architecture of a worried mind
: pn sty 12, 2026 11:25 pm
Nieczęsto zastanawiała się nad tym, co by było, gdyby los potoczył się inaczej. Nie wierzyła w przeznaczenie, a jednak ich ścieżki splotły się dopiero ponad rok temu. To wydawało się ironiczne, bo w rzeczywistości miały się na wyciągnięcie ręki. Dokładnie od momentu, gdy Zaylee rozpoczęła pracę w policji. Mogłyby dobrać się sobie wzajemnie do majtek dużo wcześniej, gdyby nie kilka przeszkód. Jedną z nich była sytuacja osobista Eviny, która była wtedy jeszcze mężatką. To mogłoby stanowić problem, nawet jeśli ta nie była wierną żoną. W teorii nie stanowiło to większego problemu, ale koronerka miała przecież swoje zasady. Kolejną przeszkodą był stosunek Miller do Swanson. Wtedy szczerze jej nie znosiła, bo traktowała ją jak żółtodzioba, podważała wszystkie jej kompetencje i Zaylee musiała długo udowadniać, że zna się na swojej pracy i potrafi podejmować właściwe decyzje. Dopiero po długim czasie, przez drobne zwycięstwa i niezliczone dowody swojej wartości, zdobyła cień uznania.
Teraz patrzyły na siebie inaczej. Miniony czas, doświadczenia, błędy i sukcesy, które je ukształtowały, sprawiły, że wszystko, co kiedyś wydawało się nieosiągalne, nagle stało się realne. Był w tym coś fascynującego. Coś, co sprawiło, że z czasem zrodziła się między nimi czasami trudna, ale niewątpliwie prawdziwie piękna miłość.
— Na to liczę — oświadczyła, bo może i Evina miała operowaną nogę, ale ręce i język były sprawne. Umówmy się, Zaylee nie wytrzymałaby bez seksu w oczekiwaniu, aż narzeczona wróci do pełni zdrowia. Musiałaby się zaspokoić sama, najlepiej na jej oczach, żeby rozpierdalało ją od środka.
Popatrzyła na nią pobłażliwie, kiedy wspomniała o użytku ze szpitalnego łóżka. I choć propozycja była kusząca, to w tym wypadku trzeba było wykazać się rozsądkiem. Miller była znana w szpitalu, tutejszy lekarze sądowi często korzystali z jej opinii, więc musiała dbać o reputację.
— Masz lekarza w domu — przypomniała, gdyby Swanson jakimś cudem o tym zapomniała. — Zrób w końcu z tego dobry użytek — wymruczała tuż przy jej uchu, a wtedy do drzwi rozległo się pukanie. Ale nie zwykły stukot, trochę jak kopnięcia. No tak, pewnie Sammy nie miał, jak nacisnąć na klamkę. — Kocham cię najmocniej na świecie — powiedziała jeszcze, skradając jej ostatni pocałunek, po czym niechętnie zwlekła się z łóżka.
Przeszła przez salę i otworzyła drzwi. Po drugiej stronie stał dziewięciolatek, który prawie wpadł do środka, bo okazało się, że uderzał w nie nie nogą, a głową. W dodatku jeden kubek z gorącą czekoladą był do połowy pusty, a jego zawartość wylądowała na szarej bluzie.
— Żartujesz sobie? — Zaylee bezradnie rozłożyła ręce i przesunęła się, robiąc Młodemu miejsce i jednocześnie prezentując go narzeczonej. — Mówiłyśmy, żebyś uważał — westchnęła, ale oczywiście nie posłuchał. — I nawet nie próbuj udawać, że nie biegłeś. Słyszałyśmy ten pisk tenisówek na korytarzu — zastrzegła, kiedy chłopiec otworzył usta, aby się wytłumaczy. Miller spojrzała na Evinę z wysoko uniesionymi brwiami, jakby chciała powiedzieć tylko spójrz na naszego syna. I pierwszy raz złapała się na tym, że właśnie tak o nim pomyślała. Ich syn.
Poczuła jak serce rośnie jej w piersi i nagle zrozumiała, że nie potrafiła się na niego gniewać. Pokręciła jedynie głową, zmierzwiła mu włosy i poprosiła, żeby zdjął upaćkaną bluzę.
— Potkłem się — wymamrotał Sammy, podchodząc do łóżka, żeby podać Evinie ten pełny kubek.
— Potknąłem — poprawiła go automatycznie Zaylee.
— No przecież mówię — odparł chłopiec. — Te buty są aż zbyt nieśliskie — wskazał palcem na tenisówki i Miller poczuła się trochę winna. Niby przyjechali samochodem i mieli do przejścia tylko drogę z parkingu do szpitala, ale może powinna mu kazać założyć zimowe trapery. Ale on się uparł. Jak zwykle zresztą.
Evina J. Swanson
Teraz patrzyły na siebie inaczej. Miniony czas, doświadczenia, błędy i sukcesy, które je ukształtowały, sprawiły, że wszystko, co kiedyś wydawało się nieosiągalne, nagle stało się realne. Był w tym coś fascynującego. Coś, co sprawiło, że z czasem zrodziła się między nimi czasami trudna, ale niewątpliwie prawdziwie piękna miłość.
— Na to liczę — oświadczyła, bo może i Evina miała operowaną nogę, ale ręce i język były sprawne. Umówmy się, Zaylee nie wytrzymałaby bez seksu w oczekiwaniu, aż narzeczona wróci do pełni zdrowia. Musiałaby się zaspokoić sama, najlepiej na jej oczach, żeby rozpierdalało ją od środka.
Popatrzyła na nią pobłażliwie, kiedy wspomniała o użytku ze szpitalnego łóżka. I choć propozycja była kusząca, to w tym wypadku trzeba było wykazać się rozsądkiem. Miller była znana w szpitalu, tutejszy lekarze sądowi często korzystali z jej opinii, więc musiała dbać o reputację.
— Masz lekarza w domu — przypomniała, gdyby Swanson jakimś cudem o tym zapomniała. — Zrób w końcu z tego dobry użytek — wymruczała tuż przy jej uchu, a wtedy do drzwi rozległo się pukanie. Ale nie zwykły stukot, trochę jak kopnięcia. No tak, pewnie Sammy nie miał, jak nacisnąć na klamkę. — Kocham cię najmocniej na świecie — powiedziała jeszcze, skradając jej ostatni pocałunek, po czym niechętnie zwlekła się z łóżka.
Przeszła przez salę i otworzyła drzwi. Po drugiej stronie stał dziewięciolatek, który prawie wpadł do środka, bo okazało się, że uderzał w nie nie nogą, a głową. W dodatku jeden kubek z gorącą czekoladą był do połowy pusty, a jego zawartość wylądowała na szarej bluzie.
— Żartujesz sobie? — Zaylee bezradnie rozłożyła ręce i przesunęła się, robiąc Młodemu miejsce i jednocześnie prezentując go narzeczonej. — Mówiłyśmy, żebyś uważał — westchnęła, ale oczywiście nie posłuchał. — I nawet nie próbuj udawać, że nie biegłeś. Słyszałyśmy ten pisk tenisówek na korytarzu — zastrzegła, kiedy chłopiec otworzył usta, aby się wytłumaczy. Miller spojrzała na Evinę z wysoko uniesionymi brwiami, jakby chciała powiedzieć tylko spójrz na naszego syna. I pierwszy raz złapała się na tym, że właśnie tak o nim pomyślała. Ich syn.
Poczuła jak serce rośnie jej w piersi i nagle zrozumiała, że nie potrafiła się na niego gniewać. Pokręciła jedynie głową, zmierzwiła mu włosy i poprosiła, żeby zdjął upaćkaną bluzę.
— Potkłem się — wymamrotał Sammy, podchodząc do łóżka, żeby podać Evinie ten pełny kubek.
— Potknąłem — poprawiła go automatycznie Zaylee.
— No przecież mówię — odparł chłopiec. — Te buty są aż zbyt nieśliskie — wskazał palcem na tenisówki i Miller poczuła się trochę winna. Niby przyjechali samochodem i mieli do przejścia tylko drogę z parkingu do szpitala, ale może powinna mu kazać założyć zimowe trapery. Ale on się uparł. Jak zwykle zresztą.
Evina J. Swanson