Strona 3 z 4

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: sob sty 17, 2026 11:18 am
autor: William N. Patel
Muzyka w klubie


Mocniej zaciskam palce na jej kolanie i zerkam na nią kątem oka, sam się trochę spinam, bo w aucie zaczyna robić się coraz dziwniej, ale za oknami wciąż miasto, a chyba jakby nas mieli gdzieś wywieźć to raczej do lasu? Lepiej żeby Charlotte umiała szybko biegać, to chociaż ona się uratuje, bo ja w sumie byłem marnym biegaczem, najgorszy sport, nawet krótki sprint na autobus to było dla mnie za wiele i często zwyczajnie wolałem pojechać następnym. Potem jesteśmy tak blisko siebie, że już chyba bliżej nie możemy, a nasze dłonie znowu łączą się w uścisku, co wcale mnie nie dziwi, w duchu dziękowałem, że nie muszę siedzieć koło człeka ptaka, bo ten wydawał się jeszcze dziwniejszy niż wszyscy inni tutaj zgromadzeni. Przyglądam mu się uważnie, a kiedy kieruje swoje słowa do Kovalski to parskam śmiechem. O kurwa, od razu z grubej rury widzę. Czekam na rozwój sytuacji i gdy dziewczyna odpowiada, że już ma gniazdo to kiwam głową dla potwierdzenia - Właśnie, odgruchaj się łaskawie od mojej dziewczyny, Gołąbeczku - kiedy ktoś do niego dzwoni, a on odbiera telefon i daje na głośnik to dosłownie kurwa wszyscy w aucie przyglądają mu się uważnie, nawet kierowca zerka ciągle w lusterko i ścisza trochę muzykę chyba tylko po to, żebyśmy wszyscy lepiej słyszeli rozmowę, chociaż ciężko było cokolwiek z tego zrozumieć, dla mnie to była po prostu jakaś wiązanka absurdów. A potem chłop tak po prostu wyskoczył z auta i zostało po nim tylko... jajko leżące na fotelu tam gdzie jeszcze przed chwilą siedział. Od razu się rzucam przez Lottie, żeby zatrzasnąć za nim drzwi - O kurwa! Widzieliście to?!... - ciężko byłoby nie zauważyć, ale chyba tylko my się jakkolwiek przejęliśmy. Odwracam się żeby spojrzeć przez tylną szybę, ale facet dosłownie przetoczył się po asfalcie, wstał i pobiegł w drugą stronę ponownie machając rękami, jak pierdolony kaskader, nawet karton nie spadł mu z głowy. Muszę się napić, bo na trzeźwo robiło się coraz bardziej dziwnie. Szlafrok wraca do przeszukiwania schowków i nagle wyjmuje z jednego jakiś obrazek - Fajne, mogę to wziąć? - pyta, a kierowca przytakuje głową. Chłop unosi obrazek nieco wyżej, żebyśmy mogli zobaczyć - Chcecie też? Jest tego więcej - dosłownie trzyma w palcach obrazek papieża i chociaż w pierwszej chwili chcę odmówić, to ostatecznie wysuwam się nieco do przodu, żeby rzucić okiem do schowka - No, a masz taki z Janem Pawłem II? - przez chwilę grzebie w schowku, żeby w końcu podać mi zdjęcie papieża Polaka. Odbieram je i wyciągam w kierunku Charlotte - Dla ciebie wziąłem - uśmiecham się słodko. Papież z Polski, jej rodzina też była z Polski, to chyba miało sens? Nie wiem czy kiedykolwiek w ogóle tam była, ale może sobie powiesi przy lustrze i będzie wracać myślami do zielonych nizin ziemi swoich pradziadków. Kierowca oznajmia, że dojechaliśmy na miejsce, więc zerkam w szybę - jesteśmy przy jakiś garażach i chociaż wygląda to trochę podejrzanie to chyba nie chcę zostawać w taksówce. Zresztą byłem jebanym raverem, zdawałem sobie sprawę, że niektóre ukryte miejscówki rozstawiały się w takich dziwnych miejscach. Jedna noc i zmiana, kiedyś byłem na drum'n'basach w jakimś opuszczonym forcie w środku lasu - Wychodzimy - zwracam się do Charlotte, bo chyba sama się waha, a potem wyciągam pieniądze w kierunku kierowcy, ale ten unosi jedną rękę, że nie i w zamian robi mi na czole znak krzyża - Bóg zapłać - rzuca, a ja wzruszam ramionami. Nie to nie. Zabieram ze sobą jajko, w sumie byłem ciekaw czy coś się z niego wykluje. Uber odjeżdża, a gość w szlafroku jeszcze nas zaczepia, wciska mi coś w rękę i dopiero po chwili zauważam, że to niewielki, pomięty joint - Dzięki za podwózkę, masz na farta - chowam skręta do kieszeni i kiwam głową w geście podziękowania, potem zwraca się w kierunku Charlotte - A to dla ciebie - i daje jej swój brokatowy cylinder. Pod nim piękna, błyszcząca łysina. Żegna się z nami i odchodzi, próbuję krzyczeć za nim gdzie jest wejście do tego klubu, ale znika w ciemności nocy. W tle słychać potężne basy, mam wrażenie, że czasem czuję jak ziemia drży pod stopami, więc chyba faktycznie coś tu się działo - To było dziwne, poszukajmy wejścia - upijam łyka z butelki, prawie nic już nie zostało, więc oddaję resztę dziewczynie a sam rozglądam się dookoła. Gdzieś między jednym garażem a drugim dostrzegam kolejną dziwną postać. Facet w kilcie i hawajskiej koszuli tańczy na środku, obok niego czarny pies w złotej, stożkowej czapce, leży i dosłownie mam wrażenie, że przygląda się jego dzikim pląsom - To chyba gdzieś tam, gotowa? - sam nie wiedziałem czy ja byłem, ale chyba nic dziwniejszego już nas dzisiaj nie spotka (jeszcze nie wiedziałem jak bardzo się mylę). Wyciągam do Kovalski rękę i uśmiecham się pokrzepiająco, a potem zbliżamy się do kolesia. Pytam gdzie jest wejście, jednak nic nie mówi, tylko macha głową w kierunku drzwi na lewo. Ok to mi wystarczy. Otwieram ciężkie wrota, muzyka robi się coraz głośniejsza, a my schodzimy w dół po wysokich, stromych schodach. W środku kurwy, sery i lasery, no nie dosłownie oczywiście, ale niezłą sobie tu bibkę zorganizowali. Nasze oczy atakują kolorowe światła, stroboskop napierdala, w środku duszno i jakby mgliście, a wokół pełno przebierańców. Jednorożce, wróżki, krasnoludki, kilku superbohaterów, cała plejada jebanych gwiazd, ponad tym wszystkim, na konsolecie DJ przebrany za księdza, gra właśnie elektroniczną wersję Ameno. A może prawdziwy ksiądz? Chyba nic by mnie już nie zdziwiło.

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: sob sty 17, 2026 3:18 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Kiwa mocno głową, potwierdzając ich fałszywy związek wobec człowieka-gołębia. Nienawidziła dziwnych sytuacji. Wprawiały ją w osłupienie, a im dłużej działa cała akcja, tym bardziej otwierały się jej usta ze zdziwienia. Cała akcja ucieczki z taksówki. Dobrze, że za gołębiem William zamknął drzwi. Ostatnie czego było im trzeba do tego równania, to wypadek samochodowy z rozpierdoleniem się drzwi. Jeden dziwak mniej w samochodzie.
To się nie dzieje naprawdę, prawda? — spytała, robiąc wielkie oczy. Popatrzyła za nim na ulicę. Pierdolone gołębie są nieśmiertelne. Atomówka kiedyś pierdolnie w ziemię, a jedyne co zostanie po nich to gołębie ze swoim przywódcą, odfruwającym do Afryki. Ciekawe, czy faktycznie tam trafi. Wzrok padł na jajko, podniosła je, obracając je w palcach.
To prawdzie jajko? — dopytała, podając je Willamowi. Wyglądało niepozornie, ale patrząc na całą historię taksówki, coś musiało się za nim kryć — zrobimy z niego jajecznicę? — dodała po chwili, a jej oczy rozświetliły się. Może to było normalne jajko, a może kryło się za nim coś więcej, coś wyjątkowego. Po zjedzeniu go zamieniliby się w ptaki. Też zaczęliby gruchać, śpiewać?
Z lekkim niepokojem obserwowała całą sytuację. W schowku musiały być schowane różne rzeczy, możliwe niebezpiecznie, dlatego odwróciła głowę. Za to gdy William oferuje jej obrazek Jana Pawła II, aż parska głośno śmiechem. Powinna przynieść mu następnego dnia kremówkę.
Romantyk z Ciebie — parska głośno śmiechem, kręcąc przy tym delikatnie głową — JP II tego się, kurwa, nie spodziewałam — aż przekleństwo wypowiedziała w ojczystym języku, uśmiechając się od ucha do ucha. Obrazek schowała do kieszeni płaszcza. Zaraz później trafili do odpowiedniego miejsca. Charlotte rozgląda się nerwowo, a w głowie już sobie myśli: idealne miejsce na zabójstwo. Pierdolone garaże, tu zawsze dzieją się prawdziwe cuda.
Dobrze, ale... — zaczęła Kovalski, marszcząc przy tym brwi. Nie chciała wychodzić, ale finalnie się zgodziła. Uber odjeżdża z piskiem opon, wykonując kawałek dalej prawdziwy drift, aż z opon zaczęły lecieć iskry. Później sytuacja zagęszcza sie. Szlafrokowy typ wręcza im nowe atrybuty, a ona znowu stoi skołowana. Widocznie potrzebowała czegoś mocniejszego, by poczuć prawdziwy vibe tej imprezy.
Co od niego dostałeś? — dopytała, wkładając na głowę cylinder. Coraz bardziej zaczynała przypominać towarzystwo. W eleganckich strojach wyglądali jak kolejny kawałek układanki — chyba zostałam magikiem — zaśmiała się pod nosem i ruszyła za Williamem. Trzymała się go blisko. Był dla niej jedyną stałą w tym przedziwnym zjeździe dziwaków.
Coś czuję, że poziom dziwności, dopiero się rozkręca — mruknęła cicho pod nosem, patrząc to na typa w kitlu, to na psa. Jakoś w tym równaniu czworonóg wydawał się najbardziej normalny.
Nie — najchętniej wróciłaby do domu, zamknęła się za czterema ścianami, ale trafiła do normalnego klubu — ale dziś szalejemy, prawda? — dopytała, unosząc pokrzepiająco kąciki ust. Cokolwiek miało się stać, tej nocy byli duetem. Chociaż te kurwy, sery i kozy ją zaskoczyły. Gdzieś w głębi klubu faktycznie była koza w jakimś przedziwnym boksie, mieląca trawę. Nie wiedziała, co bardziej ją zaskoczyło. Wróżki, niziołki, pierdolone elfy, czy ten ksiądz. Widocznie Spectrum to był stan umysłu, a ona nie miała zamiaru być trzeźwa.
Chodźmy się napić — zaczęła Charlotte, chwytając Williama za rękę i idąc w stronę baru. Tam przyjmował typ przebrany za Doris ze Shreka. Wpierw się wzdrygnęła, ale tu to było normalne — 6 shotów, proszę — wyjęła banknoty na stół, patrząc na całe przygotowanie. Powoli rozluźniała się. Bujała się do Ameno.
No kociołek Panoramixa — przed nimi stoją kieliszki z shotami o czerwonej barwie. Alkohol błyszczy od brokatu i dymi — najlepsze alkohole zmieszane razem, kopie, że ja pierdole — chwilę później zniknął, by obsłużyć kolejnych klientów. Jeżeli to nie sprawi, że poczuje się nietrzeźwo, to nic już nie mogło im pomóc.
Kto szybciej wypije, ten może dać drugiemu rozkaz! — rzuca Charlotte, chwytając za pierwszy kieliszek. Niech kostki zdecydują, które z nich szybciej wypiło ten dziwny napój rozgrzewający. Gdzieś między kończeniem ostatniego shota pojawiła się przy nich Cyganka, ubrana w jakieś rozświetlające tkaniny i z totalnie creepy uśmiechem.
Oh dzień dobry, jestem wróżką — zaczęła poważnym tonem, a spod pazuchy wyjęła magiczną kulę, która rozświetliła się białym światłem — chcecie poznać własną przyszłość? — spytała, unosząc sugestywnie brwi — wróżka Genowefa przepowie Wam całą noc! — to się kobieta przedstawiła. Zaraz wyjęła kolejną rzecz — w zamian dam Wam magiczny proszek — czymkolwiek był, Lotte wyglądała jakby właśnie przechodziła aktualizację systemu Windows, albo była jak ta strona, która nie chce się załadować, a kółeczko cały czas się kręci.
Yyyy... — spojrzała w stronę Williama. Mogli być na imprezie Śródziemia, czy jakiegoś zjazdu postaci z Disneya, ale wróżka była dla niej abstrakcyjna. Sama do nich chodziła, nigdy za to nie spotkała ich na imprezie.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: sob sty 17, 2026 9:06 pm
autor: William N. Patel
Miałem dla niej złą wiadomość - to wszystko działo się naprawdę, chociaż jakby dłużej się zastanowić samo to, że potrafiliśmy się dogadać wydawało się iluzją. Jeśli więc wieczór zaczął się od niemożliwego to czy mógł wyglądać inaczej? Chyba nie.
- Jeśli wcześniej nic się z niego nie wykluje to pewnie tak - śmieję się, chociaż tak po prawdzie trochę bym się bał, zostawił je tutaj człowiek gołąb, nie wiadomo dokładnie skąd mu wypadło, chociaż chyba się domyślałem. Wtóruję jej śmiechem, kiedy odbiera ode mnie obrazek, ten cały polski nawet ładnie brzmiał - kurwa - ciekawe co to mogło znaczyć, ale podobało mi się to wyraźnie zaakcentowane r. A potem wysiadamy i patrzę jeszcze chwilę za autem, jak kręci bączki ma asfalcie, nieźle - Aaa, papierosa - zbywam pytanie machając ręką, przyda się na później, jak zrobi się trochę spokojniej - Nawet ci do twarzy w zielonym - zauważam, pięknie podkreślał brąz jej oczu. Może nam wyczaruje coś fajnego? Wcale bym się zdziwił gdyby dostała od tego jakiś paranormalnych umiejętności. Też to czułem, że mimowolnie wpadliśmy w wir jakiejś cholernej abstrakcji, ale nawet mi się to podobało, byłem ciekaw czym jeszcze zaskoczy nas dzisiejszy wieczór, w końcu był nowy rok, mogło wydarzyć się dosłownie wszystko - Szalejemy - potwierdzam, to był zdecydowanie jeden z najdziwniejszych dni w moim życiu, a konkurencja była całkiem spora, często pakowałem się w jakieś groteskowe akcje, być może trochę je przyciągałem. Wchodzimy do klubu i moje spojrzenie pada na koze w spokoju zajadającą trawę - to chyba zdziwiło mnie bardziej niż chłop przebrany za jednorożca, który posypywał wszystkich brokatem krzycząc, że właśnie to wysrał. Nam też się dostało. Kiwam głową, bo na trzeźwo nie dam rady. Facet przebrany za babę za barem w ogóle mnie dziwi. Wsuwam się na wysoki stołek i patrzę jak przygotowuje dla nas szociki. Mimo wszystko wyglądały smakowicie, nóżka sama mi chodzi do konkretnych basów, które zapuszcza ksiądz, był kurewsko dobry - No to widzę lecimy z grubej rury - a mnie to nie przeszkadza, tak po prawdzie to trochę liczyłem na to, że poczesze beret aż miło. Brakowało mi tego szumu w mózgownicy - Dobra - zgadzam się i od razu łapie za kieliszki. Jeden, drugi, trzeci, wszystkie po kolei lądują w moim przełyku, ale kiedy ja dopiero kończę ona już patrzy na mnie z szerokim uśmiechem. Normalnie byłoby mi wstyd, że przegrałem z babą, ale genów nie oszukasz - Kurde dobra jesteś. To czekam na rozkazy - nie wiem co może jej chodzić po głowie, ale cokolwiek by to nie było musiałem zrobić. Właściwie czułem się już trochę nastrojony przez to wszystko, byłem gotów odjebać najbardziej szaloną akcje, a co mi tam. Wtedy podchodzi do nas cyganka i mierzę ją wzrokiem od góry do dołu wsłuchując się w każde słowo. Spoglądam na jej magiczną kulę, wyglądała ekstra, chcę taką do domu - No pewnie, że chcemy - kiwam głową i pochylam się nieznacznie w jej kierunku, również zaglądając w kulę, może i ja coś tam zobaczę? Chociaż nie znałem się na wróżbach - A co to za proszek? - dopytuję, chociaż mnie już się oczy świecą na samą myśl. Wokół ludzie tańczą jak opętani, może też się czegoś nawdychali? - Wróżkowy pył - nic mi to nie mówi, ale wezmę wszystko. Mnie wszystko jedno. Widzę, że Charlotte nie ogarnia, więc przejmuje inicjatywę - No to powiedz co tam widzisz w tej kuli - macham na nią głową, a ona marszczy brwi i zaczyna wykonywać nad kulą jakieś dziwne gęsty rękami - Jeszcze tej nocy będziecie sławni - zaczyna - I widzę coś jeszcze...

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: ndz sty 18, 2026 3:31 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

I co? Będziesz wysiadywał jajko? — spytała zdziwiona Charlotte. Jajecznica brzmiała praktycznie, choć faktycznie, nie wiadomo, gdzie przetrzymywał to jajko. Usta, ubrania, dupa. Nic by jej nie zdziwiło. Typ wysiadł z jadącego auta, bo sójka kazała mu spierdalać. Bezpieczniej dla nich było zostawić je gdzieś pod garażem. Jakiś bezdomny kot miałby darmowy posiłek.
Ciekawe, czy faktycznie jest magiczny — zaśmiała się krótko pod nosem, podnosząc go z głowy, a na samym dnie coś leżało — patrz, koniczyna czterolistna — wzięła ją do rąk. Świeża, zielona, jakby właśnie znajdowali się w środku wiosny. Obróciła ją za łodygę kilka razy dłońmi — masz na szczęście — podała ją Williamowi. Ona w kieszeni miała JP II, a on będzie miał kończynę. Oboje wyjdą z tego wieczoru z prezentem wartym zapamiętania. Coś co przypomni im o absurdzie noworocznej nocy.
No oczywiście — kiwnęła głową, a gdy już wystartowali do picia, szeroko się uśmiechnęła. Polskie korzenie dały o sobie znać. Szczerzyła się cała zadowolona z siebie — jeden rozkaz a nie kilka — co to byłaby za zabawa? Zresztą oni mieli wobec siebie dzień na tak, nie zastanawiali się, co przyniosą kolejne dni. Po prostu szli w to, co mieli przed sobą, nie myśląc o konsekwencjach — poczekaj, wykorzystam go w trakcie wieczoru, ale musi mnie najść inspiracja — odpowiedni moment, a nie rzucenie: wyzwij kogoś na pojedynek tańca. Tylko to musiał być odpowiedni moment, odpowiednia piosenka, a przede wszystkim chwila. Wolała wykorzystać to później, zwłaszcza że zaraz buzia szeroko się jej otworzyła, widząc, co wyprawiała przed nim wróżka. Będą sławni? Zajebiście. Teraz czekała na kolejną dawkę wróżb.
Widzę, że.... — kontynuowała, poruszając dłońmi, jakby faktycznie czegoś doszukiwała się w kuli — jesteście jak słuchawki w kieszeni — Lotte parsknęła, takiego porównania nigdy nie słyszała — tak mocno spleceni, że nie dacie rady się rozłączyć — wróżka wyglądała na poważną. Jej wzrok padł na Williama — i co gorsze ty zostałeś pobłogosławiony przez wielkiego ptaka, to oznacza, że... spotkasz własną latorośl — okropnie to zabrzmiało. Tym razem Kovalski nie powstrzymała śmiechu. William ojcem? Biedne dziecko — oto proszek, sprawi, że Spectrum rozbłyśnie jeszcze większym światłem — podała woreczek Charlotte, a sama rzuciła coś w podłogę. Pojawiła się chmura dymu, która po chwili zniknęła. Kovalski jeszcze rozglądała się, próbując znaleźć ją wzrokiem, ale finalnie dała sobie spokój.
Czy ona dała nam narkotyki? — spytała skołowana Lotte, spoglądając na Williama — patrz, to biały proszek z jakimś brokatem — rzuciła, zaglądając do środka. Jeśli tak wyglądała dystrybucja nielegalnych substancji, to był to niesamowicie nieopłacalny biznes.
O stary, macie wróżkowy proszek?! — nagle zaczepił ich gość w stroju podpaski z krwią. Twarz też miał pomalowaną — mogę trochę? Dobrze trzepie.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: wt sty 20, 2026 1:19 pm
autor: William N. Patel
Zerkam na nią kątem oka, najwyżej wrzucę pod lampy i poczekam, tylko co jeśli wykluje się z niego mały człek ptak? Chyba nie byłem gotowy na zostanie ojcem, chyba musielibyśmy się z Charlotte dzielić opieką - miesiąc pod moimi skrzydłami i miesiąc pod jej, brzmiało sprawiedliwie. Patrzę jak wyciąga coś z wnętrza kapelusza i marszczę brwi, a kiedy podaje mi koniczynę to podobnie jak ona przed chwilą, kilka razy obracam ją w palcach - Dzięki, może przy odrobinie szczęścia poprowadzi mnie do garnka ze złotem - śmieję się, chociaż gdyby tak było to pewnie musiałbym się z nią podzielić? Wsuwam roślinkę między banknoty w portfelu, żeby jej nie zniszczyć. To dobra pamiątka, pewnie zapomnę o niej tysiąc razy i tysiąc razy uśmiechnę się przy znalezieniu. Kiedyś znalazłem stówę w kieszeni starych spodni, ucieszyłem się jakbym co najmniej był jakimś biedakiem, myślę, że koniczyna może zadziałać podobnie.
Potem już siedzimy w środku i pijemy przy barze - Sprytnie, tylko pamiętaj, że musisz wykorzystać do końca dnia, potem przepada - a jak już wiedzieliśmy dzień się kończy kiedy idziemy spać, więc miała jeszcze trochę czasu. Słucham pierdolenia wróżki i większego dawno nie słyszałem - będziemy sławni, ta jasne, z każdym jej słowem robi się coraz ciekawiej - No, to akurat prawda, zostałem pobłogosławiony przez wielkiego ptaka - rzucam, bo brzmiało to trochę dwuznacznie i mnie oczywiście chodzi po głowie to drugie znaczenie. Poruszam brwiami w górę i w dół i gapie się na Charlotte, ale jak wróżka gada, że spotkam swoją latorośl to parskam głośnym śmiechem. No w takie brednie to w życiu nie uwierzę - No to ładnie poleciałaś - kręcę z rozbawieniem głową. Już chcę zapytać co robić z tym pyłem, ale wtedy wróżka wciska woreczek Charlotte i znika w kłębach dymu. Kaszlę kilka razy, przysuwając pięść do ust, po czym z zaciekawieniem przyglądam się kolejnemu prezentowi, który dostaliśmy tej nocy - Spróbujemy? - nie mam pojęcia jaki miała stosunek do takich rzeczy, mogłem tylko podejrzewać, że negatywny, raczej nie wyglądała jak ktoś kto bawi się pod wpływem. Z drugiej strony do dzisiaj nie sądziłem, że w ogóle potrafi imprezować. Ja byłem ćpunem z historią, już mnie kręciło w nosie, chociaż ten brokat wyglądał trochę podejrzanie, ciekawe czy nie będzie się osadzał w zatokach. Podchodzi do nas kolejna ekscentryczna osobistość i przez chwilę przyglądam się facetowi podpasce, jego słowa dochodzą do mnie z lekkim opóźnieniem - Co? Sory, zapatrzyłem się - mówię, a on się uśmiecha szeroko - Fajny strój, nie? - kiwam głową, że tak - A jak to się przyjmuje? - koleś macha ręką na Charlotte, żeby mu dała woreczek - Jak się podzielicie to wam pokażę - widzę, że ktoś tu wie jak ubijać interesy - No dobra, tylko zostaw coś dla nas - a co mi tam, niepłacone to niech se da, ja mu nie żałuję. Podpaska zamawia dla nas trzy drinki, ładne i kolorowe, z malutkimi parasoleczkami w kolorowe kwiaty. Dzieli proch na trzy i wsypuje nam do napojów - To do dna, bawcie się dobrze - opieram dłoń na szklance, ale nie unoszę do ust, za to chłop z okresem na twarzy faktycznie wali na raz. Z hukiem odkłada puste naczynie na blat i mocno łapie powietrze w płuca. Potem odwraca się żeby odejść tanecznym krokiem i zniknąć w tłumie równie roztańczonych przebierańców. Dokładniej przyglądam się drinkowi - zrobił się błyszczący i brokatowy. W sumie nie bałem się konsekwencji, najwyżej Charlotte mnie ogarnie - No to na zdrowie - stukam szkłem o jej szkło i też piję do dna. Zobaczymy co się stanie, obym się tylko nie porzygał.

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: wt sty 20, 2026 5:24 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Głośno zaśmiała się, słysząc jego słowa. Ten wieczór, właściwie noc, był zdecydowanie zbyt prosty, zbyt lekki. Drobne prezenty wytłumiły, choć przez moment absurd całej sytuacji. Mogłaby porównać czas do kac vegas. Brakowało jedynie mafiozów, wspólnego tatuażu i jakiejś kurwy. Choć nigdy nie wiadomo, co przyniesie im dalsza część nocy.
Dopóki nie pójdziemy spać — poprawiła go, puszczając mu oczko. Z natury lubiła prostować fakty, choć była poza salą sądową i poza klatką schodową, gdzie się mijali, przyszło jej to naturalnie. Tak jak puszczenie cichego bąka.
Zaraz zaczęło się pierdolenie wróżki. Musiała mówić trzy po trzy. Charlotte momentami mrużyła oczy, by skupić się na faktach.
Ptaka-gołębia, czy ptaka-faceta? — spytała lekko zbita z tropu, spoglądając w stronę Williama. Zaśmiał się, mógł być winny lubienia mężczyzn, choć bardziej frapowało ją, dlaczego ją to interesowało. Nie mogła powstrzymać się od kolejnego pytania — lubisz facetów? — spytała finalnie i niemalże od razu podniosła ręce ku górze — nie żebym oceniała — jej brat lubił facetów. Poza tym najlepszym przyjacielem każdej kobiety był gejem. Takie osoby dało się zrozumieć, a Patel coraz bardziej zaczynał ją interesować.
Nie widziałabym w Ciebie tatuśka, wiesz? — parsknęła, przyglądając mu się bacznie. Znała jego życie towarzyskie, było bardzo... bogate i różnorodne. Momentami miała wrażenie, że za każdym razem widziała za drzwiami inną kobietę. Mógł być starszy, ale umysłowo był od niej młodszy.
A jak będzie tam sperma faceta? — spytała poważnym tonem, marszcząc brwi. W trakcie obrony dowiedziała się szczegółów, które uniemożliwiały jej branie narkotyków łatwą ręką. Trutki na szczury, domestos, czy ludzkie płyny. Na samą myśl miała ochotę zwrócić wszystko, co miała w sobie — różne rzeczy tam mogą być — mruknęła pod nosem. Więcej nie zdołała powiedzieć, zaraz człowiek-podpaska zaczął się nimi zajmować. Kiwała głową i ruszyła za nimi do baru. Na widok drinka oczy się jej zaświeciły, ale czy... była taka szalona?
Weź, mnie uszczypnij — mruknęła, widząc jak wpierw podpaska pije i zaraz odchodzi. Chwilę później dołączył William, a ona patrzyła w szklankę, jakby właśnie przeżywała największy kryzys egzystencjalny. Melanżowy weltschmerz.
Pierdolę to — stwierdziła finalnie, chwytając szklankę. Wpierw upiła z niej łyka. Smakował. Dobry, kolorowy drink — czas pić — wypiła to na raz. Gdyby jeszcze przez moment miała wątpliwości, właśnie się ich pozbyła. Wypite. Aż beknęła głośno. Tyle było z tej poważnej prawniczki.
Chodźmy na parkiet — stwierdziła finalnie, ciągnąc go za rękę. Techno ameno dalej leciało w tle, wypadało się pobujać. Czas zaczął im mijać, a w oczach Charlotte zaczęło coś błyszczeć. W jej głowie panowała totalna pustka, a atmosfera miejsca zaczęła się jej udzielać. Szeroko się uśmiechała, śmiała się z ludzi, którzy krążyli dookoła niej. Nawet nie wiedziała, kiedy superman zaczął z nią tańczyć, co gorsze, nie przeszkadzało jej to, że nie widziała wzrokiem Williama, a typ zaczął się robić coraz bardziej nachalny. Na ciele zaczynało czuć powoli jego namiot.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: wt sty 20, 2026 7:26 pm
autor: William N. Patel
- Co? Facetów? Nie, fuj - kręcę głową. Mnie nie jarali koledzy, chociaż jak się kochali to chuj z nimi, nie mnie oceniać - Ja też nie - przyznaję. Kiedyś chciałem mieć dzieci, przekazać swój materiał genetyczny i wychować tak jak chcę, ale zdecydowanie jeszcze nie teraz. Byłem za młody na taką odpowiedzialność, a przede wszystkim wciąż nie znalazłem odpowiedniej kobiety - żadna z tych lasek z klubu nie nadawała się na matkę, nie czarujmy się - Co kurwa? Fuj, skąd ci to przyszło do głowy? - słyszałem o maczaniu w Domestosie, o dodawaniu soli albo innego białego proszku byle tylko zwiększyć objętość, ale o spermie? Jak widać na tym świecie działy się rzeczy, które się nawet fizjologom nie śniły - No ale żeby aż tak? - trochę mnie to obrzydziło, gdzieś tam podświadomie obiecuje sobie, że będę dokładniej sprawdzał towar, chociaż nie sądziłem, żeby Madox miał mnie oszukiwać, jeszcze w taki podły sposób, a to zwykle z nim ubijałem interesy. Jak prosi żeby ją uszczypnąć to to robię, szczypię delikatnie w pośladek, hehs, nie sprecyzowała gdzie, więc chyba sama była sobie winna? Śmieję się głupawo, po czym patrzę jak i ona pije, a gdy beka to normalnie aż mi się oczy rozszerzają - Nieźle - biję dla niej krótkie brawa. Idziemy na parkiet i zaczynamy się bujać w rytm muzyki, nie wiem kiedy lecą kolejne minuty, za to czuję, jak robi mi się przyjemnie ciepło. Cała miłość tego świata dosłownie wypełnia moje ciało, przyjemny dreszcz biegnie wzdłuż kręgosłupa, więc jestem coraz bliżej Kovalski, dosłownie mam ochotę się przytulać, a już za moment faktycznie nasze ciała przylegają blisko do siebie. Opieram brodę o jej ramię i przymykam oczy. Wokół robi się małe zamieszanie i kiedy na nowo otwieram ślepia to widzę, że tańczę już z kimś innym. Z jakimś facetem w przebraniu smerfa, chyba jest tak samo porobiony jak ja, bo równie mocno się do mnie przytula i nie mam nic do tego, ale ja się teraz chciałem poobściskiwać z Charlotte. Klepię go po plecach i szepczę mu do ucha, że ja idę, a on na to, że ok i ma nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Trochę mi się dwoi w oczach, kiedy się rozglądam po klubie, a wszechobecne światła wcale nie pomagają. Tanecznym krokiem zaczynam przechodząc się wokół, szukając wzrokiem zielonego kapelusza - widzę przynajmniej kilka - jeden z dużym rondem, to raczej nie ona, potem melonik i błyszczący cylinder. Przez chwilę próbuję sobie przypomnieć co dokładnie miała na głowie, a ostatecznie wybieram ten drugi i jak się szybko okazuje to strzał w dziesiątkę. Buja się z jakimś chłopem, więc podchodzę do nich, obejmując obydwoje - Kocham was - mówię i jestem dosłownie pewien, że oni mnie również. Charlotte to jeszcze może po tym drinku z wkładką, ale kolesiowi ewidentnie się to nie podoba. Odpycha mnie i każe mi spierdalać, a ja wykrzywiam usta w smutną minę - Nie bądź taki niemiły - proszę go, znowu próbując zamknąć obydwoje w uścisku, ale jeszcze bardziej dosadnie każe mi się odpierdolić. Potem robi się małe zamieszanie. Superman próbuje mnie uderzyć, ale być może też jest trochę nieswój i chyba tylko przypadkiem nie trafia. Ja za to działam instynktownie - w kolejnej sekundzie przywalam mu z pięści prosto w twarz, a mam na palcach kilka dużych pierścieni. Facet momentalnie zalewa się krwią i pada na glebę na co patrzę z prawdziwym przerażeniem - O nie, co ja zrobiłem! - nie chciałem się bić, chciałem się przytulać. Ktoś krzyczy, że się na niego rzuciłem i momentalnie pojawia się przy nas dwóch rosłych ochroniarzy, którzy chwytają mnie pod pachy i ciągną w kierunku wyjścia. Próbuję jeszcze złapać Charlotte za ramię, ale jedynie muskam ją palcami. Już za moment ląduję na bruku przed wejściem, trochę zdzieram sobie ręce, ale w tym stanie nie czuje w ogóle bólu. Zbieram się z ziemi i próbuję wejść do klubu, tylko obydwoje zasłaniają mi wejście - Panu już podziękujemy - mówi jeden z nich, a ja wyciągam z kieszeni pomięte sto dolarów - A jak Franklin będzie chciał wejść ze mną? - pytam, bo może uda mi się ich przekupić? Jak widać byłem w tym momencie naprawdę hojny, ale ochroniarze pozostali nieugięci - Powiedziałem, że masz stąd wypierdalać - powtarza , a ja próbuję zobaczyć coś ponad jego ramieniem - Ale moja koleżanka tam została, proooszęę... - składam nawet ręce w błagalnym geście, patrząc na nich błyszczącymi, wystrzelonymi ślepiami.

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: wt sty 20, 2026 9:09 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Takiego jednego broniłam, co tak robił — powiedziała bez żadnych oporów, patrząc z poważną miną. Nie grała, nie żartowała, to faktycznie miało miejsce. Tamta rozprawa była jednym, wielkim armagedonem, inaczej tego nazwać nie mogła. Kiedy tylko przysięgli, usłyszeli o wykryciu materiału biologicznego w narkotykach, jakakolwiek linia obrony od razu padła — mnie nic nie zdziwi. Nie broniłeś nigdy wariatów? — spytała, przechylając głowę. Nie wiedziała, jaką gałęzią prawa zajmował się William. Pewnie rozwodami. Żaden normalny człowiek nie byłby w stanie przyjąć do siebie historii złamanych serc na trzeźwo.
William — sprzedała mu kuksańca, czując jego pałce na dupie. Zgromiła go wzrokiem i potrząsnęła głową. Na to była jeszcze za trzeźwa, chociaż im dłużej trwała noc, tym bardziej chciała zatonąć w jego ramionach. Jedyny normalny. Chociaż kiedy beknęła, a on zaklaskał dla niej dłońmi, od razu szerzej się uśmiechnęła — Dziękuję — aż mu się ukłoniła. Zaczęła się kłaniać jak prawdziwa księżniczka. Uwielbiała oklaski. Tyle jej wystarczyło, by ruszyć na parkiet.
I bawiła się najlepiej na świecie. Muzyka wydawała się ją pochłaniać, wprawiając w jeszcze lepszy nastrój. Sama nie wiedziała, kiedy William jej zniknął. Nawet ten napalony mężczyzna jej nie przeszkadzał. Liczył się bit, błysk świateł oraz szybki ruch biodrami, intensywny dotyk. Otworzyła oczy, a na jej twarzy pojawił się prawdziwy banan. Patel. To z nim chciała się bawić. Od razu szerzej otworzyła ramiona, by móc go z powrotem dotknąć.
Też Cię kocham — odparła od razu, czekając aż na nowo go poczuje. Potrzebowała jego dotyku, o niczym innym nie chciała myśleć. Silne uczucie bycia przy kimś. Wcale nie liczył się ten typ obok. Zaczął, dopiero kiedy odepchnął Williama, a ona tak bardzo chciała się do niego przytulić — weź go przytul, on nas kocha — mruknęła, unosząc głowę z wywaloną dolną wargą. To byłby moment, w którym przyzwoliłaby samej sobie na trójkąt. Tylko ten typ się nie liczył, chciała dostać się do towarzysza nocy, ale akcja podziała się stanowczo za szybko.
Co — mruknęła, odsuwając się od dwójki. Kilka sekund później typ leżał na ziemi. Lotte spanikowana, ale nie obchodził ją ten random, a Patel. Szybko zorientowała się w całej sytuacji. Tak naprawdę ogarnęła się w momencie wyprowadzenia mężczyzny z klubu. Wtedy zdążyła krzyknąć — nie, nie bierzcie go, błagam!! — i ruszyła. Myślała, że biegła, ale przypominało to chód pingwina. Finalnie do niego dotarła, cała zmartwiona, a z jej oczu płynęły łzy. W głowie pojawiły się jej różne scenariusze tego, co mogło się z nim zadziać.
Nic Ci nie jest, Will? — sekundę później już stała przy nim, oglądając każdy kawałek jego twarzy — MARTWIŁAM SIĘ — trzymała jego w twarz w dłoniach, sprawdzając ją pod każdym możliwym kątem — nic Ci nie zrobili, jesteś cały? — wróciła wzrokiem do tych ochroniarzy. Chwyciła go mocno za dłoń i odciągnęła go od zjazdu wariatów. Mogli się lepiej bawić bez nich. Zdecydowanie.
Nie przytulaj się do innych — mruknęła finalnie — też już nie będę — nic więcej nie mówiąc, wtuliła się mocno w jego ramiona. Pizda, laczki, nic innego się dla niej nie liczyło. Wkładka zadziałała na nią idealnie, bo już żadne bariery fizyczności się dla niej nie liczyły. Wystarczyło dla niej, że był obok.
Odsuniesz się od mojej niuni? — i nagle ten sam znajomy głos z klubu. Pierdolony superman postanowił pójść za nimi. Twarz dalej w krwi, a gdy Lotta go zobaczyła, cała się wzdrygnęła, wtulając się jeszcze mocniej w Williama.
Ale ja jestem jego Niunią — mruknęła pod nosem, łupiąc na niego wzrokiem, by sobie poszedł. Czuła się szczęśliwa, a teraz bardziej zagrożona. Jeszcze by się jakiegoś syfu zaraziła. Nie, żeby od Patela jej to nie groziło.
Laska, miał być alko, kibel, seks, a ty co? — nie ma to jak szlachetny superman — wolisz tego typa? — spytał, unosząc głowę ze zmarszczonymi brwiami. Jego wzrok przez moment padł na Patela, jakby chciał go właśnie zabić wzrokiem.
Tak — mruknęła pod nosem — świnie zaczęły latać, a ja się w nim zakochałam — powiedziała cała dumna z siebie. Trzeźwa Charlotte by ją zabiła za te słowa, zdecydowanie za mocne. Dobrze, że jutro ich nie będzie pamiętać.

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: pt sty 23, 2026 1:19 pm
autor: William N. Patel
Przez chwilę myślę nad jej słowami, a przed oczami przelatuje mi cała plejada większych i mniejszych wariatów, których miałem okazję bronić i poznać. Jeden był przecież moim stałym klientem, w dodatku pracowałem dla niego pro bono, więc tak, broniłem wielu świrów, a co więcej sam byłem jednym z nich. A potem wzruszam ramionami na tego kuksańca i puszczam jej oczko.
Dalej to już tylko lecimy w naprawdę srogie tango. Wszechobecne światła wcale nie ułatwiają szukania się ani w ogóle ogarniania tego, co dzieje się wokół, szczególnie, że czasem z ekstazy dosłownie dostaję oczopląsu. Kolejny błysk, kolejny huk i krzyk i zanim się obejrzę już jestem na zewnątrz, prawie że szorując nosem po betonie. Ale to nic, bo oto pojawia się Charlotte i z miejsca się do niej przytulam - Ciiii, nie płacz, bo ja też się popłaczę - w tym stanie naprawdę byłbym gotów płakać razem z nią, ogólnie byłem empatycznym człowiekiem, ale teraz to już do granic możliwości. Ochroniarze patrzą na nas jak na kompletnych idiotów, ale z drugiej strony to miejsce wyglądało tak, jakby codziennie odwalały się podobne akcje, jeśli nie jeszcze gorsze - Wszystko jest wspaniale - stwierdzam, a to głównie dlatego, że znowu jesteśmy razem. W sumie miejsce, czas, pogoda, ani nic innego nie miało znaczenia. Zaciskam palce na dziewczęcej dłoni i daję się odciągnąć. Majtam naszymi splecionymi rękami, jakbyśmy naprawdę byli jakąś zakochaną parą nastolatków, a to zaś znowu się przytulamy - Dobrze, nie będę już nigdy, obiecuję, przysięgam na swoje życie - w tym momencie obiecał bym jej wszystko, zbiera mi się na trochę szczerości - Nie wiem jak mogłem cię nie lubić, jesteś taka zajebista, poślubił bym cię tu i teraz gdyby to było możliwe - przyznaję i już się pochylam w jej kierunku, żeby ją pocałować, kiedy za naszymi plecami pojawia się znajoma postać. Odwracam się, patrząc na typa z niekrytym zdziwieniem - Ooooo, nic ci nie jest - i naprawdę szczerze mnie to cieszy, tylko nie podoba mi się ani jedno jego kolejne słowo, marszczę brwi i mocniej obejmuje Kovalski - Nie mów tak do niej - wolna dłoń sama zaciska mi się w pięść i jeśli powie jeszcze chociaż słowo to przysięgam, że podbije mu drugie oko. Nie boję się niczego i jestem niezniszczalny. Już otwieram usta, żeby dodać coś jeszcze, ale wtedy Charlotte przyznaje, że się zakochała, a ja... Ja czuję dosłownie to samo - O Boże, ja też! Chcę się z tobą zestarzeć - przyznaję i daję jej całusa w czoło. Koleś jest ewidentnie wkurwiony, być może tylko sekundy dzielą go od wybuchu i być może gdyby się teraz nie zawahał to właśnie dostałbym w łeb, ale oto nadchodzą nasi wybawiciele - lokalna policja. Tuż obok zatrzymuje się wielka policyjna kabaryna, a z tylnych drzwi wysiada dwóch stróżów. Superman od razu zaczyna uciekać, dosłownie jakby miał coś na sumieniu, ja za to uśmiecham się szeroko, bo chyba możemy być im wdzięczni? Tylko wcale nie wyglądają zbyt przyjaźnie i zanim zdążę się odezwać wielki koleś czymś do nas mierzy - Na ziemię! - zwraca się do mnie, potem patrzy na Charlotte A ty, ręce na głowę - w pierwszej chwili nie mam pojęcia co się dzieje, ale nie chce problemów, więc unoszę ręce do góry i klękam na betonie. Jezu, czy chodzi o tego blanta co mam w kieszeni? O to, że jesteśmy porobieni? A może to jakieś nielegalne miejsce? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. Może gdybym był trochę bardziej trzeźwy, to bym zobaczył, że mierzą do nas z palców, a tak? Tak myślami już byłem w więzieniu. Chłop podchodzi do mnie i łapie za przedramię podciągając do góry, zanim zdążę położyć się na ziemi. Do Charlotte podchodzi pani policjantka i również chwyta ją za ramię. Prowadzą nas do tylnego wejścia policyjnego wozu - Ale proszę pana, ale o co chodzi, my nie chcemy problemów proszę pana - zaczynam się jąkać, a on patrzy na mnie groźnie, co najmniej jakby chciał mi kazać zamknąć ryj. To zamykam. Czuję, jak mocno bije mi serce, w głowie dosłownie huczy i wtedy otwierają tyle drzwi, a z wnętrza wypada na nas kolejnych dwóch policjantów z piszczałkami w ustach i imprezowymi czapeczkami na głowach, obrzucają nas konfetti i nam również wręczają po czapeczce. Potem zaczynają kręcić bekę - Szczęśliwego Nowego Roku!! Hahaha! Widziałeś jaką miał minę? Jakbyś naprawdę miał coś na sumieniu - zwraca się do mnie, a ja w sumie nie wiem co się właśnie stało. Gromada psów zrobiła sobie z nas żarty, normalnie pewnie bym się wkurzył, ale teraz zeszło ze mnie całe napięcie. Śmieję się nerwowo i wsiadam do auta - Wsiadajcie, rzucimy was do miasta, jedziemy do centrum na kebaba - mówi mięśniak, klepiąc mnie przyjacielsko w ramię. Nie wiem czy chcę z nimi jechać, ale chyba jeszcze bardziej nie chcę wchodzić w dyskusję. Zerkam z ukosa na Charlotte, znowu szukając dłonią jej dłoni. W środku jest też ten czarny pies w czapeczce, którego widzieliśmy pod klubem - Czyj to pies? - pytam, a jeden z policjantów wzrusza ramionami - Nie wiem, chciał się z nami zabrać do miasta - mówi, jakby to była najbardziej oczywista oczywistość. Ok, nie mam więcej pytań.

Charlotte Kovalski

Trzy, dwa, jeden... Szczęśliwego Nowego Roku!...

: pt sty 23, 2026 4:53 pm
autor: Charlotte Kovalski
William N. Patel

Jedyne co się dla niej liczyło w tym momencie to obecność Williama. W codziennym życiu nie była tak wylewna. Miała własny rodzaj empatii, który chowała przez zawód. Zbyt często sprawy kryminalne ją naruszały. Za to zmieszanie wszystkiego, co dziś ze sobą wzięli sprawiło jedno... nie miała żadnych oporów przed bliskością z Williamem. Potrzebowała go i nic poza nim się dla niej nie liczyło. Wtulała się w niego mocno, a jego zapach i bliskość działał na nią kojąco.
Już nie będę, bo jesteś przy mnie — wymruczała Charlotte, trzymając się blisko Patela — bo jesteś ze mną — był jedyną stałą tego wieczoru, jedynym spokojnym punktem, a pod wpływem jedynym facetem, którego mogła chcieć na kuli ziemskiej. Lecą kawałek dalej. Lotte w niczym nie odstępowała od niego radością. Zresztą faktycznie czuła się jak zakochana, nastoletnia siksa. Ta noc była magiczna, a nikt poza ich dwójką nie miał żadnego znaczenia.
I żadnego seksu z latawicami i tymi typiarkami z klubów — dodała po krótkiej chwili. Czy była zazdrosna? Teraz z pewnością tak. Na samą myśl coś strzelało jej w głowie i wzdrygała się. Wcześniej jedynie ją to obrzydzało, a teraz? Chciała naprawdę doczekać się z nim starości — ja też... — mruknęła pod nosem Kovalski, unosząc oba kąciki ust. Tylko później wtrącił się ten wkurzający typ, aż strzeliła oczyma. Lotte wtula się w niego jeszcze mocniej. Działali na siebie jak dwie, przeciwne bieguny magnesu - przyciągali się.
Nie bij go, Willy — mruczy Kovalski pod nosem, trącając Patela delikatnie nosem o twarz — jestem twoja — inni mogli mówić, co tylko chcieli. Ona tej nocy faktycznie była niego. Patrzyła w niego z tą charakterystyczną iskrą, jakby był jedynym facetem na kuli ziemskiej. Może faktycznie tak było? W tym absurdalnym wieczorze nic nie było pewne, może właśnie ludzkość przechodziła wielką apokalipsę zombie.
Naprawdę? — spytała, robiąc wielkie oczy — weźmy ślub William — mówi już po buziaku w czoło — jak w Vegas — mogli tam nawet polecieć. Wyjmowałaby pewnie telefon, by sprawdzić loty, ale wtedy na imprezkę wbili policjanci. W pierwszym momencie Lotte przestraszyła się, już chciała zawodzić płaczem, szybko sobie zdała sprawę z jednego. Nie mieli prawa tego robić!
Nie możecie nas zabrać — krzyknęła Lotte, kładąc ręce na głowę — żądam prawnika! — dodała. Kogoś na pewno mogli wezwać. Mogła być napruta, naćpana, ale pewne nawyki nie mogły wyjść z jej ciała. Tylko chwilę później cały stres jej przeszedł, a zamienił się w kolejną aktualizację Windowsa.
Co — spytała, mrugając kilka razy oczyma — szczęśliwego nowego roku? — odparła, a chwilę później już wsiadali do auta. Tym razem to Will siedział w środku. Kobieta szybko zapięła pasy, by po paru sekundach znowu wtulać się w Williama. Zawiesiła się, byłaby w stanie odpłynąć, tylko przypomniała sobie słowa dotyczące kierunku jazdy. KEBAB. Tak, była głodna.
Też idziemy na kebsa? — spytała, unosząc delikatnie głowę. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jechał z nimi pies. Ta sama czapeczka i ten sam słodziak. Lotte uwielbiała czworonogi, ale od tego wyczuwała złe fluidy. Trochę przypominał jej gołębia — pies chciał się zabrać? — nie kryła własnej ciekawości. Nawet chciała podnieść rękę, by ją go pogłaskać. Finalnie padła ona na szyję Willa, którego delikatnie zaczęła drapać po karku.
No tak, Burek się nazywa i stróżuje ulice — mruknął kierowca — odgania meneli, dobry z niego sygnalista. To taki pies, który jeździ śmieciarką — cokolwiek to znaczyło, Lotte tylko kiwała głową, jakby rozumiała to, co się do niej mówi — lepszy pies niż my — dodał policjant, a ona finalnie się zaśmiała. Nie kryła rozbawienia. Jechali kilka dobrych minut. Tym razem nikt do nich nie wsiadł.
Oto centrum, moi drodzy — zaraz wyszedł z wozu, wypuszczając psa. Kundel szczeknął jedynie na policjanta i ruszył w stronę baneru z napisem CENTRUM BOTOKSU — idziecie z nami na kebaba? — dopytał policjant, a Lotte jedynie pokręciła głową. Zabawa mogła być przednia, zawsze mogli dołączyć, za to wolała spędzić odrobinę więcej czasu z Patelem sam na sam.
Ojebałabym kebsa — mruknęła, wywalając dolną wargę i chwytając Willa za rękę — i nie tylko kebsa... — dodała po krótkiej chwili, wbijając w niego intensywnie wzrok — idziemy z nimi, czy... wolałbyś zrobić coś innego? — dopytała, przechylając delikatnie głowę. Mieli już kawałek do domu, mogli tam trafić w każdym momencie. Tylko czy noc by się wtedy skończyła?