Strona 3 z 5

rum ain't gonna fix it

: sob sty 24, 2026 6:50 pm
autor: Pilar Stewart
Burger z knajpy koło domu brzmiał zajebiście. Pilar umierała z głodu, szczególnie teraz, kiedy trwała w tym dziwnym stanie upojenia, kiedy organizm przestał dostawać już więcej alkoholu, ale jednak wciąż wszystko dookoła było lekko chaotyczne i niestabilne.
Chociaż serce już nieco bardziej spokojne.
I to też wcale nie tak, że kiedy wyrzuciła z siebie te wszystkie żale, to nagle wszystko było okej, ale jednak było w tym coś… wyzwalajacego. Jakby jeden z tych wielkich kamieni, który ciążył jej na sercu nieco opadł. Chociaż jeden. Bo przecież była ich jeszcze cała masa, ale to wciąż poprawa. Bo teraz przynajmniej Madox bardziej wiedział, na czym stała jej głowa. Że wcale nie było tak okej, jak ona przez ostatnie dni się zarzekała.
I ona też wiedziała. Wiedziała, że miała go po swojej stronie. Miała przez cały ten czas, niby to widziała, a jednak to na obskurnym zapleczu, kiedy krzyczał do niej jak bardzo mu zależy, dopiero to do niej doszło. I to też sprawiło, że było jej lżej. Znowu odrobinę, nie dużo, ale wciąż.
Do tego stopnia lepiej, że kiedy on sam nagle zaczął męczyć się z kłakiem, na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech. Może nawet prychnięcie? Wyglądało to co najmniej komicznie. Tak wielki facet, a tak duży problem sprawił mu jakiś niewielki paproch. Chuj, że jej też, ale przecież ona była pijana, a on wręcz przeciwnie!
Gdy wspomniał, że może kiedyś przyjdą tu na salsę, twarz Pilar od razu się rozpromieniła, a niewielkie iskierki mogły być zauważalne w jej spojrzeniu.
Byłoby super — rzuciła z uśmiechem pełnym nadziei. Może nieco zbędnym entuzjazmem, bo przecież to tylko głupia salsa, ale jednak czegoś musiała się złapać. Czegokolwiek. Żeby nie zwariować. Żeby znowu nie zacząć myśleć o tym, co sprawiało problem i ból.
Tak samo jak zaraz złapała się jego ręki, dała się podnieść z chłodnej podłogi, a zaraz potem wtuliła się w ciepłe ciało Noriegi. Zaciągnęła jego zapachem, jakby nie czuła go całe wieki, jakby tęskniła za tym tygodniami.
Uśmiechnęła się nieznacznie, gdy stwierdził, że jedno już ma, chociaż zaraz zmrużyła oczy. Ale przecież nie miała już na sobie swojej poważnej koszuli, to i pewnie wcale poważnie nie wyglądała.
Za mało — stwierdziła praktycznie od razu. Miała go za mało. Niewystarczająco. Nawet kiedy jego ciepłe usta w końcu osadziły się na jej wargach, czule i delikatnie, a przez ciało przeszedł przyjemny ciepły dreszcz, wciąż czuła niedostatek. — M a ł o — mruknęła w jego usta, nim zdążył się odsunąć. Nawet złapała za jego koszule, wbiła palce w cienki materiał i chciała ponownie go do siebie przyciągnąć, ale on już wyciągał telefon. Szkoda. Wydęła usta w niezadowoleniu, ale finalnie zgarnęła telefon do ręki.
Oczywiście jej uwadze nie uszły te nieodebrane połączenia z Meksyku, ale była chyba zbyt wstawiona i głodna, żeby teraz przejmować się jego szemranymi interesami.
Zamówie — westchnęła, przyglądając się jak odszukuje kontakt do restauracji. — A ja mogę co chcę? — dopytała jeszcze, jak małe dziecko, które teraz szukało aprobaty we wszystkim, co robiło, żeby przypadkiem znowu czegoś nie zepsuć.
Oczywiście, że jej pozwolił. Daj jej wolną rękę, na co Stewart tylko uśmiechnęła się delikatnie. Poinstruowała go, w którym miejscu zostawiła kurtkę, chociaż były to jakieś marne poszlaki w stylu gdzieś na hokerze przy barze, co z pewnością mogło być równoznaczne z tym, że pewnie któraś z barmanek zgarnęła ją pod ladę.
Kiedy poszedł oznajmić wszystkim ich wyjście, Pilar ponownie przycupnęła na podłodze. Nogi dalej miała jakieś ciężkie i bała się, że jak chwile postoi w bezruchu, to zaraz znowu wywinie orła, dlatego lepiej było zabezpieczyć się zawczasu. Nawet znalazła jeszcze jedną limonkę gdzieś za skrzynką, gdy rozglądała się, czekając aż po drugiej stronie obsługa łaskawie odbierze.
Kiedy w końcu mogła złożyć zamówienie, poprosiła o przygotowanie na wynos do odbioru jednego podwójnego burgera na ostro w zestawie z frytkami, a potem… nie mogła się zdecydować, co chciała. A że była głodna, to oczywiście przeceniła swoje możliwości i domówiła jeszcze jeden zestaw z frytkami, kurczaczki, quesadille, tacosy i kilka deserków, bo na jeden również nie potrafiła się zdecydować. Zdecydowanie więcej, niż dwie osoby byłyby w stanie zjeść, ale to przecież nie jej wina, a Noriegi, że zostawił ją samą ze swoim telefonem.
Nim do niej wrócił, telefon zadzwonił jeszcze dwa razy.
Zamówiłam!!! — rzuciła dumna, gdy pojawił się z jej kurtką w ręce. Wystawiła do niego dłonie, by pomógł jej wstać, a potem podparła się na nim, przy okazji oddając telefon. — Znowu ktoś do ciebie dzwonił — zauważyła, przyglądając mu się uważnie. — To chyba coś ważnego, skoro tak się do ciebie dobijają — dodała jeszcze, przy okazji wystawiając łapy na boki, żeby Noriega mógł ją ubrać. Chociaż zapięła się już sama.
Przeszli przez zaplecze, tylnym wyjściem. Dokładniej tym, którym wyszedł również Marco, a raczej został wyniesiony kilka tygodni temu i którym zapewne uciekła Ruby po tym, jak postrzeliła Madoxa. Przeszli prosto na parking, a kiedy podeszli do samochodu, Pilar zmrużyła oczy, znowu intensywnie się nad czymś zastanawiając.
Przecież to nie jest twój samochód — stwierdziła, krzyżując ręce na klatce piersiowej i bujając się delikatnie na boki. — Komu go zajebałeś? Twój był fajniejszy.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: sob sty 24, 2026 7:50 pm
autor: Madox A. Noriega
Zdecydowanie lepiej patrzyło się na nią, kiedy jej oczy znowu błyszczały, ale nie od nadmiaru alkoholu, chociaż może od tego trochę też, ale od tego, że salsa wydała jej się super. Nic nadzwyczajnego, zwykły wieczór salsy, ale może dla nich jednak było to trochę wyjątkowe? Bo kojarzyło się przyjemnie, z ogniem. A oni przecież oboje zawsze lubili z nim igrać... Chociaż igrać to złe słowo. Bo w ich wypadku ten ogień, to palił do żywego, wybuchał nagle i trawił wszystko na swojej drodze.
- To w przyszłym tygodniu, bo w tym jest jeszcze... - przymknął jedno oko myśląc nad tym - jakieś pink party, nie wiem co tam będzie leciało - a najdziwniejsze to było to, że tym pomysłem akurat rzucił Madox, bo podsunęła mu go Peach i jak Maddie pytała o te tematyczne imprezy, to rzucił takim pomysłem. Maddie zaraz podłapała.
Teraz on też od razu załapał, i kiedy tak się w niego wtuliła, to przytulił ja do siebie mocniej, to oparł na moment brodę o jej głowę, ale zaraz już patrzył w jej piękne, czekoladowe oczy. Oczy, które tak mrużyła groźnie... Chociaż jemu to dzisiaj wcale tak nie wyglądało, zupełnie nie groźnie. Na to za mało, odpowiedział pocałunkiem. Może nie tak dzikim jak zawsze, ale czułym, z całym tym sercem, które do niej przecież miał, które dla niej biło, w piersi, pod tym lwem.
Przez chwilę na te kolejne mało, chciał znowu ją pocałować, może już bardziej zachłannie? Ale poczuł jak znowu wibruje mu telefon w kieszeni i sięgnął po niego. A później to już tylko odrzucił połączenie i dał go jej. Jeden kącik jego ust drgnął na to pytanie a ja mogę co chcę, skinął głową, chociaż przez moment czuł w kościach, że może to nie jest wcale najlepszy pomysł. Ale przecież...
- Wszystko co tylko chcesz - znowu złożył krótki pocałunek na jej skroni, a później poszedł na misję szukania jej kurtki. Ale rzeczywiście okazało się, że zgarnęły ją barmanki, tą jego też. Madox to by pewnie pogubił tu swoje rzeczy, jakby go tak nie pilnowali. Jak z dzieckiem czasem.
A potem jak takie dziecko Pilar wyciągała do niego ręce, kiedy w końcu wrócił. Uśmiechnął się do niej szeroko, tym razem już kompletnie szczerze i bez tej myśli z tyłu głowy, że to nie czas na zabawę, bo może był?
- Brawo, to prawie jakbyś ugotowała, od razu będzie lepiej smakowało - podniósł ja z ziemi, a telefon od razu wsunął do kieszeni - nie wiem co to za numer - stwierdził. A Madox to wychodził z założenia, że jak nie ma tego numeru, to to nic ważnego, bo przecież wszystkie ważne miał zapisane. Chociaż Maddie coś tam też mu mówiła, żeby oddzwonił przecież, ale to jutro mógł to zrobić. Zwłaszcza, że teraz to już wciągał na Stewart jej kurtkę, nawet czapkę jej założył, i szalik, bo powyciągał je z rękawów. Już nie tą z pomponem, którą gdzieś tam w rowie zgubił, ale też była fajna. Jeszcze tak zgrabnie jej ją poprawił, że opadła jej cała na oczy. On też się ubrał, bo jednak kiedy wychodził na zewnątrz to wciąż mu było zimno. Więc zanim jeszcze wyszli przed klub, to on się pookręcał szalikiem i wcisnął na głowę czapkę.
Kiedy stanęli przy samochodzie to Madox przez chwilę szukał kluczyków, bo gdzieś je włożył...
- Nie mój... - zaczął, ale na jej kolejne słowa wywrócił oczami - wyglądam jak ktoś, kto po godzinach kradnie samochody? - zapytał, ale w sumie... trochę wyglądał. Zwłaszcza, że teraz w tym szaliku i czapce, to było mu widać praktycznie tylko oczy. Chociaż jak powiedziała to, że jego był fajniejszy, to się uśmiechnął, poprawiając szalik, tak, żeby mogła to widzieć. Wiadomo, że jego samochód był super. Intensywnie czerwony, a przecież czerwień, to był jego kolor. Ich kolor.
- Mój jest u mechanika, a ten jest jego, nie jest fajny? - oparł się o maskę tego Dodge Chellangera i poklepał po niej dłonią. Zupełnie różny niż jego BMW, jakiś bardziej toporny niż drapieżny, ale Madoxowi się podobał. Wydawał mu się taki gangsterski. Nawet kiedyś myślał, żeby sobie taki kupić, jako drugi, ale z czasem zaczął mierzyć trochę wyżej i teraz mu się marzyło Ferrari.
Znalazł w końcu kluczyki w wewnętrznej kieszeni kurtki i otworzył auto.
- Zobaczysz jak chodzi - rzucił do Pilar i nawet nie otworzył przed nią drzwi, tylko wsiadł do środka. Taki dżentelmen z niego był, ale co zrobić. Zanim jeszcze zapiął pas, a nawet zanim ona na dobre wsiadła i zamknęła drzwi, to on już odpalał silnik, a później wcisnął pedał gazu, gazując to bydle. Silnik po prostu ryczał, aż mogła to poczuć, zanim zamknęła na dobre drzwi, jak cały samochód drżał.
- Jak jakiś kurwa... nie wiem, czołg - stwierdził, a później spojrzał na nią - pas - przypomniał. Chociaż akurat Pilar to była przecież na tym punkcie uczulona. Więc on też zaraz sięgnął do swojego, dwa razy go szarpnął zanim udało mu się zapiąć. Pas w BMW miał już wyczuty, a tutaj jakoś ciężko chodził. Zresztą cały ten samochód szedł ciężko, kiedy już stoczył się z krawężnika i wyjechał na drogę. Nie, chyba jednak Madox nie chciałby takiego samochodu, zwłaszcza, że on cały czas dodawał gazu, i prowadził po prostu agresywnie, jak zawsze zresztą.

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 11:08 am
autor: Pilar Stewart
Pink party kompletnie do niej nie przemawiało. Sama Pilar zdecydowanie wolała kolor czerwony, ognisty. Róż kojarzył się raczej z czymś słodkim i cukierkowym, a ona była od tego naprawdę daleka. Dlatego ochoczo zgodziła sie poczekać do przyszłego tygodnia na wieczór latino. Nie pytała, jak on sobie to wyobrażał, chociaż przecież mieli udawać, że się nie lubią, szczególnie w klubie. Jak na razie wychodziło im to kurewsko źle. Tragicznie nawet.
Za to już mniej tragicznie poszło jej zamówienie jedzenia (chyba) i jemu pozbieranie jej z podłogi i ubranie do wyjścia. W Toronto wciąż panowały mrozy i szczególnie noce były wyjątkowo zimne, dlatego kiedy wyszli na parking Pilar od razu naciągnęła szalik na nos, nie mówiąc już o tym, że z dobre trzy razy prawie wywinęła orła. Całe szczęście Noriega refleks miał nienaganny i przytrzymał ją za każdym razem.
Przewróciła oczami, kiedy powiedział, że samochód nie był jego. No tyle to sama też zdążyła zauważyć. Chociaż kiedy spytał, czy wyglądał na kogoś, kto kradł samochody, Pilar prychnęła głośno.
No raczej, prawdziwy bandyta — szczególnie teraz, kiedy jedyne co było widoczne, to jego obłędne, czekoladowe oczy. — Tak czułam, że ta kominiarka nie znalazła się w twojej szafie przez przypadek — dodała po chwili, krzyżując ręce na piersi i przy okazji opierając biodro o karoserie auta. W kominiarce to dopiero wyglądał jak bandyta. Choinek. Ale jakby odjąć od tego widoku choinkę i pudło z ozdobami, to można go było spokojnie wysłać na misję, żeby zawęzić jakiejś starej babci torebkę.
Ten też jest okej — wzruszyła ramionami, gdy spytał czy ten nie jest fajny. — Ale wolę twój. Przywiązałam się do niego — wyjaśniła. W końcu używała jego BMW przez kilka dni, nim jej Toyotę można było odebrać od mechanika. Było wygodne, dobrze się prowadziło, a przede wszystkim pachniało nim.
Bo to, do którego właśnie wsiedli pachniało jakimś jebanym leśnym lasem i to tak intensywnie, że Pilar w ułamku sekundy poczuła się, jakby nagle znalazłą
się pomiędzy sosnami na grzybach. Dobrze, że jeszcze zapachu gówna w tym nie było, żeby już w stu procentach oddać klimat.
Z tego wszystkiego kompletnie zapomniała zapiąć pasy, bo przecież jej nie zdarzało się nigdy. Całe szczęście dzisiaj to Noriega był tym odpowiedzialnym. Oczywiście trochę się z tym namęczyła, ale finalnie się udało.
Jak czołg? — uniosła jedną brew, przyglądając mu się uważnie. — A to weź coś tak… staranuj — podkusiła, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że przecież jej nie posłucha. Chyba jedyny Madox, który by na to poszedł, to ten, którego odbierała z balu, a dokładniej ze szpitala. Zdecydowanie. Tamten Madox i ta Pilar to by się zajebiście dogadali. A już z pewnością skończyliby wtedy na SORze. I to nie jako odwiedzający, a jako pacjenci. A szpitali to oni ostatnio mieli zdecydowanie dość, dlatego może nawet i lepiej, że jedno z nich ciągle było trzeźwe.
Auto ruszyło z parkingu, a Pilar od razu doskoczyła do panelu z kontrolkami. Poprzekręcała ogrzewanie, ustawiła wszystko na fulla i przy okazji włączyła radio. Chociaż to ostatnie akurat było błędem, bo z głośników zaraz na cały regulator poleciał jakiś heavy metal, aż ich oboje wzdrygnęło, a Noriega to prawie zjechał z drogi.
Kurwa — rzuciła, próbując przekrzyczeć muzykę darcie mordy. Nagle nie umiała tego wyłączyć. Chuj, że chwile wcześniej sama to opaliła, teraz za nic nie dało się tego uciszyć. — Ja jebie, ogłuchnę — zaczęła walić na oślep we wszystkie przyciski, łudząc się, że w końcu któryś zadziała. I wtedy jak na zawołanie, hałas ucichł, a na jego miejsce zagrały… kościelne dzwony. Świetnie. Jak nie heavy metal, to kurwa radio maryja. A tego to już się serio nie dało wyłączyć.
Coś się zepsuło — jęknęła bezradnie, przystawiajać czoło do deski rozdzielczej i jeszcze próbując klikać wszystko po kolei. Na nic. Bo nawet taka sztuka jak Pilar czasami nie wiedziała, co zrobić. Szczególnie kiedy była wciąż pijaniutka. Uniosła spojrzenie na Madoxa. — Napraw — poprosiła krótko, ale on również nic nie mógł na to poradzić. Bo to gówno się naprawdę zepsuło. Więc nie dość, że w drodze do restauracji mieli odprawianą mszę, to jeszcze w jebanym lesie, biorąc pod uwagę zapachy. Żyć, nie umierać.
Całe szczęście, że knajpa znajdowała się blisko, a drogi o tej porze nie były już tak bardzo zakorkowane, bo inaczej naprawdę szło zwariować. Albo się nawrócić. Ale na to dla nich już było chyba za późno.
Kiedy Noriega zaparkował przed knajpą, Pilar odpięła ładnie pas i wygramoliła się na zewnątrz. Tam to dopiero było ślisko. Aż musiała wziąć Madoxa pod rękę, żeby jakoś dokoptować się do środka. A potem to już wyjebane — puściła go i podbiegła koślawo do lady, uśmiechając się od ucha do ucha. Rzuciła dumnie, że przyszła odebrać zamówienie na nazwisko Noriega, a babeczka faktycznie nabiła jakąś zniżkę stałego klienta. Podała kwotę i już chyba po niej dało się stwierdzić, że Stewart nieco zaszalała za zakupami.
Ja płace — złapała go za nadgarstek, kiedy sięgał do swojej kurtki. Oczywiście mu się to nie spodobało, więc Pilar znowu wymalowała na twarzy ten swój pijany-gniewny look, tylko tak jak wczesniej, nie miała już na sobie poważnej koszulki i nic z tego było. — Powiedziałeś, że dzisiaj ja decyduję — wypomniała mu. — To ja płacę — nie miała zamiaru z nim dyskutować. Odwróciła się do kasy, a zaraz wyciągnęła telefon i przystawiła do terminala. Maszyna wydała odpowiedni dźwięk, a kelnerka zniknęła na zapleczu, by zaraz wrócić z c z t e r e m a torbami.
Mogło mnie trochę ponieść — mruknęła pod nosem, kiedy poczuła na sobie wzrok Madoxa. Ale była głodna i pijana, okej? Takim ludziom nie daje się telefonu i nie mówi rób co chcesz!

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 12:22 pm
autor: Madox A. Noriega
Może on rzeczywiście wyglądał na bandytę? Może dlatego dostał w gębę od świętej Beth? Ale przecież nie miał wtedy kominiarki, coś mu tutaj nie pasowało.
- Ty zakładasz mundur, ja kominiarkę i będziemy się bawić w odgrywanie scenek, tak dla urozmaicenia - oparł się o dach samochodu zerkając ponad nim na nią. Tak jakby oni w ogóle musieli sobie cokolwiek urozmaicać. Ale ten mundur, to przecież chodził mu już od dawna po głowie. Miał do nich słabość. Do swojego samochodu też miał, ale zaraz się zapytał.
- To co, robimy zamianę na Toyotę? Będę w niej najbardziej rzucającym się w oczy gangusem w okolicy - jakby w swoim krwisto czerwonym BMW się nie rzucał. Jakby się w ogóle nie rzucał, w tych swoich kolorowych koszulach, z tatuażami i złotymi łańcuchami na szyi. A do tego te włosy. Chociaż powoli zaczynały mu się nudzić. Może to pora na jakieś zmiany?
Na pewno była pora, żeby zapiąć pasy i Madox jeszcze chwilę poczekał, aż ona sama to zrobi, gazując przy okazji ten samochód, który buczał. On po prostu ryczał, zupełnie inaczej niż sportowe auto.
- A co? Tamten śmietnik? - zapytał i on też uniósł jedną brew, a później wbił wsteczny i nacisnął na gaz, a zaraz na hamulec tuż przed śmietnikiem, aż trochę nimi szarpnęło. Akurat jeśli o Madoxa chodzi, to czy on był trzeźwy, czy pijany... to rzucanie mu jakichkolwiek wyznań zawsze było ryzykowane.
- Ale to nasz, nie będziemy robić syfu, bo Maddie się wkurwi - zerknął jeszcze raz na Stewart, a później wyjechał z parkingu. Za bardzo gazował to auto, a ono opornie jakoś szło, denerwowało go to, wiec kiedy jeszcze z głośników poleciał ten jazgot, to rzeczywiście zrobił jakiś łuk na sąsiednim pasie, dobrze, że nic nie jechało z naprzeciwka. Też próbował sięgnąć do radia, ale było jakieś oldskulowe, jakieś pokrętła i guziki, nie to co u niego nowoczesne i proste w obsłudze, jeden przycisk a stiuningowane głośniki już puszczały latino na cały regulator.
Uniósł jedną brew na ten anioł pański, który zaraz poleciał na miejsce metalu, może oni kurwa naprawdę bardzo nagrzeszyli? Za bardzo.
- Fredo mnie zapierdoli, jak to się nie naprawi... - rzucił i jeszcze próbował coś klikać, a później nawet walnął od góry pięścią to radio, ale to nic nie dało. Wysłuchali jakiegoś kościelnego zawodzenia, które było chyba gorsze niż ten metal, ale na szczęście szybko dojechali pod restaurację.
Noriega wysiadł i przytrzymał Pilar, żeby bezpiecznie weszła do środka, on wszedł za nią, od progu już się ze wszystkimi przywitał, nawet stanął sobie chwilę z jakimś facetem, który akurat sprzątał stoliki, ale chyba był właścicielem, bo zaraz wjechały jakieś tematy szefoskie. Madox podszedł do lady zaraz za Stewart, oparł się o nią łokciami obok kasy, jeszcze się przywitał z dziewczyna, która ich podliczała. A kiedy Pilar wypaliła z tym ja płacę, to odwrócił się do niej.
- No a na jakie nazwisko jest zamówienie? Bo chyba na Noriega, to płaci kto? - zapytał i już sięgał do kurtki, ale wtedy ona znowu tak na niego spojrzała słodko gniewnie. Wywrócił oczami, a później wzruszył ramionami do kelnerki.
- Dzisiaj dziewczyna mi stawia... - rzucił trochę dwuznacznie i zerknął z ukosa na Pilar. A sprzedawczyni tylko się uśmiechnęła, bo pewnie znała Madoxa i za specjalnie jej nie ruszały jego teksty, zaraz zresztą się okazało, że to też jakaś panna faceta, z którym rozmawiał Noriega, bo kiedy wszedł za bar, to do niej podszedł i klepnął ja w tyłek. Gdy te cztery torby wylądowały na ladzie, to mężczyzna się odezwał.
- Robisz jakąś imprezę Madox? - zapytał. A Noriega pokręcił głową, ale zaraz stanął za Stewart, żeby ją objąć. Mieli udawać, że się nie lubią tak?
No ale to przecież w klubie.
A nie byli w klubie.
- Tak, ale tylko we dwoje - jeszcze się do niej pochylił i ugryzł ją w ramię, ale pewnie przez tą kurtkę to nawet nie poczuła. Zaraz jednak zbierał już z lady te torby, chociaż jedną jej dał, no bo była dużą, samodzielną pijaniutką dziewczynką, to mogła mu trochę pomóc, zwłaszcza, że jak wyszli, to on musiał znowu ją ubezpieczać w drodze do samochodu. A kiedy się poślizgnęła, to ją przytrzymał i korzystając z okazji, posadził na masce, kiedy wkładał te torby do samochodu.
Właściwie teraz to już wystarczyło przeparkować samochód pod blok, na szczęście kiedy Madox odpalił ryczący silnik, to z głośników nie poleciała już żadna msza, ani czarna też nie, tylko jakieś wiadomości. Chyba samo się naprawiło, albo może to radio tak działało, że randomowo puszczało różne stacje?
Wysiedli i znowu ruszyli do budynku, tylko teraz to już Noriega niósł wszystkie torby, bo Pilar szukała klucza. Szukała i szukała...
- Debbie się wyprowadza, wiesz? Nie wiem czy już zabrała rzeczy - tak ją poinformował, kiedy jechali windą. A gdy już stanęli przed drzwiami, to Madox wbił ciemne tęczówki w Stewart - zgubiłaś? - zapytał najpierw, ale nie z wyrzutem, po prostu. Jeśli w klubie, to pewnie go znajdą. Zwłaszcza, że on jej specjalnie od razu dorobił ten klucz i przypiął jakiś ładny brelok, żeby się wyróżniał. A Florze już drugi miesiąc nie mógł dorobić. Chociaż teraz to już to zrobił, przy okazji tego jak zamówił ten dla Pilar.
- Mam moje z tyłu w kieszeni - nawet się do niej trochę obrócił tyłem, żeby je wyciągnęła, no chyba, że znalazła w końcu te swoje?

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 1:24 pm
autor: Pilar Stewart
Podobał się jej ten pomysł z przebieraniem. Nawet nie musieliby za dużo udawać, bo przecież ona i tak już była gliną, a on nawet bez kominiarki dla niektórych wyglądał jak gangus. Może właśnie dlatego święta Beth go tak zdzieliła? Albo po prostu była pierdolnięta, ale Pilar już nie chciała o tym myśleć, bo znowu by się wkurwiła, a przecież miała już lepszy humor.
Miała lepszy, bo i między nimi było lepiej. Bo na tym przeklętym zapleczu zostawili trochę żali i nieco oczyścili atmosferę, a to zaś sprawiło, że Stewart od razu poczuła się lepiej, jakoś lżej. Na sercu i na duszy. Nie miała pojęcia, jak to będzie rano, kiedy dzień na nowo się zresetuje, ale przecież teraz jeszcze był wieczór. Może w końcu ich? Od czasu kiedy się wprowadziła do Madoxa, nie spędzili jeszcze ani jednego sami. Albo w mieszkaniu krzątała się masa ludzi, albo Pilar była na tyle pijana, że od razu szła toczyła się prosto do łóżka. A czasami obie rzeczy na raz, bo przecież kilka dni temu Madox zastał ją i Ricziego, jak urządzali sobie imprezę w salonie. Potłukli przy tym jakieś szklanki i nie wiedzieć jakim cudem, gacie Martineza wylądowały na lampie. W sumie Pilar do teraz nie wiedziała. Ani kto je w końcu ściągnął.
Tak samo jak nie wiedziała, czy Madox pozwoli jej zapłacić. Doceniała jego dobre wychowanie, ale przecież Stewart była niezależną kobietą, w dodatku taką, która zarabiałą dorosłe pieniądze i naprawdę nie potrzebowała sponsoringu. No chyba, że Galen Wyatt chciałby jej kupić włąsne lambo.
Oboje dobrze wiemy, że zamówiłam na twoje nazwisko, bo masz tu zniżki — sucha, szczera prawda. W każdym innym wypadku przecież użyłaby własnego. Poza tym, już tak dużo razy udawali narzeczonych, że Pilar mogła takie rzeczy robić już praktycznie z automatu.
Prychnęła, kiedy oznajmił właścicielowi, że ona mu dzisiaj stawia.
Wszystko, co tylko będzie chciał — podłapała od razu, opierając się o jego tors, na co facet od razu wyszczerzył zęby.
Szczęściarz — puścił do Noriegi oczko, a potem znowu klepnął kasjerkę w tyłek. — Moja nie chce mi ostatnio stawiać — pożalił się przy okazji, na co w reakcji kobiety od razu został zdzielony łokciem w brzuch. Ups?
Zapłacili, zgarnęli torby i skierowali się do wyjścia. Oczywiście Madox musiał ją kilka razy łapać, bo była naprawdę bliska wywinięcia orła w jakiejś zaspie. Do tego stopnia, że skończyła na masce, kiedy on pakował zakupy. Było nawet wygodnie. Do tego stopnia, że machałą nogami i wyciągała ręce do Noriegi, by przyszedł do niej, dał jej trochę uwagi. Ale on był zbyt zaaferowany pakowaniem zakupów, a potem trzeba było przeparkować auto, wiec Pilar niechętnie zeskoczyła i władowała się do auta.
A potem jeszcze nie mogła znaleźć kluczy. A przecież na pewno miała je w kieszeni kurtki. Jeszcze specjalnie wzięła dzisiaj taką z zapinanymi kieszeniami, bo ostatnio już prawie zgubiła telefon. Grzebała dzielnie, gdzie tylko się dało, chociaż kiedy wspomniał o Debbie, przestała i podniosła na niego spojrzenie.
Excelente — uśmiechnęła się szczerze i ten już dobry humor poprawił się jej jeszcze bardziej. Nie lubiła Debbie. Przez te kilka razy co miały przyjemność się widzieć, za każdym razem była jakaś nadąsana i wiecznie się o wszystko obrażała. A przynajmniej Stewart miała takie wrażenie. Chyba przeszkadzały jej tłumy w mieszkaniu bardziej niż Pilar, a to już wyczyn. Pewnie wolała, kiedy byli tylko we dwójkę. Ciekawe kurwa czemu. — Znalazła w końcu fundusze na własne mieszkanie? — dopytała, bardziej dla zasady niż bo ją to faktycznie interesowało. Mało obchodziły ją byłe Madoxa, szczególnie ostatnio, a tym bardziej teraz, kiedy już nie będą mieszkać z nim pod jednym dachem.
Wróciła do szukania kluczy, ale dalej ich nigdzie nie było. Miała jeszcze dwie wewnętrzne kieszonki do sprawdzenia i pewnie właśnie tam by były, ale wtedy Noriega wypiął się w jej kierunku i Pilar jakoś… odechciało się szukać.
To bierzemy twoje — oznajmiła i nie czekając ani chwili dłużej, po prostu wcisnęła rękę do jego tylnej kieszeni. A dokładniej to dwie na raz, tak już na zapas, wiadomo, żeby się upewnić, że w którejś znajdzie. — Mam — wyciągnęła je powoli, nie omieszkając na krótki moment zahaczyć paznokciem o pasek jego spodni i wcisnąć zimne palce pod materiał kurtki. Dopiero po chwili podeszła do drzwi i odkluczyła zamek. Oczywiście z tym też trochę się namęczyła. Nawet musiała wywalić język na bok dla lepszego skupienia, jednak finalnie misja zakończyła się sukcesem.
Jak dobrze być w domu — wyrwało się jej, gdy już zrzucała z siebie płaszcz. Wiadomo, traktowała to mieszkanie jako lokum tymczasowe, miała pełną świadomość, że w końcu będzie musiała wrócić do siebie, jednak na tamtą chwilę, kiedy on był obok i trzymał w rękach tonę jedzenia, było to jedyne miejsce, w którym Pilar chciała być. Dom.
I ten dom chyba po raz pierwszy był… pusty. Stewart aż zamrugała kilkakrotnie, rozglądając się na boki, bo to było aż niemożliwe.
Nikogo nie ma? — dopytała, jakby nie dowierzała. Zrzuciła buty i od razu poszła się rzucić na kanapę. Wcześniej prawie wypierdalając się o dywan, bo on znowu był podwinięty.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 3:45 pm
autor: Madox A. Noriega
Oboje dobrze wiemy, że zamówiłam na twoje nazwisko, bo masz tu zniżki - a on myślał, że po prostu już się przyzwyczaja do jego nazwiska, a tu proszę, wszystko dla zniżek. Wywrócił oczami, ale nic już nie powiedział, chociaż, na to wszystko co tylko będzie chciał, to również wyszczerzył się w uśmiechu, ale też już nic nie mówił, bo już wychodzili, już się żegnali. Chociaż Madox to akurat, z właścicielem sobie czasem wypili po piwku, czy obejrzeli jakiś meczyk, można powiedzieć, że się kolegowali, on ogólnie mimo wszystko, mimo tego wyglądu bandziora, to jakoś tak łatwo łapał z ludźmi kontakt, a że tu się stołował często, to nie ma co się dziwić.
Przeparkowanie samochodu poszło im dość sprawnie, chociaż wcisnąć tego Dodge'a na miejsce BMW było trudniej, no ale Noriega był jednak dobrym kierowcą, i już po chwili weszli do budynku.
Uniósł jedną brew, na to jej excelente, chociaż tak naprawdę to go w ogóle nie dziwiło, ale oczywiście musiał się odezwać.
- A ja myślałem, że się zaprzyjaźnicie, będziecie razem malować paznokcie, czy coś - wcale tego nie widział, a co jeśli by go jeszcze obgadywały podczas tych zabiegów kosmetycznych? Lepiej się stało, że jednak do tego nie doszło. Wzruszył ramionami na jej kolejne pytanie.
- Nie wiem, w sumie nie dopytywałem - zakomunikowała mu, że się wyprowadza, a on powiedział dobrze, tyle. Nie drążył tematu, a mimo wszelkiej sympatii do Debbie, no to jednak była ostatnia w kolejce do mieszkania tutaj, bo przecież rodzina była dla niego ważniejsza. A najważniejsza to była jednak Stewart.
Uniósł trochę ręce do góry, żeby było jej łatwiej szukać kluczy, a kiedy zahaczyła o pasek jego spodni, kiedy wsunęła zimne palce pod materiał kurtki, dotykając nimi gorącej skóry na jego plecach, to się do niej przysunął. Tylko, że nawet nie mógł jej dotknąć, chwycić, bo trzymał te torby. A po plecach, już mu przeszedł przyjemny dreszcz, westchnął ciężko opierając się o ścianę, kiedy się odsunęła, kiedy męczyła się z zamkiem. Śmiesznie się na nią patrzyło taką nieporadną. Chociaż w tym wydaniu też mu się podobała, też kupowała go całego. Urocza.
I kupiło go też to jej jak dobrze być w domu, bo on przecież chciał, żeby u niego czuła się jak w domu. Starał się, żeby tak było. Od razu dorobił jej klucze, zrobił nawet miejsce w szafie, czyli zapakował jakieś rzeczy w worki i wywiózł je do klubu, a pewnie za kilka dni będzie ich szukał po całym domu. Ogólnie starał się, żeby czuła się tu jak u siebie. Bo właściwie to dla niego już, co jego, to jej. Biorąc pod uwagę fakt, że jego serce to było całe jej właśnie.
Postawił torby na stole, oczywiście też potykając się po drodze o zawinięty dywan, co z tym dywanem było nie tak?
Chyba nie z dywanem, z domownikami raczej, bo nikt nie miał zamiaru go poprawiać. Zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku, a później buty, które też równo ustawił na stojaku przy drzwiach, te swoje i te Stewart też.
- Nie... I najprawdopodobniej nie będzie do rana - powiedział jeszcze zanim walnął się na kanapę obok niej - Debbie chyba jednak się już pozbierała - bo rzeczywiście nie było jej rzeczy, nawet tych zapachowych świeczek, które kiedyś stały na stoliku - Florze dałem kasę na kino i poszła spać na ulicy... - przysunął się do Pilar pokazując jej czubek języka, no bo jednak sobie żartował - do jakiejś koleżanki właściwie, a Richie ma randkę - żeby tylko Richie z tej randki nie wrócił za wcześnie. Ale jeśli miał w sobie chociaż trochę z kuzyna, to zostanie pewnie na śniadanie.
A Madox znowu się przesunął do Stewart, tak, że już wylądował pomiędzy jej udami, już pochylał się do jej pełnych, gorących ust, nad którymi zawiesił swoje wargi.
- To co? Zaczniemy od deseru? - powiedział powoli, tak żeby każde słowo poczuła na sobie, tylko, że zaraz też mogła poczuć jak znowu dzwoni mu telefon i wibruje w kieszeni pomiędzy jej nogami. Noriega znowu strzelił oczami, a później niechętnie ale się podniósł, wyjął go i znowu spojrzał na wyświetlacz, rozłączył. Rzucił telefon na stolik, tylko, że już się na przysuwał, do Pilar, zamiast tego usiadł na brzegu kanapy.
- Albo może od burgera? - jeszcze jedno przelotne spojrzenie rzucone w kierunku Stewart, ale zaraz wyciągnął do niej rękę - może nawet odpalimy jakieś świeczki, żeby było romantyczniej? - zapytał, ale w sumie skoro Debbie zabrała te swoje to pewnie innych nie miał. Nawet zerknął pod stolik w salonie, ale znalazł tam tylko niedopalonego skręta, wyciągnął go i pokazał Pilar, ale wątpił, żeby zastąpił im świeczkę, chociaż... Ogień to ogień, a po blancie też mogło być całkiem romantycznie. A przynajmniej według Madoxa, zaraz włożył go sobie za ucho i szarpnął do siebie Stewart, gdy tylko podała mu rękę, tak, że kiedy już znalazła się obok, to wylądowała na jego kolanach, wtulił głowę w jej pierś.
- Dobrze jest jak jesteśmy sami - stwierdził. Bo pełna chata też miała swój urok, lubił to, kiedy coś się działo, kręcili się tutaj ludzie, ale jednak oni od tego szpitala, to wcale nie mieli okazji pobyć sam na sam.

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 5:06 pm
autor: Pilar Stewart
W sumie to nie dopytywałem.
Niby nie powinno ją to ruszyć, niby wiedziała, że przecież byłe dziewczyny były dla niego przeszłością, a jednak kiedy wzruszył ramionami i pokazał ten kompletny brak zainteresowania tym, gdzie wybyła Debbie, Pilar poczuła bliżej nieokreślone ciepło na ciele. Przez głowę nawet przeszła jej taka samotna myśl, jak ona mogła być tak zazdrosna o te jego byłe dziewczyny, kiedy on tak wiele dla niej robił? Kiedy dosłownie nigdy nie dał jej powodu, żeby mu nie ufać? Kurwa, nawet życie za nią prawie oddał. Dlatego słowem już się nie odezwała na temat byłej już współlokatorki i weszła do mieszkania.
Pilar też nie miała pojęcia, co było nie tak z tym przeklętym dywanem, bo sama osobiście poprawiała go już trzy razy! A on ciągle się podwijał. Nawet raz miała sprawdzić, czy Noriega nie miał tam ukrytej wyciąganej płytki w podłodze, jak Dalton, gdzie chował jakieś nielegalne rzeczy, ale z drugiej strony, może nawet wolała nie wiedzieć. Ufała mu. Musiała. Nie miała innego wyjścia, jeśli chcieli, żeby to, co było między nimi, faktycznie mogło działać. Wszechświat (i ich prace) już wystarczająco zrzucały im kłody pod nogi, żeby oni jeszcze sobie nawzajem je podkładali.
Dlatego rozłożyła się wygodnie na kanapie, nie martwiąc się dzisiaj już niczym. Trwając w tej idealnie fazie upojenia, kiedy niby ogarniała już bardziej, ale wciąż była jeszcze wiotka i wychillowana. Nadmierne myślenie nie zaprzątało jej głowy, przynajmniej na razie. Chociaż kiedy wspomniał, że Flora była u koleżanki a Richie na randce, na moment się zastanowiła. Mówił jej ostatnio o jakiejś kobiecie? Przed czy po tym, jak jego gacie wylądowały na lampie? Ciężko było stwierdzić.
Oby była udana — skwitowała krótko. I to już nawet nie dlatego, żeby dobrze się bawił — chociaż to wiadomo też — ale jednak liczyła na to, że prędko nie wróci. Że oni naprawdę będa mogli spędzić chociaż chwilę sami. W świętym spokoju, albo tym ich prywatnym, ulubionym chaosie.
Szczególnie, że Madox zaraz znalazł się między jej nogami. Niemal od razu zaciągnęła się jego zapachem, a dłonie umieściła na jego ramionach. Przesunęła nimi na jego kark.
Tak? — uniosła wysoko brwi, gdy wspomniał o deserze. — A co dzisiaj w menu? — dopytała i już pochylała się w jego kierunku, już przymykała powieki w nadziei, że lada moment poczuje na sobie jego ciepłe, miękkie usta. Ale to się nie stało, bo chwilę intymności przerwało wibrowanie między jej nogami.
Westchnęła głośno, odrzucając głowę w tył i wtapiając się w wielką poduszkę.
Znowu ten numer? — spytała, przyglądając się, jak wyciąga komórkę i odrzuca połącznie. — Może faktycznie powinieneś oddzownić? — przecież nie miałaby nic przeciwko. A skoro ktoś non stop do niego wydzwaniał, to może to było coś ważnego? Nie miała pojęcia, co Madox mógł mieć wspólnego z Meksykiem, ale ktoś ewidentnie potrzebował z nim porozmawiać. Tylko Noriega był chyba innego zdania, bo zaraz cisnął komórką gdzieś na stolik i proponował wzięcie się za burgery. Nim jednak zdążyła mu odpowiedzieć, że chętnie, że przecież umierała z głodu, to on już wyciągał spod stołu idealnie skręconego jointa. Obserwowała go spod przymrużonych powiek, jak zakłada go za ucho. Normalnie Stewart nie ciągnęło do takich używek, ale…
Spalimy go? — spytała po chwili, rzucając mu niewinne spojrzenie i robiąc wielkie oczy. Skoro i tak już była pijana, to jeszcze mogła dowalić sobie przecież skrętem. Używka w tą czy w tamtą, co za różnica!
Złapała jego dłoń i pozwoliła się szarpnąć, lądując na kolanach Noriegi. Uśmiechnęła się pod nosem, gdy schował twarz w jej piersiach i wręcz automatycznie wplotła palce w blond włosy, bawiąc się nimi i delikatnie drapiąc potylicę.
Dobrze jest, jak jesteśmy sami.
Westchnęła, a jej serce momentalnie przyspieszyło. Mógł to idealnie poczuć na własnych policzkach, bo przecież dociskał głowę w idealnym do tego miejscu. Bo prawda była taka, że Pilar również to cieszyło. Tęskniła za nim. Tęskniła za tą bliskością. Za tym, żeby zatrzymać się na moment i po prostu być. I ona dopiero teraz, kiedy właśnie na moment się zatrzymała, poczuła, jak bardzo tego potrzebowała.
Przepraszam — rzuciła cicho, ledwo słyszalnie, jednak spokój panujący w mieszkaniu robił idealną akustykę, by usłyszał ją bez problemu. — Za te ostatnie dni — dodała, wciąż bawiąc się jego włosami. Dopiero po chwili przesunęła dłonie na jego policzki, by skierować mu twarz ku górze. By spojrzeć w te jego piękne, ciemne oczy, które tak bardzo kochała. — Ogarnę się — cicha obietnica opuściła jej usta, podczas gdy kciuki delikatnie przesuwały sie w górę i dół po chropowatym zaroście. Był dla niej najważniejszy. Wszystko by mu oddała. I wszystko dla niego zrobiła. Dlatego naprawdę była gotowa sie ogarnąć. Przestać pić, przestać imprezować tylko po to, by uciszyć głowę.
Dopiero teraz czuła, jak te kilka dni ich od siebie oddaliło. Uświadomiła sobie, jak ź l e jej było, kiedy nie miała go obok.
No quiero perderteNie chce cię stracić, rzuciła szeptem, czując, jak wielka gula rośnie w jej gardle. Nie miała pojęcia, skąd wzięła się w niej ta nagła szczerość, chyba można to było zwalić na alkohol, ale była to jednak obawa, która głęboko siedziała w jej sercu już od jakiegoś czasu.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 6:14 pm
autor: Madox A. Noriega
W zasadzie to Madox mógł mieć pod podłoga taką skrytkę, chyba nikogo by to nie zdziwiło, chociaż... w klubie miał sejf i tam trzymał te ważniejsze rzeczy, ale jak już wiemy tam raz mu się włamała Ruby, nie było to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi. A pod dywanem mogłoby być. Ale co on takiego miał do ukrycia? Zwłaszcza przed nią?
Coś tam pewnie miał.
Chociaż to nie tak, że specjalnie coś przed nią zatajał, że robił to jej na złość, po prostu niektóre rzeczy w ogóle nigdy nie powinny wyjść poza niektóre towarzystwo. Jego tajemnice z półświatkiem i jego tajemnice z policją.
Taka jedna policyjna tajemnica właśnie leżała u niego na kanapie, a on przysuwał się do niej coraz bliżej.
- Może powinienem powiesić skarpetę na drzwiach, czy coś, żeby wiedział, że ma wypierdalać? - Madox kuzyn roku, ale w zasadzie to i tak dobrze, że go przyjął pod swój dach tak z dnia na dzień, a przecież nie widzieli się dziesięć lat, przelotnie na tym weselu, bo się okazało, że Richie też zaraz odhaczał swoje, na które ich nie zaprosił. I Noriega nawet już miał to powiedzieć Pilar, poskarżyć się jej na kuzyna, tylko, że bardziej się zaaferował tym deserem. I kiedy jej gorące, pełne wargi opuściło to pytanie, co dzisiaj w menu, to pochylił się nad nią jeszcze bardziej.
- Ja - to słowo mogła poczuć na swoich ustach, bardzo dokładnie. Tylko, że więcej już nie poczuła, bo znowu zadzwonił mu telefon.
Nie miał pojęcia kto się do niego dobijał z Meksyku, może miał tam jakiegoś kuzyna? Może powinien o to zapytać Ricardo?
Albo po prostu odebrać i się dowiedzieć?
Chociaż kiedy Pilar to zasugerowała, to przewrócił oczami.
- Jutro to zrobię - jak dziecko, a nieodebranych połączeń było już chyba piętnaście.
Ale on przecież miał teraz ważniejsze rzeczy do roboty, a na pewno przyjemniejsze niż jakieś rozmowy chuj wie z kim. Bo w palcach już trzymał jointa, a właściwie miał go za uchem, a na kolanach już sadzał sobie Stewart. Nawet jakby teraz z tego Meksyku dzwonili, że wygrał w ich noworocznej loterii grube miliony, to to co się tutaj działo i tak było przyjemniejsze.
- A chcesz? - zapytał odnośnie tego blanta, ciemne tęczówki zawieszając na jej pięknych, czekoladowych oczach. Na moment, bo zaraz przecież wtulił się w jej pierś, łasił się do niej jak kot, palcami przesuwając powoli po jej udach i po plecach, hacząc o materiał jej, a właściwie to klubowej, koszulki. Czuł na szorstkim policzku bicie jej serca, jego przyspieszony rytm, który mógłby przysiąc, że zgrywa się z tym jego. To dobrze, bo to jego przecież nie tak dawno zupełnie zwolniło, ale chyba już wróciło do siebie, a na pewno przy niej wracało.
Usłyszał to jej ciche przepraszam, ale nie podniósł głowy, dopiero kiedy jej dłonie wylądowały na jego zarośniętych policzkach, dopiero kiedy skierowała jego twarz na swoją, to znowu złapał jej przenikliwe spojrzenie.
- Wiem - powiedział dopiero, na to jej ogarnę się, no bo przecież wiedział. Przecież ją znał.
Nie całe życie, nawet nie kupę lat, niedługo wcale. Ale widział ją w takich sytuacjach, tyle razem przeszli, że spokojnie mógł to powiedzieć, że wie, że ona się ogarnie. Bo kto jak nie Stewart, nie?
Przez chwilę patrzył w te jej piękne, czekoladowe oczy, kiedy to powiedziała, że nie chce go stracić, ale zaraz oparł kciuk i palec wskazujący na jej podbródku, żeby ją przy sobie przytrzymać, żeby w końcu musnąć wargami jej gorące, pełne usta, długo, smakując je powoli, intensywnie. Z tym całym ogniem, który już zaczynał iskrzyć pod skórą. W końcu się jednak od niej oderwał.
- Sería difícil... deshacerse de mí, cariño - to by było trudne... pozbyć się mnie, skarbie, bo skoro nie zraził go jej imprezowy nastrój, ani to co się odwalało przez ostatnie dni, to co by mogło? Madox nie wyobrażał sobie żadnej rzeczy, która by go do niej zniechęciła. Nie było chyba na świecie czegoś takiego.
Odsunął się od niej odrobinę, chociaż jedną dłoń wsunął pod materiał jej koszulki przesuwając szorstkimi opuszkami po jej kręgosłupie, w górę, drugą sięgnął do tego blanta za uchem.
- Palę go, a później jemy, a później deser. Dużo deserów, jeden po drugim, aż będziesz prosiła, żebym przestał - czy chodziło mu faktycznie o te deserki, które im zamówiła? Chyba nie do końca.
Umieścił blanta między wargami i pochylając się nad jej udami sięgnął po zapalniczkę, przesunął palcem po krzesiwie, a już zaraz odpalał skręta. Zaciągnął się nim, najpierw lekko, wzniecając żar, później już bardziej zdecydowanie, wypuszczając dym nosem. Pozwolił, żeby białe strugi spłynęły na jej pierś. Pociągnął blanta po raz trzeci, tylko zamiast go jej oddać, to znowu pochylił się do niej, to znowu złączył ich usta w wolnym, sensualnym pocałunku, który sprawił, że ich głowy otoczyła ta aromatyczna chmura dymu. Dymu, który oboje mogli poczuć na językach, w płucach, który płynął leniwie między kącikami ust, między kolejnymi pocałunkami. W końcu jednak się od niej oderwał, w końcu przekazał jej skręta, a właściwie to zaproponował, bo z jego strony, nie była to jakaś presja. Madox lubił sobie zapalić, zwłaszcza przed dobrym jedzeniem, na pobudzenie apetytu, na uspokojenie myśli.
Chociaż przy Pilar one zawsze były jakieś takie... spokojniejsze.

Pilar Stewart

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 9:13 pm
autor: Pilar Stewart
Spojrzała na niego lekko podejrzanie, kiedy powiedział o tej skarpecie. Tak to się robiło? Wieszało skarpetę, jako znak żeby nie przeszkadzać? Może w Kolumbii? Może to był jakiś tajny znak kuzynów albo Pilar była za mało doświadczona, żeby ogarnąć temat. Osobiście chciała zaproponować, żeby po prostu zatarasować drzwi jakąś szafką — wtedy z pewnością nie miałby jak wejść, ale w sumie skarpeta brzmiała o wiele mniej inwazyjnie. Było jej to kompletnie obojętnie jak.
W sumie wszystko dookoła już było jej obojętne, kiedy w końcu siedziała na jego kolanach i miała go blisko. Świat mógłby stanąć w płomieniach, a ona miałaby to głęboko w poważaniu. Szczególnie, że on już błądził dłońmi po jej ciele. Sunął szorstkimi palcami wzdłuż jej ud i kręgosłupa, pozostawiając po sobie gęsią skórkę i cholernie przyjemne mrowienie. Aż przymknęła na moment oczy, delektując się tą chwilą.
Kiedy padło ciche wiem z jego ust, westchnęła głośno, a serce momentalnie zabiło szybciej. Uwielbiała to, jak w nią wierzył, jak nie dyskutował, nie dryłował dziury w całym — po prostu akceptował rzeczy takie, jakie był. akceptował taką, jaka była. I na swój popierdolony sposób, było to dla niej jakieś takie… wyjątkowe. Dla ludzi zawsze była do poprawy; tu za głośna, tu za bardzo narwana, za dużo przeklina i masa innych rzeczy. Przy nim mogła być sobą i była mu za to wdzięczna. I tą właśnie wdzięczność zaraz przekazała wraz z czułym pocałunkiem złożonym na jego ustach. Smakowała go intensywnie, głeboko, chociaż spokojnie. Nie było w tym typowej dla nich agresji, a jednak serce od razu wyrwało się od przodu, krew w żyłach przyspieszyła, a nogi mimowolnie zacisnęły się mocniej na jego udach.
W końcu.
W końcu znowu poczuła, jak żywy ogień zbiera się pod skórą. Jak tęsknota za nim rozlewa się po całym ciele i chociaż z początku wcale nie podobało się jej, że znowu się od niej oderwał, słowa, które zaraz opuściły jego usta, od razu nadrobiły ten nagły dystans.
Ni siquiera quiero intentarloNawet nie chce próbować, rzuciła krótko. Oboje lubili wyzwania, ale przecież tej jednej rzeczy ona pod żadnym względem nie chciała wystawiać na próbę. Nie chciała badać, ile by trzeba było, żeby ją zostawił. Jak bardzo musiałoby jej odjebać, żeby przestał próbować, starać się, walczyć o nich jak ten lew na jego klacie. Sama nie wiedziała, gdzie były jej własne granice. Miała wrażenie, że była od niego uzależniona już do tego stopnia, że potrzeba by naprawdę wiele, by się w pełni poddała.
Obserwowała uważnie, jak sięga za ucho po blanta. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz paliła. Mieli na komisariacie taki składzik na wszystkie skonfiskowane używki podczas interwencji — czasami zakradali się tam w kilka osób i spalali co nieco, chociaż już dawno tego nie robili. Zresztą czy to było ważne, kiedy Madox już tak ładnie prezentował plan na dalszy wieczór: blancik, jedzenie i dużo deserów. Wieczór. Kurwa. Idealny.
Dużo deserów? — spytała, zarzucając mu ręce na kark i drapiąc delikatnie. — Skąd wiedziałeś, że zamówiłam chyba z cztery ciasta i jakieś musy? — dodała zaczepnie, bo faktycznie zamówiła! Chociaż może i była pijana, ale doskonale zdawała sobie sprawę, że mówił o zupełnie innych deserach. — Nie wiem, ile musiałabym ich z j e ś ć, żebym miała dość — przycisnęła mocniej paznokcie do jego nagiej skóry, zapewne już pozostawiając po sobie nowe ślady. Kompletnie nie miała wyczucia, jeśli chodziło o niego. Chciała go gryźć, całować, szarpać i tulić w tym samym czasie, za wszelką cenę.
Przyglądała mu się dokładnie, kiedy umieścił blanta między rozgrzanymi wargami, z których Pilar jeszcze chwile temu spijała jego słodki smak. Aż na moment pozazdrościła tej bletce, że może tak bezczelnie tam leżeć. Wegetować w jego obłędnych ustach. Czekała grzecznie, gdy odpalał skręta, a biały dym na moment oddzielił od siebie ich twarze.
¿vas a compartir? Masz zamiar się podzielić? Spytała bez ogródek, chociaż przecież to dopiero był drugi buszek. Tylko wtedy on jak na zawołanie, nachylił się do niej i nim wypuścił dym, złączył ich usta w pocałunku. Znowu powolnym i sensualnym, a jednak tak bardzo innym od tego sprzed kilku minut. Dym zaczął mieszać się między ich językami, tańcząc razem z nimi, pozostawiając przy okazji charakterystyczny posmak. Czuła go wszędzie — w ustach, płucach i nawet nosie. Rozprowadzał się po całym jej ciele, a w połączeniu z jego wargami tworzył mieszankę wręcz obłędną. Aż zamruczała cicho, kiedy w końcu się od niej odsunął, by podać skręta.
To chyba najlepszy blant, jaki w życiu jarałam — stwierdziła, łapiąc spojrzenie ciemnych oczu Noriegi. I to już nawet nie chodziło o sam smak, ale całe doświadczenie i intymność, która szła razem z tym. Pilar nigdy wcześniej nawet fajek nie paliła po studencku. Bo kiedy? Z kim? W bidulu? Wiele rzeczy w życiu ją ominęło, chociaż jeśli tak wyglądało nadrabianie, absolutnie nie miała nic przeciwko.
Umieściła jointa tym razem we własnych ustach i ściągnęła z niego sporą ilość. Płuca zapiekły w sekundę, w ten swój charakterystyczny sposób. Przetrzymała dym nieco dłużej, dając thc wystarczająco czasu, by rozgościł się w jej ciele, a następnie zadarła głowę w górę i wypuściła, tworząc nad nimi solidną smugę dymu.
Kolejną porcją zaś podzieliła się z Madoxem tak, jak on z nią jeszcze chwilę wcześniej. Całowała go czule, podczas gdy wolną dłonią błądziła po jego ciele, rozpinając po kolei guziki jego koszuli, czując, jak jej własne zalewa ogromna fala przyjemności. Już sama nie wiedziała, czy to ten skręt, czy może sam Noriega, ale czuła się ś w i e t n i e.
Naparła na niego mocniej, wymuszając, by jego plecy opadły na poduszki na końcu kanapy. Trzeci buszek wypuściła już przy jego gołej klacie, po której przejechała językiem, podczas gdy biały dym ulatniał się spod uniesionych w górę kącików.

Madox A. Noriega

rum ain't gonna fix it

: ndz sty 25, 2026 11:17 pm
autor: Madox A. Noriega
Dla niego była idealna, taka narwana, taka głośna, taka nieidealna dla tych ludzi, bo przecież nie dla niego. On ją brał całą, taką jaka była. Z tym ognistym temperamentem, ale też z tymi momentami słabości, bo kurwa przecież każdy je ma. On też miał, chociaż ich nie pokazywał, starał się nie. Za to intensywnie wychodziły z niego te różne wady, które przecież ona też akceptowała, a każda inna już dawno by stwierdziła, że to jest dla niej zbyt pojebane. Dla niej nie było.
Dla nich to było jakieś takie normalne, ten pocałunek, który sprawiał, że po skórze szedł przyjemny dreszcz, który miał w sobie ten ogień, ich żywioł, tak jak ich był kolor czerwony. I te hiszpańskie słowa, które tak łatwo opuszczały ich usta, nie typowe wyznania miłości. Tylko takie bardziej w ich stylu. Jedyne w swoim rodzaju.
- Y eso es bueno - i dobrze, rzucił zaczepnie i tak samo złapał zębami jej dolną wargę. Uwielbiał ją, kochał całym swoim sercem, jak nigdy nikogo w życiu, ale też miał w sobie przecież dużo jakiejś zawziętości, dużo złej krwi, gorącej, ale też złej. I może z którąś próbą by się złamał? Może. Bo może nie, może tą zawziętość przekułby w walkę. Ale też chyba nie chciał tego sprawdzać. Testować jej granic, i tych swoich. Wolał zdecydowanie kiedy było między nimi po prostu dobrze. Wolał kiedy te ich kłótnie wybuchały całym ogniem, w jednej chwili, żeby później jednak ten trawiący ogień przerodził się w coś zupełnie innego niż zwady. Jak teraz na przykład.
W te namiętne pocałunki.
Które przerwali, gdy Madox stwierdził, że będzie palił tego jointa. Z nią. Bo on wszystko chciał z nią robić. Rzeczy błahe jak śniadanie, czy kanapki, i trochę bardziej szalone, jak teraz to palenie zioła.
- Musy? - jakoś tak się skrzywił i na moment wtulił twarz w jej pierś - w szpitalu jadłem musy, Eric mi przyniósł chyba z dziesięć - już jej chciał znowu narzekać, że on w takim razie wybiera ciasto, ale wtedy Stewart powiedziała, że tych deserów to chyba nie będzie miała dosyć. Podniósł na nią spojrzenie, ciemne tęczówki zawieszając na jej pięknych, czekoladowych oczach.
- Zobaczymy... - znowu się do nie szarpnął, znowu muskając wargami jej pełne, gorące usta, ale krótko, zaczepnie, bo po chwili już trzymał w zębach blanta. Już go odpalał smakując powoli, pozwalając dymowi osadzać się w płucach, na języku i w nosie. Znajomy smak, znajomy błogostan. Który później jeszcze podkręcił obłędny smak jej ust, miękkich, ciepłych, fantastycznych. Palcami przesunął powoli po jej policzku, opierając je na karku, wplatając w ciemne kosmyki. Nie chciał się od niej odsuwać, wcale. Ale w końcu to zrobił, w końcu znowu krzyżując ich spojrzenia, jakieś takie rozmigotane.
- Mój też - uśmiechnął się do niej lekko, chociaż Madox to akurat pewnie często jarał w ten sposób. Bo to jakiś taki klubowy klimat, gdzie kolorowe drinki leją się strumieniami, a biały dym tańczy w tych drgających światłach nad głowami. Oplata się wokół szyi, wychodzi z ust jak ten wąż, leniwie.
Ale to jednak nie było to. Bo z Pilar takie rzeczy, które on robił setki razy, które były dla niego jakieś zwyczajne, nabierały zupełnie innego charakteru... nadzwyczajnego. Wyjątkowego. Jak to uczucie, które miedzy nimi było.
Obserwował ją, kiedy pełne, ogniste wargi oplotły ustnik, jeden kącik jego ust uniósł się do góry. Poprawił ją sobie na kolanach, jeszcze mocniej do siebie przyciągając, kiedy wypuściła białą chmurę, która leniwie zawisła nad ich głowami. Jakby się już na nią niecierpliwił, nie mógł jej doczekać. Tak bardzo go kręciła.
Wsunął rękę pod materiał jej koszulki, tym razem nie delikatnie, tym razem, przesunął krótkimi paznokciami po gorącej skórze na jej plecach, zostawiając na niej czerwone ślady, do zapięcia jej stanika. Szarpnął za nie, w momencie, w którym ona zajmowała się jego guzikami. Chwilę się z tym zapięciem męczył, aż jakieś pełne zniecierpliwienia westchnienie wylądowało w jej ustach, wraz z tym dymem, którym się dzielili. W końcu mu się jednak udało, w końcu sięgnął palcami do jej kształtnej piersi, tylko ona już go wtedy pchała na poduszki. Opadł na nie plecami, i chociaż jego szorstkie opuszki jeszcze przesunęły się po gorącej skórze na jej brzuchu, tak, że nawet odkleił jej jeden plasterek, który został mu na palcu, to później oparł je na jej karku. Przesunął nimi wzdłuż szyi, wplatając w ciemne kosmyki, kiedy jej język przesunął się po jego klacie. Unoszącej się teraz w przyspieszonym rytmie. Ten napis Medellin na jego brzuchu, chodził w górę i w dół, kiedy jej usta muskały jego tors. Nie mógł się zdecydować, czy chcę ją teraz mieć blisko, całować znowu te obłędne usta o smaku zioła. Czy zupełnie gdzieś indziej, zdecydowanie niżej.
Przez moment patrzył na te jej gorące wargi, które oplatały pęta białego, gęstego dymu. Aż z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie.
Zdecydował się.
- Ven a mí, quiero sentir tus labios calientes sobre los míos - chodź do mnie, chce czuć twoje gorące usta, na moich, mruknął i zahaczył palcami o jej podbródek, żeby ją do siebie przyciągnąć, żeby znowu te jej ogniste wargi, wylądowało na tych jego, wraz ze smakiem zioła. Palcami sięgnął do jej pośladków, żeby zacisnąć je na nich, żeby posadzić ją na sobie i przyciągnąć do siebie, bliżej. Wziął od niej tego jointa i teraz między kolejnymi, czułymi, ale również rozgrzanymi pocałunkami, raz jej usta, a raz te jego, pociągały kolejnego małego buszka, którym się dzielili. Wszystkimi się dzielili.
Każdym oddechem, i każdym muśnięciem palców o rozgrzaną skórę. A później ten blant, który już właściwie się dopalał, wylądował gdzieś na kanapie i kiedy on wypalał sobie w niej dziurę, to Madox już całował usta Pilar, namiętnie, bardziej zmy-sło-wo. Dziko.

Pilar Stewart