buy me coffee, will you?
: pn lut 16, 2026 4:06 pm
Majka też nienawidziła kawiarni. Chociaż może nienawidziła było zbyt mocnym słowem. Prawda była taka, że nienawidziła tłumów, które się tam zbierały, kolejek na dwadzieścia minut czekania i ludzi przed tobą w kasie, którzy przez kolejny pół godziny wybierali na jakim mleku chcieli swoje orzechowe latte. Oczywiście każdy się tam zawsze spieszył, a tak naprawdę połowa z tych ludzi i tak po wyjściu nie miała co zrobić ze swoim życiem. Nie wspominając nawet o poziomach rozmów, jakie były tam prowadzone w stylu kopę lat, opowiadaj co słychać, słońce. Nie to co ta ich na dachu. Maya aż była pod wrażeniem, jak łatwo skakali po tematach i żadne nie miało z tym problemu. I to wcale nie tylko o lakierkach. Może jednak blondyn nie był takim sztywnym nudziarzem za jakiego go miała?
Prychnęła pod nosem, kiedy spytał czy robiła coś związanego z fizyką. Miło, że tak wysoko o niej myślał, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka minut temu sugerował, że mieszkała w zapyziałej dziurze na śmietniku.
— Pracuje za barem — rzuciła luźno, nawet na niego nie patrząc, wciąż bawiąc się papierowym kubkiem od kawy. — Po prostu mam dobrą głowę do liczb — wyjaśniła, bo łatwo było się domyślić, że jego pytanie wywodziło się z obliczeń, jakie odbyła w głowie. Prawda była taka, że Parker jeszcze w szkole miała naprawdę wysokie rokowania: będą z niej ludzie, świetnie się uczy, szybko łapie bla bla bla, szkoda tylko że życie i tak to wszystko potem weryfikowało. A matka nie miała pieniędzy na studia dla niej. Bywa.
Skinęła głową, gdy pokazał wieżowiec, w którym pracował. Fajnie. Stamtąd to dopiero pewnie miał zajebisty widok. No chyba, że jego biuro było na parterze.
— A co takiego robisz w tym biurze? — spytała z czystej ciekawości. — Sprzedajesz buty? — to zaś dodała w formie czystej zabawy. Tak żeby temat jego obsranych lakierków nie zginął gdzieś w tle, w końcu był przecież solidnym fundamentem ich całej znajomości. Nawet miała plan mu o tym wspomnieć, ale wtedy z ust Gasparda wyszło kolejne wyznanie. Już o wiele bardziej poważne niż rozmowy o biurach, a jednak sposób, w jaki się nim podzielił, mógł sprawiać wrażenie, że rozmawiali właśnie o pogodzie.
— I czemu w końcu tego nie zrobiłeś? — jej ton również brzmiał naturalnie. W ogóle cała jej reakcja była praktycznie zerowa: nie podskoczyła w szoku, nie zaczęła nawijać o tym jak bardzo jej przykro ani jak życie było warte życia. Bo czasami po prostu nie było. Maya też coś o tym wiedziała. — Stwierdziłeś, że dwie sekundy spadania nie są tego warte? — dopytała, podnosząc kubek do ust, wciąż przyglądając się wieżowcom w tle. Proszę bardzo. Niby człowiek miał pieniądze i świetną pracę, a jednak również w głowie siedziały mu czarne demony, których gotówką nie dało się odgonić.
— Ja się kiedyś prawie zaćpałam — odezwała się po chwili. Też nie miała pojęcia, po co właściwie mu to mówiła. Może żeby pokazać, że chociaż drastycznie się od siebie różnili, wcale nie byli tak inni? — Tylko mnie akurat przeszkodził brat — wzruszyła ramionami. I to wcale nie tak, że Parker przedawkowała nieświadomie. Zrobiła to aż za bardzo w chwili pełnej poczytalności. Co prawda w przypływie gniewu, ale jednak świadomie.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy wyjaśnił jej znaczenie imienia Maya. Faktycznie coś w tym było. Jej matka kochała wiosnę, chociaż zdecydowanie do bogini było jej daleko, szczególnie ze swoim zamiłowaniem do alkoholu. Może Leokadia by jednak bardziej pasowała, bo jakby nie patrzeć troszczyła się o całą rodzinę.
— No jak, Gaspard i Leokadia zajebiście do siebie pasują — spojrzała na niego, wbijając ciemne spojrzenie w jego błękitne oczy, a po chwili nawet okręciła się na krześle, by i całym ciałem skierować się w jego stronę. — Ona strzeże ludu, a on skarbu — oboje mają zajebiście ważne zadanie. Jasne, może inne priorytety, ale całościową strzegą jednocześnie dóbr materialnych jak i wartości i żyć ludzi — nawet nie zauważyła, w którym dokładnie momencie nachyliła się do niego bliżej. Może nie powinna aż tak ekscytować się randomowym połączeniem imion? Wróciła na miejsce, opadając plecami o oparcie.
— A imiona po miastach są kurwa okropne — akurat co do tego nie miała żadnych wątpliwości. — Jakaś Syndey, Charlotte albo Dallas… jeszcze trochę i ludzie zaczną nazywać swoje dzieci po batonach, które jedli na pierwszej randce — przewróciła oczami, zaciskając palce na papierowym kubku od kawy. — Siema jak masz na imie? Wunderbar. A zajebiście — chociaż przecież mogłoby być na przykład jeszcze Kit Kat albo Caramilk dla dziewczynki. No piękne. To już całkiem dobrze jej było z faktem, że miała imię po jednym z miesięcy, który zwiastował wiosnę. Szczególnie, że blondyn po chwili zaprezentował wyjątkowo piękny tekst trochę jednak na podryw używając jej prawdziwego imienia, na który Parker uśmiechnęła się zaczepnie. Miała mu pozostać dłużna? No na pewno nie.
— Gaspard, strażnik skarbu? — tym razem to ona zajrzała mu głęboko w oczy i chociaż starała się pozostać poważna, na jej twarzy malowało się rozbawienie. — Świetnie się składa, bo ten największy masz właśnie przed sobą — prosze bardzo, jaka bajerantka. Chociaż gdyby miała powiedzieć to na serio, z pewnością nie przeszło by jej to przez gardło.
Galen L. Wyatt
Prychnęła pod nosem, kiedy spytał czy robiła coś związanego z fizyką. Miło, że tak wysoko o niej myślał, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka minut temu sugerował, że mieszkała w zapyziałej dziurze na śmietniku.
— Pracuje za barem — rzuciła luźno, nawet na niego nie patrząc, wciąż bawiąc się papierowym kubkiem od kawy. — Po prostu mam dobrą głowę do liczb — wyjaśniła, bo łatwo było się domyślić, że jego pytanie wywodziło się z obliczeń, jakie odbyła w głowie. Prawda była taka, że Parker jeszcze w szkole miała naprawdę wysokie rokowania: będą z niej ludzie, świetnie się uczy, szybko łapie bla bla bla, szkoda tylko że życie i tak to wszystko potem weryfikowało. A matka nie miała pieniędzy na studia dla niej. Bywa.
Skinęła głową, gdy pokazał wieżowiec, w którym pracował. Fajnie. Stamtąd to dopiero pewnie miał zajebisty widok. No chyba, że jego biuro było na parterze.
— A co takiego robisz w tym biurze? — spytała z czystej ciekawości. — Sprzedajesz buty? — to zaś dodała w formie czystej zabawy. Tak żeby temat jego obsranych lakierków nie zginął gdzieś w tle, w końcu był przecież solidnym fundamentem ich całej znajomości. Nawet miała plan mu o tym wspomnieć, ale wtedy z ust Gasparda wyszło kolejne wyznanie. Już o wiele bardziej poważne niż rozmowy o biurach, a jednak sposób, w jaki się nim podzielił, mógł sprawiać wrażenie, że rozmawiali właśnie o pogodzie.
— I czemu w końcu tego nie zrobiłeś? — jej ton również brzmiał naturalnie. W ogóle cała jej reakcja była praktycznie zerowa: nie podskoczyła w szoku, nie zaczęła nawijać o tym jak bardzo jej przykro ani jak życie było warte życia. Bo czasami po prostu nie było. Maya też coś o tym wiedziała. — Stwierdziłeś, że dwie sekundy spadania nie są tego warte? — dopytała, podnosząc kubek do ust, wciąż przyglądając się wieżowcom w tle. Proszę bardzo. Niby człowiek miał pieniądze i świetną pracę, a jednak również w głowie siedziały mu czarne demony, których gotówką nie dało się odgonić.
— Ja się kiedyś prawie zaćpałam — odezwała się po chwili. Też nie miała pojęcia, po co właściwie mu to mówiła. Może żeby pokazać, że chociaż drastycznie się od siebie różnili, wcale nie byli tak inni? — Tylko mnie akurat przeszkodził brat — wzruszyła ramionami. I to wcale nie tak, że Parker przedawkowała nieświadomie. Zrobiła to aż za bardzo w chwili pełnej poczytalności. Co prawda w przypływie gniewu, ale jednak świadomie.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy wyjaśnił jej znaczenie imienia Maya. Faktycznie coś w tym było. Jej matka kochała wiosnę, chociaż zdecydowanie do bogini było jej daleko, szczególnie ze swoim zamiłowaniem do alkoholu. Może Leokadia by jednak bardziej pasowała, bo jakby nie patrzeć troszczyła się o całą rodzinę.
— No jak, Gaspard i Leokadia zajebiście do siebie pasują — spojrzała na niego, wbijając ciemne spojrzenie w jego błękitne oczy, a po chwili nawet okręciła się na krześle, by i całym ciałem skierować się w jego stronę. — Ona strzeże ludu, a on skarbu — oboje mają zajebiście ważne zadanie. Jasne, może inne priorytety, ale całościową strzegą jednocześnie dóbr materialnych jak i wartości i żyć ludzi — nawet nie zauważyła, w którym dokładnie momencie nachyliła się do niego bliżej. Może nie powinna aż tak ekscytować się randomowym połączeniem imion? Wróciła na miejsce, opadając plecami o oparcie.
— A imiona po miastach są kurwa okropne — akurat co do tego nie miała żadnych wątpliwości. — Jakaś Syndey, Charlotte albo Dallas… jeszcze trochę i ludzie zaczną nazywać swoje dzieci po batonach, które jedli na pierwszej randce — przewróciła oczami, zaciskając palce na papierowym kubku od kawy. — Siema jak masz na imie? Wunderbar. A zajebiście — chociaż przecież mogłoby być na przykład jeszcze Kit Kat albo Caramilk dla dziewczynki. No piękne. To już całkiem dobrze jej było z faktem, że miała imię po jednym z miesięcy, który zwiastował wiosnę. Szczególnie, że blondyn po chwili zaprezentował wyjątkowo piękny tekst trochę jednak na podryw używając jej prawdziwego imienia, na który Parker uśmiechnęła się zaczepnie. Miała mu pozostać dłużna? No na pewno nie.
— Gaspard, strażnik skarbu? — tym razem to ona zajrzała mu głęboko w oczy i chociaż starała się pozostać poważna, na jej twarzy malowało się rozbawienie. — Świetnie się składa, bo ten największy masz właśnie przed sobą — prosze bardzo, jaka bajerantka. Chociaż gdyby miała powiedzieć to na serio, z pewnością nie przeszło by jej to przez gardło.
Galen L. Wyatt