Strona 3 z 5

between obsession and control

: pt sty 16, 2026 6:11 pm
autor: Pilar Stewart
trigger warning
broń, agresja, próba gwałtu, ostry język
To nie tak miało wyglądać.
Nie tak miał potoczyć się ich wspólny wieczór. Moment, kiedy w końcu do siebie wrócą, będą mogli być razem, już na zawsze. Nick i Pilar w ich epickiej, wielkiej miłości. Już na zawsze.
Tylko zamiast miłości była masa krwi dwóch wariatów, którzy na tamten moment byli gotowi zabić. Wszystko było w tym pokoju upierdolone, nawet ściany i sufit, o podłodze i meblach już nawet nie wspominając. Tylko czy cokolwiek z tego miało znaczenie? Dla Daltona nie. Bo on jedyne o czym był w stanie myśleć, to Pilar.
Wciąż leżała na łóżku taka piękna i naga, wciąż tak bardzo na niego gotowa, ale przecież tuż obok była też Martinez. Pierdolona Martinez. Tak bardzo niepotrzebna. Przez moment zastanawiał się, jak mógłby ją spławić, czy było coś, co mógł powiedzieć, żeby sobie poszła i zostawiła mu Stewart, ale chociaż Nick był psychopatą nie był debilem. Doskonale wiedział, że w tym momencie nie będzie już w stanie zrobić absolutnie nic. Nie dzisiaj. Bo przecież w oddali już było słychać sygnał nadjeżdżającej karetki.
Miał kilka marnych minut, żeby na ten wieczór się z nią pożegnać.
Ja pierdole, biedna Stewart — nachylił się nad łóżkiem i z wielką troską spojrzał na jej twarz. Nick umiał grać. Szczególnie dzisiaj. Udawałby każdego, żeby tylko dostać Pilar. — Gdybym nie dotarł tu na czas… — zaczął, wyciągać rękę do już zziębniętego policzka Stewart, kiedy Matrinez złapała go za nadgarstek w połowie drogi.
Bez dotykania, Dalton — warknęła. Jej głos był stanowczy a spojrzenie podejrzliwe. W jej oczach widział wątpliwość. Mogła go podejrzewać?
Daj spokój, Martinez — przewrócił oczami, kompletnie ignorując pulsujący ból, który rozlewał się po całej twarzy. — To ja ją uratowałem — dodał dumnie i już chciał ponowić próbę dotknięcia policzka Pilar, kiedy do pokoju wpadli ratownicy medyczni.
Ktoś podszedł również do niego, pytając o jakieś symptomy, samopoczucie i zawroty głowy… i chociaż Dalton ciągle ich od siebie odpychał, mówiąc, że nic mu nie jest i musi jechać z Pilar jedną karetką do szpitala. Martinez z jakiegoś powodu mu nie pozwoliła. Suka. Kolejna do odstrzału.



Na komisariacie wcale bardziej wesoło nie było.
Sala przesłuchań była zimna. W końcu po co ogrzewanie dla jebanych zwyroli? A przynajmniej z takiego założenia wychodził Quentin, kiedy wykonał już czwarte kółko wokół Noriegi, przyglądając mu się uważnie.
Wciąż czekali na jego adwokata i chociaż nie powinni go przesłuchiwać, cały komisariat razem z przełożonym jednogłośnie uznał, że skoro chodziło w tym wszystkim o Stewart, zrobią to, czy Madox Noriega tego chciał czy nie. Z tej okazji wszystkie kamery zostały wyłączone, a Dolores na recepcji była gotowa wciskać kit jego adwokatowi jak tylko się pojawi, że Noriega jest jeszcze oglądany przez lekarza.
No gadaj, śmieciu — warknął Quentin, powoli tracąc cierpliwość. Ręce same zaciskały mu się w pięści. Ś w i e ż b i ł y go, by sprać tego zasranego latynosa na kwaśne jabłko za to co zrobił nie tylko kobiecie, ale jednej z nich. Gnojek. Pierdolony gnojek. — Zapytam po raz ostatni… i spróbuj mi znowu wciskać ten kit o Daltonie to inaczej porozmawiamy, Noriega — przeszedł stół dookoła, a następnie z impetem przywalił obiema dłońmi o chłodne drewno. — Zdajesz sobie sprawę kurwo, co grozi ci za próbę gwałtu? Jeszcze kurwa na policjantce? Nie wspominając już o pobiciu innego funkcjonariusza — próbował być spokojny. Naprawdę próbował, ale co on mógł, kiedy jedyne o czym myślał, to by zapierdolić Noriegę tak jak tu siedział, na niewygodnym krześle, przykuty kajdankami po obu stronach.
Jaki był twój plan? Myślałeś, że wsypiesz jej coś do drinka i co? WYRUCHASZ JĄ I CO KURWA? Myślisz, że nie dowiedzielibyśmy się, że to ty?! — nie wytrzymał. Gruchnął znowu pięścią o stół, a potem przypierdolił Noriege prosto w twarz, powodując, że kolejna stróżka krwi popłynęła z jego ust.
I to wcale nie był koniec.
Bo Quentin wcale się nie pierdolił i w następnej sekundzie wyciągnął z kabury broń, przystawiając ją prosto do skroni Madoxa.
Daj mi kurwa jeden… JEDEN dobry powód, dla którego nie powinien ci upierdolić głowy w tej sekundzie — warknął, spoglądając mu głęboko w oczy. Nie żartował. Quentin był drugą osobą, która w przeciągu zaledwie godziny chciała odebrać Noriedze życie.

Madox A. Noriega

between obsession and control

: pt sty 16, 2026 7:07 pm
autor: Madox A. Noriega
Mógł wykonać tych kółek dziesięć, czterdzieści, Madoxa to nie ruszało, nawet raz nie powiódł za Quentinem wzrokiem. Ślepo patrząc się w ścianę po drugiej stronie, w tę gdzie znajdowało się lustro weneckie, gdzie pewnie stało pół posterunku, jak nie wszyscy. Większość pewnie chciałaby być w tym momencie na miejscu Quentina, dokopać mu, może kilka osób wciąż się wahało, bo znali Madoxa lepiej, lub gorzej. Może nawet jedna osoba się zastanowiła, bo wiedziała na jego temat więcej niż inni, i to więcej jej się gryzło z tym, że on tam znowu siedział.
Siedział nie raz na tym krześle, nie raz jakiś gliniarz się nad nim wytrząsał, ale dzisiaj Quentin mógł sobie pozwolić na więcej. Przecież Madox doskonale wiedział, że nie jest nagrywany, nie musiał być z policji, żeby wiedzieć. Zwłaszcza, że Quentin się nie pierdolił, nie przebierał w słowach... i środkach.
- Wezwij mojego prawnika - powtórzył po raz setny, ale czy ktoś w ogóle to reflektował? Czy w ogóle zawiadomili Patela? A jeśli tak, czy go tutaj w ogóle wpuszczą? Liczył na to, że Maddie się z nim skontaktuje, że Maddie już cokolwiek wiedziała, w niej cała nadzieja.
Ciemne tęczówki spoczęły na wielkich łapach Quentina, gdy ten uderzył nimi w stół. Też go to nie ruszało.
- Co ze Stewart? - zapytał po raz setny, i po raz setny został zignorowany. Quentin już mu groził, już pytał, czy on wie ile za to dostanie. Wiedział.
Ile by dostał, gdyby cokolwiek zrobił. Ale nie zrobił. No może tylko tyle, że pobił Daltona, ale i tak za lekko. I tak należało mu się bardziej. Powinien zbierać z podłogi te swoje równe ząbki. Madox zamknął na moment powieki, na trzy sekundy zanim Quentin znowu nie krzyknął.
Mówił, że to nie on, powiedział to już z piętnaście razy, ale co z tego? No przecież to nie Nick Dalton. Nie ten poczciwy Nick. Taki świetny kumpel, przecież przyjaźnili się z Pilar.
Może nawet chciał coś powiedzieć, po raz szesnasty, że to nie on, ale nie zdążył, bo dostał w twarz. Znowu.
Zachłysnął się krwią i musiał splunąć nią na podłogę, ale to tylko chyba jeszcze rozdrażniło Quentina, bo już po chwili wyciągnął broń. Drugi pierdolnięty pies, który groził mu dzisiaj bronią. Cudownie.
- Bo to nie ja - wycedził przez zęby, ale w odpowiedzi dostał spluwą w skroń, aż go zamroczyło, na moment.
Nawet nie zauważył, kiedy do salki wszedł komisarz Elliott.
- Wypierdalaj Quentin - rzucił, a policjant jeszcze się zawahał.
- Ale... - próbował.
- Wypierdalaj Woods! - Quentin Woods zacisnął te swoje wielkie łapy w pięści, ale wyszedł z sali przesłuchań, przecież nie będzie się kłócił ze swoim przełożonym.
Komisarz Elliot za to podsunął sobie krzesło, blisko Madoxa, bardzo blisko.
- Jeśli to zrobiłeś Noriega to jesteś spalony... wiesz co to znaczy? - zapytał cicho, ale Madox nawet na niego nie spojrzał. Wiedział, doskonale wiedział co to znaczy, bo nie dość, że pójdzie siedzieć to jeszcze...
- Nie zrobiłem tego... - powiedział powoli.
- Daj mi jakieś dowody, dowody Noriega - ale jakie on miał mieć dowody? Zresztą czy on tutaj był od zbierania dowodów?
- Co ze Stewart? - zapytał znowu, i chociaż Eliot w ogóle nie miał zamiaru mu odpowiadać to w końcu skinął głową.
- Lepiej, pogotowie przyjechało w ostatnim momencie, za dużo tego gówna jej dałeś, chciałeś ją...
- To nie ja! - krzyknął i tym razem te ciemne oczy wbił w komisarza Eliota.
- Daj mi jakieś dowody, cokolwiek, jakieś dowody, które wskazywałyby, że to Dalton, bo jak nie to przyślę tu z powrotem Quentina.
Madox przez chwilę się zastanawiał, ale przecież Dalton nie mógł się z tego tak wykręcić. A on teraz mógł niszczyć wszystkie dowody.
- Wyślij kogoś do niego, niech przeszukają mieszkanie Daltona, on robił jej zdjęcia, miał pełno jej zdjęć, w samochodzie w schowku, pewnie ma je też na komputerze, wyślij tam kogoś, zanim je usunie - powiedział spokojnie, patrząc prosto na Eliota. Komisarz się zastanowił, podrapał po brodzie. Zmyśliłby to? Po co miałby coś takiego zmyślać?
- Skąd wiesz? - zapytał.
- No bo przecież mam wiedzieć... - rzucił Madox, tego od niego wymagała policja, żeby wiedział, a jak nie wiedział, to miał się dowiedzieć. Proste.
- Noriega... - Eliot pokręcił głową.
- Jak tego nie zrobisz, to on to wszystko zniszczy, może nawet już to robi.
- Dalton jest w szpitalu... - zdążył rzucić Eliot, kiedy drzwi sali otworzyły się i do pokoju przesłuchań wpadła zdyszana Martinez.
- Komisarzu... Dalton...

Pilar Stewart

between obsession and control

: pt sty 16, 2026 7:42 pm
autor: Pilar Stewart
Martinez była dobrą gliną — silna, stabilna emocjonalnie, z nienagannymi umiejętnościami walki wręcz, a przede wszystkim miała nienaganną czutkę do ludzi. Umiała się z nimi empatyzować prawie tak dobrze jak czytać z mowy ciała.
I może dlatego, kiedy pojawiła się na miejscu — kiedy zobaczyła ten cały bałagan panujący dookoła, krew, pianę z gaśnicy, rozjebane okno i nagą Stewart — wiedziała, że coś w tym wszystkim było nie tak. Że to wszystko byłoby zbyt proste, żeby to Madox był wszystkiemu winny, że uprowadził ją i zgwałcił, podczas gdy Nick ich znalazł i walczył jak lew o jej życie.
Świadczyło o tym kilka kwestii: po pierwsze Stewart miała przecież być na imprezie policyjnej razem z Daltonem i innymi z komendy, ciesząc się wolnym wieczorem, więc jakim cudem skończyła z Noriegą? I podczas gdy to jeszcze było w jakimś sensie do wyjaśnienia, tak już policyjny pistolet, który znalazła pod łóżkiem kompletnie nie kleił się z historią Daltona. Bo skoro miał przy sobie broń (dlaczego ją w ogóle miał, skoro był na imprezie?) to czemu po prostu nie przestrzelił zamka, żeby dostać się do środka? Dlaczego marnowałby czas na rozbijanie pokrowca na gaśnicę, by potem rozwalić jeszcze okno i finalnie wejść drzwiami? Nie tak byli szkoleni. Tak to robiły gangusy z ulicy — bez pomyślunku, kompletnie na oślep.
Chociaż tak naprawdę to dopiero ta ostatnia rzecz, którą znalazła sprawiła, że Martinez podważyła wcześniejsze osądy policji. Wcisnęła to jednak do kieszeni w całym tym chaosie z medykami i razem ze Stewart udała się w karetce do szpitala.
Odesłała Daltona na badania i szycie twarzy, zgodnie z procedurami, przez które Noriega również powinien przejść, ale przecież Quentin już zabrał go na komisariat, upewniła się jeszcze cztery razy, że aby napewno wszystko już jest okej z Pilar i jej stan jest stabilny. W zamian dowiedziała się, że jeszcze kilka minut i mogło dojść do zatrzymania oddechu; że dawka, która została jej podana była zdecydowanie za duża i dosłownie śmiertelna.
I chociaż Martinez przeżywała to kurwa jakby jej własna córka leżała teraz na sali, a nie koleżanka z pracy, musiała spiąć się w sobie. Chowając się na końcu korytarza wyciągnęła z kieszeni przedmiot, który mógł okazać się istotny w sprawie i przejrzała go dokładnie. A to co tam zobaczyła, sprawiło, że w ułamku sekundy zerwała się z miejsca i pobiegła w stronę wyjścia.
Doskonale wiedziała, co robiło się z takimi jak Noriega. Z gwałcicielami i zwyrolami, którzy mieli czelność podnieść rękę na jednego z funkcjonariuszy. Miała pełną świadomość, że zapewne właśnie okładali go pięściami i byli gotowi zatłuc na śmierć, żeby tylko uczynić zadośćuczynienie za to, co rzekomo zrobił Pilar.
Tylko Martinez już wiedziała, że to nie on.
Madox był niewinny.
Bo za wszystkim stał Nick Dalton.
Do sali przesłuchań wparowała kompletnie niezapowiedzianie i bez ostrzeżenia, kompletnie ignorując głosy kolegów, by zaczekała, bo rozmawia z nim teraz przełożony. Miała to w dupie.
Noriega jest najprawdopodobniej niewinny — rzuciła twardo, chociaż to słowo najprawdopodobniej wcale nie sprawiło, że wypowiedziane przez nią słowa zabrzmiały wiarygodnie.
To jesteś tego pewna, czy kurwa strzelasz? — Eliot przetarł zdenerwowaną twarz dłonią i spojrzał na nią wymownie. — Ja potrzebuje dowodów. DOWODÓW, rozumiesz to, Matrinez? Mam gdzieś wasze hipote…
Mam dowody — przerwała mu praktycznie od razu, łapiąc w płuca więcej powietrza. Podeszła bliżej, przelotnie łapiąc z Noriegą kontakt wzrokowy i przesyłając mu pełne zrozumienia spojrzenie. A zaraz potem z hukiem, postawiła t e l e f o n Daltona na czarnym stole. — Znalazłam go na szafce nocnej zaraz obok łóżka, należy do Nicka… — wyjaśniła spokojnie, chociaż serce w piersi waliło jej jak oszalałe.
Słuchaj, to że zostawił telefon w pokoju to akurat żadne dowody. Mógł go akurat gdzieś upuścić i…
Cztery zera.
Co?
To Pin — rzuciła chłodno, nachylając się nad stołem. — Cztery zera — powtórzyła i dotknęła wyświetlacz, a następnie wystukała odpowiedni kod. Telefon zawibrował, a na ekranie pojawiła się galeria, a w niej…
Ja pierdole — tylko tyle był w stanie wyrzucić z siebie Elliot, kiedy drżącym palcem przesuwał po zdjęciach półnagiej Pilar, które Dalton zdążył zrobić, zanim pojawił się Noriega.

Madox A. Noriega

between obsession and control

: pt sty 16, 2026 8:36 pm
autor: Madox A. Noriega
Gdyby oni już z góry nie założyli, że to Madox, to przecież było wiele innych rzeczy, które poddawały w wątpliwość jego winę. Już chociażby to, że nawaloną Stewart z baru wyprowadził właśnie Dalton, to że on z nią przyjechał do motelu, niósł ją na rękach, wystarczyło pogadać z Josephem.
Ale przecież oni wszyscy liczyli na to, że Madox się przyzna, że będzie można jeszcze bardziej go dojechać, bo przecież tacy ludzie jak on nie łamią się łatwo... ale kości mają tak samo łamliwe. Może nawet Quentin by to sprawdził, nie strzelałby, to Madox wiedział, ale mógł go jeszcze pookładać, potem powiedzieliby, że to on się na niego rzucił, że działał w obronie własnej. Wszyscy by potwierdzili, bo to przecież zwyrol.
Może nawet Eliot by w to uwierzył, chociaż przecież wiedział, że Madox... Eliot wiedział po której on jest stronie. Ale może mu odjebało, może za dużo zadawał się z gangusami?
Kurwa Eliot pracował w policji już tyle lat, że wszystkiego mógł się spodziewać.
Chociaż Noriega zasiał w nim jakieś ziarno niepewności mówiąc o tych zdjęciach. Dał mu do myślenia, ale czy na tyle, żeby zrobił coś w tym kierunku, żeby zrobił cokolwiek?
Madox w to wątpił, chociaż teraz było mu już wszystko jedno, skoro wiedział, że z Pilar jest lepiej, ale kurwa... zdążyli w ostatniej chwili. A co jakby ktoś nie zawiadomił policji? Jakby oni szarpali się tam jeszcze dłużej? Albo jakby Dalton go zabił? Co by było ze Stewart?
Nie chciał o tym myśleć, ale myślał cały czas. Cały czas wyrzucał sobie, że pozwolił jej iść na tę imprezę, że nie pojechał rano do Daltona, żeby mu nakopać. Po cichutku. Tak jak umiał.
Kiedy do pokoju przesłuchań wpadła Martinez, to Madox znowu się szarpnął, bo widział jej minę, i naprawdę przez chwilę bał się, że to jednak coś złego z Pilar. Tylko, że ona wtedy zaczęła, że on jest najprawdopodobniej niewinny.
- A Stewart, co ze Stewart? - zapytał znowu, bo już go to nie obchodziło, winny, nie winny. Mogli go zatłuc, tylko, żeby mu powiedzieli, że z nią wszystko w porządku.
Martinez nie odpowiedziała, ale uciszyła go gestem ręki, miękko. Bez tej całej agresji, którą wszyscy kierowali w jego stronę z taką łatwością.
Telefon Nicka Daltona wylądował na stoliku, ale Madox go nie poznał. W pierwszej chwili pomyślał, że może to ten telefon Pilar, który on wciąż miał gdzieś w kurtce. Swój telefon, jej telefon, które też mogły wskazywać na to, że to nie on. Ale tam było tyle wiadomości, które oni wymienili...
Zaraz jednak Martinez kontynuowała, telefon Nicka Daltona.
A Madox aż wstrzymał powietrze, miał tam jej zdjęcia?
Oczywiście, że miał, i to z dzisiejszego wieczoru. Elito od razu zgarnął telefon, ale Madox widział te zdjęcia, mignęły mu przed oczami. Tak samo jak zaraz mignęła mu ta scena, Dalton i Pilar na tym pierdolonym łóżku. Zacisnął palce mocniej na podłokietniku krzesła, aż jego metal wbijał mu się w dłoń, do krwi, chociaż może to była krew, która płynęła mu po karku, która kapała już na podłogę.
Dużo krwi.
Co miał powiedzieć? A nie mówiłem?
A może widzicie, że Dalton to pierdolony psychol?
Nic nie powiedział.
Eliot złapał telefon Daltona.
- Martinez zostajesz tu - rzucił tylko i wyszedł z sali. Chyba liczył się z tym, że nie każdy od razu tak łatwo da się przekonać, że to jednak nie Madox. Na przykład taki Quentin. Dlatego zostawił z nim Martinez.
Brunetka westchnęła ciężko, przejechała dłońmi po twarzy, widać było, że ją to wszystko też wymęczyło, widać było, że ona też przejmuje się Pilar, ale chyba nie tak jak Madox, który od razu szarpnął się na tym krześle.
- Sofia co z nią, co ze Stewart? - zapytał po raz sto dziesiąty chyba. Martinez obejrzała się przez ramię na to lustro weneckie, za którym...
Właściwie teraz już pół komisariatu, jak nie cały, zostało postawione na nogi, może ktoś wreszcie jechał do domu Nicka Daltona? Ale przede wszystkim do szpitala. Żeby złapać tego prawdziwego zwyrola. Martinez o tym wiedziała.
A potem spojrzała na Madoxa tak jakby wiedziała również coś więcej...
Jakby to też czuła, dlaczego on tak cały czas pyta o Stewart. Była kobietą, jej chyba takie rzeczy przychodziły łatwiej. Sięgnęła ręką do jego kolana i już otworzyła usta, już miała mu powiedzieć, ale wtedy do sali wpadł Quentin.
- Szef kazał zabrać go do szpitala - warknął niezadowolony, a później skrzyżował ręce na piersi i stanął obok Martinez - w ogóle mu nie wierzę, pewnie on chce wrobić Daltona, pierdolony zwyrol - Martinez zerwała się z miejsca i wyciągnęła rękę do Quentina, a on...
Schował się, jakby bał się, że Martinez mu przywali. Nie umknęło to uwadze Madoxa, który nie mógł się powstrzymać i parsknął. Podejrzewał, że Martinez ustawia tu wszystkich po kątach, ale Woodsa, który był od niej dwa razy większy?
- Klucz - warknęła.
- Ale... - zaczął jeszcze Quentin, ale Martinez zrobił krok w jego kierunku.
W końcu oddał jej ten klucz. W końcu odpięli go od krzesła, chociaż do samochodu wciąż prowadzili go w kajdankach, w policyjnej kurtce, bo ta jego była ciężka od krwi i kajdankach. Wsadzili go z tyłu, a po kilku minutach Quentin parkował pod szpitalem.
Na salę weszła z nim Martinez, może nie była tego do końca pewna, ale zdjęła mu kajdanki, zwłaszcza kiedy znowu jakaś blond włosa, pyskata doktorka powiedziała, że ona nie może tak pracować.
- Sofia błagam cię... - zaczął Madox.
Ale Martinez wywróciła oczami.
- Dobra... - westchnęła ciężko - sprawdzę co z nią, a ty nic nie kombinuj Noriega - rzuciła i pogroziła mu palcem.
Ale on przecież nie zamierzał, zwłaszcza, że lekarka znowu rozgrzebała mu to ramie. Bolało, kurewsko bolało, nie tylko ramię, nie tylko poobijana ze wszystkich stron twarz, wszystko go bolało, tak go tam zlali. Młoda doktorka powiedziała, że dadzą mu coś przeciwbólowego, ale Madox wbił ciemne tęczówki w jej oczy.
- Mogę iść do łazienki? - zapytał.

Pilar Stewart

between obsession and control

: pt sty 16, 2026 9:33 pm
autor: Pilar Stewart
Abby widziała już w swoim krótkim (jak na lekarza) życiu naprawdę wiele — setkę poobijanych mord i przestawionych barków oraz dziur po postrzale, ale dawno nie widziała tak zmasakrowanej twarzy jak tego pierwszego typa, który przyjechał z motelu do opatrzenia. Nie miała pojęcia, co tam sie stało, ale mogła sobie tylko wyobrazić, że nie było kolorowo i pewnie jeszcze chwila, a ten drugi zmasakrowałby go wręcz nieodwracalnie.
Finalnie jakoś sobie poradzili, ale po pół godziny przywieźli kolejnego. I chociaż twarz miał o wiele lepszą, jego ogólny stan był o wiele gorszy. Zaczynając od tego, że miał w barku ranę postrzałową, którą należało zająć się OD RAZU, a nie po godzinie od zdarzenia, a kończąc na fakcie, że stracił cholernie dużo krwi. Już nie wspominając o tym, że kiedy walczyła o przewiezienie do go szpitala, dałaby sobie rękę uciąć, że wcale nie miał tak rozwalonej skroni i policzka, ale kim była, żeby dyskutować ze stróżami prawa?
Możesz się tak nie wiercić? — rzuciła poirytowana chyba po raz dziesiąty. Normalnie była cierpliwą kobietą, ale jednak ten facet nie mógł usiedzieć nawet pół minuty w bezruchu, jakby miał co najmniej owsiki. — Zaraz kończę, obiecuje. Byłoby prościej, gdybyś współpracował — wbiła w niego ciemne spojrzenie, a następnie złapała kilka głębszych oddechów. Ona też wolałaby być teraz w innym miejscu, ale jakoś siedziała przy nim i wykonywała swoją pracę, więc on też mógłby się przyłożyć do swojego zadania i współpracować. Szczególnie, że nie zostało wcale dużo roboty. W końcu wszystkie szwy już miał założone — te na barku jak i twarzy oraz słoniach — zostało jedynie podanie leków przeciwbólowych i przeciwzakrzepowych, dokumentacja i wystawienie wypisu.
Grzebiąc w lekach dokładnie słyszała, jak chłopak ciągle dopytywał o dziewczynę, która trafiła tutaj z motelu. Robił to cały czas odkąd przyjechali, dlatego kiedy po chwili zapytał czy może iść do toalety, Abby spojrzała na niego jak na wariata.
Czy ty myślisz, że ja się wczoraj urodziłam? — przewróciła oczami, podchodząc bliżej ze strzykawką napełnioną lekiem. — Wiem, że mocno dostałeś w głowę, ale to nie znaczy, że inni myślą podobnie do ciebie — nawet nie przymierzając się jakoś bardzo i bez większego ociągania wbiła mu igłę w skórę i podała lek dożylnie. Oczywiście musiała go dozować powoli, więc podniosła spojrzenie na mężczyznę, podczas gdy palcem co jakiś czas dociskała dawkę. Przyjrzała mu się uważnie. Faktycznie wyglądał, jakby się martwił. Tylko kurwa, kim ona była, żeby decydować za policje? A z drugiej strony…
Czterdzieści trzy — odezwała się w końcu, wypuszczając z płuc kolosalną ilość powietrza w geście rezygnacji, ale on wciąż patrzył na nią bez większego zrozumienia. — Sala w której jest. Tylko obiecaj mi, że wrócisz tu za pięć minut — nim wyciągnęła mu igłe jeszcze zagroziła mu palcem, a potem puściłą go wolno, modląc się w myślach, żeby nie było z tego jeszcze większych kłopotów.


Najpierw pojawił się dźwięk — jednostajny, irytujący, zbyt głośny, żeby spokojnie można było go wytrzymać, gdzieś w oddali było jeszcze rytmiczne pipkanie. Zaraz potem doszedł do tego zapach. A raczej odór środków do dezynfekcji i tej charakterystycznej woni, którą miały tylko szpitale i przychodnie lekarskie. Taki kurwa smród, że aż coś ścisnęło ją w żołądku. Spróbowała przełknąć ślinę, ale gardło miała suche, jakby ktoś napchał jej tam jakiegoś gruzu.
Kurwa.
Podjęła próbę podniesienia wciąż cholernie ciężkich powiek, a kiedy w końcu się jej udało obraz był kompletnie rozlany. Przez moment myślała, że straciła wzrok. Za nic nie potrafiłą złapać ostrośni, a intensywność lampy nad jej głową sprawiała, że momentalnie rozbolała ją głowa. Chyba że ona bolała już wcześniej? Pulsowała obrzydliwie, do tego stopnia, że musiała ponownie zamknąć oczy.
Wciąż trwała w dziwnym amoku, kompletnie otumaniona.
Gdzieś obok ktoś coś mówił. Głosy wciąż docierały do niej z opóźnieniem. Trochę jakby byłī wygłuszone przez słuchawki albo jakby ona sama znajdowała się pod wodą. Spróbowała skupić się na słowach, ale za nic nie mogła złapać kontekstu.
Spróbowała ruszyć ręką — udało się, chociaż przyszło jej to kurewsko ciężko. Jej ciało wciąż było ciężkie, ruszało się z opóźnieniem. Jakby czas pomiędzy poleceniem wysłanym z mózgu dłużył się sekundami.
Coś było nie tak.
Próbowała odszukać w pamięci jakieś wspomnienia, co się działo… cokolwiek. Na nic. Nie pamiętała nic. Miała w głowie jedną, wielką czarną dziurę, chociaż ten stan niemocy w jakim właśnie trwała, dziwnie jej coś przypominał. I chociaż głowa za nic nie pamiętała, tak ciało chyba wręcz przeciwnie, bo nie minęło kilka chwil jak serce w jej piersi przyspieszyło, a wraz z nim pikanie aparatury nad głową.
Hej, spokojnie… — wyłapała w końcu czyiś głos. Kobieta. — Już dobrze.
Nie było dobrze.
Nic kurwa nie było dobrze.
Znowu otworzyła oczy, czując jak jej ciało zalewa fala paniki. Nad nią w końcu pojawił się szpitalny sufit, chociaż lampa wciąż raziła i migała nierówno. Zupełnie jak ta w pokoju, w którym wcześniej była. W głowie zaczęły pojawiać się jakieś wyrwane z kontekstu elementy. Nieostre, urwane obrazy, jakieś światła, bar, logo stacji, smród. Jak ktoś mówił jej imię. Trzymał ją za twarz, Dalton, Beck, Madox… ale nic z tego nie miało sens. Nic kurwa a nic. Aż cała się spięła, a obolałe ciała zalała wielka fala gorąca. Poruszyła się nerwowo, a aparatura dosłownie oszalała.
Pilar… oddychaj — kobieta wciąż nawijała, ale to wcale nie pomagało. Nic kurwa nie pomagało, podczas gdy atak paniki wzbierał się w niej na dobre.

Madox A. Noriega

between obsession and control

: pt sty 16, 2026 10:21 pm
autor: Madox A. Noriega
Nie mógł się nie wiercić, Madox w ogóle nie mógł już wysiedzieć na tym krześle, bo cały czas myślał o Pilar. Cały czas się zastanawiał co z nią, a to, że Sofia poszła to sprawdzić wcale go nie uspokoiło.
- Wybacz - rzucił krótko, kiedy Abby po raz kolejny syknęła, gdy się poruszył. Nie robił tego specjalnie, nawet tego nie kontrolował, tego tupania nogą, tego zaciskania palców na brzegu szpitalnej leżanki. A w głowie miał tylko cały czas - kończ. Kończ już. Bo on przecież chciał tylko ją zobaczyć, na chwilę ją zobaczyć.
Jeszcze zanim Martinez poszła do Pilar, to Madox próbował ją przekonać, żeby jemu też pozwoliła dwadzieścia razy. Prosił, błagał, po angielsku i po hiszpańsku, powołał się nawet na najświętszą Panienkę, była nieugięta. Chociaż w pewnym momencie się złamała, ale poszła sama.
Zastukał palcami w leżankę.
Chciał z nią współpracować, on dzisiaj nawet z policją chciał współpracować, a widać na załączonym obrazku jak to się skończyło, iloma szwami.
Musiał chociaż spróbować, chociaż podejrzewał, że blondynka nie była głupia, skoro była na medycynie, ale po prostu musiał. Wypalił z tą łazienką.
Chociaż jego ciemne tęczówki zatrzymały się na tej strzykawce w jej dłoniach.
- Niedobrze mi... - mruknął, bo naprawdę go zemdliło, kiedy zobaczył tę igłę - ja tylko... - zaczął i może chciał powiedzieć, że tylko chciał ją zobaczyć, bo on przecież nie uwierzy, że jest dobrze, póki jej nie zobaczy na własne oczy. Tylko, że Abby mu wtedy już wbiła igłę i robiła zastrzyk, a Madox odwrócił spojrzenie, bo to było nieprzyjemne, nie lubił zastrzyków. Nie lubił igieł. Dopiero kiedy podała ten numer, przeniósł na nią wzrok, uniósł jedną brew. A gdy dodała to, że to numer sali, w której jest Stewart, to prawie od razu zerwał się z miejsca, ale ona jeszcze nie skończyła zastrzyku, usiadł z powrotem.
- Wyrobię się w cztery, chcę ja tylko zobaczyć - zapewnił ją, a kiedy wyjęła igłę i nakleiła mu plaster, to od razu wstał, ruszył do drzwi, ale zatrzymał się z ręką oparta na klamce, obejrzał przez ramię - Dzięki, zaraz wrócę - może i nie wyglądała jak by w to tak wierzyła na sto procent, ale skinęła głową, wskazała mu nawet, w którą stronę ma iść.
Madox wypadł na korytarz, miał na sobie szpitalną piżamę, bo ubrania miał całe we krwi, powiedzieli mu, że nie może tutaj w nich chodzić i straszyć ludzi, nie kłócił się. Ale to nawet lepiej, bo nie rzucał się tak bardzo w oczy, jeszcze złapał za jakiś stojak od kroplówki, trochę, żeby się na nim zaprzeć, a trochę, żeby wyglądać na bardziej chorego niż był?
Chociaż był cały poobijany, siniaki miał dosłownie wszędzie, bo zanim przykuli go do krzesła w sali przesłuchań, to już przecież go poobijali, pokopali nawet.
Ale on się teraz tym wcale nie przejmował, minął salę numer czterdzieści i już chciał przyspieszyć, ale wtedy na korytarz wyszła Martinez z Eliotem. Zatrzymał się w miejscu i odwrócił do jakiejś tablicy na ścianie.
Na szczęście, nie zauważyli go, ruszyli w przeciwnym kierunku. Fart wrócił?
Ruszył dalej, stanął przed salą z numerem czterdzieści trzy, nie pechowym, chyba. Rozejrzał się na boki, drzwi były lekko uchylone, miał tylko do niej zajrzeć. Tylko sprawdzić jak się ma, nawet nie chciał tam wchodzić, tylko ją zobaczyć przez tą szparę w drzwiach, tyle by mu wystarczyło i wróciłby spokojnie do tej blondwłosej lekarki.
Ale wtedy usłyszał to Pilar… oddychaj.
Zmroziło go. Serce zabiło mocniej. Była przytomna? Czy nie była? Znowu miała problemy z oddychaniem? Nie no przecież on zwariuje, jeśli nie będzie wiedział, pchnął drzwi i wszedł do środka. Zostawił przy drzwiach ten stojak, a już po chwili stał przy jej łóżku.
- Pilar... - rzucił jedynie, bo doktorka, która się nad nią pochylała, która tłumaczyła jej łagodnym głosem, że jest w szpitalu, że już nic jej nie grozi, obejrzała się na niego marszcząc brwi.
- Co pan tu robi tutaj nie można wchodzić... - zaczęła, ale nie dokończyła i Madox też już nie dokończył, bo zaraz do sali weszła Martinez. Na szczęście sama, ale i tak nie wyglądała na zadowoloną.
- Madox kurwa...

Pilar Stewart

between obsession and control

: pt sty 16, 2026 11:06 pm
autor: Pilar Stewart
Było jej źle.
Nie wiedziała, co się dzieje.
Z jednej strony wciąż była cholernie otumaniona, wszystkie zmysły zlewały się w jedno, dźwięki łączyły ze sobą, obrazy sali szpitalnej mieszały się z jakimiś randomowymi urywkami z wieczoru, których Pilar za nic nie potrafiła uszeregować i jakoś zorganizować. I chyba to przerażało ją najbardziej. Ta niewiedza. Brak kontroli, którą przecież ona tak bardzo ceniła w swoim życiu.
Nie miałą pojęcia, jak trafiłą do szpitala.
Kurwa, nie mogła się nawet ruszyć na tyle, by sprawdzić, czy ciało było w jednym kawałku i nie miała na sobie śladów po postrzale, bo pamiętała jakieś huki, ale wcale nie potrafiłą ich przypisać do konkretnego wydarzenia.
Z drugiej strony była jednak w pełni świadoma tego, że stało się coś złego. Czuła to. Nie potrafiłą tego wyjaśnić, ale chociaż głowa nie pamiętała, jej ciało jakby tak? Czuła takie dziwne, ciężkie do opisania przerażenie, które teraz mieszało się z narastającym atakiem paniki. Było jej ciepło, nie mogła oddychać, a ta cholerna aparatura nad jej głową wyła w zastraszającym tempie, jakby zaraz miała wybuchnąć. I Stewart wcale nie musiała być lekarzem, żeby wiedzieć, że to nie był wcale dobry znak.
Tylko co ona mogła zrobić, jak nie miała nad tym kontroli?
Nad niczym nie miała kurwa kontroli!
Wariowała. Chciała wstać — nie miała siły. Podniosła dłoń, chwytając za jakieś kabelki, jednak pielęgniarka z wielką łatwością przytrzymała ją za nadgarstek i znowu uziemiła. I chociaż miało to pomóc, dla niej zadziałało wręcz przeciwnie — spięła się jeszcze bardziej, czując, jak całe ciało zaczynało jej drżeć. Nic nie słuchała z tego całego pierdolenia jesteś w szpitalu, już wszystko dobrze, jesteś bezpieczna... to wszystko było nieistotne. Zbędne. Tak bardzo kurwa niezrozumiałe i przerażające.
Do momentu, kiedy nie usłyszała jego głosu.
Wszędzie poznałaby ten głos. Tak miękki, delikatny, a jednak równie spanikowany, co jej rozszalałe w piersi serce. Zatrzymała się w pół ruchu i spojrzała w jego kierunku.
Stał tam.
W szpitalnej piżamie.
Cały i zdrowy.
Żywy.
I dopiero kiedy go zobaczyła, nie wiedzieć czemu poczuła się, jakby wcześniej mogła go stracić. Coś się w niej zacisnęło, a oczy zapiekły w ułamku sekundy. Rozchyliła dygoczące usta, by zlepić w całość marne pięć liter, które złożyłby się na jego imię, jednak z gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Spróbowała jeszcze raz — na marne.
Madox.
I kiedy ona nie mogła, powiedział to ktoś inny, a dokładniej Martinez, która zaraz stanęła za nim z miną, jakby chciała go zatłuc. Już rzucała rękę na jego ramię, by zabrać go z pomieszczenia, a serce Pilar aż wyrwało się do przodu. Chciała krzyknąć. Wydrzeć się ile sił w płucach, żeby go kurwa zostawiły, ale nie mogła. Jedynie wyszedł z niej jakiś cichy szept, który wszyscy zignorowali. Była be-zu-ży-te-czna.
Madox, wychodzisz, ale już — głos Martinez wypełnił pomieszczenie, a ich spojrzenia skrzyżowały się po raz ostatni. I wtedy Stewart w ostatnim geście desperacji cała spięła się w sobie — wszystkie ostatki siły, jakie zdążyła nabrać przez te kilka minut przytomności — i uniosła się nieznacznie w górę, wystawiając rękę w jego stronę. Tylko tyle mogła. Tyle miała na temat moment.
Tylko tyle, albo tyle, bo wszyscy nagle na nią spojrzeli.
Proszę mu pozwolić — tym razem odezwała się lekarka. — Myślę, że to nie zaszkodzi, a może pomóc.
Stewart też tak myślała. Tak, po stokroć mogło pomóc, bo ona nie chciała mieć dookoła siebie nikogo innego. Tylko jego. Znowu wystawiła palce przed siebie, kiedy Martinez w końcu zdjęła swoje z jego ramienia, by mógł ją podejść bliżej. Wtedy dopiero ta zasrana aparatura z tyłu zapikała niebezpiecznie. Jak pojebana. Bo właśnie tak biło serce Pilar, kiedy on był obok. Dokładnie tak szalało. I teraz po raz pierwszy w życiu oni mogli to usłyszeć w czasie rzeczywistym, krzyżując ciemne, kurewsko stęsknione spojrzenia.
Dopiero kiedy podszedł bliżej, Pilar mogła zauważyć jego z m a s a k r o w a n ą twarz i bandaż na barku. I chociaż cholernie cieszyła się, że go widzi, jej ciało znowu ogarnęło przerażenie, związane z brakiem pamięci tego, co miało miejsce. Uniosła ciężką dłoń i ostrożnie, lekko koślawie umieściła ją na jego obitym policzku. Wszędzie miał te szwy. Dosłownie kurwa wszędzie. Aż coś w środku ją zabolało, gdy oglądała go w tym stanie.
¿Qué pasó?Co się stało? Rzuciła niemo, jedynie ruszając ustami i licząc na to, że będzie w stanie przeczytać z ruchu jej warg. Bo tylko na to było ją aktualnie stać.

Madox A. Noriega

between obsession and control

: sob sty 17, 2026 12:15 am
autor: Madox A. Noriega
Wyciągnął do niej rękę, żeby dotknąć jej chociaż na chwilę, na jedną krótką chwilę musnąć opuszkami palców jej dłoń, ale Martinez już ciągnęła go do tyłu za ramię. Jego palce przesunęły się po szpitalnej pościeli hacząc o brzeg łóżka, którego się chciał przytrzymać.
- Martinez daj spokój, przecież ci nie ucieknę, w tym - odwrócił się do niej, chciał zażartować, przejechał ręką po tej szpitalnej piżamie, ale Sofia wcale nie podzielała tego żartu, wręcz przeciwnie, mocniej zacisnęła palce na jego ramieniu, tylko, że Madox mocniej przytrzymał się łóżka, aż je pociągnął za sobą. Nie zamierzał ruszyć się z miejsca. Ale Pilar chyba też nie chciała, żeby się ruszał, bo podniosła rękę, i dla niego to był jednoznaczny sygnał, strzepnął z ramienia rękę Martinez, która już otworzyła usta, żeby na niego warknąć, ale na szczęście odezwała się doktorka. Myślę, że to nie zaszkodzi, a może pomóc. Chciał jej pomóc, on dzisiaj wszystko robił, żeby jej pomóc, życie by oddał, żeby tylko była bezpieczna.
Ciemne spojrzenie Madoxa padło na chwilę na lekarkę i może nawet, gdyby nie był taki zaaferowany Pilar, to by ją uściskał, z tej wdzięczności, a na pewno podziękował jej, ale nawet tego nie zrobił, bo on już się wyrwał do przodu. Już się ładował do niej na łóżko, usiadł na brzegu, w jednej ręce ściskał jej dłoń, te palce, które wyciągała w jego kierunku, drugą przesunął po jej biodrze, po nodze schowanej pod nieskazitelną pościelą, jakby sprawdzał czy była cała.
Była.
Kurwa. Była.
- Eres - jesteś, powiedział, jakby to siebie chciał w tym upewnić, że była, tutaj, że nic się jej nie stało. Sięgnął ręką do jej policzka, przesunął opuszkami po jej gładkiej skórze, a ciemne tęczówki utkwił w jej pięknych, czekoladowych oczach. Oczach, za którymi tak tęsknił.
- ¿Cómo te sientes? - jak się czujesz?, nawijał po hiszpańsku - todo estará bien -wszystko będzie dobrze on tego potrzebował, tego zapewnienia, czy ona? Może oboje?
Kiedy podniosła rękę, to od razu wtulił w nią twarz, ułożył na niej palce, na tej jej dłoni, przesuwając ją sobie po policzku. Policzku na którym też miał jakieś szwy. Ale wcale się tym teraz nie przejmował żadnymi szwami, nawet tą aparaturą, która pikała głośniej, bo najważniejsza było, że ona tu była, cała, zdrowa, była tutaj. Bo zdążyli w ostatniej chwili.
Pochylił się nad nią, kiedy to powiedziała, kiedy jej usta ułożyły się w bezgłośne qué pasó, potrząsnął głową.
- No pasó nada - nic się nie stało, nie chciał jej od razu zasypywać tym wszystkim, nie teraz, kiedy ona jeszcze nie mogła wydusić z siebie żadnego słowa, kiedy leżała tutaj taka słaba, jak on na nią miał to zrzucić? Nie umiał.
Zamiast tego to się do niej pochylił, żeby na moment oprzeć ten szorstki policzek o jej twarz, o jej gładką skórę, na chwilę. Oprzeć skroń naznaczoną szwami o jej czoło, tylko doktorka już chrząkała, a Martinez zrobiła krok w ich kierunku.
- Pilar, necesitas descansar - Pilar, musisz odpocząć, znowu zaciskał palce na jej ręce, nie chciał jej zostawiać, wcale nie chciał stąd iść, ale nie mógł przecież też się dochodzić tutaj z Martinez. Widział jej minę.
- Y me tengo que ir con Martinez - a ja muszę iść z Martinez?, naprawdę musiał? Nie chciał wcale. Nie chciał jej zostawiać już nawet na sekundę. Ale podeszła do nich doktorka.
- Musi pani teraz odpocząć, Gloria z panią zostanie, podamy leki w kroplówce... - Gloria to była młodziutka pielęgniarka. Martinez już sięgała do niego, ale Madox się jeszcze szarpnął jeszcze sięgnął dłonią Pilar do swojego policzka, przejechał nią po szorstkiej brodzie.
- No querían ponerme una vía intravenosa - mi nie chcieli dać kroplówki, rzucił i uśmiechnął się do niej lekko - ellos nunca quieren - nigdy nie chcą, prawda jest taka, że mu to proponowali, ale on nie chciał, póki jej nie zobaczy. Martinez już zacisnęła palce na jego ramieniu szarpnęła, go do tyłu.
I tym razem to Noriega wypowiedział bezgłośnie.
- Te amo - patrząc w jej duże czekoladowe oczy, on tymi swoimi wywrócił w kierunku Martinez. Wstał ociągając się jeszcze.
- Zaraz do ciebie wrócę - zapewnił ją, chociaż dzisiaj z tych jego obietnic wiecznie nic nie wychodziło, ale może tym razem? Może teraz wreszcie się uda? Jeszcze raz zacisnął palce na jej dłoni, jeszcze obejrzał się za nią przez ramię, kiedy Martinez wyprowadzała go z sali.
Stanęli zaraz za drzwiami, a właściwie to Martinez go zatrzymała.
- Madox co ty odpierdalasz?
- Co? - zapytał od razu, bo nie wiedział o co jej chodzi.
- Przecież jak się wszyscy dowiedzą co ciebie łączy...
- Nie łączy - nawet nie pozwolił jej dokończyć, ale Martinez prychnęła.
- Nie łączy? - powtórzyła i pokręciła głową, co on ją miał za głupią? Nie miał, ale zaraz dodał.
- Nic nie widziałaś Martinez - spojrzała na niego jak na wariata, ale w końcu westchnęła ciężko.
- Ja mogłam nic nie widzieć, ale jakby to był Eliot? - jak na zawołanie oczywiście pojawił się Eliot.
- Co wy tu robicie? - zapytał, a Madox z Martinez spojrzeli po sobie, i może Martinez nawet chciała coś powiedzieć, ale ubiegł ją Noriega.
- Macie Daltona? - teraz to Eliot i Martinez spojrzeli po sobie.
I co to miało znaczyć?

Pilar Stewart

between obsession and control

: sob sty 17, 2026 10:04 am
autor: Pilar Stewart
Nikomu nie życzyłaby takiej scenerii. Utraty kontroli, która skutkowała jedną wielką czarną dziurą. I może przypominało to momentami ulanie się w trupa, kiedy to alkohol odcinał w mózgu możliwość rejestrowania nowych wspomnień, jednak tutaj to było coś zupełnie innego. Bo chociaż głowa zdawała się dopiero budzić z tego całego amoku, tak jej ciało jakby pamiętało wszystko. Trwało w wielkim przerażeniu, nawet nagły dotyk w tym przypadku ze strony lekarki kończył się u niej jeszcze większym wzdrygnięciem. Czuła, że stało się coś złego. A już po chwili potwierdziła to jeszcze w spojrzeniu Noriegi.
Jego ciemne, obłędnie piękne oczy chociaż teraz przepełnione miłością i troską miały w sobie też wiele bólu i strachu, kiedy przysiadł się w końcu na łóżku i złapał jej dłoń; kiedy zaczął drugą sunąć po jej biodrze i nogach, kiedy rzucił to jesteś, jakby już mogłoby jej nie być. On też ewidentnie przeszedł tego wieczoru jakieś piekło i Stewart musiała dowiedzieć się, o co chodziło. Tylko jak miała to zrobić, kiedy nie mogła nawet kurwa mówić?
Kiedy spytał jak się czuje wywaliła oczami. I to był chyba najbardziej męczący przewrót oczami w całej jej marnej egzystencji na tej planecie. Miała wrażenie, że zajęło jej to z jakieś dwie minuty. A wszystko po to, żeby poszczycić się o odrobinę sarkazmu, skoro nie mogła jeszcze mówić. Z pewnością przecież czuła się wybornie biorąc pod uwagę jej stan. Chociaż kiedy dodał to wszystko będzie dobrze zaraz lekki uśmiech zszedł z jej twarzy.
Spojrzała na niego podejrzliwie, a brwi ściągnęły się do siebie. Co miało być dobrze? Co było źle, że mogło potem być dobrze? Kurwa co tam się stało? I gdzie w tym wszystkim znalazł się Madox? Znowu zacisnęła palce na jego twarzy. Jego kłujący zarost, który wbijał się w skórę dłoni był chyba jedyną rzeczą, która aktualnie ją uziemiała i uświadamiała, że on tu naprawdę siedział, a przecież na ten moment to było dla niej najważniejsze. Nic nie było ważniejsze od niego.
Wiedziała, że ją kłamał, kiedy mówił, że nic się nie stało — Nie musiała nawet czytać tego z jego spojrzenia i sposobie jak zadrżał mu głos — jednak nie miała siły się z nim kłócić. Po raz pierwszy w życiu była gotowa coś odpuścić, bo nie miała w sobie mocy przerobowej, żeby walczyć. Obrzydliwe uczucie. Całe szczeście on sukcesywnie koił to swoją obecnością i gestami, muskając jej twarz i przykładając swoją skroń do jej czoła. To był chyba pierwszy moment, kiedy Pilar w końcu złapała jeden głębszy oddech; kiedy na moment mięśnie w końcu się rozluźniły i chociaż minimalnie zrelaksowały.
Tylko co z tego, jeśli on zaraz oznajmił, że ona tu musi odpoczywać, a on idzie z Martinez? I chociaż Pilar nie mogła nic mówić, zakomunikowała to za nią aparatura, która nagle na nowo zwariowała, aż lekarka doskoczyła do monitora i zaczęła coś na nim sprawdzać. Ciekawe czy przeczytała tam, że Pilar za nic nie chciała, by on sobie teraz poszedł? Czy było tam napisane czarno na białym, że Pilar chce mieć Madoxa blisko? Na pewno kurwa nie było, bo on zaczął się faktycznie zbierać, a ona w ostatniej chwili złapała go za materiał jasnej, szpitalnej pidżamy.
N-ie — rzuciła ochryple, aż coś ją zapiekło w przełyku. Jakby ta kupa gruzu, która ugrzęzła w jej gardle po prostu przesunęła się o kilka milimetrów, ryjąc o żywy organizm. Zabolało, ale kto by się tym teraz przejmował? Na pewno nie Pilar, bo ona jedyne o czym była w stanie myśleć, to co zrobić, żeby Madox został z nią dłużej. Żeby nie szedł z pierdoloną Martinez. — Proszę… — kolejne marne słowo, które nic nie dało, chociaż wszyscy mogli je usłyszeć, bo już wcale nie przypominało szeptu, a bardziej łamany krzyk desperacji.
Nie chciała, żeby ją zostawiał. Był jej jedyną bliską osobą, jedyną rodziną, jaką na tą chwilę miałą i jakiej potrzebowała. Była sama jak palec, a jeszcze zabierali jej Noriegę. Ale przecież Martinez nie mogła o tym wiedzieć. Nikt nie mógł, bo nie dość, że Pilar trzymała w tajemnicy swoją przeszłość, tak przecież tą ich relację też mieli. Tylko pytanie czy ktokolwiek w to teraz uwierzy, po tej małej scence, która miała tu miejsce, a już na pewno po tym te amo, które chociaż widziała tylko ona, sprawiło, że serce Pilar znowu oszalało. Zabiło tak mocno, że lekarka aż zaczęła się rozwodzić nad łóżkiem, że to przecież nie jest normalne, coś przy okazji grzebiąc w jej kroplówce, a dokładniej wciskając jej środek nasenny, który zaczął działać praktycznie od razu. Chociaż Pilar z półprzytomnym umysłem zdążyła jeszcze ułożyć usta w nieme Te amo, nim ponownie zasnęła.


Martinez nie była głupia. Swoje w życiu widziała i dobrze wiedziała, że tak nie zachowywali się ludzie, którzy mieli czysto przyjacielskie relacje. A w tym wszystkim z pewnością tak nie zachowywała się Stewart. Nigdy. Jak już pięć lat razem pracują, Martinez nawet raz nie widziała, żeby Pilar patrzyła w taki sposób na kogokolwiek, a już na pewno nie na innego mężczyznę.
I chociaż to nie było jej miejsce, by mówić ludziom jak powinni żyć, musiała rzucić tymi wszystkimi słowami w stronę Noriegi. Bo on naprawdę chyba nie zdawał sobie sprawy, jak źle mogłoby być, gdyby ktokolwiek więcej się o tym dowiedział. Bo jasne, ona mogła i miała zamiar trzymać język za zębami, ale inni? Inni z pewnością nie pozostaliby na tyle bierni w tej sytuacji, a już na pewno nie ludzie od strony Madoxa i klubu.
Chociaż teraz przecież mieli na głowie zupełnie inną sprawę, niż miłość Noriegi i Stewart. Bo to nie o to się tutaj rozchodziło, a dokładnie to o Nicka Daltona, który…
Nie możemy go namierzyć — odezwał się w końcu Eliot, odpowiadając na pytanie Madoxa, przy okazji wzdychając głośno i osadzając dłonie na policyjnym pasku. — Już go tu nie było, kiedy przyjechał oddział — dodał, po czym spojrzał wymownie na Martinez, jakby to była jej wina, bo przecież osobiście go tutaj zostawiła, kiedy poleciała na komisariat.
A co miałam zrobić? Pozwolić wam zatłuc go na śmierć, kiedy był niewinny? — warknęła, machając ręką w stronę Noriegi.
Nie wiem, kurwa — Eliot przejechał dłonią po twarzy. Wiedział, że miała racje. Też postąpiłby tak jak ona. — Dobra, kurwa, nie ważne. Trzeba będzie postawić tu kogoś przed drzwiami do pokoju Stewart, żeby się tu przypadkiem nie dostał. Wysłałem ekipę do jego mieszkania, chociaż wątpię, że teraz tam będzie, ale może chociaż znajdziemy te zdjęcia — tym razem jego spojrzenie zatrzymało się na twarzy Noriegi. — Ty wiesz gdzie one są? — czy Eliot był gotowy zaproponować Noriedze wizytę w domu psychopaty? Może i był. Skoro i tak od godziny naginali już wszystkie możliwe zasady.

Madox A. Noriega

between obsession and control

: sob sty 17, 2026 12:21 pm
autor: Madox A. Noriega
Leki przeciwbólowe zaczynały działać, nie bolały go już te siniaki, nie bolały ciągnące się szwy, ani nawet ta rana postrzałowa. Bo najbardziej bolał go teraz widok Pilar. Takiej słabej, takiej nie potrafiącej mu się nawet odgryźć, zupełnie bez kontroli. Nie raz widział kobiety w takim stanie, bo przecież w klubie zdarzały się takie akcje, i chociaż Madox tego pilnował, zwracał na to uwagę całego personelu, to przecież zawsze trafił się jakiś psychol, jakiś Nick Dalton. Kilku takich złapali na gorącym uczynku, kilku z nich wytłumaczyli, że to złe. Jednego nawet ostatnio tłumaczył Madox, kiedy nakryła go jego pracownica. A jednak widok Pilar w takim stanie robił na nim piorunujące wrażenie. Cały czas wyrzucał sobie, że mógł jakoś temu zapobiec. Mógł zrobić coś już wczoraj. Zrobiłby, bo on przecież nigdy nie umiał stać z boku i się przyglądać, on nie umiał tego brać na chłodno. On działał. Powinien zadziałać od razu, kiedy tylko znaleźli te zdjęcia.
Siedział przy niej, nawet się blado uśmiechnął, kiedy przewróciła oczami, ale cały czas się zastanawiał co z Daltonem. Bo to jak od niego dostał, to była za mało, chociaż jeszcze na palcach miał czerwone ślady po tych swoich pierścionkach, które kazali mu pozdejmować, a które Dalton mógł mieć odbite gdzieś na ryju, zgrabne M, z jego sygnetu.
Nie chciał jej zostawiać, a to jej ciche nie, przecież tylko potwierdziło, że ona też tego nie chciała. Ale co miał zrobić? Znowu kłócić się z Martinez? Znowu wyrywać policji, do niej? Jak go wcale nie powinno tutaj być.
Proszę.
On też jeszcze spojrzał na Martinez z takim samym niemym proszę wymalowanym na twarzy, ale była nieugięta. Pokręciła jedynie głową, a zaraz później lekarka podała Pilar środek nasenny, chociaż Madox jeszcze dostrzegł tę jej odpowiedź.
Te Amo - w które ułożyły się jej pełne wargi.
Ale co z tego, że oni się kochali, jak on już musiał wyjść, a do tego jeszcze Martinez mu przypomniała, że to przecież nie ma racji bytu. Madox już nawet otworzył usta, żeby coś jej powiedzieć, może żeby jej powiedzieć, że ma to w dupie? Że teraz to już wszystko ma w dupie, ale jej nie zostawi, tylko że wtedy pojawił się Eliot, a razem z nim ta informacja, że Dalton im uciekł.
- Jak to kurwa? - wypalił zanim zdążył ugryźć w język, a Eliot zmarszczył brwi, ale kontynuował. Madox też przeniósł ciemne spojrzenie na Martinez, ale on akurat był jej wdzięczny, a nawet nie zdążył jej podziękować.
- Mnie pilnowało pół komisariatu, a tutaj wysłaliście tylko Martinez? - Noriega parsknął, bo to nie była wina Martinez, tylko...
Ale może rzeczywiście to było teraz nieważne?
- To ja zostaje tutaj - stwierdził Madox, kiedy Eliot powiedział, że postawi tutaj kogoś.
- Jak to zostajesz tutaj?
- Normalnie, ze Stewart... - naprawdę był gotowy tu z nią zostać. Nie chciał jej już zostawiać, ale Eliot wtedy zapytał o te zdjęcia i Madox się zamyślił.
- Wiem, jadę z wami - nie wiedział i pewnie nie powinien jechać zważając na to jak wyglądał, a zresztą...
- Nie możesz - mruknęła Martinez.
- Może... - rzucił zaraz Eliot.
- Mogę - zawtórował mu Noriega. Chociaż wciąż jeszcze walczył ze sobą, czy on może tutaj zostawić Stewart samą? I jakby Elito wyczytał to z jego twarzy.
- Ty zostaniesz tutaj Martinez i przyślę tu jeszcze kogoś... - Martinez chciała coś powiedzieć, ale Eliot zgromił ją wzrokiem, zresztą zaraz wtrącił się Madox.
- Martinez, dzisiaj Lopez ma jakieś badania, będzie tu z trzema kolegami, dwóch tutaj i dwóch na dole - wiadomo, że wcale tak nie było, ale musiał tutaj też kogoś postawić. A Martinez akurat znała Lopeza, można nawet powiedzieć, że dogadywali się bardzo dobrze i często razem balowali w Emptiness. Madox też mu ufał, częściej nawet wysyłał go właśnie na takie akcje poza klub, niż stawiał na ochronie.
- Noriega... - warknął Eliot, ale Madox rozłożył ręce.
- Co? Zamkniesz mnie za to, że moi pracownicy chodzą regularnie na badania? - Eliot strzelił oczami, ale już nic nie powiedział, machnął ręką i ruszyli w kierunku sali.
- Dostanę kurteczkę? - zapytał po drodze Noriega.
- A masz blachę? - wypalił Eliot. A Madox tylko wzruszył ramionami.
Dostał policyjną kurtkę, dostał nawet jakieś świeże ubranie i...
- Masz broń? - zapytał Eliot, kiedy już wychodzili z budynku.
- Nie mam, nie noszę.
- Jak to nie nosisz broni?
- Na ulicy nie każdy nosi broń przy dupie, jak u was.
- A służbowa?
- W sejfie.
Dostał broń i dostał w końcu swój telefon, bo ten drugi, który miał w kieszeni kazał oddać Stewart. Oczywiście, że musiał się wytłumaczyć skąd go miał, ale powiedział jak było, oddała mu go dziewczyna na stacji, mogli jej zapytać. Mogli nawet przesłuchać ją w sprawie Daltona, Madox nawet mógł im dać jej numer. Współpracował. Zanim jeszcze Eliot wydał wszystkie rozporządzenia, to Madox też to zrobił. Zadzwonił do klubu i kazał tu przysłać Lopeza i jeszcze trzech innych ludzi. Kazał też Maddie być czujną, bo mógł jej jeszcze dzisiaj potrzebować.

Pilar Stewart