here comes the needle
: śr mar 04, 2026 9:15 pm
Faktycznie mówiła, że nie spoufalała się z pacjentami.
A jednak — kiedy siedziała na blacie i przyglądała mu się uważnie, gdy krzątał się po kuchni bez koszulki… miała ochotę zmienić zdanie. Abby może i miała dość nudną i surową pracę z zasadami, ale jednak w środku była chodzącą spontanicznością. Uwielbiała zmiany planów, szczególnie, kiedy kończyła się tak, jak ten dzisiejszy poranek: przyszła mu pobrać krew, a skończyła przy stole, zajadając się pyszną szakszuką. Czego można było chcieć więcej od życia?
Cóż, Joel na przykład chciał jeszcze więcej pochwał, co zresztą zaraz zakomunikował dość dostanie w swoich następnych słowach. A Abby? Zaśmiała się głośno i skoro tak ładnie prosił, miała zamiaru mu to dać.
— Dobra — przełknęła kawałek chleba, który miała w ustach, po czym wyprostowała się i spojrzała na niego uważnie. — Joel, to śniadanie jest najlepszym, jakie w życiu jadłam. Pomidory są idealnie przyprawione, jajko zajebiście ścięte, a ta cała szakszuka… — nachyliła się w jego kierunku, nawet na moment nie ściągając z niego wzroku. — Normalnie orgazm w ustach — podsumowała, uśmiechając się bezczelnie. Chciał, żeby mu połechatała ego? No to w takim razie, jej skromnym zdaniem, poszło jej całkiem dobrze. Nigdy nikogo jeszcze tak nie pochwaliła, a przecież całkiem sporo razy ktoś dla niej gotował. Delaney zdecydowanie mógł się poczuć wyjątkowy.
Tak mu zakręciła w głowie, że chyba nawet z początku nie zrozumiał jej pytania, jednak szybko się zreflektował. Naturalnie chodziło jej o trening koszykówki. To, że przez nią nie poszedł na siłkę akurat domyśliła się z chwilą, w której przyszła do jego mieszkania i zastała go w sportowych łaszkach.
— Tak pytam, z ciekawości — wzruszyła ramionami, łapiąc jego czarujące spojrzenie, po czym władowała sobie kawałek jajka z pomidorami do ust, mrucząc przy tym zadowolona. Właściwie to tak się zajadała, że ubabrała sobie pół brody, całe szczęście z Wallace nie była żadna dama i za bardzo się tym nie przejęła. — Nie zmieniłam zdania. Właściwie to muszę się już zbierać — spojrzała przelotnie na wyświetlacz telefonu. Za pół godziny zaczynała zmianę, a biorąc pod uwagę korki w centrum, tak naprawdę już dawno powinna być w drodze. — Życia same się nie uratują, nie? — uśmiechnęła się z rozbawieniem, chociaż przecież taka była prawda. Dojadła porcje z talerza do końca i zeskoczyła z hokera, by iść pozbierać rzeczy z kanapy. Poszło jej to nawet sprawnie i już po chwili stała przy Joelu.
— Ale muszę przyznać, że twoja propozycja śniadania na jutro brzmi… — oparła dłoń o blat, przyglądając mu sie uważnie. Po raz pierwszy na tym samym poziomie, bo on wciąż siedział, a ona stała tuż obok. — Kusząco — musiała przyznać. To dzisiaj było naprawdę smaczne i chętnie wpadłaby na kolejne, ale przecież nie mogła od razu odkryć przed nim wszystkich kart. Nachyliła się delikatnie w przód, nieco naruszając jego przestrzeń osobistą. — Ale pierwsze zaproś mnie na tego kosza… a potem pomyślimy. Mój numer masz — przypomniała mu, po czym w końcu się odsunęła i poszła do korytarza ubrać. Szczerze mówiąc, miała szczerą nadzieję na kolejne spotkanie, jednak w tym samym czasie doskonale zdawała sobie sprawę, że Joel pewnie na porządku dziennym tak zawracał panienką w głowie, wiec w tym samym czasie musiała być w tym wszystkim realistką. Nie zmieniało to faktu, że tego poranka bawiła się świetnie.
Joel Delaney
A jednak — kiedy siedziała na blacie i przyglądała mu się uważnie, gdy krzątał się po kuchni bez koszulki… miała ochotę zmienić zdanie. Abby może i miała dość nudną i surową pracę z zasadami, ale jednak w środku była chodzącą spontanicznością. Uwielbiała zmiany planów, szczególnie, kiedy kończyła się tak, jak ten dzisiejszy poranek: przyszła mu pobrać krew, a skończyła przy stole, zajadając się pyszną szakszuką. Czego można było chcieć więcej od życia?
Cóż, Joel na przykład chciał jeszcze więcej pochwał, co zresztą zaraz zakomunikował dość dostanie w swoich następnych słowach. A Abby? Zaśmiała się głośno i skoro tak ładnie prosił, miała zamiaru mu to dać.
— Dobra — przełknęła kawałek chleba, który miała w ustach, po czym wyprostowała się i spojrzała na niego uważnie. — Joel, to śniadanie jest najlepszym, jakie w życiu jadłam. Pomidory są idealnie przyprawione, jajko zajebiście ścięte, a ta cała szakszuka… — nachyliła się w jego kierunku, nawet na moment nie ściągając z niego wzroku. — Normalnie orgazm w ustach — podsumowała, uśmiechając się bezczelnie. Chciał, żeby mu połechatała ego? No to w takim razie, jej skromnym zdaniem, poszło jej całkiem dobrze. Nigdy nikogo jeszcze tak nie pochwaliła, a przecież całkiem sporo razy ktoś dla niej gotował. Delaney zdecydowanie mógł się poczuć wyjątkowy.
Tak mu zakręciła w głowie, że chyba nawet z początku nie zrozumiał jej pytania, jednak szybko się zreflektował. Naturalnie chodziło jej o trening koszykówki. To, że przez nią nie poszedł na siłkę akurat domyśliła się z chwilą, w której przyszła do jego mieszkania i zastała go w sportowych łaszkach.
— Tak pytam, z ciekawości — wzruszyła ramionami, łapiąc jego czarujące spojrzenie, po czym władowała sobie kawałek jajka z pomidorami do ust, mrucząc przy tym zadowolona. Właściwie to tak się zajadała, że ubabrała sobie pół brody, całe szczęście z Wallace nie była żadna dama i za bardzo się tym nie przejęła. — Nie zmieniłam zdania. Właściwie to muszę się już zbierać — spojrzała przelotnie na wyświetlacz telefonu. Za pół godziny zaczynała zmianę, a biorąc pod uwagę korki w centrum, tak naprawdę już dawno powinna być w drodze. — Życia same się nie uratują, nie? — uśmiechnęła się z rozbawieniem, chociaż przecież taka była prawda. Dojadła porcje z talerza do końca i zeskoczyła z hokera, by iść pozbierać rzeczy z kanapy. Poszło jej to nawet sprawnie i już po chwili stała przy Joelu.
— Ale muszę przyznać, że twoja propozycja śniadania na jutro brzmi… — oparła dłoń o blat, przyglądając mu sie uważnie. Po raz pierwszy na tym samym poziomie, bo on wciąż siedział, a ona stała tuż obok. — Kusząco — musiała przyznać. To dzisiaj było naprawdę smaczne i chętnie wpadłaby na kolejne, ale przecież nie mogła od razu odkryć przed nim wszystkich kart. Nachyliła się delikatnie w przód, nieco naruszając jego przestrzeń osobistą. — Ale pierwsze zaproś mnie na tego kosza… a potem pomyślimy. Mój numer masz — przypomniała mu, po czym w końcu się odsunęła i poszła do korytarza ubrać. Szczerze mówiąc, miała szczerą nadzieję na kolejne spotkanie, jednak w tym samym czasie doskonale zdawała sobie sprawę, że Joel pewnie na porządku dziennym tak zawracał panienką w głowie, wiec w tym samym czasie musiała być w tym wszystkim realistką. Nie zmieniało to faktu, że tego poranka bawiła się świetnie.
Joel Delaney
koniec