tę porę dobry znak.
Szczerze powiedziawszy to Swanson od samego początku nie miała wątpliwości, co do tego, że McMurphy'ego znajdą martwego. Już w dniu, gdy dostarczono im jego dłoń w pudełku miała przeczucie, że te poszukiwania mogą mieć jeden konkretny finał. Właśnie do niego dotarli. Choć niestety przy zwłokach nie znajdował się morderca. Takie znalezisko dopiero przyniosłoby im prawdziwą ulgę.
- Obstawiałabym, że nie żył już w momencie wysłania pierwszej paczki... Albo zmarł niedługo później. No, ale zobaczymy, co powie sekcja - przytaknęła, bo najlepiej było pozwolić Zaylee działać i dopiero po uzyskaniu wyników autopsji można było dyskutować w najlepsze o tym, co mogło się dokładnie przydarzyć ich dawnemu włamywaczowi.
Nie spodziewała się tego, że Sloan może być aż tak wrażliwy jeśli chodziło o zapachy, które na Miller oraz Swanson nie robiły już większego wrażenia. Przez całe te lata pracy w terenie jednak wypracowały naprawdę mocne żołądki i były w stanie oprzeć się odruchom wymiotnym czy krzywieniu się na taki odór.
- Dla ciebie jebie, a dla nas jest to zwyczajny wtorek - skwitowała beznamiętnie i podeszła do jednego z regałów, aby przyjrzeć się jego zawartości. Zastanawiała się czy dojrzy na nim coś, co nie pasowałoby do typowego garażu lub mogłoby posłużyć Blythe'owi do skonstruowania któregoś ze swoich wynalazków.
Mogła się spodziewać tego, że zastanie jakąś wiadomość, którą zabójca skierował do niej. Tu zawsze chodziło o nią. Takie myślenie wydawało jej się momentami aż egocentryczne, ale w tym przypadku niestety się nie myliła.
Podeszła do urządzenia, ale w momencie, gdy spece od techniki postanowili wkroczyć do akcji, pozwoliła na to, aby faktycznie dobrze przebadali sprzęt nim zdecydowała się na wciśnięcie przycisku odtwarzającego zamkniętą w urządzeniu taśmę.
Nie musieli długo czekać aż w końcu w pomieszczeniu rozległ się głos Anthony'ego Blythe'a. Zachrypnięty, niski, ale przede wszystkim pobrzmiewający z jakąś dziwną satysfakcją i zadowoleniem.
- Detektyw Swanson... - zaczął, a w jego głowie wyczuwalna była jakaś dziwna nuta jakby bawił się i rozkoszował każdym słowem, które spływało z jego ust. - Mam nadzieję, że tego słuchasz... I jak? Boisz się? Czujesz ten smak strachu na języka spływający coraz niżej do zaciśniętego gardła? - pomimo swojego pozornego szaleństwa Blythe wydawał się urodzonym mówcą, który umiał modulować swój głos, wyczyniać trzymające w napięciu pauzy. - Co sądzisz o moich prezentach? Piękne, prawda? Widzisz... Nie planowałem tego, ale zdecydowanie przyda mi się pewna rozgrzewka zanim w końcu się za ciebie wezmę. Nie martw się... Nie zamierzam krzywdzić postronnych. Ty będziesz następna... Nie zamierzam ci zdradzić, co i kiedy zamierzam zrobić, ale... Mogę dać ci posłuchać naszego koleżki, abyś wiedziała mniej więcej co może cię czekać.
Nastąpiło ciche szczęknięcie. Jakby nacisnął pauzę. Po chwili z taśmy popłynęły dźwięki dzikich krzyków i wrzasków McMurphy'ego, gdy Blythe zajmował się jego torturowaniem. Nie wszystkie słowa dało się rozróżnić. Zakładała, że część z nich była zwyczajnym błaganiem o litość. W końcu jednak sama zatrzymała nagranie, bo nie chciała, aby narzeczona go wysłuchiwała w tej chwili.
- Trzeba będzie to uważnie przestudiować... Może technicy coś z tego wyciągną - oświadczyła neutralnie, starając się usilnie trzymać emocje na wodzy.

zaylee miller

in the lion's den

: wt sty 06, 2026 12:03 am
autor: zaylee miller
Inny dzień, to samo gówno. Sloan najwyraźniej zasiedział się za biurkiem i zapomniał, jak to jest naprawdę hasać w terenie. Zaylee mogła z czystym sumieniem stwierdzić, że w ostatnich miesiącach to ona częściej brała udział w akcjach niż sam zastępca komendanta. On zresztą rzadko kiedy raczył zajrzeć do prosektorium, więc najwyraźniej odzwyczaił się od całej palety zapachów.
Kiedy Evina w końcu włączyła taśmę, Miller niewzruszenie wpatrywała się w ciało Murphy'ego. Zauważyła, że narządy były wycięte niedokładnie, bo niektóre fragmenty wątroby i trzustki dalej widniały w jamie brzusznej. Mimo to uważnie słuchała wiadomości, jaką Blythe zostawił specjalnie dla Swanson. Wolała jednak stać odwrócona, żeby nie dać po sobie poznać, jak te słowa ją poruszyły. Umiała przybrać pokerową twarz, jednak narzeczona znała ją na tyle dobrze, żeby poznać, że coś było nie tak.
Nagranie zakończyło się błagalnymi krzykami, na co Zaylee prychnęła pod nosem.
Nie zamierza krzywdzić postronnych? — odwróciła się, ściągając brwi. — Przepraszam bardzo, ale kim w takim razie był Finnegan McMurphy? Bo nie wydaje mi się, żeby miał swój udział w tej sprawie — wskazała ręką na zawieszone na haku zwłoki.
Charles odchrząknął, przechadzając się po pomieszczeniu z zaplecionymi z tyłu rękami. Przystanął, gdy jego ludzie zabierali spod ciała wiadro z narządami.
On posłużył tylko za przykład — stwierdził niby spokojnie, jednak pod jego wąsem malowało się szczere przejęcie. — Chciał dać nam przedsmak tego, co czeka Swanson.
Och, dzięki, Charles — warknęła Miller, wyraźnie poirytowana jego słowami, bo nie powiedział niczego, o czym by nie wiedziały. — Nie pomagasz — skwitowała krótko. — I co? Teraz mamy mu wierzyć, że faktycznie nie skrzywdzi nikogo więcej?
Nikogo więcej, poza Swanson.
Sloan, kurwa! — Zaylee automatycznie podniosła głos i niewiele brakowało, a doskoczyłaby do niego i przycisnęła do ściany. Nie zrobiła tego tylko dlatego, że z tyłu głowy miała zakodowane, że to ich przełożony. Jednak kłamstwem byłoby, gdyby powiedziała, że nie miała ochoty mu przypierdolić.
Nie wiemy, do czego jest zdolny — westchnął z lekkim zrezygnowaniem. — To znacz, wiemy — w tym miejscu zerknął wymownie na na McMurpy'ego. — Chcesz wprowadzić swój plan w życie? — zapytał, przenosząc wzrok na Swanson.
Wiedziała, do czego zmierzał. Wszystko sprowadzało się do zrobienia ze Swanson przynęty. To miała być ostateczność. I ta wizja ani trochę nie podobała się Miller, mimo świadomości, że nie można było tego odwlekać bez końca. Blythe musiał zostać schwytanym, zanim dopadnie Evinę. Musieli być o krok przed nim, żeby przypadkiem nie zostać i nie dać się zaskoczyć. Bo wtedy będzie już za późno na zrobienie czegokolwiek.

Evina J. Swanson

in the lion's den

: wt sty 06, 2026 1:25 am
autor: Evina J. Swanson
Możliwe, że za te wszystkie lata służby i odnoszone w niej sukcesy Swanson od dawna mogłaby piastować dużo wyższy stołek... Chociaż wielką tajemnicą nie było, że wiele osób z góry nie przepadało za nią z różnych powodów. Umyślnie jednak nie brnęła do awansu, bo oznaczałby on dużo więcej roboty papierkowej, a mniej faktycznej pracy, która jej zdaniem miała znaczenie. Nie chciała utknąć za biurkiem. Chyba, że naprawdę nie będzie miała innego wyboru.
Stała w bezruchu tuż obok biurka. Jej niewidzący wzrok ulokowany był w starym dyktafonie, a myśli skupione były przede wszystkim na analizowaniu słów, które wypowiedział Blythe. Szukała w tym wszystkim fałszu, który mógł pobrzmieć gdzieś w jego głosie, ale nie znalazła nic takiego. Zresztą jego poczynania doskonale dowodziły o tym, że nie cofnie się przed niczym dopóki nie dokona zemsty za te wszystkie lata, które musiał przez nią spędzić w więzieniu.
- McMurphy wlazł mu w paradę. Znalazł się pod ręką i najwyraźniej mógł stanowić zagrożenie dla jego planów. Dlatego go usunął... i postanowił wykorzystać okazję do tego, aby nas zastraszyć... - dodała jeszcze, zbliżając się do koronerki, wyczuwając to jak niewiele brakowało do tego, aby wybuchła.
Sięgnęła do ramienia narzeczonej, aby ostrzegawczo zacisnąć na nim palce. Równocześnie chciała też dać jej znać, że przecież była obok i nie stało się jeszcze nic złego. Nie miała pojęcia jak powinna ją uspokoić przez to wszystko, co się działo. W końcu jednak westchnęła i spojrzała na Sloana.
- Chyba najwyższa pora - skomentowała, kiwając głową.
Nie chciała tego robić ze względu na Zaylee, ale miała wrażenie, że na tym etapie była to jedyna rzecz jaką mogły zrobić. Nawet jeśli niosła za sobą ogromne ryzyko. Nie mieli pojęcia czy na pewno Blythe to łyknie ani w jaki sposób przyjdzie po to, aby zgarnąć swoje trofeum... głowę detektywki, która go wsadziła za kratki na długie dwadzieścia lat.

zaylee miller

in the lion's den

: wt sty 06, 2026 2:18 pm
autor: zaylee miller
McMurphy znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Zaylee nie miała co do tego wątpliwości. Gdyby nie wpadł na Blythe’a, wciąż wiódłby swój spokojny, choć niechlubny żywot drobnego rzezimieszka. Los jednak postanowił inaczej. Skoro już się napatoczył, Blythe postanowił go wykorzystać. Fragmenty ciała McMurphy'ego stał się przestrogą wymierzoną w Swanson, a każda kolejna przesyłka była coraz bardziej dosadna.
Nie podobał jej się ten plan, ale przynajmniej ustaliły, że będzie mogła towarzyszyć Barney'owi Smithowi na zwiadach. Smith miał wkroczyć do akcji, kiedy coś się wypierdoli, a Miller będzie znacznie spokojniejsza, mając chociaż namiastkę kontroli nad biegiem wydarzeń. To z kolei nie podobało się Evinie, ale już o tym rozmawiały. Zmiana zdania nie wchodziła w grę. Zresztą tutaj nie było o czym dyskutować.
W porządku — Sloan skinął głową, choć minę miał nietęgą. Chyba on również wolałby, żeby ten plan pozostał jedynie planem. — Zabierajcie się stąd. Miller zajmie się sekcją zwłok McMurphy'ego, a z tobą chcę omówić wszystkie szczegóły. I ze Smithem. Tylko najpierw muszę się z nim skontaktować, bo dzisiaj ma wolne — oznajmił stanowczo, na co Zaylee zerknęła ukradkiem na narzeczoną.
Funkcjonariusze wrócili do chatki, żeby ściągnąć z haka ciało. Jeden z nich stanął przy ścianie i puścił pawia. Coraz wrażliwsza ta młodzież, no naprawdę.
Powiesz mu, czy ja mam to zrobić? — odezwała się w końcu Miller, wymownie patrząc na Swanson. Musiały wtajemniczyć zastępcę komendanta w to, co zamierzały, a to pewnie spotka się ze spory oporem ze strony przełożonego. Ale lepiej było nie pozostawiać go w takiej niewiedzy. Prędzej czy później dowie i tak dowie się o wszystkim, a wtedy będą mieć bardziej przejebane. Dostały już nauczkę w zatajaniu spawy Nowego Początku.
Powiesz mi o czym? — Charles zmrużył oczy, przenosząc wzrok z Zaylee na Evinę. — Co wy znowu kombinujecie, co? — mruknął z wyraźnym niezadowoleniem, jakby już przeczuwał najgorsze. A przynajmniej coś, co zdecydowanie nie przypadnie mu do gustu. — Dlaczego jak coś się dzieje, to zawsze musicie być wy dwie? — dodał, kręcąc z dezaprobatą głową.
Zaylee posłała mu słaby uśmiech i szturchnęła narzeczoną w bok, aby ta zaczęła wreszcie gadać. Niech mają to już za sobą. Po co odwlekać nieuniknione? Akurat Swanson była w tym niezła, zawsze odkładała wszystko na potem, dopóki nie wypierdalało większe szambo. Identycznie działo się w ich kłótniach — zamiast wyjaśnić wszystko od razu i wyłożyć karty na stół, wolała milczeć jak grób, co doprowadzało Miller do szału.

Evina J. Swanson

in the lion's den

: wt sty 06, 2026 10:34 pm
autor: Evina J. Swanson
Mogły jedynie współczuć McMurphy'emu tego, że znalazł się w takich okolicznościach, które doprowadziły do jego śmierci. Jeśli tylko nic nie podkusiłoby go do tego, aby szukał łupów w tym konkretnym domu to pewnie dalej mógłby się cieszyć życiem. Teraz jednak był jedynie zimnym trupem. Marnym straszakiem wykorzystywanym przez Blythe'a w polowaniu na detektywkę. Pewnie nawet on zasługiwał na lepszy los.
To chyba był najwyższy czas na to, aby wytoczyć najcięższe działa i przejść do działania. Może i Zaylee nie podobał się ten plan, ale na tym etapie nie miały w zasadzie żadnego lepszego. Chciała robić za wabik i ściągnąć do siebie mordercę zamiast czekać na jego kolejny ruch, który mógłby się okazać tragiczny w skutkach.
Przytaknęła po prostu na jego słowa i już chciała powrócić do auta, gdy nagle wyczuła na siebie znaczące spojrzenie narzeczonej. Oznaczało ono jedynie tyle, że raczej nie będzie mogła ona zaznać spokoju póki nie poruszy jeszcze jednej ważnej kwestii.
Westchnęła, bo naprawę nie chciała tego robić. Tym bardziej, że Sloan wyraźnie zainteresował się ich kolejnymi knowaniami. Nie chciała mu dodawać kolejnych zmartwień, ale wiedziała, że narzeczona nie odpuści póki nie poruszy tej niewygodnej kwestii z przełożonym.
- Miller chciała siedzieć razem ze Smithem - powiedziała w końcu i nie starała się nawet utrzymywać kontaktu wzrokowego ze Sloanem.
Zamiast tego przesunęła spojrzenie na narzeczoną. Powoli ujęła jej dłoń i liczyła na to, że po prostu ją zrozumie i nie podniesie żadnego sprzeciwu w związku z tym, co właśnie planowała jej powiedzieć.
- Zajmij się wpierw autopsją McMurphy'ego. Zrób, co do ciebie należy i potem możesz robić co chcesz... - powiedziała cicho.
Sądziła, że jak zwykle spotka się z jakimś oporem. Chyba nawet nie chciała z nim dyskutować. Zamiast tego spojrzała w kierunku Sloana. Wiedziała, że nie będzie zadowolony z niczego, co mogłaby mu powiedzieć, ale i tak spróbowała dyktować tutaj warunki.
- Nie sądzę, abyśmy mieli cokolwiek do przedyskutowania. Chyba wszystko zdołaliśmy ustalić. Mam po prostu siedzieć jak stonka: nie wychylać się i wpierdalać kartofle póki coś się nie wydarzy, a wtedy mam bezzwłocznie poinformować Smitha i postarać się przeżyć - streściła, bo dla niej wszystko wydawało się jasne.
Nie przypuszczała, aby musieli coś jeszcze dogadywać w tej kwestii. Jej rola była prosta i nie ulegała dyskusji. Musiała jedynie dać znać, gdyby Blythe wkroczył do akcji, a do tego czasu po prostu nie dać się zabić. Nie była to szczególna filozofia.

zaylee miller

in the lion's den

: śr sty 07, 2026 1:20 pm
autor: zaylee miller
Na tym etapie śledztwa nie tylko nie było już lepszego planu — nie istniał żaden plan w ogóle. Wszystkie możliwości zostały wyczerpane, a każdy trop prowadził donikąd albo urywał się w najmniej odpowiednim momencie. Zaylee musiała się z tym pogodzić, choć przychodziło jej to z ogromnym trudem.
Poczuła, jak Evina ujmuje jej dłoń, więc odwzajemniła uścisk, zupełnie ignorując obecność zastępcy komendanta. Skinęła głową na znak, że najpierw zajmie się sekcją zwłok McMurphy'ego. To było właściwie i właśnie tak należało postąpić. Musiała mieć jednak pewność, że do tego czasu Swanson nie zrobi niczego głupiego. A przynajmniej nie zrobi niczego głupiego bez niej.
Co to znaczy, że chciała siedzieć razem ze Smithem? — Sloan ściągnął brwi, aż pomiędzy oczami zrobiła mu się duża, gniewna zmarszczka.
Miller puściła rękę narzeczonej i zrobiła krok w stronę Sloana, żeby poklepać go po ramieniu.
To znaczy dokładnie to, co słyszałeś, Charles — oznajmiła spokojnie, żeby przypadkiem nie wyprowadzić przełożonego z równowagi. A chyba niewiele brakowało, żeby do tego doszło. Mężczyzna otworzył usta, ale Zaylee wcięła mu się w słowo. — Tak, wiem. Moje miejsce jest w prosektorium. Słyszałam to już milion razy. Ale jeśli myślisz, że pozwolę własnej narzeczonej nadstawiać karku i zostawię ją na pastwę losu, to chyba cię pojebało — dodała, wciąż spokojnym, ale zdecydowanie.
Nie zamierzała się wycofywać, nawet jeśli zastępca komendanta był innego zdania. Wyglądał tak, jakby był, ale chyba zrozumiał, że nic tutaj nie wskóra. Jego ramiona opadły ze zrezygnowaniem, a wszystko, co powiedziała Miller, skwitował jedynie niezadowolonym cmoknięciem.
W takim razie wracajmy na komisariat — westchnął ciężko, nie wdając się w dalszą dyskusję. — Spotkamy się na miejscu — zerknął na nie przez ramię i wyszedł z dobudówki.
Zaylee jeszcze przez chwilę stała w miejscu. Posłała Swanson milczące spojrzenie i skinęła głową, dając jej do zrozumienia, że podjęły słuszną decyzję.
W prosektorium zajęła się dokładną autopsją zwłok McMurphy'ego, jednocześnie czekając na dalsze ustalenia. O ile wszystko było ustalone, najpierw trzeba było sprawić, żeby Blythe faktycznie uwierzył w to, że zdołał je naprawdę porządnie nastraszyć. Akurat za bardzo się w tym nie mylił, jednak musiały odpierdolić teatrzyk, żeby wyglądało to naprawdę wiarygodnie.
koniec
Evina J. Swanson