I swear, I'm fine.
: śr sty 21, 2026 10:31 am
Niesamowite było, jak marne dwadzieścia cztery godziny potrafiły poprzestawiać człowiekowi w głowie. Jak umiały kompletnie zmienić perspektywę patrzenia na problemy przyziemne. Bo czy któreś z nich przejmowało się teraz jakąś Jamie albo Galenem Wyattem? Czy Pilar poświęciła tej całej Debbie chociaż ułamek sekundy swoich myśli odkąd tu była? Oczywiście, że nie.
Bo jedyne o czym Stewart myślała to Madox. Jego samopoczucie, rana w jego ramieniu i serce, które na moment prawie się zatrzymało. Które było bliskie zamarznięcia, a które teraz na nowo szalało w jego piersi. Czuła to pod opuszkami palców, które zgrabnie przesuwały się po jego klatce piersiowej, Ten energiczny rytm, który był idealnie zsynchronizowany z tym jej. Jakby znowu ich serca biły tylko i wyłącznie dla siebie.
I chociaż ta chwila była piękna i uniosła. przeplatana namiętnością i niesamowitą tęsknotą, która w nich drzemała, tak również wdarły się tam zmartwienia. Głównie te Pilar i jej poczucie winy, które on kompletnie zbył. Bo dla Madoxa w tym nie było żadnej winy, on widział tu jedynie własne poświęcenie z miłości, bo przecież wszystko by dla niej zrobił, bo nie umiał inaczej. I chociaż ona to kurewsko doceniała, tak nie mogła przestać o tym myśleć. Nie mogła przestać się nakręcać, że ściągała na niego kłopoty.
Kurwa.
Może jej mózg naprawdę się uszkodził przez te prochy? Może już na zawsze zgubiła gdzieś tą nieustraszoną Pilar, która nie bała się niczego? Bo teraz się bała. I to wielu rzeczy. A najbardziej to bała się o niego. O tą jedną rzecz, której akurat nie była w stanie kontrolować w żaden sposób.
Zupełnie tak, jak Noriega nie był w stanie kontrolować swojego wenflonu i finalnie kompletnie go rozjebał. I chociaż przystawili do tego koszulkę, krew wcale zdawała się nie odpuszczać. Po chwili czerwona ciecz była już wszędzie — na Pilar, na nim, na materacu i podłodzę. Wyglądało to bardziej jak miejsce zbrodni niż żeby komuś wyleciała igła z nadgarstka.
Spojrzała na niego wymownie, kiedy powiedział, że idzie na dół. Tak, na pewno by go puściła samego, a ona zostałaby sobie tutaj pooglądać gwiazdy i zaśnieżone Toronto. Niedoczekanie. Tylko Pilar nawet nie zdążyła mu odpowiedzieć, odpyskować, bo nim wyciągnęła ręce on już siadał z powrotem na łóżku.
— Jest ci słabo? — spytała, nachylając się w jego kierunku. Twarz miał bladą. Zresztą co sie dziwić, skoro nagle zaczął tracić tyle krwi. — Daj głowę w dół — złapała go za kark i delikatnie pociągnęła w dół. To był najbardziej sprawdzony sposób Pilar na chwilowe zawroty, oczywiście zaraz po leżeniu, ale tu nie było co się kłaść, bo trzeba było przetransportować Madoxa na dół, żeby w końcu zatamowali mu krwawienie.
— Czekaj tu — warknęła i pobiegła szybko do miejsca, w którym zostawili wózek. — Teraz ty dostajesz podwózkę — wzięła go pod ramię i powoli pomogła przesiąść się na krzesło. Przy okazji wskoczyła jeszcze na łóżko i sięgnęła po kroplówkę Karen. Nie powinni przecież zostawiać po sobie aż tylu śladów. Już wystarczyło, że pół podłogi i materac były uchlapane krwią. Pilar przez moment miała nawet genialny pomysł, żeby to jakoś przetrzeć butem, ale tylko rozmazała wszystko jeszcze bardziej. Kurwa, wypierdolą ich z tego szpitala szybciej niż dostaną wypis.
Rzuciła Karen Madoxowi na kolana, a sama schyliła się po swoją bluzę. Całe kurwa szczęście, że ją miała, bo wyglądałaby co najmniej dziwnie w samym staniku przechadzając się wzdłuż korytarzy.
— To chyba koniec naszej randki — cmoknęła, przyglądając mu sie uważnie, kiedy dłonią dopinała zamek bluzy. Szkoda, że tak szybko, ale z drugiej strony, kiedy oni robili cokolwiek na tyle długo, żeby nikt im nie przeszkodził? Chyba tylko jak wylądowali u Pilar w mieszkaniu. Aż dziwne, że wtedy Dalton nie przyszedł. A może był? Nie mogła teraz o tym myśleć.
Pokręciła głową i przeszła wózek dookoła, by zaraz złapać za uchwyty i pchnąć go w stronę winy. Z jednej strony było jej głupio zostawiać tu ten cały gnój, a z drugiej, co oni mieli zrobić? Czym to wytrzeć? Poza tym, to szpital, tu chyba nawet normalny był ten cały nadmiar krwi?
Wina przyjechała nawet sprawnie, na szczęście na razie pusta. Ustawiła go ostrożnie przy ścianie. Wolną ręką wcisnęła czwarte piętro, a zaraz potem już kucała tuż przed nim.
— Hej, hermoso — spróbowała złapać jego spojrzenie. — Jak się czujesz? Tylko nie wyżywaj się za bardzo na Karen. I tak pewnie wyląduje w śmieciach za kilka minut — piękny miała żywot. I tak lepszy niż większość kroplówek tutaj. Tamte tylko wisiały na wieszaczkach, ciągle oglądały te same szpitalne ściany, a Karen? Karen wyruszyła na prawdziwą przygodę i to pełną akcji i gorących scen. Czego można chcieć więcej? Ano na przykład tego, żeby nagle nikt nie szedł do winy, kiedy oni byli tacy cali we krwi.
Madox A. Noriega
Bo jedyne o czym Stewart myślała to Madox. Jego samopoczucie, rana w jego ramieniu i serce, które na moment prawie się zatrzymało. Które było bliskie zamarznięcia, a które teraz na nowo szalało w jego piersi. Czuła to pod opuszkami palców, które zgrabnie przesuwały się po jego klatce piersiowej, Ten energiczny rytm, który był idealnie zsynchronizowany z tym jej. Jakby znowu ich serca biły tylko i wyłącznie dla siebie.
I chociaż ta chwila była piękna i uniosła. przeplatana namiętnością i niesamowitą tęsknotą, która w nich drzemała, tak również wdarły się tam zmartwienia. Głównie te Pilar i jej poczucie winy, które on kompletnie zbył. Bo dla Madoxa w tym nie było żadnej winy, on widział tu jedynie własne poświęcenie z miłości, bo przecież wszystko by dla niej zrobił, bo nie umiał inaczej. I chociaż ona to kurewsko doceniała, tak nie mogła przestać o tym myśleć. Nie mogła przestać się nakręcać, że ściągała na niego kłopoty.
Kurwa.
Może jej mózg naprawdę się uszkodził przez te prochy? Może już na zawsze zgubiła gdzieś tą nieustraszoną Pilar, która nie bała się niczego? Bo teraz się bała. I to wielu rzeczy. A najbardziej to bała się o niego. O tą jedną rzecz, której akurat nie była w stanie kontrolować w żaden sposób.
Zupełnie tak, jak Noriega nie był w stanie kontrolować swojego wenflonu i finalnie kompletnie go rozjebał. I chociaż przystawili do tego koszulkę, krew wcale zdawała się nie odpuszczać. Po chwili czerwona ciecz była już wszędzie — na Pilar, na nim, na materacu i podłodzę. Wyglądało to bardziej jak miejsce zbrodni niż żeby komuś wyleciała igła z nadgarstka.
Spojrzała na niego wymownie, kiedy powiedział, że idzie na dół. Tak, na pewno by go puściła samego, a ona zostałaby sobie tutaj pooglądać gwiazdy i zaśnieżone Toronto. Niedoczekanie. Tylko Pilar nawet nie zdążyła mu odpowiedzieć, odpyskować, bo nim wyciągnęła ręce on już siadał z powrotem na łóżku.
— Jest ci słabo? — spytała, nachylając się w jego kierunku. Twarz miał bladą. Zresztą co sie dziwić, skoro nagle zaczął tracić tyle krwi. — Daj głowę w dół — złapała go za kark i delikatnie pociągnęła w dół. To był najbardziej sprawdzony sposób Pilar na chwilowe zawroty, oczywiście zaraz po leżeniu, ale tu nie było co się kłaść, bo trzeba było przetransportować Madoxa na dół, żeby w końcu zatamowali mu krwawienie.
— Czekaj tu — warknęła i pobiegła szybko do miejsca, w którym zostawili wózek. — Teraz ty dostajesz podwózkę — wzięła go pod ramię i powoli pomogła przesiąść się na krzesło. Przy okazji wskoczyła jeszcze na łóżko i sięgnęła po kroplówkę Karen. Nie powinni przecież zostawiać po sobie aż tylu śladów. Już wystarczyło, że pół podłogi i materac były uchlapane krwią. Pilar przez moment miała nawet genialny pomysł, żeby to jakoś przetrzeć butem, ale tylko rozmazała wszystko jeszcze bardziej. Kurwa, wypierdolą ich z tego szpitala szybciej niż dostaną wypis.
Rzuciła Karen Madoxowi na kolana, a sama schyliła się po swoją bluzę. Całe kurwa szczęście, że ją miała, bo wyglądałaby co najmniej dziwnie w samym staniku przechadzając się wzdłuż korytarzy.
— To chyba koniec naszej randki — cmoknęła, przyglądając mu sie uważnie, kiedy dłonią dopinała zamek bluzy. Szkoda, że tak szybko, ale z drugiej strony, kiedy oni robili cokolwiek na tyle długo, żeby nikt im nie przeszkodził? Chyba tylko jak wylądowali u Pilar w mieszkaniu. Aż dziwne, że wtedy Dalton nie przyszedł. A może był? Nie mogła teraz o tym myśleć.
Pokręciła głową i przeszła wózek dookoła, by zaraz złapać za uchwyty i pchnąć go w stronę winy. Z jednej strony było jej głupio zostawiać tu ten cały gnój, a z drugiej, co oni mieli zrobić? Czym to wytrzeć? Poza tym, to szpital, tu chyba nawet normalny był ten cały nadmiar krwi?
Wina przyjechała nawet sprawnie, na szczęście na razie pusta. Ustawiła go ostrożnie przy ścianie. Wolną ręką wcisnęła czwarte piętro, a zaraz potem już kucała tuż przed nim.
— Hej, hermoso — spróbowała złapać jego spojrzenie. — Jak się czujesz? Tylko nie wyżywaj się za bardzo na Karen. I tak pewnie wyląduje w śmieciach za kilka minut — piękny miała żywot. I tak lepszy niż większość kroplówek tutaj. Tamte tylko wisiały na wieszaczkach, ciągle oglądały te same szpitalne ściany, a Karen? Karen wyruszyła na prawdziwą przygodę i to pełną akcji i gorących scen. Czego można chcieć więcej? Ano na przykład tego, żeby nagle nikt nie szedł do winy, kiedy oni byli tacy cali we krwi.
Madox A. Noriega