Strona 3 z 3

something ain't right here

: śr mar 11, 2026 10:55 pm
autor: David Harrison
Czy często się wstawiam, hmmm. powtórzył sobie otrzymane pytanie w myślach, choć wcale nie zastanawiał się jakoś długo nad odpowiedzią.
- Może tak, a może nie... jak trzeba to się wstawiam. - powiedział, wzruszając ramionami, jakby właśnie wygłosił jakąś oczywistą oczywistość. Wiele zależało od sytuacji ale szczerze? Mógł też odpowiedzieć prosto z mostu, że tak - bo jak tak myślał, to praktycznie zawsze pomagał damom w opresji. Trochę jak Herkules z tą różnicą, że nie miał swojego Pegaza - a szkoda, bo pewnie często by na nim latał (zaoszczędziłby na biletach lotniczych) - i zamiast miecza, miał przy sobie pistolet.
Harrison wzruszył ramionami, bo nie spodziewał się, że rozmowa nagle zejdzie na takie tory a szyny były złe.
- Cóż, jakoś nie miałem czasu by szukać. Praca, dużo pracy... a poza tym, wciąż się nie wyleczyłem po tym jak zostałem zostawiony, ale to pewnie kiedyś Ci opowiem bo teraz niezbyt mamy czas. Zaraz Meredith tu podejdzie. - powiedział i w sumie może po pięciu sekundach już stała naprzeciwko Pilar i Davida. Chociaż on na chwilę - po tym, jak złożył zamówienie na drinka - się wyłączył (i dlatego nie odpowiedział na zadane przez barmankę pytanie) bo przypomniał sobie o Cath i automatycznie miał ochotę wypić coś mocnego, lecz głos Pilar spowodował, że wrócił do rzeczywistości. Naprawdę cieszyło go, że była tu z nim, bo elegancko wybrnęła z sytuacji i aż miał ochotę przybić z nią piąteczkę.
Poczuł pewnego rodzaju ulgę, kiedy usłyszał, że dostaną wściekłego chomiczka No, przynajmniej tu nie robiła problemu. pomyślał, wypuszczając powietrze z ust. Oczywiście skinął głową i zapłacił ile trzeba - dobrze, że wziął więcej pieniędzy, niż pierwotnie planował, bo gdyby wziął mniej, musiałby kombinować tj. albo szukać najbliższego bankomatu, albo musiałby prosić, czy Pilar nie da rady się dorzucić. Żałował, że nie mógł tych pieniędzy wydać na zwykłe drinki no ale cóż, były rzeczy ważne i ważniejsze. A metody na zeszyt raczej tu nie stosują. bo chyba żaden bar się w to nie bawił, bo weź potem pilnuj, by faktycznie każdy dłużnik zwrócił ile trzeba tzn. jeśli to miejscowi to spoko ale jeśli do baru wpada przejezdny, no to wtedy sprawy byłyby bardziej skomplikowane.
- Jasne. Ogarnę, znaczy, zrobię tak, byś mogła spokojnie przelać trochę tego drinka. - skinął głową, przyjmując słowa Pilar do wiadomości i rozumiejąc, co powinien zrobić, gdy tylko pojawi się Meredith. Więc gdy ponownie stanęła przed nimi z chomiczkiem, David w momencie gdy stawiała go na blat, złapał ją za nadgarstek.
- O rety, jakie piękne perfumy! - powiedział tak, jakby naprawdę mu się podobały - choć jego zdaniem były za mocne i prawie go dusiły, no ale od tego zależało powodzenie ich misji (lub może bardziej podmisji/submisji). Nagle zaczął iść wzdłuż jej ręki, aż dotarł do szyi - tak, wstał z miejsca i położył dłoń na policzku barmanki by ta patrzyła w jego stronę.
- Ojej... naprawdę Ci się podobają? - - spytała, wachlując się ręką, a David skinął głową.
- Już dawno nie czułem czegoś tak pięknego. - odparł ciszej tak jakby chciał, by tylko Meredith go słyszała, jednocześnie zerknął w kierunku Pilar aby sprawdzić jak jej idzie i czy zaraz będzie mógł skończyć tą szopkę. Poza tym miał nadzieję, że zaraz nie zjawi się nikt z zaplecza by powiedzieć, że PANIENEK ZA BAREM SIĘ NIE TYKA

Pilar Stewart

something ain't right here

: sob mar 14, 2026 10:36 am
autor: Pilar Stewart
Trzymała go za słowo, że kiedyś faktycznie jej opowie, jak tylko nie będą już na misji narkotykowej. Wydawał się to uczciwy układ, szczególnie biorąc pod uwagę, że w k o ń c u byli na właściwym tropie. A przynajmniej tak im się wydawało. Bo jakie istniało prawdopodobieństwo, że wściekły chomiczek okaże się jednak niewypałem i zwykłym przypadkiem? Jeszcze jak facet z parkietu faktycznie mógł pierdolić głupoty i okazać się zwykłym ćpunem, tak fakt, żę barmanka podłapała temat i poszła po coś na zaplecze musiał o czymś świadczyć i jeszcze ta bezczelnie wysoka kwota, którą zapłacili za drinka... to nie mógł być przypadek.
Nachyliła się do torebki, którą miała przewieszoną wzdłuż tułowia i otworzyła ją do połowy, żeby mieć łatwiejszy dostęp do pojemnika, który dostała od dziewczyn z laboratorium. Wyglądał trochę jak taki na mocz (bo może nim był?), ale Pilar się tym za bardzo nie przejmowała, przestawiła go na samą górę rzeczy i oparła łokcie o blat, czekając aż Meredith zaserwuje im wściekłego chomiczka.
Idzie — mruknęła do Harrisona i od razu się wyprostowała, malując na twarzy firmowy uśmiech numer cztery.
Jeden wściekły chomiczek dla was — postawiła szklankę na stole. Płyn wyglądał jak każdy inny drink — kolorowy, ładnie ozdobiony limonką i liściem mięty, z dodatkiem kilku kostek lodu. — Bawcie się dobrze — dodała tajemniczo i puściłą do nich oczko. A bardziej do samego Davida, na którym zawiesiła spojrzenie dłużej niż w teorii powinna. A Harrison? Wykorzystał sytuację idealnie. Od razu ją zagadał, przy okazji łapiąc za nadgarstek.
Dobrze.
Pilar przystawiła palce do szkła i powoli przesunęła go w swoim kierunku, jakby sprawdzała reakcje kobiety za barem, czy w najmniejszym stopniu zwróci na nią uwagę. Nie zwróciła, bo David już leciał z komplementami, jaki to jej zapaszek jest nie z tej ziemi, doprawiając wszystko dotykiem i chociaż mógł ją wziąć na bok — byłoby zdecydowanie bezpieczniej — tak wciąż robił dobrą robotę, zajmując całą atencję Meredith.
Nie miała zamiaru już dłużej czekać. Przysunęła szklankę na brzeg blatu i zaraz sięgnęła do torebki po kubeczek. Odkręciła wieczko, przytrzymując je sobie małym paluszkiem i zabrała się za przelewanie.
Szłoda dobrze.
Szło kurwa idealnie wręcz.
Do momentu aż ktoś jej nie popchnął, trącając łokciem. Chociaż starała się utrzymać przedmioty w ręce, tak płyny przecież żyły swoim życiem i pod wpływem uderzenia, spora ilość drinka po prostu chlusnęła na blat, momentalnie zwracając uwagę barmanki.
Oj… — zaczęła, spoglądając w pierwszej kolejności na plamę, która powstała, a potem na dłonie Pilar. — A CO TY ROBISZ?! — krzyknęła oburzona, w sekundę robiąc się cała czerwona na twarzy. Z jednej strony fajnie, bo już mieli prawie stuprocentową pewność, że COŚ było w tym drinki, bo nikt normalny się tak nie zachowywał, ale z drugiej mogli mieć z tej przyczyny niemałe problemy.
Bierzemy na wynos, bo jednak musimy już iść — z hukiem odstawiła szklankę na blat, zgarniając w dłoń wieczko od pojemnika i wraz z taktycznym krokiem w tył, zakręciła je szczelnie.
Do pojemnika na mocz?!
Tak.
ODDAWAJ TO, BO IDĘ PO OCHRONĘ! — znowu się wydarłą i rozejrzała po lokalu, pewnie w celu znalezienia jakiegoś goryla, który by się nimi zajął, tylko Pilar już nawet na nią nie patrzyła. Była zbyt zajęta szarpaniem Davida za kurtkę.
Spierdalamy!

David Harrison

something ain't right here

: ndz mar 15, 2026 9:20 pm
autor: David Harrison
Ogólnie taki luźny wypad też im się przyda - przynajmniej będą mogli na luzie wypić i potańczyć.
- Dzięki. Chociaż chętnie i z Tobą bym się pobawił. A może nawet i zabawił… - powiedział, poruszając zabawnie brwiami i sam nie wierząc, że naprawdę powiedział coś takiego do kobiety, która… no cóż, nie była do końca w jego typie. Wolał brunetki. Uznał jednak, że skoro miał odwrócić jej uwagę, to taka bajera będzie dobrym początkiem. Poza tym, skoro puściła mu oczko, przynajmniej w ten sposób mógł odbić piłeczkę.
Meredith zaśmiała się i powachlowała dłonią przed twarzą.
- Chyba komuś tutaj gorąco. – rzucił, wciąż patrząc na barmankę, jednocześnie kontrolując, gdzie kieruje wzrok.
W następnej chwili robił już wszystko, żeby nie patrzyła na to, co robi Pilar. Liczył, że wszystko pójdzie jak z płatka, a oni będą mogli spokojnie się stąd ulotnić i świętować przynajmniej połowiczne zakończenie misji - dalej po cichu liczył, że zahaczą o maczka. No ale nie mógł myśleć o maczku w tamtej chwili, tylko o gadce dla Meredith, by dalej robiła do niego maślane oczka.
I naprawdę co jak co, ale nie chciał usłyszeć tego oj. Miał ochotę ukatrupić tego, kto trącił Pilar.
- To nie tak jak myślisz Meredith.. absolutnie… - zaczął, lecz na marne, bo ta już zaczęła wzywać ochronę.
Harrisonowi nie trzeba było dwa razy powtarzać - zgrabnie zeskoczył z krzesła i zaczął biec w kierunku wyjścia, przewracając co się dało oraz popychając stojących na drodze ludzi. Ogólnie wszystko byłoby dobrze, gdyby zaraz nie naskoczył na niego jeden z goryli - skubaniutki wyskoczył z lewej strony, całkowicie niespodziewanie. I do najlżejszych nie należał.
- Dogonię Cię! - krzyknął mając nadzieję, że Pilar się nie odwróci i po prostu opuści to miejsce mając na uwadze, że aktualnie mieli tylko troszeczkę tego tajemniczego drinka. On sobie poradzi. Nie raz był w podobnej sytuacji. I jakoś z nich wychodził. Lepiej lub gorzej ale koniec końców wychodził. Uderzył ochroniarza w bok, lecz ten ani drgnął. Co jest kurwa, on zamiast skóry ma beton? Skoro jednak to nic nie dało, David nie zamierzał na tym poprzestać. Zacisnął pięść i spróbował wyprowadzić kolejny cios - tym razem celując wyżej, licząc, że tamten w końcu coś poczuje. Żałował, że w tych spodniach nie miał zapalniczki. Żałował, że nie był jak Asassyn i nie miał przy nadgarstku nożyka - chociaż wtedy gość na parkiecie pewnie nie byłby zbyt skłonny do współpracy. Widząc, że ochroniarz próbuje go uderzyć, wykonał blokadę, przykładając do siebie ręce tak, by ochronić głowę. Nic nowego. Aż za dobrze znał te ciosy.

Pilar Stewart

something ain't right here

: pn mar 16, 2026 3:53 pm
autor: Pilar Stewart
Wszystko szło świetnie.
Do momentu, aż się nie spierdoliło.
Prosta logika, a jednak zaskoczyła ich w najmniej odpowiednim momencie. W momencie, w którym wszystko już mieli przecież wyłożone jak na tacy, a ręce zaciskały się na może przełomowym dowodzie zbrodni. Trzymała go między palcami — szklankę, wypełnioną potencjalnym narkotykiem, który był przyczyną śmierci kilku niczego niewinnych nastolatków; chwilę zapomnienia, która chociaż miała przynieść radość i niezła faze, wysyła ludzi do szpitala. Przelewała ją starannie do kubeczka, kiedy ktoś ją bezczelnie popchnął, bo kurwa nie mogło to się stać za dwie minuty. Nie. Musiało akurat teraz.
A potem była już seria niefortunnych zdarzeń: krzyczała do Davida, żę spierdalają, jedną ręką łapiąc kurtkę, drugą próbując zakręcić wieczko pojemnika na mocz, przy okazji przebierając nogami w stronę wyjścia. Bo tam mieli iść: do wyjścia. To nie był czas na zgrywanie bohaterów, a jednak David postanowił pobawić się w jednego.
Co?! — krzyknęła, gdy oznajmił, że ją dogoni. Po pierwsze wcale by jej nie dogonił, bo Stewart biegała wyjątkowo szybko, a po drugie nie powinni jeszcze bardziej zwracać na siebie uwagi. — David, kurwa! — wcisnęła kubek do torebki i chciała go pociągnąć, ale on już się jej wyrwał i został w tyle z ochroniarzem.
Kurwa.
A było tak dobrze.
Stała przez moment jak wryta, tuż przy wyjściu, naprawdę zastanawiając się, czy nie powinna wyjść i czym prędzej zanieść próbkę do laboratorium. Przecież to było w tym wszystkim najważniejsze. Tego wymagała jej praca. A jednak — kiedy zobaczyła, jak Harrison średnio radzi sobie z gorylem… nie mogła tak po prostu wyjść. Bo może Pilar i była oddaną gliną, ale przecież przede wszystkim była człowiekiem, który stał murem za swoimi ludzmi; za tymi, na których jej zależało, a Harrison — czy chciał czy nie — zaliczał się do obu. Przeklęła pod nosem i wróciła się do miejsca szarpaniny.
Hej! — ryknęła niespodziewanie, a facet kompletnie zbity z tropu, mimowolnie spojrzał w jej kierunku. On był gotowy, ona nie, dlatego wykorzystała te cenny sekundy na oddanie ciosu prosto w nos. Taktycznie miejsce, które otumaniało przeciwnika, a jednak nie siało zbyt dużego spustoszenia. Facet złapał się za twarz, kierując w stronę Pilar i to właśnie dało Davidowi szanse na to, by jednym kopnięciem przywalić z buta prosto w piszczel goryla. Mocno. Z całej, jebanej siły. Facet zgiął się w pół, krzycząc z bólu i upadł na kolana, a kiedy z jego ust zaczęły wypływać obelgi o tym jak to ich nie zapierdoli, Stewart złapała Harrisona za materiał koszulki i dosłownie szarpnęła w stronę wyjścia, widząc jak dwóch kolejnych ochroniarzy, wybiega z zaplecza.
Dawaj, Harrison!! — krzyknęła w połowie drogi, rzucając się na drzwi. — Na lewo — palce z jego koszuli przeniosła na dłoń, którą zacisnęła mocno podczas ucieczki. Ktoś za nimi biegł, ktoś coś krzyczał, ale przecież byli szybsi. Cudem, bo na tych szpilkach, które Stewart miała na sobie biegało się okropnie.

David Harrison

something ain't right here

: pn mar 16, 2026 11:12 pm
autor: David Harrison
David nienawidził tego, gdy wszystko szło elegancko i nagle BAM, wszystko się wali jak domek z kart; trochę jakby dostał niespodziewanie z plaskacza w twarz lub jakby kolejka zatrzymała się na kole, a on musiał wymyśleć sposób, aby się z niej wydostać. Teraz natomiast zamiast rozmyślać nad planem ucieczki, musiał po prostu… uciekać. Wiać ile sił w płucach, niczym struś pędziwiatr, lecz nagle postanowił zagrać wszystko na jedną kartę. Wóz albo przewóz.
- Masz stąd… UCIEKAĆ! - powtórzył nieco głośniej, wyswobadzając kurtkę, bo cóż, uważał, że tym sposobem Pilar zyska na czasie i może ucieknie/dostarczy zebrany materiał dowodowy w postaci drinka do laboratorium.
Gdyby miał czas, odpowiedziałby coś w stylu żadna kurwa, samo David wystarczy. ale no, nie pora była na śmieszkowanie. I szczerze? Powinien być wkurwiony, że Pilar go nie posłuchała, a z drugiej strony… cóż, najprawdopodobniej postąpił by identycznie jak ona. Nie zostawiało się swoich w niebezpieczeństwie. Aż mu to przypomniało czasy wojska, gdy po tym jak został trafiony pociskiem, żołnierze z jego jednostki otoczyli go, by następnie przenieść w bezpieczne miejsce - chociaż on obudził się dopiero w namiocie medyka i czuł ból w miejscu, gdzie został trafiony (aktualnie miał tam piękną bliznę po szwach). Innym razem to on pomagał przy eskorcie zranionej jednostki. Był pod wrażeniem odwagi Stewart bo jednak nie każdy zdecydowałby się przywalić ochroniarzowi prosto w nos. Szczególnie, że nie wątpił, iż użyła całej swojej siły. Ale to był ten moment, który należało wykorzystać i David ją wykorzystał. Wstał czym prędzej i zaczął biec. Zaczęło się robić bardziej niebezpiecznie, ponieważ nagle wybiegło kolejnych dwóch ochroniarzy.
- Szlag… - rzucił pod nosem.
- Robię co mogę, Stewart! - odkrzyknął, a następnie posłusznie skręcił w lewo - dobrze, że nie pomylił stron bo zawsze w nerwach mógł uciec w drugie lewo.
Gdy znaleźli się już za drzwiami, Harrison wyciągnął kluczyki z kieszeni spodni i czym prędzej kliknął przycisk otwierający auto. O mały włos, a by mu wypadły z dłoni. Szybkim ruchem pociągnął za klamkę, zajął miejsce za kierownicą, zapominając, że jakiś czas wcześniej pił… mojito. Gdy Pilar zajęła miejsce pasażera, wcisnął przycisk blokujący drzwi. We wstecznym lusterku zauważył, jak goryle dobiegają do jego bagażnika, więc sprawnie wrzucił pierwszy bieg i ruszył z miejsca.
- Wiszę Ci dobry obiad… albo kolację, Stewart. Albo śniadanie. - powiedział nagle, gdy odzyskał siły by mówić - choć jego klatka piersiowa wciąż szybko podnosiła się i opadała, a autko informowało, że ktoś jest nie zapięty. Nie miał czasu by to zrobić, bo co jakiś czas zerkał nerwowo, czy nie są przypadkiem ścigani.
- I ten no… dzięki. - odnosił się rzecz jasna do sytuacji, kiedy Pilar pomogła mu uciec. Bo choć zakładał, że poradziłby sobie, to w rzeczywistości… mogło nie być tak kolorowo.

Pilar Stewart

something ain't right here

: wt mar 17, 2026 9:28 pm
autor: Pilar Stewart
Gdyby David znał Pilar wystarczająco długo i dobrze, z pewnością wiedziałby, że ona n i g d y się nie słuchała. Nie istniało dla niej coś takiego jak wystarczający autorytet, by powstrzymać jej narwane serce. Nie potrafiła być bierna, patrzeć, jak inni się biją, jak jej przyjaciel jest w tarapatach i po prostu stać czy uciekać. A gdyby kiedykolwiek tak zrobiła, byłaby to jasny i klarowny znak, że Pilar Stewart była chora na mózg. Ewentualnie że ją podmienili.
Całe szczęście tym razem nic takiego nie miało miejsca. Wróciła się do Harrisona, rzuciła się na goryla, prawdopodobnie złamała mu nos, David podciął mu nogi, a w następnej minucie już uciekali przed kolejnymi dwoma ochroniarzami, którzy gonili ich nawet poza klubem.
Ciężko uciekało się w szpilkach, mega ją to spowalniało, dlatego w pewnym momencie zwolniła na moment, by zrzucić je z nóg. Po prostu zostawiła je na środku chodnika i dogoniła Davida już bez większego problemu. Wleciała do auta jak oparzona, od razu, z automatu zapinając pasy i krzycząc pod nosem do Harrisona, żeby się pośpieszył. Auto zapiszczało, a raczej opony, a już po chwili ruszyło do przodu, wbijając ich w siedzenia. Pilar odwróciła się do tyłu, by zobaczyć, czy aby na pewno goryle zostali w tyle, a następnie odetchnęła z ulgą.
Ja pierdole — wydyszała, wciąż próbując złapać oddech i jakoś uspokoić szalejące w piersi serce. — Blisko było — oznajmiła i zajrzała jeszcze do torebki, aby upewnić się, że nie zgubiła pojemnika na siuśki, w którym znajdował się drink z narkotykiem. Na obietnice Davida co do postawienia obiadu lub śniadania, Stewart uśmiechnęła się szeroko.
Śniadanie też? — uniosła brew, spoglądając na niego uważnie. — Już planujesz zostać na noc? — oczywiście, że musiała go zaczepić. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła. Lubiła się z nim droczyć, tym bardziej teraz, kiedy jej ciało było na wysokiej adrenalinie. Aż poprawiła się na fotelu. Machnęła ręką, gdy jej podziękował.
No coś ty — wywaliła oczami. — Zrobiłbyś to samo — odparła spokojnie. Akurat co do tego była przekonana. Zresztą jakby na to nie spojrzeć — już to zrobił, na parkiecie, kiedy szemrany typ (którego swoją drogą trzeba będzie jakoś namierzyć) próbował się do niej dobierać. David nawet raz się nie zastanowił, kiedy stawał w jej obronie.
Podjedź pierwsze do laboratorium. Musimy podrzucić tą próbkę — poprosiła, wyciągając kubeczek i podnosząc do oczu, żeby nieco bliżej się przyjrzeć się kolorowej cieczy. Wyglądała jak najzwyklejszy drink. — A potem możemy pojechać do tego maka, jak bardzo chcesz — dodała, puszczając mu przelotne oczko. W sumie Stewart też już była głodna, a w klubie jedynie wypili po marnym drinku.

David Harrison

something ain't right here

: śr mar 18, 2026 7:38 pm
autor: David Harrison
Ogólnie rzecz biorąc to przez myśl Davidowi przeszło, by przerzucić Pilarkę sobie przez ramię lub po prostu na ręce - choć musiał przyznać, że był pod wrażeniem gdy widział, jak dobrze sobie w nich radzi, dlatego ostatecznie niczego takiego nie proponował. Szczególnie, że przed zajęciem miejsc wewnątrz samochodu, zatrzymała się aby je ściągnąć.
- Nie szkoda Ci ich? - spytał, nie rozumiejąc czemu je zostawiła. Może ją obtarły? Albo podeszwa się starła? próbował wymyślić jakieś wytłumaczenie, bo nie przywykł do tego, że ludzie całkowicie randomowo zostawiają buty. Jemu by było szkoda adasiów w których właśnie biegł. Uważał je za niesamowicie wygodne i miał je od kilku dobrych lat - dwóch dokładniej.
Dobrze, że jego beemka nie postanowiła się zbuntować, tylko grzecznie odpaliła - w sumie dzięki automatycznej skrzyni biegów, nie musiał bawić się we wsadzanie kluczyka, ani nie musiał pamiętać o sprzęgle. Włączyło się także radio, które od razu nawiązało połączenie z telefonem i zaczęło odtwarzać Harrisonową playlistę - załączyło się Tokio Drift, co w sumie było dobrą nutą jako background.
- A weź kurwa… już widziałem ich łapy na bagażniku. - powiedział, próbując uspokoić oddech, chociaż wciąż nerwowo zerkał w lusterko wsteczne. Ciekawe jak bardzo im na tym zależało…. rzucił do siebie w myślach i na chwilę też zerknął w kierunku torebki by mieć pewność, że zdobyty drink znajdował się wewnątrz niej.
- Oczywiście, że tak. A co myślałaś, że tak łatwo się mnie pozbędziesz? - odbił piłeczkę, zabawnie poruszając brwiami. Może i wciąż był pod wpływem adrenaliny, ale nie zamierzał odpowiedzieć w sztywny sposób.
- Masz całkowitą rację Stewart. Masz rację. - specjalnie powtórzył dwa razy by Pilar wiedziała, że faktycznie gdyby role się odwróciły, gdyby to ona została złapana przez jednego z goryli, to też by jej nie zostawił. Zaczynali misję we dwoje i mieli opuścić lokal we dwoje. Inaczej misję można byłoby uznać za niekompletną lub nieudaną. Jakoś tak przez tą ucieczkę nie przyszło mu do głowy, że faktycznie wcześniej stanął w obronie Pilar - czy w takim razie byli kwita? Stojąc na światłach zapiął się i pikanie ustało.
David skinął głową, chociaż bardzo się ucieszył, gdy usłyszał, że po laboratorium, pojadą do maczka. Aż się uśmiechnął, a i oczy mu jakoś tak zaświeciły.
- Dobrze. Zatem do labora… kurwa! - krzyknął, bo nagle zza zakrętu wyłoniły się trzy czarne auta, kierowane przez osiłków z klubu.
- Trzymaj się. - rzucił i po tych słowach, docisnął pedał gazu. Jechał przed siebie, na bieżąco szukając uliczek, które mógł wykorzystać tj. w które mógł skręcić. Nagle zrobił nawrotkę i oddalał się od laboratorium. Czemu uciekał? Bo nie chciał by ochroniarze wiedzieli dokąd zmierza wraz z Pilar. Jeszcze by przekupili laboranta i by było po ptakach. Jedna przecznica, trzecia, piąta…
- Uparte skurwysyny… - wycedził nagle, odbijając w prawo przy następnym zakręcie.
- W schowku mam coś, co można wykorzystać. Jak masz ochotę, możesz im spróbować przebić po oponie to wtedy daleko nie zajadą. - zasugerował, chociaż do niczego nie zmuszał. Jeszcze jakoś dawał radę….

Pilar Stewart