my favourite game
: pt lut 06, 2026 8:04 pm
Garcia był pod wrażeniem jej beztroskiego serca. Serio. Uwielbiał jej słuchać - tego, jak opowiadała o rzeczach, które dla niego brzmiały jak 'duże czyny', z tą nutką w głosie, jakby to była jakaś pierdoła, a nie coś, co zasługuje na fanfary. - Jeżeli cała rodzina się od niej odcięła… to może coś w tym jest - parsknął śmiechem, kręcąc głową. Przesunął po niej spojrzeniem, mrużąc oczy, po czym nachylił się odrobinę, odzywajac się konspiracyjnym tonem, - Słuchaj, So. Zostaw to mieszkanie na kilka tygodni. Tak po prostu. I zobaczymy, czy przyjdzie do ciebie z prośbą o sprzątanie. - uniósł brew. - Wtedy będziemy mieli czarno na białym, czy ona cię potrzebuje… czy po prostu lubi mieć kogoś, kto robi za jej prywatny serwis. - Uśmiechnął się pod nosem, - A w tym czasie ja skorzystam z tych usług. - rzucił lekk - W zamian dopilnuję, żebyś zawsze była najedzona. Żadnych idiotycznych diet, żadnego 'nie jestem głodna', - Zaśmiał się głośno, kiedy zareagowała na jego 'idealne zapytanie', i od razu machnął ręką, udając oburzenie. - A tam zaraz zbereźniku. - prychnął. - Po prostu nie mogę sobie odmówić takiej okazji. - Przewrócił oczami teatralnie, - Stara babka ma więcej szczęścia niż przystojny neurochirurg z sąsiedztwa. Gdzie tu, do cholery, sprawiedliwość? - Zrobił pauzę, po czym w najbardziej flirciarski sposób spróbował zaprezentować jej swój pomysł na aranżację ich znajomości.
Ezequiel siedział przy niej, ściskając jej udo, dumny z siebie - z tego, jak to ujął, jak gładko i dojrzale ubrał w słowa swoje zamiary, zanim naparł ustami na jej pełne wargi w pocałunku. W jego głowie to było perfekcyjnie rozegrane. Zero desperacji. Ale też bez wpychania jej w coś, czego nawet nie mieli prawa nazywać związkiem, skoro ledwo się znali. Bo przecież… ona go nie znała. Znała go tylko takiego jaki się jej pokazał. - Ale nie znała drugiego Garcii - tego zmęczonego, momentami zgorzkniałego faceta, który od piętnastu lat nie był w żadnym poważnym związku, bo zamiast budować cokolwiek z kimkolwiek, budował karierę.I jedyne, czego się nie wstydził, to sporadyczne randki. Rozładowanie napięcia. Przygody bez znaczenia. Z nikim nie trzeba było nic tłumaczyć, nic obiecywać. Żadnej odpowiedzialności. Dlatego to, co jej zaproponował, wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem. Dla niego. I… w jego mniemaniu… dla niej.
Tylko że Sofia nie była kobietą, która łyka takie rzeczy bez gryzienia. Pocałunek przerwała, a potem rzuciła w niego serię pytań, jedno po drugim, jakby strzelała do niego z automatu. Uchylł usta i uniósł brwi, zaskoczony, bo nagle poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Chciał jej powiedzieć dokładnie, o co mu chodziło. Że to nie jest żadna ‘furtka’, jak ona to określiła. Że on po prostu… chce być sprawiedliwy. Że wcale nie zamierza się bawić. Że traktując ją tak, jak on potrafi traktować kobietę, ona i tak szybko zacznie chcieć być jego… czy to kontradyktuje, czy nie. Tylko że wtedy w głowie odezwał się ten drugi głos. A co jeśli jej się nie spodobasz w ten sposób? Co jeśli to tylko ego? Co jeśli to nie jest ‘pewność’, tylko potrzeba posiadania kogoś blisko… właśnie teraz? Nie wiedział. Gubił się.
I dokładnie w tym chaosie znowu odpalił maskę - pewność siebie, dominację. Zamiast tłumaczyć, zamiast się otworzyć, po prostu ją pocałował - tym razem bardziej łapczywie, zachłannie, jakby mógł jej tym pocałunkiem zamknąć usta. Tyle że jego plan okazał się fiaskiem. Bo panna Torres była zbyt inteligentna na takie zagrania. Poczuł jej drobne dłonie zaciskające się na jego ramionach. Odsunęła się. - Situationship? - powtórzył, kompletnie zdezorientowany. Mógłby przysiąc, że gdzieś kiedyś usłyszał takie słowo - chyba w socjalu na przerwie, ale za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, co to dokładnie znaczyło. Bezczelny? - Poprawił się na kanapie, wybity z toru już samym faktem, że ona w ogóle śmiała go tak nazwać. - Sofia… - zaczął, zirytowany słowami, które leciały w niego jak z kalibru. - Sofia… - Ponowił, ale ona dalej podnosiła głos. Dalej mówiła swoje. Dalej wkładała mu w usta rzeczy, o których nawet nie śmiał myśleć. Podniósł się, kiedy odsunęła się na koniec kanapy. Podrapał się w kark i zrobił krok w jej stronę… ale kolejna dawka amunicji wylądowała prosto w jego sercu. Parsknął w niedowierzaniu. - Sofia! Do cholery jasnej… - Podniósł głos i ruszył za nią w stronę drzwi. Dogonił ją, chwycił za nadgarstek i obrócił twarzą do siebie. Przysunął się bliżej, zamykając ją pomiędzy ramionami tak, że oparła plecy o drzwi. - Dasz mi dojść do słowa, czy bawimy się w monologi, nie pozwalając drugiej osobie się odezwać? - zapytał, wbijając w nią spojrzenie.- Wydaje mi się, że mnie źle zrozumiałaś. - zaczął wolniej, wyraźniej. - Nie chcę żadnych wolnych furtek. Nie chcę żadnych zobaczymy. Chcę być wobec ciebie sprawiedliwy i szczery. - To słowo zabrzmiało mu w ustach prawie komicznie, skoro jeszcze niedawno planował zupełnie co innego. - Nie chcę się tobą dzielić. I nie chcę, żebyś ty dzieliła się mną. - Patrzył jej prosto w oczy. - Jak chcesz… możemy być parą, panno Torres. - powiedział w końcu. , nosem jej policzek - delikatnie - i zsunął się niżej, do jej szyi, gdzie zostawił czuły pocałunek. - Chciałbym się o ciebie postarać. Bo na to zasługujesz, firecracker. - Ujął jej podbródek i uniósł jej twarz, zmuszając ją, żeby spojrzała mu prosto w oczy. - Dostosuję się. - powiedział ciszej. - Tylko… daj mi szansę. - Odsunął się, posyłając jej krótki uśmiech, jakby nie chciał, żeby zobaczyła, ile go kosztowała ta szczerość. A potem odwrócił się i wrócił do kanapy. - Jeśli chcesz zostać… - rzucił przez ramię, już spokojniej. - Za chwilę zaczyna się nowy odcinek Chirurgów. - Chwycił pilot i włączył telewizor. Bo nawet jeśli właśnie powiedział jej coś, czego nigdy nie mówił, to wciąż potrzebował udawać, że on tu rozdaje karty. Przynajmniej na zewnątrz.
Sofiationship
Ezequiel siedział przy niej, ściskając jej udo, dumny z siebie - z tego, jak to ujął, jak gładko i dojrzale ubrał w słowa swoje zamiary, zanim naparł ustami na jej pełne wargi w pocałunku. W jego głowie to było perfekcyjnie rozegrane. Zero desperacji. Ale też bez wpychania jej w coś, czego nawet nie mieli prawa nazywać związkiem, skoro ledwo się znali. Bo przecież… ona go nie znała. Znała go tylko takiego jaki się jej pokazał. - Ale nie znała drugiego Garcii - tego zmęczonego, momentami zgorzkniałego faceta, który od piętnastu lat nie był w żadnym poważnym związku, bo zamiast budować cokolwiek z kimkolwiek, budował karierę.I jedyne, czego się nie wstydził, to sporadyczne randki. Rozładowanie napięcia. Przygody bez znaczenia. Z nikim nie trzeba było nic tłumaczyć, nic obiecywać. Żadnej odpowiedzialności. Dlatego to, co jej zaproponował, wydawało mu się najlepszym rozwiązaniem. Dla niego. I… w jego mniemaniu… dla niej.
Tylko że Sofia nie była kobietą, która łyka takie rzeczy bez gryzienia. Pocałunek przerwała, a potem rzuciła w niego serię pytań, jedno po drugim, jakby strzelała do niego z automatu. Uchylł usta i uniósł brwi, zaskoczony, bo nagle poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Chciał jej powiedzieć dokładnie, o co mu chodziło. Że to nie jest żadna ‘furtka’, jak ona to określiła. Że on po prostu… chce być sprawiedliwy. Że wcale nie zamierza się bawić. Że traktując ją tak, jak on potrafi traktować kobietę, ona i tak szybko zacznie chcieć być jego… czy to kontradyktuje, czy nie. Tylko że wtedy w głowie odezwał się ten drugi głos. A co jeśli jej się nie spodobasz w ten sposób? Co jeśli to tylko ego? Co jeśli to nie jest ‘pewność’, tylko potrzeba posiadania kogoś blisko… właśnie teraz? Nie wiedział. Gubił się.
I dokładnie w tym chaosie znowu odpalił maskę - pewność siebie, dominację. Zamiast tłumaczyć, zamiast się otworzyć, po prostu ją pocałował - tym razem bardziej łapczywie, zachłannie, jakby mógł jej tym pocałunkiem zamknąć usta. Tyle że jego plan okazał się fiaskiem. Bo panna Torres była zbyt inteligentna na takie zagrania. Poczuł jej drobne dłonie zaciskające się na jego ramionach. Odsunęła się. - Situationship? - powtórzył, kompletnie zdezorientowany. Mógłby przysiąc, że gdzieś kiedyś usłyszał takie słowo - chyba w socjalu na przerwie, ale za cholerę nie mógł sobie przypomnieć, co to dokładnie znaczyło. Bezczelny? - Poprawił się na kanapie, wybity z toru już samym faktem, że ona w ogóle śmiała go tak nazwać. - Sofia… - zaczął, zirytowany słowami, które leciały w niego jak z kalibru. - Sofia… - Ponowił, ale ona dalej podnosiła głos. Dalej mówiła swoje. Dalej wkładała mu w usta rzeczy, o których nawet nie śmiał myśleć. Podniósł się, kiedy odsunęła się na koniec kanapy. Podrapał się w kark i zrobił krok w jej stronę… ale kolejna dawka amunicji wylądowała prosto w jego sercu. Parsknął w niedowierzaniu. - Sofia! Do cholery jasnej… - Podniósł głos i ruszył za nią w stronę drzwi. Dogonił ją, chwycił za nadgarstek i obrócił twarzą do siebie. Przysunął się bliżej, zamykając ją pomiędzy ramionami tak, że oparła plecy o drzwi. - Dasz mi dojść do słowa, czy bawimy się w monologi, nie pozwalając drugiej osobie się odezwać? - zapytał, wbijając w nią spojrzenie.- Wydaje mi się, że mnie źle zrozumiałaś. - zaczął wolniej, wyraźniej. - Nie chcę żadnych wolnych furtek. Nie chcę żadnych zobaczymy. Chcę być wobec ciebie sprawiedliwy i szczery. - To słowo zabrzmiało mu w ustach prawie komicznie, skoro jeszcze niedawno planował zupełnie co innego. - Nie chcę się tobą dzielić. I nie chcę, żebyś ty dzieliła się mną. - Patrzył jej prosto w oczy. - Jak chcesz… możemy być parą, panno Torres. - powiedział w końcu. , nosem jej policzek - delikatnie - i zsunął się niżej, do jej szyi, gdzie zostawił czuły pocałunek. - Chciałbym się o ciebie postarać. Bo na to zasługujesz, firecracker. - Ujął jej podbródek i uniósł jej twarz, zmuszając ją, żeby spojrzała mu prosto w oczy. - Dostosuję się. - powiedział ciszej. - Tylko… daj mi szansę. - Odsunął się, posyłając jej krótki uśmiech, jakby nie chciał, żeby zobaczyła, ile go kosztowała ta szczerość. A potem odwrócił się i wrócił do kanapy. - Jeśli chcesz zostać… - rzucił przez ramię, już spokojniej. - Za chwilę zaczyna się nowy odcinek Chirurgów. - Chwycił pilot i włączył telewizor. Bo nawet jeśli właśnie powiedział jej coś, czego nigdy nie mówił, to wciąż potrzebował udawać, że on tu rozdaje karty. Przynajmniej na zewnątrz.
Sofiationship