Strona 3 z 3

my favourite game

: pt lut 06, 2026 8:04 pm
autor: Ezequiel García
Garcia był pod wrażeniem jej beztroskiego serca. Serio. Uwielbiał jej słuchać - tego, jak opowiadała o rzeczach, które dla niego brzmiały jak 'duże czyny', z tą nutką w głosie, jakby to była jakaś pierdoła, a nie coś, co zasługuje na fanfary. - Jeżeli cała rodzina się od niej odcięła… to może coś w tym jest - parsknął śmiechem, kręcąc głową. Przesunął po niej spojrzeniem, mrużąc oczy, po czym nachylił się odrobinę, odzywajac się konspiracyjnym tonem, - Słuchaj, So. Zostaw to mieszkanie na kilka tygodni. Tak po prostu. I zobaczymy, czy przyjdzie do ciebie z prośbą o sprzątanie. - uniósł brew. - Wtedy będziemy mieli czarno na białym, czy ona cię potrzebuje… czy po prostu lubi mieć kogoś, kto robi za jej prywatny serwis. - Uśmiechnął się pod nosem, - A w tym czasie ja skorzystam z tych usług. - rzucił lekk - W zamian dopilnuję, żebyś zawsze była najedzona. Żadnych idiotycznych diet, żadnego 'nie jestem głodna', - Zaśmiał się głośno, kiedy zareagowała na jego 'idealne zapytanie', i od razu machnął ręką, udając oburzenie. - A tam zaraz zbereźniku. - prychnął. - Po prostu nie mogę sobie odmówić takiej okazji. - Przewrócił oczami teatralnie, - Stara babka ma więcej szczęścia niż przystojny neurochirurg z sąsiedztwa. Gdzie tu, do cholery, sprawiedliwość? - Zrobił pauzę, po czym w najbardziej flirciarski sposób spróbował zaprezentować jej swój pomysł na aranżację ich znajomości.

Ezequiel siedział przy niej, ściskając jej udo, dumny z siebie - z tego, jak to ujął, jak gładko i dojrzale ubrał w słowa swoje zamiary, zanim naparł ustami na jej pełne wargi w pocałunku. W jego głowie to było perfekcyjnie rozegrane. Zero desperacji. Ale też bez wpychania jej w coś, czego nawet nie mieli prawa nazywać związkiem, skoro ledwo się znali. Bo przecież… ona go nie znała. Znała go tylko takiego jaki się jej pokazał. - Ale nie znała drugiego Garcii - tego zmęczonego, momentami zgorzkniałego faceta, który od piętnastu lat nie był w żadnym poważnym związku, bo zamiast budować cokolwiek z kimkolwiek, budował karierę.I jedyne, czego się nie wstydził, to sporadyczne randki. Rozładowanie napięcia. Przygody bez znaczenia. Z nikim nie trzeba było nic tłumaczyć, nic obiecywać. Żadnej odpowiedzialności. Dlatego to, co jej zaproponował, wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem. Dla niego. I… w jego mniemaniu… dla niej.
Tylko że Sofia nie była kobietą, która łyka takie rzeczy bez gryzienia. Pocałunek przerwała, a potem rzuciła w niego serię pytań, jedno po drugim, jakby strzelała do niego z automatu. Uchylł usta i uniósł brwi, zaskoczony, bo nagle poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Chciał jej powiedzieć dokładnie, o co mu chodziło. Że to nie jest żadna ‘furtka’, jak ona to określiła. Że on po prostu… chce być sprawiedliwy. Że wcale nie zamierza się bawić. Że traktując ją tak, jak on potrafi traktować kobietę, ona i tak szybko zacznie chcieć być jego… czy to kontradyktuje, czy nie. Tylko że wtedy w głowie odezwał się ten drugi głos. A co jeśli jej się nie spodobasz w ten sposób? Co jeśli to tylko ego? Co jeśli to nie jest ‘pewność’, tylko potrzeba posiadania kogoś blisko… właśnie teraz? Nie wiedział. Gubił się.

I dokładnie w tym chaosie znowu odpalił maskę - pewność siebie, dominację. Zamiast tłumaczyć, zamiast się otworzyć, po prostu ją pocałował - tym razem bardziej łapczywie, zachłannie, jakby mógł jej tym pocałunkiem zamknąć usta. Tyle że jego plan okazał się fiaskiem. Bo panna Torres była zbyt inteligentna na takie zagrania. Poczuł jej drobne dłonie zaciskające się na jego ramionach. Odsunęła się. - Situationship? - powtórzył, kompletnie zdezorientowany. Mógłby przysiąc, że gdzieś kiedyś usłyszał takie słowo - chyba w socjalu na przerwie, ale za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, co to dokładnie znaczyło. Bezczelny? - Poprawił się na kanapie, wybity z toru już samym faktem, że ona w ogóle śmiała go tak nazwać. - Sofia… - zaczął, zirytowany słowami, które leciały w niego jak z kalibru. - Sofia… - Ponowił, ale ona dalej podnosiła głos. Dalej mówiła swoje. Dalej wkładała mu w usta rzeczy, o których nawet nie śmiał myśleć. Podniósł się, kiedy odsunęła się na koniec kanapy. Podrapał się w kark i zrobił krok w jej stronę… ale kolejna dawka amunicji wylądowała prosto w jego sercu. Parsknął w niedowierzaniu. - Sofia! Do cholery jasnej… - Podniósł głos i ruszył za nią w stronę drzwi. Dogonił ją, chwycił za nadgarstek i obrócił twarzą do siebie. Przysunął się bliżej, zamykając ją pomiędzy ramionami tak, że oparła plecy o drzwi. - Dasz mi dojść do słowa, czy bawimy się w monologi, nie pozwalając drugiej osobie się odezwać? - zapytał, wbijając w nią spojrzenie.- Wydaje mi się, że mnie źle zrozumiałaś. - zaczął wolniej, wyraźniej. - Nie chcę żadnych wolnych furtek. Nie chcę żadnych zobaczymy. Chcę być wobec ciebie sprawiedliwy i szczery. - To słowo zabrzmiało mu w ustach prawie komicznie, skoro jeszcze niedawno planował zupełnie co innego. - Nie chcę się tobą dzielić. I nie chcę, żebyś ty dzieliła się mną. - Patrzył jej prosto w oczy. - Jak chcesz… możemy być parą, panno Torres. - powiedział w końcu. , nosem jej policzek - delikatnie - i zsunął się niżej, do jej szyi, gdzie zostawił czuły pocałunek. - Chciałbym się o ciebie postarać. Bo na to zasługujesz, firecracker. - Ujął jej podbródek i uniósł jej twarz, zmuszając ją, żeby spojrzała mu prosto w oczy. - Dostosuję się. - powiedział ciszej. - Tylko… daj mi szansę. - Odsunął się, posyłając jej krótki uśmiech, jakby nie chciał, żeby zobaczyła, ile go kosztowała ta szczerość. A potem odwrócił się i wrócił do kanapy. - Jeśli chcesz zostać… - rzucił przez ramię, już spokojniej. - Za chwilę zaczyna się nowy odcinek Chirurgów. - Chwycił pilot i włączył telewizor. Bo nawet jeśli właśnie powiedział jej coś, czego nigdy nie mówił, to wciąż potrzebował udawać, że on tu rozdaje karty. Przynajmniej na zewnątrz.

Sofiationship

my favourite game

: pt lut 06, 2026 9:07 pm
autor: Sofia Torres

Faktycznie, pomysł z zostawieniem staruszki samej sobie na półtorej tygodnia brzmiał dość kusząco. Torres nie chciała, by ktokolwiek brał ją za pewnik! A już szczególnie nie w sytuacji, kiedy poświęca swój czas, energię i podarowuje swoje serce zapakowane w satynową wstążkę- bo tak właśnie w przypadku Cornwell było.
-Niby tak... Ale nie mogę zostawić jej samej na tak długo! To ten przypadek, który za każdy kolejny przeżyty tydzień powinien dziękować każdemu świętemu. Ale... Może tylko kilka dni? Wpadam do niej co drugi dzień, bo sama średnio daje sobie radę... Ale jak odpuszczę resztkę tygodnia, to może sama się odezwie? Zobaczymy, co wtedy powie.- podrapała się w skroń niepewna tego, jak ugryźć ten temat, by jednak mieć czyste sumienie i nietknięte ego. Modliła się, by rozwiązanie, które podsunął jej neurochirurg było faktycznie tym odpowiednim.
Kiedy Sofia zaczynała się nakręcać- nie było takiej siły, która byłaby w stanie ją okiełznać. W sumie to nie wiadomo, czy taka istniała, nikt nigdy nie próbował tego robić, wszyscy po prostu posłusznie przyjmowali to nagłe urwanie chmury. Kąpali się w jej chwilowym gniewie, ignorując ciężar i powagę jej słów, faktyczną rozterkę tej młodej stewardessy. Bo skoro kończyła już narzekać, to oznaczało, że problem odchodził, prawda? Nic bardziej mylnego. Każdy taki wybuch zostawiał na jej sercu kolejne zarysowanie, skazę, drobną ranę. Bo Torres w ten jakże niepotrzebnie dramatyczny sposób sygnalizowała rzeczy, które były dla niej naprawdę ważne. Ubierała je w podniesiony ton, zmarszczone brwi, energiczną gestykulację dłoni tylko i wyłącznie dlatego, że bała się tego, że ktoś wykorzysta ten moment słabości i zaatakuje odkryty w takim momencie słaby punkt na jej sercu. Wolała być nieznośna, niż słaba.
Totalnie ignorowała więc próbę deeskalacji ze strony Ezequiela- bo kiedy rozpędzała się w tematach dotyczących jej emocjonalności, traciła w jakiś sposób kontakt ze światem zewnętrznym. Słyszała tylko siebie, swoje mocno bijące w piersi serce, szumiącą w uszach krew i wrzeszczące przeraźliwie myśli. Kiedy powiedziała już wszystko, co chciała i metaforycznie pokąsała go za to, że ubrał swoje czyste intencje w niezbyt fortunne słowa- nie widziała niczego innego poza drzwiami i piekielną potrzebą wyjścia z tego pomieszczenia. Musiała się do niego zdystansować, natychmiast.
Garcia miał jednak wprost przeciwne plany.

Odwróciła się do niego gwałtownie i spojrzała najpierw totalnie rozdrażniona na własny nadgarstek, dostrzegając na nim kajdany z jego palców. Zaraz potem zmroziła go spojrzeniem swoich oczu, które w tym momencie bardziej przypominały bezdenną przepaść, niż tą ciepłą, rozkoszną, mleczną czekoladę. Zazgrzytała zębami słysząc, że próbuje dojść do słowa, wtrącić swoje trzy grosze pomiędzy definicję znajomości, którą przed chwilą wypluła mu w nerwach prosto w twarz.
-Ale co ty jeszcze chcesz dodać, Eze?!- zapytała z kwaśną miną, przechylając lekko głowę, jakby samym spojrzeniem próbowała mu umniejszyć. Była w bardzo bojowym nastroju.- Wyraziłeś się kurewsko jasno, wszystko zrozumiałam. Naprawdę, nie ma potrzeby.- jej słowa zaprzeczały jej czynom, bo jednak dalej oparta o drzwi patrzyła mu prosto w twarz, nie szukając drogi ucieczki.
Skrzyżowała ręce na piersi, mimo wszystko wysłuchując jego wyjaśnień. Oczywiście, że brała pod uwagę fakt, że mogła coś źle zrozumieć, ale... Cholera- po pierwsze, w życiu tego nie przyzna, a po drugie... ona tylko starała się obronić. Wiedziała, jak takie relacje się kończyły. Może sama tego nie przeżyła, ale nasłuchała się... tik toków z wpisami z reddita.
-Jezu, Garzia! Jestem Sofia, pierdolona, Torres! Nie będę z kimś tylko i wyłącznie dlatego, że robi mi jebaną łaskę! Nie potrzebuję emocjonalnej jałmużny!- odpowiedziała pośpiesznie, kiedy napomknął coś o związku.- Po prostu wkurwiłeś mnie, bo zaczęliśmy z wysokiego C, a ty zacząłeś gdzieś... hej! Nie skończyłam, gdzie leziesz! Wracaj tu!- złapała się pod boki widząc, że ten przemieścił się na kanapę.- Mówię do ciebie, Ezequielu Garcia! Żadnych Chirurgów! Słuchaj mnie tu!- stanęła przed nim tak, by zasłonić mu widok, zmuszając go do tego, by poświęcił jej jeszcze trochę uwagi. Całkiem ciekawa technika jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą uciekał z mieszkania. Przez chwilę milczała, szukając odpowiednich słów na to, co czuła.- Wkurwiłam się, bo oczekujesz ode mnie wszystkiego, co w związku, nie będąc w związku! I nie chodzi mi o to, że mamy szczepić się teraz dupskami jak psy pod osiedlowym sklepem po szybkim numerku, ale...! Ugh.- złapała się za czoło, jakby od tego wszystkiego bolała ją głowa. Wzięła głęboki wdech i zaczęła jeszcze raz.- Wydaje mi się, że to było zupełnie niepotrzebne. Ta gadka o wyłączności, w sensie. Trochę poczułam się, jakbyś zasugerował mi, że hobbistycznie rozkładam nogi przed każdym kolesiem, który zaprosi mnie na kolację.- burknęła niezadowolona i zmarszczyła brwi.- A to z kolei pociągnęło całą resztę myśli, które... poczułam się jak łatwy, tymczasowy kąsek. - spojrzała gdzieś w swoje stopy, w tym momencie nie mogąc za bardzo poradzić sobie z ciężarem własnych słów. Zaraz potem znów rzuciła się jednak na prezentowanie argumentów, których wyrzucanie było o wiele łatwiejsze.- Poza tym, ja chcę, żebyś walczył! Chcę, żebyś się czuł zagrożony i żebyś o mnie walczył! Żebyś czuł, że każda chwila w moim, towarzystwie to wyróżnienie! Nie dlatego, że mam zamiar sobie kogoś znaleźć na twoje miejsce, ale... Nie chcę być pierwszą, lepszą płotką, do cholery!- rzuciła w niego swoimi rzeczami, które przez cały czas trzymała. - Nie chcę zaklepywania miejsca w pierdolonym kinie, tylko zdobywania szczytu góry,. Nie chcę pierdolonego zamówienia z wendy's, tylko ugotować wystawne danie, z którego będę potem kurewsko dumna. Rozumiesz?- podsumowała nieco spokojniej i spojrzała gdzieś w bok, wzdychając ciężko.

García

my favourite game

: pt lut 06, 2026 11:03 pm
autor: Ezequiel García
Nie miał w zwyczaju przebywać na co dzień z ludźmi takimi jak Sofia. Z kimś, kto był jednocześnie pełen werwy i… dziwnie czystej dobroci w środku. Pani Cornwell nieźle się ustawiła - mieć taką sąsiadkę obok, to był luksus, a nie 'pomoc'. Ezequiel nie potrafił się powstrzymać. Patrzył na Sofię z podziwem, z troską, z tym idiotycznym uśmiechem, który wchodził mu na twarz, kiedy ona mówiła o staruszce z taką ochoczością, jakby opowiadała o czymś zupełnie normalnym. Przytaknął na jej pomysł, nawet się zgodził - starając się przy tym nie zdradzić, że coś w nim… się burzy. Bo tak, to była zazdrość. O staruszkę. O to, że widziała Sofię częściej. O to, że miała ją „na wyciągnięcie ręki”, kiedy on musiał wyrywać sobie czas z grafiku i walczyć z własną głową. Zaczął mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie wariuje przez tę młodą Latynoskę. To musiało być to. Nie było innej opcji.

Garcia szybko zrozumiał jedno - przy tej kobiecie będzie musiał mówić konkretniej. Lepiej dobierać słowa. Bo na razie wychodziło mu to jak zawsze, trochę duma, trochę chaos, trochę „ja tu niby mam kontrolę”, a potem… ona i tak robiła z tego sito. Więc kiedy wyrzucił swoje trzy grosze, po prostu wrócił na miejsce i usiadł, licząc - naiwnie… że ona go zrozumie i do niego dołączy. Że usiądzie obok. Że dadzą sobie minutę spokoju. Że odpoczną. Ale czego on się spodziewał po rozpędzonym huraganie? Że zwolni? O nie. Huragan Torres nie zwalnia. Huragan wchodzi, robi zamęt, wywraca wszystko do góry nogami, a potem jeszcze patrzy na ciebie, jakby to była twoja wina, że nie przymocowałeś mebli do podłogi. I Garcia miał być tego świadkiem. To wszystko zaczynało go przerastać z każdą kolejną minutą. Miał wrażenie, że gubi się we własnych uczuciach - w tym, co chciał jej przekazać, i w tym, czego tak naprawdę się bał. Bo tak, chciał się postarać. Chciał ją mieć blisko. Chciał jej dać uwagę, opiekę, czułość… tylko że w tle cały czas stała ta jedna świadomość, która nie dawała mu oddychać. Że do kurwy nędzy niedługo może go już tu nie być. Co z tego, że rozgrzeje jej serce, że przyzwyczai ją do siebie, że sprawi, że będzie mu ufać - skoro potem może po prostu kopnąć w kalendarz i zostawić ją samą z tym wszystkim? Przerażało go to. Przerastało go to, że faktycznie zaczynał ją lubić. Że lubił spędzać z nią czas. Że jej obecność zaczynała mu robić w środku coś… niebezpiecznego.

Wyciszył telewizor i spojrzał na nią, kiedy zaczęła do niego mówić - właściwie bulwersować się, że przerwał konwersację w TAKI sposób. Każde zdanie, które w niego rzuciła, było jak plaskacz w twarz. Jak kopnięcie w żebra. Jak wyrwanie mu serca z klatki piersiowej i pokazanie go na dłoni, w całej okazałości. Czyżby ona… naprawdę chciała się nim zaopiekować? Ciepło przeszło mu przez całe ciało. I przez sekundę pomyślał, że może powinien być egoistą. Wpatrywał się w nią, słuchał. I przemknęło mu przez myśl, że może jednak da się temu ponieść, a kiedy przyjdzie „odpowiednia chwila”, powie jej wszystko, zanim zajdzie to za daleko. Wmówił sobie to, nie będąc pewnym, czy taka chwila w ogóle nadejdzie.
Położył dłonie na jej biodrach i przyciągnął ją do siebie. Uniósł głowę i oparł podbródek o jej brzuch, patrząc na nią z dołu. Przesunął ręce na jej plecy, gładząc je delikatnie, spokojnie. - Przepraszam - powiedział w końcu, cicho. Wziął oddech. - He perdido la práctica en estas cosas, Sofía. - przyznał, jakby to było dla niego trudniejsze niż najcięższa operacja jaką miał okazję przeprowadzić. Podniósł się powoli, dłonie sunęły w górę jej pleców, aż w końcu ujął jej twarz w swoje dłonie. - Por supuesto que lucharé por ti. - powiedział już pewniej, - Me esforzaré. Y te demostraré lo jodidamente orgulloso que estoy de que una chica tan jodidamente perfecta como tú se haya fijado en mí. - Spojrzał jej głęboko w oczy, uśmiechając się delikatnie - Nunca se me pasó por la cabeza que fueras una chica fácil. - dodał ciszej. - Eres mi huracán. - Jesteś kimś, kogo… - przełknął ślinę. - Kogo mógłbym postawić na piedestale. Jeśli mi na to pozwolisz - Nachylił się, przesuwając opuszkiem kciuka tuż przy jej ustach. Zatrzymał się w połowie… Wyprostował się. I zamiast dalej gadać, po prostu przytulił ją mocno do siebie. Tak, żeby wtuliła twarz w jego klatkę piersiową, żeby poczuła, że on tu jest. Że nie ucieka. Że nie znika. Ucałował czubek jej głowy i przymknął oczy, ciesząc się tą jedną sekundą spokoju. - Przepraszam, So - powtórzył. I sam nie był już pewien, za co dokładnie przepraszał, bo powodów miał od groma. Ale jedno wiedział na pewno - nie chciał, żeby choć przez moment zwątpiła, że traktuje ją poważnie. Bo traktował ją… aż za poważnie.

So...

my favourite game

: sob lut 07, 2026 12:09 am
autor: Sofia Torres

Najbardziej w całej tej sytuacji frustrowało ją to, że nie potrafiła w pełni wyrazić tego, co czuje. Starała się przekazać w możliwie jak najbardziej logiczny i czytelny sposób, co kręci się po jej sercu głowie, ale... To nie było takie proste. Siedziały w niej potrzeby i uczucia, za które sama się karciła, na które było zdecydowanie na szybko. Gdzieś po drodze znikał rozsądek i wszelkie zasady. Cholera! W pewnym momencie sama nie była pewna, co tak naprawdę czuje! Jak więc miała mu to opisać? Jak przedstawić ten chaos w przystępnej dawce? Nie mogła, po prostu nie mogła się od tego wszystkiego przy nim uwolnić Z pewnością była to jedna z wielu przyczyn, dla których reagowała aż tak emocjonalnie. Nie chciała przecież wyjść na niedojrzałą emocjonalnie smarkulę, która wychodzi do niego wyłącznie z roszczeniami. Nie chciała, by się do niej zdystansował tylko i wyłącznie dlatego, że poczuła coś, czego chwilę później się powstydziła.
To jeden z zapewne wielu momentów w ich znajomości, gdzie wiek i doświadczenie robiły swoje. Bo on z pewnością potrafiłby nazwać i uporządkować to, co frywolnie rozsypało się w jej klatce piersiowej. To tak jak z demonami- dopóki nie znasz jego imienia, nie jesteś w stanie się go pozbyć. Przedstawiłby wszystko ze spokojem i wyjaśnił, a ona... Cholera, nie licząc krótkich i średnio udanych schadzek z chłopakami z klasy, nie miała okazji być z nikim w czymkolwiek na poważnie. Nieprzystępność i temperamentność Torres wcale nie pomagała jej w budowaniu trwałych relacji, a ona... tak cholernie pragnęła tego, by poczuć na swojej skórze jak to jest mieć tą znajomą, przyjazną przystań. Prawda była taka, że już w momencie podnoszenia głosu zaczynała tego żałować, ale... nie potrafiła reagować inaczej. Nauczono ją, że musi siać terror, żeby ktokolwiek zwracał na nią uwagę, brał jej słowa na poważnie... Gdyby nie ten ton, mina i gesty, każdy bagatelizowałby to co mówi twierdząc, że to kolejny atak histerii dziewczyny, która miała po prostu w życiu zbyt wygodnie.
Coś w jej spojrzeniu złagodniało, jakby się stopiło. Można by nawet przysiąc, że zabłyszczało w nich coś na rodzaj bezsilności. Ona też była zmęczona tym, że nie potrafiła w normalny sposób przekazywać rzeczy, które były dla niej tak cholernie ważne. Że ze wszystkiego robiła pieprzony komediodramat. A przy nim... starszym, dojrzałym facecie- to poczucie przygnębienia przybierało jeszcze większych rozmiarów. Bo co, jeżeli wreszcie powie słowo za dużo? Zrazi go do siebie? Sprawi, że nie będzie chciał już dłużej znosić jej pierdolonych humorków? Co, jeżeli sama, nieświadomie skazywała się na ten los, zachowując się w taki, a nie inny sposób.
Przełykając cicho ślinę zbliżyła się do niego, przyciągnięta za biodra. Wpatrywała się w niego z góry, przesuwając wzrokiem ,z pewnym stłumionym zawstydzeniem, po jego twarzy. Gdy przeprosił, umieściła dłonie na obu jego skroniach, przesuwając kciukami po policzkach pokrytych twardym zarostem. Zrobiło jej się głupio, że to zrobił. Że to wręcz na nim wymusiła... A do tego patrzył na nią tak niewinnie, z pokorą... Huragan rozbił się właśnie o głębię jego spojrzenia, zniknął bez śladu, pozostawiając po sobie jedynie zgliszcza tego, co zdążył zdematerializować.
Znowu odetchnęła głęboko, z zawstydzeniem, na jego słowa. Nie odezwała się ani razu, nie przerwała mu w połowie zdania. Po prostu stała, obserwowała go i słuchała czując, jakby ktoś dłutem wydobywał jej serce śpiące przez tyle lat w litej skale. Powoli, z cierpliwością i zaangażowaniem. Kiedy ją przytulił, wcisnęła się mocniej w jego ramiona, przyduszając się do niego tak, jakby w każdej sekundzie miała się rozpaść. Znowu ją przeprosił- tym razem odpowiedziała cichym szlochem.
Sofia Torres- pierdolony, emocjonalny rollercoaster.
Nigdy jednak nie usłyszała tak pięknych słów od... na dobrą sprawę kogokolwiek! Całe życie walczyła o to, by wreszcie coś takiego usłyszeć. W życiu nie przypuszczałaby, że to dwadzieścia pięć lat starszy od niej sąsiad- kochanek ofiaruje ją bukietem tak wspaniałych wyznań. Poczuła jakąś dziwną ulgę, spełnienie. Nieporównywalne z tym, co czuła kiedykolwiek wcześniej. To śmieszne mówić to w takim wieku, ale czuła się, jakby osiągnęła właśnie najważniejszy, życiowy cel. Dogoniła coś, co wiecznie uciekało jej sprzed nosa.
-Jezu Ezequiel, jestem pierdolnięta!- jęknęła cicho, prosto w jego klatkę piersiową, nie odrywając się jeszcze.- Zachowuję się, jakbym dopiero wchodziła w okres dojrzewania i odpieprzała jakiś hormonalny szajs.- starała się przegnać jakoś fakt, że jeszcze chwilę temu unosiła się i wrzeszczała jak pieprzona desperatka.- To ja przepraszam, Eze. Za to, że przyszło ci babrać się w takim bagnie na stare lata.- odchyliła się delikatnie, ale tylko po to, by mógł dostrzec na jej twarzy, że żartowała. Gdyby jego wiek jej przeszkadzał, to przecież by się z nim nie spotykała. Sięgnęła do jego twarzy i pogłaskała go czule po policzku.- Mogę jeszcze zostać? Jak nie masz mnie dość, to chętnie zostanę... do jutra. No chyba, że będę ci przeszkadzać?- uśmiechając się do niego nieśmiało znowu się w niego wtuliła.- Możesz oglądać sobie tych chirurgów, ale ja się chyba zdrzemnę... za dużo... wszystkiego. Po prostu grzecznie się do ciebie przytulę na tym paskudztwie i odpocznę, hmm osito mío? Logras que mi corazón se derrita por completo, como mantequilla.- przyznała spokojnie, łapiąc się na głowę. Bo przecież to nie tak, że głównym generatorem tych przedziwnych melodramatów była przecież ona sama.
Niemniej była mu śmiertelnie wdzięczna za to, że zachowywał się, jakby jej reakcje miały sens i podstawę. Że nie był kolejną osobą ,która robiła z niej wariatkę i... faktycznie starał się ją zrozumieć.
Po co miałaby chcieć teraz kogoś innego?

osito

my favourite game

: sob lut 07, 2026 8:28 am
autor: Ezequiel García
To nie była jedna z tych sytuacji, w których Ezequiel myślałby o Sofii jak o 'wyzwaniu na stare lata'. O kimś, kogo spróbuje ujarzmić, a kiedy mu się znudzi - odsunie na bok, jak kolejną zachciankę, jak chwilową rozrywkę. Nie. On bardziej… potrzebował tego zamętu. Tej nieprzewidywalności, którą wnosiła ze sobą jak zapach perfum do sterylnej sali operacyjnej. Bo w jego świecie wszystko było chore na przewidywalność. A teraz jeszcze to, o czym nawet nie chciał myśleć... ten cholerny zegar tykający gdzieś z tyłu głowy. Ona przynosiła coś nowego. Kiedy wydawało mu się, że już wie, jak zareaguje - szokowała go. Robiła coś zupełnie innego. Doprowadzała go do szału, jasne, nawet nie próbujmy udawać, że nie - ale właśnie w tym był cały paradoks tej sytuacji - ten pogrążony w karierze facet, który latami musiał udowadniać, że jest czegoś wart, że wybija się na tle innych, tak samo wybitnych, tak samo bezlitosnych… nagle dostawał w twarz emocjami, które był pewien, że ma już dawno z siebie wyrzucone. W medycynie nie było miejsca na rozedrganie. Na wątpliwości. Na czucie. A Sofia Torres budziła w nim dokładnie to... coś, co miało być uśpione na zawsze. To sprawiało, że czuł się niekomfortowo. Czuł się tak cholernie bezbronny w sposób, którego nie znosił. I gdzieś po drodze dotarło do niego, że może... pomimo tej chorej różnicy wieku, pomimo wszystkiego - może oni po prostu potrzebowali kogoś nawzajem. Siebie?

Kiedy trzymał ją w ramionach i usłyszał ten charakterystyczny podźwięk szlochu, przyciągnął ją bliżej. Mocniej. Chciał w tamtym momencie osłonić ją własnym ciałem przed światem, przed nocą, przed tym, co siedziało pod jej żebrami. Przesunął dłoń na jej głowę i zaczął delikatnie masować ją z tyłu. - No… już dobrze, Sofía - powiedział cicho, troskliwie. - Mam cię. - Ucałował czubek jej głowy i został tak, nie mówiąc nic więcej. Pozwolił jej mówić, wyrzucić wszystko z siebie. Oboje mieli w sobie za dużo słów... i on wiedział, że czasem trzeba dać im wybrzmieć, zanim zacznie się je układać w jakiekolwiek sensowne zdania. Parsknął w końcu pod nosem, z tym swoim bezczelnym humorkiem, - Przysporzyłaś mi jednym wieczorem z pięć siwych włosów, małolato. - Uśmiechnął się, kiedy uniosła dłoń i pogładziła go po policzku. To ciepło przeszło przez niego jak prąd, który rozprzestrzeniał się po całym jego ciele, dosłownie przyspieszając pompowanie krwi w sercu.
Uniósł brew na jej pytanie… i poczuł się jak gówniarz, który właśnie doświadczał pierwszego zauroczenia w życiu. - Chirurdzy mogą poczekać do jutra - mruknął, a po chwili chwycił ją za dłoń, splótł ich palce i pociągnął ją za sobą w stronę sypialni. Odsunął pościel, położył się na łóżku i otworzył ramiona, czekając aż się wsunie i wtuli w niego. Kiedy w końcu to zrobiła, objął ją i gładził powoli po plecach, cierpliwie, jednostajnie, aż nie zasnęła. - Cuidaré de ti, Sofía - powiedział cicho, zanurzając nos w jej gęstych, ciemnych włosach.
Tkwiąc z nią tak, przytulając ją, przypomniał mu się zjazd the 2025 Self-Made Entrepreneurs Summit.Pojechał wtedy w styczniu do Nowego Jorku, gdzie odbył się bankiet upamiętniający najbardziej wybitnych ludzi biznesu poprzedniego roku. Poznał tam wysoką kobietę odzianą w tatuaże i jej partnera. Opowiadała o tym, jak przez ostatnie kilkanaście lat żyła karierą - a dopiero gdy poznała swojego obecnego partnera, odżyła, wybierając w życiu nowy kierunek. Była podekscytowana nowym etapem... nie tylko w swoim życiu, ale i w ich wspólnym. Planowała otworzyć coś swojego, nie wdając się w szczegóły, a jej partner tylko przyglądał się jej z tą widoczną dumą, dopowiadając, że był gotowy ją wspierać na każdym kroku tego rozdziału. Przez myśl przemknęło mu właśnie to, co mówiła... że może kariera, pogoń za sukcesem, nie jest czymś najważniejszym. Że kiedyś trzeba podążyć za czymś ważniejszym…

...za czyimś sercem?


𝒕𝒉𝒆 𝒆𝒏𝒅

Sof