fate meets chaos
: czw sty 29, 2026 8:33 pm
Albo dać się trochę sparzyć
Uśmiechnął się pod nosem na wybrzmienie tych słów. Powinien, ze swoim tytułem, być przecież kimś, kto nie boi się ognia. I w istocie nie bał się go nigdy, nie tak formalnie; często nawet świadomie dawał się mu pochłonąć, bo musiał i go znał go, a przez tp wiedział, kiedy nie jest w stanie go skrzywdzić. W tej sytuacji było całkowicie podobnie. Różnica polegała jedynie na tym, że tym razem płomienie nie miały źródła w rozżarzonym materiale ani w wybuchu, a w spojrzeniu, w dotyku i w tej niepokojąco naturalnej bliskości.
Swoją dłoń zatrzymał na wysokości jej żeber, kciukiem przesunął po materiale jej koszuli.
Jej kolejne słowa, to zaczepne stwierdzenie faktu, wywołały u niego drobny uśmiech. Krótki, ledwie widoczny, który jednak zamarł niemal natychmiast, gdy jej dłoń uniosła się i osiadła na jego karku. Ten prosty gest, tak niepozorny w swojej formie, rozszedł się po jego systemie nerwowym jak impuls elektryczny, zostawiając po sobie ślad. Najpierw napięcie, potem jako mrowienie, gdzieś głębiej, pod jego skórą, w mięśniach. Tak nieprzyjemnie przyjemne. Nie zdawał sobie sprawy, jak znaczące było to dla niego. Jak szybko temu uległ i zaakceptował w sobie, i jak mocno związał się z gestem, który był prosty, a w tej chwili dosadnie ciężki.
Palce sunące po jego skórze zostawiały za sobą ślad, którego nie mógł tak po prostu zignorować zignorować. Wsunięcie ich w jego włosy było punktem, w którym byłby się rozpadł. Nie tyle, że nie potrzebował dużo, ale tyle, że każdy miał słaby punkt. Abby dość precyzyjnie odnalazła jego. Nie było to zaraz takie trudne…
Trudno było mu z początku zbudować odpowiedź przez suchość w ustach, która wezbrała od czegoś tak trywialnego, a jednocześnie tak ciężkiego. Zanim na coś się zdecydował, znów się odezwała.
Kolejną iskrą, która zbiegła po jego nerwach, wywołało coś tak prostego – jej palce zaciśnięte na jego włosach i ten drobny, choć kontrolujący gest. Podniósł spokojnie głowę na tyle, by móc na nią spojrzeć. Na tyle, na ile pozwalał mu na to panujący półmrok. Na tyle, by mogła zarejestrować, że na nią patrzy, wbrew tej zaczepce, którą wytoczyła przeciwko niemu. Przesunął spojrzeniem krótko po jej twarzy, pozwalając by zdążyła też odnotować delikatny uśmiech półgębkiem u niego, zanim przysunął swoją twarz do jej, do punktu w którym już byli, ale który niczego wtedy nie przyniósł.
— Wyjątkowo dobrze się na ciebie patrzy — odpowiedział, twardo akcentując dwa pierwsze słowa. — Za dobrze.
Oddech, który niósł to zdanie, mógłby być jej własnym. A słowa, które wypowiedział niemal w jej wargi, równie dobrze mogły należeć do niej, a wszystko przez ów zerowy dystans pomiędzy nimi.
Dotknął subtelnie wargami jej własnych, choć nie w pocałunku. W delikatnej, miękkiej zaczepce. W chybotliwym balansie pomiędzy tym, czego chciał spróbować, a co było rozsądne. Większość życia przeminęło mu pod ciężkim znakiem ryzyka; chociaż wszystko było w zdrowej granicy. A teraz? Teraz przecież też niewiele miał do stracenia. To czy w ogóle wyjdzie spod gruzu stało pod ogromnym znakiem zapytania; a nawet jeśli – to przecież szanse na ponowne spotkanie, w przypadki kiepskiego zakończenia, były zerowe. Bo jakie istniało prawdopodobieństwo, że mieszkała w Toronto?
Pocałunek, który w końcu złożył nie był gwałtowny, ale nie był też niepewny. Raczej spokojny, głęboki, jakby sprawdzał, czy to, co napięcie obiecywało od dłuższego czasu, rzeczywiście tam było. Jego wargi najpierw musnęły jej usta, zanim na moment przycisnął je mocniej, bez pośpiechu, bez żadnej próby dominacji. Bliżej temu było do oferty, którą składał na jej wargach, niż bezczelnemu zamachowi na jej przestrzeń.
Abby Wallace
Uśmiechnął się pod nosem na wybrzmienie tych słów. Powinien, ze swoim tytułem, być przecież kimś, kto nie boi się ognia. I w istocie nie bał się go nigdy, nie tak formalnie; często nawet świadomie dawał się mu pochłonąć, bo musiał i go znał go, a przez tp wiedział, kiedy nie jest w stanie go skrzywdzić. W tej sytuacji było całkowicie podobnie. Różnica polegała jedynie na tym, że tym razem płomienie nie miały źródła w rozżarzonym materiale ani w wybuchu, a w spojrzeniu, w dotyku i w tej niepokojąco naturalnej bliskości.
Swoją dłoń zatrzymał na wysokości jej żeber, kciukiem przesunął po materiale jej koszuli.
Jej kolejne słowa, to zaczepne stwierdzenie faktu, wywołały u niego drobny uśmiech. Krótki, ledwie widoczny, który jednak zamarł niemal natychmiast, gdy jej dłoń uniosła się i osiadła na jego karku. Ten prosty gest, tak niepozorny w swojej formie, rozszedł się po jego systemie nerwowym jak impuls elektryczny, zostawiając po sobie ślad. Najpierw napięcie, potem jako mrowienie, gdzieś głębiej, pod jego skórą, w mięśniach. Tak nieprzyjemnie przyjemne. Nie zdawał sobie sprawy, jak znaczące było to dla niego. Jak szybko temu uległ i zaakceptował w sobie, i jak mocno związał się z gestem, który był prosty, a w tej chwili dosadnie ciężki.
Palce sunące po jego skórze zostawiały za sobą ślad, którego nie mógł tak po prostu zignorować zignorować. Wsunięcie ich w jego włosy było punktem, w którym byłby się rozpadł. Nie tyle, że nie potrzebował dużo, ale tyle, że każdy miał słaby punkt. Abby dość precyzyjnie odnalazła jego. Nie było to zaraz takie trudne…
Trudno było mu z początku zbudować odpowiedź przez suchość w ustach, która wezbrała od czegoś tak trywialnego, a jednocześnie tak ciężkiego. Zanim na coś się zdecydował, znów się odezwała.
Kolejną iskrą, która zbiegła po jego nerwach, wywołało coś tak prostego – jej palce zaciśnięte na jego włosach i ten drobny, choć kontrolujący gest. Podniósł spokojnie głowę na tyle, by móc na nią spojrzeć. Na tyle, na ile pozwalał mu na to panujący półmrok. Na tyle, by mogła zarejestrować, że na nią patrzy, wbrew tej zaczepce, którą wytoczyła przeciwko niemu. Przesunął spojrzeniem krótko po jej twarzy, pozwalając by zdążyła też odnotować delikatny uśmiech półgębkiem u niego, zanim przysunął swoją twarz do jej, do punktu w którym już byli, ale który niczego wtedy nie przyniósł.
— Wyjątkowo dobrze się na ciebie patrzy — odpowiedział, twardo akcentując dwa pierwsze słowa. — Za dobrze.
Oddech, który niósł to zdanie, mógłby być jej własnym. A słowa, które wypowiedział niemal w jej wargi, równie dobrze mogły należeć do niej, a wszystko przez ów zerowy dystans pomiędzy nimi.
Dotknął subtelnie wargami jej własnych, choć nie w pocałunku. W delikatnej, miękkiej zaczepce. W chybotliwym balansie pomiędzy tym, czego chciał spróbować, a co było rozsądne. Większość życia przeminęło mu pod ciężkim znakiem ryzyka; chociaż wszystko było w zdrowej granicy. A teraz? Teraz przecież też niewiele miał do stracenia. To czy w ogóle wyjdzie spod gruzu stało pod ogromnym znakiem zapytania; a nawet jeśli – to przecież szanse na ponowne spotkanie, w przypadki kiepskiego zakończenia, były zerowe. Bo jakie istniało prawdopodobieństwo, że mieszkała w Toronto?
Pocałunek, który w końcu złożył nie był gwałtowny, ale nie był też niepewny. Raczej spokojny, głęboki, jakby sprawdzał, czy to, co napięcie obiecywało od dłuższego czasu, rzeczywiście tam było. Jego wargi najpierw musnęły jej usta, zanim na moment przycisnął je mocniej, bez pośpiechu, bez żadnej próby dominacji. Bliżej temu było do oferty, którą składał na jej wargach, niż bezczelnemu zamachowi na jej przestrzeń.
Abby Wallace