Strona 3 z 4

buy me coffee, will you?

: pn lut 16, 2026 4:06 pm
autor: Maya Parker
Majka też nienawidziła kawiarni. Chociaż może nienawidziła było zbyt mocnym słowem. Prawda była taka, że nienawidziła tłumów, które się tam zbierały, kolejek na dwadzieścia minut czekania i ludzi przed tobą w kasie, którzy przez kolejny pół godziny wybierali na jakim mleku chcieli swoje orzechowe latte. Oczywiście każdy się tam zawsze spieszył, a tak naprawdę połowa z tych ludzi i tak po wyjściu nie miała co zrobić ze swoim życiem. Nie wspominając nawet o poziomach rozmów, jakie były tam prowadzone w stylu kopę lat, opowiadaj co słychać, słońce. Nie to co ta ich na dachu. Maya aż była pod wrażeniem, jak łatwo skakali po tematach i żadne nie miało z tym problemu. I to wcale nie tylko o lakierkach. Może jednak blondyn nie był takim sztywnym nudziarzem za jakiego go miała?
Prychnęła pod nosem, kiedy spytał czy robiła coś związanego z fizyką. Miło, że tak wysoko o niej myślał, biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka minut temu sugerował, że mieszkała w zapyziałej dziurze na śmietniku.
Pracuje za barem — rzuciła luźno, nawet na niego nie patrząc, wciąż bawiąc się papierowym kubkiem od kawy. — Po prostu mam dobrą głowę do liczb — wyjaśniła, bo łatwo było się domyślić, że jego pytanie wywodziło się z obliczeń, jakie odbyła w głowie. Prawda była taka, że Parker jeszcze w szkole miała naprawdę wysokie rokowania: będą z niej ludzie, świetnie się uczy, szybko łapie bla bla bla, szkoda tylko że życie i tak to wszystko potem weryfikowało. A matka nie miała pieniędzy na studia dla niej. Bywa.
Skinęła głową, gdy pokazał wieżowiec, w którym pracował. Fajnie. Stamtąd to dopiero pewnie miał zajebisty widok. No chyba, że jego biuro było na parterze.
A co takiego robisz w tym biurze? — spytała z czystej ciekawości. — Sprzedajesz buty? — to zaś dodała w formie czystej zabawy. Tak żeby temat jego obsranych lakierków nie zginął gdzieś w tle, w końcu był przecież solidnym fundamentem ich całej znajomości. Nawet miała plan mu o tym wspomnieć, ale wtedy z ust Gasparda wyszło kolejne wyznanie. Już o wiele bardziej poważne niż rozmowy o biurach, a jednak sposób, w jaki się nim podzielił, mógł sprawiać wrażenie, że rozmawiali właśnie o pogodzie.
I czemu w końcu tego nie zrobiłeś? — jej ton również brzmiał naturalnie. W ogóle cała jej reakcja była praktycznie zerowa: nie podskoczyła w szoku, nie zaczęła nawijać o tym jak bardzo jej przykro ani jak życie było warte życia. Bo czasami po prostu nie było. Maya też coś o tym wiedziała. — Stwierdziłeś, że dwie sekundy spadania nie są tego warte? — dopytała, podnosząc kubek do ust, wciąż przyglądając się wieżowcom w tle. Proszę bardzo. Niby człowiek miał pieniądze i świetną pracę, a jednak również w głowie siedziały mu czarne demony, których gotówką nie dało się odgonić.
Ja się kiedyś prawie zaćpałam — odezwała się po chwili. Też nie miała pojęcia, po co właściwie mu to mówiła. Może żeby pokazać, że chociaż drastycznie się od siebie różnili, wcale nie byli tak inni? — Tylko mnie akurat przeszkodził brat — wzruszyła ramionami. I to wcale nie tak, że Parker przedawkowała nieświadomie. Zrobiła to aż za bardzo w chwili pełnej poczytalności. Co prawda w przypływie gniewu, ale jednak świadomie.
Uśmiechnęła się pod nosem, gdy wyjaśnił jej znaczenie imienia Maya. Faktycznie coś w tym było. Jej matka kochała wiosnę, chociaż zdecydowanie do bogini było jej daleko, szczególnie ze swoim zamiłowaniem do alkoholu. Może Leokadia by jednak bardziej pasowała, bo jakby nie patrzeć troszczyła się o całą rodzinę.
No jak, Gaspard i Leokadia zajebiście do siebie pasują — spojrzała na niego, wbijając ciemne spojrzenie w jego błękitne oczy, a po chwili nawet okręciła się na krześle, by i całym ciałem skierować się w jego stronę. — Ona strzeże ludu, a on skarbu — oboje mają zajebiście ważne zadanie. Jasne, może inne priorytety, ale całościową strzegą jednocześnie dóbr materialnych jak i wartości i żyć ludzi — nawet nie zauważyła, w którym dokładnie momencie nachyliła się do niego bliżej. Może nie powinna aż tak ekscytować się randomowym połączeniem imion? Wróciła na miejsce, opadając plecami o oparcie.
A imiona po miastach są kurwa okropne — akurat co do tego nie miała żadnych wątpliwości. — Jakaś Syndey, Charlotte albo Dallas… jeszcze trochę i ludzie zaczną nazywać swoje dzieci po batonach, które jedli na pierwszej randce — przewróciła oczami, zaciskając palce na papierowym kubku od kawy. — Siema jak masz na imie? Wunderbar. A zajebiście — chociaż przecież mogłoby być na przykład jeszcze Kit Kat albo Caramilk dla dziewczynki. No piękne. To już całkiem dobrze jej było z faktem, że miała imię po jednym z miesięcy, który zwiastował wiosnę. Szczególnie, że blondyn po chwili zaprezentował wyjątkowo piękny tekst trochę jednak na podryw używając jej prawdziwego imienia, na który Parker uśmiechnęła się zaczepnie. Miała mu pozostać dłużna? No na pewno nie.
Gaspard, strażnik skarbu? — tym razem to ona zajrzała mu głęboko w oczy i chociaż starała się pozostać poważna, na jej twarzy malowało się rozbawienie. — Świetnie się składa, bo ten największy masz właśnie przed sobą — prosze bardzo, jaka bajerantka. Chociaż gdyby miała powiedzieć to na serio, z pewnością nie przeszło by jej to przez gardło.
Galen L. Wyatt

buy me coffee, will you?

: pn lut 16, 2026 9:07 pm
autor: Galen L. Wyatt
Czy spodziewał się po niej, że pracuje za barem? Niekoniecznie, zmyliła go chyba tymi obliczeniami, no i kradnące barmanki? Chociaż gdyby Galen był bardziej życiowy, to to może akurat nie powinno dziwić? Ale z drugiej strony, one dostawały przecież dobre napiwki. Wyatt zawsze dawał dobre.
- Fajnie, przynajmniej masz w pracy ciekawie - powiedział całkiem szczerze, bo jednak ta praca to zawsze może czymś zaskoczyć, a jego? Jego ostatnio trochę zaskoczyło to, że jego dyrektor logistyczny był zamieszany w handel ludźmi. No niby ogromne zaskoczenie, ze sto razy większe niż bójka w barze, ale to już chyba wolałby, żeby Chris pobił się z Kenem od niszczarki.
- I za barem ci się to przydaje? - zapytał, ale nie chciał jej w żadnym stopniu dopiec, po prostu z ciekawości, chociaż mogło się przydawać przecież. Za barem też trzeba liczyć, gotówkę, proporcje i takie tam.
Na jej pytanie co robi uśmiechnął się delikatnie, chyba na tą zaczepkę z butami bardziej.
- Myślę, że jakby Ralph zrobił ze mnie swojego przedstawiciela, to od razu podwoiłby zyski - powiedział z poważną miną, ale zaraz się uśmiechnął. Znowu. A Galen Wyatt ostatnio mało się śmiał - stawiamy takie konstrukcje ze stali, mosty, hale, takie tam, w zasadzie nuda, ale fajne jest to, że nie tylko w Kanadzie, na całym świecie, możesz jechać po moście, a tam będzie logo Northex - to chyba była jego ulubiona cześć roboty, podbijanie tych światowych rynków. Bo Galen lubił poznawać nowych ludzi, nowe miejsca, ich kulturę, w ogóle ich całych. Swoich kontrahentów.
Na to jej kolejne pytanie najpierw wzruszył ramionami...
- Bo chyba nie było warto... - rzucił zaraz, i to był fakt, bo on to chciał zrobić po rozstaniu z Cherry, święty Piotr by go chyba zawrócił sprzed niebieskiej bramy, ze słowami za nią - nie warto. Zerknął z ukosa na brunetkę.
- I była też szansa, że się po prostu połamię, a nie zginę - czyli nie dość, że lecisz marne dwie sekundy, to potem na przykład lądujesz na wózku. Nieciekawie.
Odwrócił się delikatnie w jej kierunku, kiedy powiedziała to, że kiedyś prawie się zaćpała, nabrał mocno powietrze w płuca. Bo on też to zrobił, dawno temu, też z pełną premedytacją biorąc dużo większą dawkę niż powinien, odratowali go, a później dali na odwyk, a on się zarzekał, że zrobił to przez przypadek... Nieprawda.
- Masz brata? - zainteresował się, bo akurat Galen w Toronto był sam, i dla niego ten temat rodziny był zawsze jakiś taki... Chciał tu kogoś mieć, trochę zazdrościł, a trochę lubił słuchać, że inni kogoś mają, po prostu.
Słuchał kiedy mówiła o Gaspardzie i Leokadii, dwóch zmyślonych postaciach, które w swoim wyimaginowanym świecie może rzeczywiście do siebie pasowały. A do Galena kto pasował? Ciekawe. Galen - spokojny i ułożony... Jakaś grzeczna, ułożona dama?
- Może masz rację, była by z nich całkiem dobra para, od razu bije od tego połączenia takie poczucie bezpieczeństwa, a to ważne, nie? - znowu na nią spojrzał z ukosa, w jej coraz ładniejsze oczy, kiedy tak się pochyliła w jego kierunku. Była interesująca, w pewien dziwny sposób.
- Oh Henry... - rzucił nazwę batona, ale zaraz uniósł jedną brew - czekaj, akurat takie imię istnieje... Ale jakiś Snickers… - uśmiechnął się, ale zaraz ściągnął do siebie brwi - a co to za baton Wunderbar? - zapytał poważnie, bo tak... Jeśli chodzi o batony, to Galen znał pewnie trzy na krzyż, bo jako dzieciak to jadł jakieś batony zbożowe o smaku tektury i truskawki pewnie, a potem... Też je jadł, bo je znał.
Dopiero później poznał te kilka podstawowych, Henrego, Snickersa i pewnie tyle. Jak on pierwszy raz w życiu próbował kurczaków z Wendys… w tym roku. A Wunderbar nie próbował jeszcze nigdy. Od razu wydało mu się to jakieś intrygujące. Jak stąd zejdzie to musi kupić sobie taki baton. Tylko gdzie... się to kupuje?
Z zamyślenia wyrwały go jej słowa. Najpierw spojrzał na nią poważnie, niebieskie tęczówki wbijając w jej ciemne oczy, ale zaraz parsknął, po prostu się zaśmiał, krótko, ale szczerze. Chociaż już po chwili nabrał powietrze w płuca i spojrzał na nią przepraszająco.
- Wybacz, nie miałem nic złego na myśli, na pewno jesteś wartościową dziewczyną - musiał przecież się wytłumaczyć - po prostu to brzmi jak... - teraz on się do niej pochylił a te intensywnie niebieskie oczy wpatrzone były w te jej, ciemne, piękne? - bolało jak spadłaś z nieba? Albo... ale to jest mocne - spojrzał na nią znacząco - jesteś harcerką? Bo właśnie postawiłaś mi namiot - znowu parsknął śmiechem, głośno, szczerze - albo czekaj... to nawet pasuje - jeszcze bardziej się do niej przysunął, a potem zerknął na dół, na jej buty - fajne masz buty mała... dasz się w nich przelecieć? - zawiesił wzrok na jej twarzy. Nie to, że Galen stosował na co dzień takie teksty, no bo jednak trochę inne... Zdecydowanie inne, ale czytał ostatnio taki artykuł w sieci z chamskimi tekstami na podryw, więc mógł je... nie wykorzystać, ale mógł się z nią nimi podzielić.

Maya Parker

buy me coffee, will you?

: pn lut 16, 2026 11:58 pm
autor: Maya Parker
Czy miała w pracy ciekawie? Może i miała. W końcu pracując w takim miejscu jak Emptiness nie dało się przecież narzekać na nudę. Tam ciągle się coś działo: jak ktoś się nie aferował, to jakiś wariat biegał z bronią i się odgrażał albo ludzie z półświatka zabawiali się aż za bardzo. Ostatnio nawet musiała sama interweniować, bo ochroniarze akurat byli zajęci, a jeden facet dobierał się do jednej z tancerek, więc jakoś tak się sprawy potoczyły, że rozwaliła mu kufel na głowie, by się odczepił. Dopiero potem pojawiła się Maddie i ochrona. Dlatego jakby wziąć pod uwagę fakt, że Maya lubiła kiedy się działo, zdecydowanie jej praca nie była nudna. Słabo płatna i męcząca? Jak najbardziej, ale na pewno nie nudna.
Czy liczenie przydaje mi się w pracy? Pewnie — wzruszyła ramionami. Prawda była taka, że w dzisiejszych czasach wcale to nie było potrzebne do pracy. Teraz kasy fiskalne pokazywały, ile dokładnie trzeba było wydać gotówki, a drinki i tak raczej robiło się na czuja albo za pomocą miarki. — Ale do muzyki mi się przydaje — dodała po chwili, spoglądając na niego połowicznie. Dlatego też wcale jej uwadze nie uszło jego pytający wyraz twarzy. — Robię muzę po godzinach — wyjaśniła, jakby akurat ten fakt o niej nie był jakiś ciekawy. Chociaż może trochę był, biorąc pod uwagę, że była już na takim etapie swojej twórczości, że połowę tracków udawało się jej sprzedawać za jakieś śmieszne pieniądze. Nie wiązała z tym wielkiej przyszłości, raczej traktowała to jako hobby, które pomagało na moment odciąć się od rzeczywistości.
Słuchała uważnie, kiedy opowiadał jej o swojej pracy. Chociaż Majka za nic nie znała się na konstrukcjach i budowie mostów, wizja tego, że podróżując, widziało się logo swojej firmy gdzieś na świecie, musiało być faktycznie fajne. Trochę jak z jej muzyką — sama pewnie poczułaby się niesamowicie, gdyby kiedyś usłyszała swoją melodię w jakimś filmie lub reklamie, na przykład w jakiejś przypadkowej kawiarni, z której potem ukradłaby kawę w towarzystwie intrygującego blondyna.
Za to za grosz niesamowite nie było rozmawianie o samobójstwach, a jednak im wychodziło to wyjątkowo… naturalnie? To nie było normalne. Ciężko było spotkać na swojej drodze kogoś, kto bez dodatkowych pytań i paniki potrafiłby o tym rozmawiać i to jeszcze opiewać wszystko nutką sarkazmu.
Bo chyba nie było warto.
Miał rację. Nie było. Podzielała jego rozumowanie w stu procentach. Parker swoją próbę zaćpania problemów miała zaraz po tym, jak jej własna matka prawie umarła z zapicia, przy okazji sprowadzając do domu łystego typa, który okradł ich z całych oszczędności. Wszystko nawarstwiło się tak bardzo, że łatwiej chyba było jej po prostu to zrobić, niż stawiać czoła problemom. Bo niby jak szesnastolatka miała to zrobić w pojedynkę? Ale Gaspard miał rację: nie było warto.
Na jego pytanie o brata westchnęła głośno i odwróciła wzrok. Poprawiła się na krześle i spojrzała gdzieś w eter.
Mam — rzuciła krótko, sunąc palcami po papierowym kubeczku. — Aktualnie siedzi w więzieniu — po co mu to mówiła? Nie miała najmniejszego pojęcia. Może nie powinna? Teraz to już na pewno weźmie ją za jakąś totalną kryminalistkę, bo skoro ona kradła kawę z kawiarni, a brat siedział w pierdlu, to musiała to być jakaś patologiczna rodzina. Bo w sumie to była.
Całe szczęście oni zaraz zaczęli skupiać się na imionach tych mniej lub bardziej durnych oraz nad tym, jak to Gaspard pasował do Leokadii, bo biło od nich poczucie bezpieczeństwa. Cóż, akurat o tym Maya nie miała zielonego pojęcia. Bezpieczeństwo. Co to w ogóle było dla kogoś, kto pół życia musiał zaglądać przez ramię, za rogiem nie czyhają kłopoty.
Bezpieczeństwo spoko sprawa — skwitowała beznamiętnie, wypijając już resztkę waniliowej kawy i w końcu odstawiając kubek gdzieś pod nogi. — Chociaż ja to jestem jednak zwolenniczką porywów serca — wzruszyła ramionami, a następnie przyjrzała mu się uważnie. — Na adrenalinie przynajmniej czujesz, że żyjesz, a jak ciągle robisz wszystko w ryzach bezpiecznej strefy to… co ci po takim życiu? To tak naprawdę tylko egzystujesz — zrobiło się nagle jakoś głęboko, a może to już od jakiegoś czasu? Bo oni niby tak sobie dyskutowali na tym dachu o pierdołach, a jednak nie wiedzieć kiedy i jakimś cudem oboje podzielili się ze sobą ogromem informacji i sposobu patrzenia na rzeczy. Parker miała wieloletnich znajomych, którzy nie wiedzieli o niej rzeczy, które Gaspard dowiedział się w zaledwie pół godziny. Może to kwestia tego, że to spotkanie miało być jednorazowym wybrykiem bez konsekwencji, a może po prostu okazali się dla siebie dobrym towarzystwem. Przypadkowym bo przypadkowym, ale jednak z domieszką zrządzenia losu?
Chociaż kiedy zapytał jej, co to Wunderbar, to w sekundę jej spojrzenie z głębokiego w piękne niebieskie oczy zamieniło się w to pełne zaskoczenia i autentycznego niedowierzania.
Jak to kurwa nie wiesz co to jest Wunderbar? — aż zerwała się z miejsca. — Żartujesz? — zamrugała kilkakrotnie i była gotowa zapytać się go, czy całe życie mieszkał pod kamieniem. Serio. Przecież to był najbardziej popularny baton w całej Kanadzie. Spojrzała na niego z niedowierzaniem. — To jest połączenie czekolady z crunchy karmelem i… ja pierdole no nie wierze — no nie mogła tego przeboleć.
Musiała to rozchodzić. Zerwała się z miejsca i przeszła kilka kroków w jedną i drugą stronę, kręcąc głową i przyglądając mu się, jakby był autentycznym alienem z innej planety. A potem podeszła do niego i stanęła tuż przed krzesłem na którym siedział, by zaraz potem nachylić się w dół i oprzeć dłonie na oparciach. Co prawda ten gest mógł naruszać jego przestrzeń osobistą, ale Majka w tamtym momencie miała to głęboko w poważaniu. Ustawiła twarz tuż przy tej jego i tym razem z bliska zajrzała w błękitne oczy, jakby chciała tam doszukać się żartu. Zamiast żartu od razu uderzył ją intensywny zapach jego perfum, który zdecydowała się zignorować na tyle, na ile była w stanie.
Słuchaj mnie, Gaspard — zaczęła spokojnie, uważnie mu się przyglądając. Głos również nieco ściszyła, biorąc pod uwagę odległość. — To jest najlepsza słodycz, jaka kiedykolwiek została zamknięta w batoniku. Orgazm w papierku, rozumiesz? A ty… — uniosła rękę i tym razem wbiła mu jednej z palcy w ramię. Nie za mocno, ale z wyczuciem. Tak dla podkreślenia własnych słów. — Jeśli go nie jadłeś, to znaczy, że życia nie znasz — bo taka była prawda. One naprawdę były za-je-bi-ste. Tak zajebiste, że… — Dobra, chuj. Zbieraj się — rzuciła jeszcze z bliska, a potem w końcu się wyprostowała, oddając mu przestrzeń osobistą. — Co tak patrzysz? Zbieraj się. Idziemy do sklepu po batony.
Nie żartowała. Ona naprawdę była gotowa tym razem za faktyczne pieniądze kupić im po batonie i nie puścić go wolno do momentu, w którym nie powiedziałby jej, co o nim sądzi. Złożyła swoje krzesło i oparła je o jedną z kostek wentylacyjnych, przy okazji wysłuchując wykwintnych tekstów na podryw, prezentowanych przez Gasparda. Były tak złe, że aż śmieszne.
Dziwne, że jeszcze nie rzuciłeś tym o kuleniu — prychnęła, przyglądając się, jak blondyn próbuje uporać się z krzesłem. — No wiesz… Szkoda, że nie kuleje, ona pyta się czemu, a ty do niej bo chciałbym mieć taką laskę jak ty.
Galen L. Wyatt

buy me coffee, will you?

: wt lut 17, 2026 1:34 pm
autor: Galen L. Wyatt
- Do muzyki? - zainteresował się Galen unosząc jedną brew. Bo w zasadzie im dłużej tutaj siedzieli, niby gadając o rzeczach, które totalnie nie miały sensu, to tym bardziej brunetka wydawała mu się ciekawa. Muzyka, praca na barze, szybkie liczenie, intrygująca mieszanka. No i jeszcze to zamiłowanie do mocnych wrażeń, to też go przyciągało, chociaż chyba nie powinno. Prezesi wielkich korporacji takie wrażenia dostarczają sobie poprzez... milionowe inwestycje i szybkie samochody, czyż nie?
A Galen Wyatt lubił przez rzeczy przyziemne, kurczaki w Wendys na przykład, albo kawę z nowo poznaną dziewczyną na niezbyt widowiskowym dachu. Ale to chyba nawet nie chodziło o widoki, ani o kawę, bo i to, i to miał lepsze u siebie w biurze. Chodziło o towarzystwo. A to w firmie miał tragiczne, ostatnio Cindy, która zostawiał wszędzie swoje blond kłaki i nie umiała obsługiwać ekspresu do kawy.
Jeśli chodzi o Wyatta, to dla niego ta rozmowa na temat samobójstwa była... niesamowita, nikomu o tym nie mówił, nawet swojej terapeutce, wiedziała tylko ta dziewczyna, która ściągnęła go wtedy z mostu, i teraz Maya. A jeszcze lepsze było to, że go nie oceniła, że sama miała podobne przeżycia. Chociaż słabo to brzmi, że dla niego to było jeszcze lepsze... Ale Galen Wyatt rzadko trafiał na takich ludzi, którzy go po prostu rozumieli.
Zrozumiał też to, że musiał poruszyć jakiś niewygodny temat, kiedy zapytał o jej brata, a ona się spięła, bo Galen to jednak łapał takie aluzje, mowę ciała, musiał czasami czytać ze swoich kontrahentów. Zaraz dowiedział się dlaczego. I nawet przez chwilę chciał jej zapytać za co siedzi. Jak ona się z tym czuje, to była czysta ludzka ciekawość, i jakaś taka chęć poznania tego, co siedziało pod tą burzą czarnych loków, w jej głowie. Ale ugryzł się w język. Bo Galen nie zawsze poruszał te niewygodne tematy, czasami je po prostu kodując w głowie.
Czy pomyślał, że pochodziła z jakiejś patologicznej rodziny? Może odrobinę. Ale czy on pochodził z lepszej? Mieli kupę kasy, a przy tym bardzo mało miłości, nawet jego własna siostra wytknęła mu, że chciał się zabić na pokaz... Nie była lepsza od brata w więzieniu, chociaż Galen kiedyś ją kochał. Kiedyś bardzo chciał, żeby to co mieli wróciło. Teraz już w to zwątpił. Przecież jej nie zmusi, dał jej szansę, ona wiedziała gdzie on jest, mogła do niego przyjść. Nie przyszła.
Uniósł jedną brew na to beznamiętne bezpieczeństwo to super sprawa, a już na kolejne słowa, musiał się odezwać.
- Nie masz racji - może i Galen nie był jakimś specjalistą w tych kwestiach, ale swoje zdanie miał, ciut odmienne niż brunetka - adrenalina jest fajna, i iście za porywem serca, ale jeśli nie czujesz w tym w ogóle żadnej stabilizacji i tego bezpieczeństwa, to... skąd masz w ogóle wiedzieć, że to jest wyjątkowe? - zapytał zerkając na nią z ukosa. Bo Galen zawsze szedł za porywem serca, za emocją, wyrywając kolejną panienką w barze też za tym szedł, chociaż może czasem za porywem chu… Galen nie używa takich słów, ale wiadomo o co chodzi. Za tą chwilową ekscytacją i podobaniem się, iskrami pod skórą - adrenaliną. A co? A na drugi dzień to mijało. Bo nie można być wiecznie na haju, a przynajmniej tacy ludzie jak on nie mogli być... Ona też mu nie wyglądała na jakąś ćpunkę. Chociaż może to było jakieś mylne wrażenie.
- Chodzi o to, żebyś się obudziła obok kogoś na drugi dzień z myślą, o on tu wciąż jest, nie uciekł mimo, że jestem dzikuską - znowu niebieskie tęczówki spoczęły na jej twarzy - a jakby to była tylko adrenalina, poryw serca, to byście się tylko zastanawiali jak się ulotnić, albo któreś by już to zrobiło zanim obudziło by się to drugie... - tak jak Galen zawsze robił. A potem poznał Cherry, jego serce się do niej wyrwało, spędzili gorącą noc... a on co? A on nie uciekł, a on chciał być z nią, obok, chciał zawalczyć.
I się na tym przejechał, aż wstał żeby wyprostować nogi.
- Masz faceta? Cały czas jedziecie na adrenalinie? - to też było ciekawe, bo może jednak tak się dało. A Galen Wyatt po prostu za bardzo idealizował w swojej głowie… związki? Ale przecież on w swoim idealnym świecie nie umiał inaczej.
Usiadł z powrotem, kiedy zaczęli dyskusję na temat tego batona. Dobrze, że usiadł bo zaraz się okazało, że to jest taki słodycz, który pewnie by go ściął z nóg, ale Galen go nie znał. Dużo rzeczy go ominęło, dużo on też teraz nadrabiał, na przykład wycieczka do Wallmartu, do Wendys, chyba kolejny punkt to musi być ten baton.
- No brzmi dobrze - stwierdził, kiedy zaczęła mu mówić co to za baton, ale nawet za bardzo nie wyobrażał sobie tego smaku - trochę jak Snickers? - zapytał, ale sądząc po jej minie, to chyba nie zupełnie. Powiódł za nią spojrzeniem, kiedy przeszła się po dachu. Nawet się nie ruszył, kiedy się nad nim pochylała, bo Galen... no nie znał pojęcia przestrzeni osobistej, przechylił tylko na bok głowę, z tymi intensywnie niebieskimi tęczówkami utkwionymi w jej oczach.
- Orgazm w papierku? - powtórzył po niej, bo takiego porównania jeszcze nie słyszał, zwłaszcza w kontekście batona. Zerknął na dół, na jej palec, który wbił mu się w ramię, pewnie będzie miał siniak, bo Galen to jednak był delikatny, ale wcale się nie obruszył.
- No... kiedyś może zjem - rzucił i wzruszył ramionami, wciąż jeszcze nie był tak do końca przekonany, czy rzeczywiście tak wiele tracił. Galen za to jadł inne różne, czasem dziwne, rzeczy, na które Maya pewnie przewracałaby oczami. Nawet jej chciał zapytać czy ten baton mogłaby do czegoś porównać, crème brulle, czy jakiegoś innego syfu... to znaczy wybornego, wyszukanego specjału. Uniósł obie brwi, kiedy kazała mu się zbierać.
- To co? Koniec randki, bo nie jadłem jakiegoś tam batona? - zapytał zanim jeszcze powiedziała to, że idą właśnie po te batony. Podniósł się powoli i poprawił spodnie, otrzepał tyłek - chcę ci przypomnieć, że nie mam portfela, i nie zamierzam kraść z tobą jeszcze batonów - wywrócił oczami i sięgnął po swoje krzesło, żeby je złożyć, co szło mu trochę opornie, ale w końcu się udało. Spojrzał na nią znowu, kiedy powiedziała ten swój tekst na podryw.
- Myślisz, że jakieś kobiety na to lecą? - zapytał, kiedy już był gotowy, żeby ruszyć za nią, bo złożył krzesło i się poprawił. Nawet płaszczyk sobie wygładził.
Ruszyli w dół po schodach, a potem to już pewnie prosto do sklepu, omijając kawiarnię, którą okradli.
Czy Galen w kiosku ze słodyczami też nigdy nie był?
Oczywiście, że tak! Więc kiedy tam wszedł, w tą ciasną przestrzeń, gdzie wszędzie były jakieś gazety, i właściwie... wszystko tam było, to od razu zaczął się rozglądać. No co to było za miejsce? Mógł tam kupić parasol, szczoteczkę do zębów, książkę, puzzle i batony. Fascynujące.

Maya Parker

buy me coffee, will you?

: wt lut 17, 2026 5:03 pm
autor: Maya Parker
Słuchała go uważnie, gdy mówił o pojęciu bezpieczeństwa. W żadnym stopniu nie przeszkadzało jej, że się z nią nie zgadzał. Co więcej: Maya całym sercem kochała ludzi, którzy potrafili mieć własne zdanie i odpowiednio to uargumentować. Lubiła prowadzić dyskusje, oczywiście, kiedy pozostawały one jedynie dyskusją, a nie kłótnią, gdzie ktoś był zamknięty jedynie na własne racje, bo wtedy nie miało to najmniejszego sensu.
Rozumiała, co próbuje przekazać swoimi słowami Gaspard, a jednak za nic nie potrafiłą się z tym utorzsamić. Jego wizja związku było aż zbyt idealna. Bezpieczeństwo i pociąg? To tak w ogóle się dało? Cóż, może inni mieli w życiu wystarczająco szczęścia, by poczuć podobne uczucie.
Nie wiem, co to bezpieczeństwo — wzruszyła ramionami, ponownie już tego dnia zawieszając spojrzenie przed siebie, zamiast na jego intrygujących oczach. Jakoś łatwiej było wtedy zebrać myśli i niepotrzebnie się nie rozpraszać. — Tam skąd pochodzę poczucie bezpieczeństwa jest przywilejem, który mało kto dostaje — wyjaśniła, chociaż wcale nie wchodziła w szczegóły. Bo mało już wiedział? Miała mu jeszcze powiedzieć o tym, jak to matka dzień w dzień przez całe jej dzieciństwo zapijała swoje marne życie, sprowadzając do domu co to kolejnych niebezpiecznych facetów, a potem jeszcze jej własny brat wplątał się w podobne gówno? Może na następnej randce. — Jedyne co masz to adrenalina i porywy serca — w końcu na niego spojrzała, łapiąc przyjemne niebieskie spojrzenie. — Chyba tylko tak umiem. Ale jasne, zgadzam sie z twoimi słowami. Pewnie połączenie tych dwóch rzeczy byłoby w ogóle zajebiste — o ile tak się dało: połączyć poczucie bezpieczeństwa ze spontanicznością i ogniem. Parker nie miała pojęcia, bo przecież nie tylko w codziennym życiu ale i w miłości średnio szło jej to poszukiwanie bezpieczeństwa. Większość jej byłych była z szemranych kręgów brata, również zamieszanych w handel, a każdy inny jej związek, z potencjałem na coś większego, wykruszał się szybciej niż można było nazwać go bezczelnym.
Nie mam faceta — odpowiedziała mu praktycznie od razu. — Nie bawię się w związki — to również była prawda o niej. Trochę dlatego, że na ogół wolała przygody bez zobowiązań, bo było łatwiej, a z drugiej właśnie ze względów bezpieczeństwa. Doskonale zdawała sobie sprawę, jak działali ludzie od prochów, kiedy ktoś zwlekał ze spłatą długów. Wcale pierwsze nie łamało się palcy osobie, która wisi pieniądze, a straszyło skrzywdzeniem bliskich. Parker nie miała zamiaru ściągać tego na kogokolwiek. A przynajmniej na razie, póki nie ogarnie tego tematu z długiem Tobiego. — A ty? Masz dziewczynę? Musi się czuć przy tobie zajebiście bezpiecznie — obrączki nie miał na dłoni, więc ewentualnie zostawała dziewczyna. Skoro Gaspard sprawiał wrażenie tak rozważnego człowieka, z pewnością życie z nim wiązało się z wielkim komfortem nie tylko materialnym ale i mentalnym. Jeśli faktycznie potrafił dbać o swoją kobietę tak jak wspomniał przed chwilą, to nic tylko jej pozazdrościć.
Chociaż jeśli ona również nie wiedziała, co to batonik Wunderbar, to oboje powinni iść siedzieć. Co do tego akurat Majka nie miała najmniejszych wątpliwości. Albo chociaż na terapię!
Orgazm w papierku — powtórzyła zaraz po nim i była gotowa powtórzyć to jeszcze sto razy zanim on nie dojdzie zrozumie znaczenie jej słów. — I żaden koniec randki, tylko przenosimy ją do spożywczaka — wyjaśniła z uśmiechem. — Ale miło widzieć, że tak się tym przejąłeś — spojrzała na niego uroczo, jakby faktycznie ją to rozczuliło, że Gaspard nie chciał jeszcze kończyć spotkania. Fajnie, bo ona też nie chciała. Z jakiegoś chorego powodu miała w sobie przeczucie, że chciałaby go lepiej poznać. Jeszcze lepiej. — Spokojnie, szeryfie. Ja zapłacę — spojrzała na niego przez ramię, kiedy kierowali się schodami w dół, chociaż jego twarz nie wyrażała za dużo aprobaty ani wiary w to, że ona faktycznie zapłaci. Dlatego przystanęła na moment na schodkach i odwróciła się w jego kierunku. — Mówię serio. Już nie rób ze mnie takiej kryminalistki — musiała porządnie zadrzeć głowę, żeby na niego spojrzeć. Nie dość, że normalnie i tak był od niej wyższy, to jeszcze teraz stał na wyższym schodku. I tak wyglądał dobrze.
Sklep spożywczy, w którym wylądowali nie należał do największych. Był to przydrożny sklepik, bardziej osiedlowy niż supermarket. Jeden z tych, w którym można kupić dosłownie wszystko. Były w nim też oczywiscie Wunderbary.
Są! — jak dziecko szarpnęła Gasparda za materiał płaszczyka i pociągnęła do odpowiedniej alejki. Były tam nie tylko podstawowe batoniki z tej marki ale i setka wariacji jak z gorzką czekoladą, z białą, z różnym nadzieniem, dzięki czemu blondyn mógł sobie uświadomić, że Majka wcale nie kłamała, kiedy mówiła mu, że to najbardziej znane batony w Kanadzie. Bo były! — Bierzemy oryginalne. Są najlepsze — zgarnęła dwa, ale zaraz potem sięgnęła po kolejne dwa. — Będziesz mieć na potem, jak już ci posmakują — machnęła mu nimi przed oczami i spojrzała na półkę z resztą słodkości. — Jesteś coś czego jeszcze kompletnie nie kojarzysz? — zapytała z zainteresowaniem, bo w sumie teraz to była już do reszty zaintrygowana jego niewiedzą o podstawowych produktach.
Ej a to kiedyś próbowałeś? — przykucnęła na moment, sięgając po niewielkie żółte pudełeczko. — To taka galaretka, a w środku jest prze kwaśny sok. Jest to tak obrzydliwe, że aż zajebiste — oznajmiła i już po minie Gasparda widziała, że nie miał o tym bladego pojecia. — To bierzemy — nawet nie czekała na jego odpowiedź, po prostu władowała to do koszyka. Śmieszne. Wcześniej w kawiarni było jej szkoda kasy na kawę, a teraz tak ochoczo kupowała słodkości dla nieznajomego tylko dlatego, żeby spróbował nowej rzeczy!
Galen L. Wyatt

buy me coffee, will you?

: śr lut 18, 2026 1:59 pm
autor: Galen L. Wyatt
Nie wiem co to bezpieczeństwo… Galen to akurat wiedział, może nie wiedział co to miłość, zwłaszcza taka bezwarunkowa, obustronna, bo on to jednak kochał i swoją matkę i siostrę i ojca, ale nigdy od niech tego nie dostał. Chociaż może kiedyś od siostry... jak jeszcze byli dzieciakami, jeszcze nie miała mu tak wszystkiego za złe.
Ale poczucie bezpieczeństwa znał, bo przecież w tej swojej bajecznej willi Wyattów zawsze czuł się bezpiecznie, zaopiekowany, co prawda przez niańki i służące, ale to i tak dobrze. Bo niektórzy nie mieli takiego przywileju. Nawet przez chwile chciał drążyć ten temat, ale ostatnio Galen Wyatt dotkliwie zderzył się z szarą, ludzką rzeczywistością, z tym, że nie wszyscy mają w życiu takie szczęście jak on. Wiedział to już na przykładzie Nelly, a teraz Mayi? To było dla niego coś innego, bo przecież on zawsze obracał się w zupełnie innych kręgach, większość kobiet z którymi się spotykał była równie dobrze sytuowana co on. Nie licząc Meeny, czy Marcy, ale one też nigdy nie opowiadały mu o żadnych dramatach w swoim życiu, nie narzekały na brak pieniędzy... albo na to, że nigdy nie zaznały w nim bezpieczeństwa, chociaż to nie tak, że Maya narzekała, nie odebrał tak jej słów, aczkolwiek trochę go dotknęły, gdzieś tam w tym dobrym serduszku.
Kiedy Maya powiedziała to, że nie ma faceta i nie bawi się w związki, to Galen miał wrażenie, że już prowadził taką rozmowę... Co powinien powiedzieć? Kiedyś trafisz na kogoś takiego, kto sprawi, że twoje serce zabije szybciej Pilar… To znaczy Maya.
- Związki są do bani - rzucił tylko, bo w tej chwili, na jakimś takim zakręcie swojego pięknego życia, Galen trochę tak uważał. To nie tak, że nie wierzył jeszcze... Wciąż, że on kiedyś też trafi na kogoś takiego, ale czy nie za dużo razy się już przejechał, żeby nie móc tak stwierdzić? Jeszcze podeprzeć tego przykładami ze swojego życia.
- Tak się czuła... zajebiście bezpiecznie, że zerwaliśmy zaręczyny - wzruszył ramionami. Z perspektywy czasu przecież wiedział, że to było jedyne słuszne rozwiązanie, bo on w tym narzeczeństwie z Cherry nie był kompletnie sobą, co nie zmieniało faktu, że on... chciał się z nią ożenić, budować wspólną przyszłość. Szkoda tylko, że na fundamencie z kłamstwa i toksyczności. Ale co nas nie zabije, to nas wzmocni, i teraz Galen też mógł tak o tym myśleć. Chociaż starał się po prostu o tym nie myśleć, wcale. Nie zawsze wychodziło.
- Randka w spożywczaku? To jakieś nowomodne pomysły? Ja jestem trochę staroświecki, zazwyczaj zapraszam najpierw na kolację... - rzucił, ale posłał jej zaczepny uśmiech. Czy się przejął? Trochę tak... Dawno nie rozmawiało mu się z kimś tak naturalnie, na tak w zasadzie... trudne tematy.
Na to jej ja zapłacę, zmrużył powieki, czy nie powiedziała mu tego samego w kawiarni? Powiedziała.
Spojrzał na nią z góry, kiedy odwróciła się do niego.
- Ja z ciebie zrobiłem kryminalistkę? - zapytał unosząc jedną brew. Chociaż może zrobił? Przecież to on zapomniał portfela, ale nie kazał jej tej kawy ukraść...
Kiedy stanęli między batonami, to Galen nie mógł się trochę nadziwić, że tyle tego jest, i jak on w ogóle miał cokolwiek wybrać? Na szczęście wybrała Maya, a on tylko skinął głową. Na jej kolejne pytanie aż nabrał powietrze w płuca... On kojarzył stąd może dwie rzeczy.
- W zasadzie to... no nie wiem... - zaczął, bo co miał jej powiedzieć, że on nigdy nie był w takim sklepiku? Że większości z tych rzeczy nie jadł? Kiedy sięgnęła po tę galaretkę, to tylko pokręcił głową, nie jadł, ale sam nie wiedział jak mu to brzmi tak obrzydliwe, że aż zajebiste, aż zmarszczył brwi. Kiedy Maya wybrała wszystko i ruszyli do kasy, za którą stała miła starsza pani w okularkach, przywitała ich radośnie, bo to pewnie jej sklepik, to Galen podsunął się do brunetki bliżej, gdy już wyciągnęła słodycze na ladę, nawet do niej sięgnął i przytrzymał za ramie, jakby chciała uciec...
No nie mogli okraść takiej miłej starszej pani, która jeszcze im powiedziała, że te Wunderbary są pyszne i zapytała jak im mija dzionek kochaniutcy.
- A nie chcecie do tego Toronto Sun? - zapytała przeglądając gazetkę.
- A co tam piszą? - zapytał odruchowo Wyatt.
- Nic ciekawego w zasadzie... W plotkarskich, że ten facet od kontenerów... Ten jak mu tam, przygruchał sobie jakąś nową dziewczynę - zerknęła na Galen znad okularów. A on aż się odwrócił, bo chyba doskonale wiedział o kogo chodziło, ale jaką nową dziewczynę? Zrobili mu zdjęcia z Peach, albo z Nelly?
- O, telefon mi dzwoni, przepraszam... - rzucił, ale tak naprawdę nic mu nie dzwoniło, bo on nawet przecież nie miał telefonu, ale odwrócił się na pięcie i wyszedł z tego kiosku. W Toronto Sun o nim piszą? Dawno w sumie nie pisali... Będzie musiał to później sprawdzić.

Maya Parker

buy me coffee, will you?

: śr lut 18, 2026 4:25 pm
autor: Maya Parker
W pełni się z nim zgadzała, że związki były do bani. Nie dość, że człowiek wiecznie musiał myśleć o drugim człowieku, to jeszcze bardzo często przekładać jego potrzeby nad swoje, nie wspominając nawet o tym, jak niektórym ciężko było wytrwać w wierności. Majka coś o tym wiedziała. Ale Gaspard chyba też, skoro zerwał zaręczyny ze swoją narzeczoną. Coś musiało być na rzeczy.
W pierwszej chwili chciała go o to zapytać, o powód dla którego kobieta, którą kochał nie miała już pierścionka na palcu, tylko czy Parker miała do tego prawo? Tego typu tematy często wiązały się z nieprzyjemnymi wspomnieniami, które każdy trawił na własne sposób, dlatego też wyszła z założenia, że gdyby chciał, to by jej powiedział. W końcu to ostatnie pół godziny było na tyle dziwne, że oni już zdążyli powiedzieć sobie największe sekrety, a skoro tego jednego nie chciał, Majka miała zamiar to uszanować. Chociaż tekstu od randce już wcale nie miała zamiaru ignorować.
A co ty nie znasz tego całego nie ważne gdzie, ważne z kim bla bla bla? — przewróciła oczami. Sama też nie chodziła na randki do spożywczaka, ale jednak tutaj mieli większy cel. — Jasne, można iść przejść się romantycznie po parku albo zjeść jakiś fikuśny makaron w restauracji, który pewnie jadłeś już sto razy wcześniej, ale i tak nijak miało się do próbowania nowych rzeczy! — dla Majki to było jakieś takie… naturalne, logiczne. Że nowe doświadczenia zawsze górowały nad sprawdzonymi sposobami. Przynajmniej było co wspominać. Na kolacje pewnie w swoim życiu Gaspard wziął już pewnie dziesiątki dziewczyn, a z iloma jadł Wunderbary? Na to akurat Maya znała odpowiedź aż za dobrze, bo przecież właśnie mieli je kupić!
I szczerze? Gdyby miała przy sobie więcej kasy, zdecydowanie kupiłaby o wiele więcej batonów. Po każdym z różnych smaków, żeby Gaspard mógł spróbować sobie wszystkich i zobaczyć, który będzie mu najbardziej smakować. Tylko nie miała. Miała w kieszeni dokładnie dwadzieścia dolców i więcej nie mogła wydać, dlatego zabrali te cztery Wunderbary i jeszcze po małym, żółtym, kwaśnym żelku. Upewniła się ile co kosztowało i szybko wyliczyła w głowie, że zostanie jej cały marny dolar.
Przy kasie stała starsza ekspedientka. Kobieta była uśmiechnięta od ucha do ucha, poprawiając właśnie fartuszek w kwiatki. Przejechała po nim dłonią, po czym zabrała się za kasowanie batonów, chwaląc jakie to były pyszne.
A wie Pani, że ten tutaj nigdy ich nie jadł? — wskazała głową na Gasparda, a kobieta od razu zrobiła wielkie oczy.
Może chłopak jest z innego kraju — ekspedientka spróbowała go jakoś wytłumaczyć, ale Majka zaraz pokiwała głową.
No właśnie z tego! — chociaż co do tego akurat nie miała pewności, ale przecież w stanach również były popularne, a jego wyśmienity angielski akcent nie sugerował żadnych innych miejsc na świecie. — Dlatego zaraz będziemy próbować — dodała jeszcze, a kobieta rzuciła coś w stylu, że na pewno nie pożałują i dorzuciła im jeszcze po czekoladowym pieniążku za darmo, przy okazji pytając o Toronto Sun.
Za mocno dziwne uznała fakt, że Gaspardowi nagle zadzwonił telefon, którego podobno nie miał, ale finalnie machnęła na to ręką. Może źle się poczuł czy coś. Spytała grzecznie ile za gazetę, jednak jej kwota wychodziła poza ilość kasy, jaką Maya miała przy sobie, dlatego podziękowała i skierowała się do wyjścia.
Kto w ogóle jeszcze kupuje gazety, jak wszystko można przeczytać na ich stronie? — prychnęła, podchodząc do mężczyzny i podnosząc ciemne spojrzenie do jego twarzy. — Wszystko git? — wolała dopytać, bo może faktycznie gorzej się poczuł. — Bo obstawiam, że jakbyś chciał zwiać, to już by cie tu nie było — dlatego akurat tą opcje skreśliła od razu. Zajrzała w jego intrygujące błękitne oczy i się uśmiechnęła. Czemu? Tak po prostu. Dawno nie miała tak przyziemnego, przyjemnego popołudnia, a jeszcze teraz poprawi wszystko batonem.
Dobra, słuchaj. Zaczynamy od galaretki, bo… no bo takbo może być obrzydliwa i trzeba ją będzie czymś zagryźć chciała dodać, ale finalnie postanowiła nie robić mu złego PRu. Wyciągnęła z kieszeni dwa pudełeczka, po czym podała mu jedno. — Otwiera się tak — pociągnęła za niewielki, czerwony paseczek, a wszystko ładnie zeszło. Konsystencja przypominało to żelka, a w środku było nadzienie. — Albo to znienawidzisz albo pokochasz — ostrzegła go jeszcze, po czym przystawiła swój do ust. — Dobra, trzy… czte… ry! — władowała swój do ust, upewniając się, że Gaspard zrobił to samo. W pierwszej chwili przyjemna słodycz żelka otuliła kubki smakowe, a zaraz potem, kiedy zęby przecięły teksturę, w ostach rozlał się kwaśny sok. Majka cała się skrzywiła i aż podskoczyła kilkakrotnie w miejscu, jakby chciała strzepać z siebie krzywotę. Oczywiście przy całym procesie cisnął się jej na usta wielki uśmiech, bo ona osobiście kochała takie odklejone rzeczy. Tym bardziej kwaśne. — I jak? — uniosła spojrzenie na jego twarz. Polubił to? Znienawidził? Nie miała pojęcia, bo z początku strasznie mu wykrzywiło twarz od kwasu, na co Parker buchnęła głośnym śmiechem.

Galen L. Wyatt

buy me coffee, will you?

: czw lut 19, 2026 11:12 pm
autor: Galen L. Wyatt
W zasadzie... Galen nie znał tego nie ważne gdzie, ważne z kim, bo dla niego zawsze ważne było gdzie, bo on na te randki nie zabierał do parku, czy na fikuśny makaron, tylko musiało być jak w bajce, kolacja w najdroższej restauracji w mieście, menu zaplanowane tak, żeby każda cześć zachwycała, a później też coś równie czarującego. Jednego milfa, który lubił grę w baseball wziął na boisko, pod osłoną nocy (wziąłby, gdyby mi nie zwiała heh). Ostatnio Nelly zabrał nad wodospad Niagara. Może Majkę też by zabrał na fajną randkę?
Bo ta ich była całkiem w porządku. Gadało im się dobrze, robili rzeczy nietypowe, Galen Wyatt w upaćkanym bucie. Ale najfajniejsze było właśnie to próbowanie nowych rzeczy, jakieś takie elektryzujące, to jego wychodzenie ze strefy komfortu.
- Dobra. Może coś w tym jest... - rzucił, bo to była prawda, że on te swoje randki zawsze prowadził według określonego schematu. Były przez to gorsze? Nie. Ale powtarzalne, typowe. Kolacja, element zaskoczenia i bajeczny seks na deser. Dziesiątki dziewczyn... Albo i setki.
- A ty czego byś chciała spróbować? To znaczy wiesz... ja na przykład nigdy nie jadłem Wunderbarów, a ty czego nigdy nie robiłaś? Na pierwszej randce? - zapytał, może tak na przyszłość? A może po prostu był ciekawy. Bo przecież on z góry zakładał, że każda wymarzona randka to jest - kolacja, element zaskoczenia i... jego apartament.
Stali przy kasie, a Galen wciąż zerkał na Mayę trochę podejrzliwie, ale kiedy wdała się w rozmowę z miłą ekspedientką, to trochę się uspokoił, bo chyba nie mogłaby jej już okraść, prawda? Nawet chciał się jakoś wytłumaczyć, kiedy Maya powiedziała, że nigdy nie jadł tego batona sprzedawczyni, ale co miał powiedzieć? Że matka wywłoka mu nie pozwalała, bo to sam cukier? I dawała mu batony organiczne. Uśmiechnął się blado i wzruszył ramionami. No... bywa, prawda?
Kiedy wyszedł i stanął przed kioskiem to jeszcze zerknął przez ramię w kierunku brunetki i sklepowej, liczył, że jednak Maya nie kupi tej gazety. I nie kupiła. Na jej słowa wywrócił oczami.
- Zresztą i tak nie piszą tam nic ciekawego - stwierdził, ale prawda jest taka, że jakby miał telefon, to już sprawdzałby ich stronę. Ale nie miał.
Niebieskie tęczówki wbił w jej oczy, kiedy zapytała, czy wszystko git, uniósł jedną brew. Normalne pytanie tak? Proste, ludzkie. A jednak... ludzie tak rzadko pytali o to Galena Wyatta, z góry zakładając, że u niego zawsze przecież jest dobrze, bo facet ma wszystko, tak?
Uśmiechnął się do niej szczerze.
- Tak, git - rzucił zaraz, a na kolejne słowa brunetki parsknął - po prostu nie chciałem patrzeć, gdybyś miała ochotę zwinąć tą gazetę, czy coś... - zerknął na nią z ukosa. Przecież widział, że tym razem zapłaciła, ale musiał ją jeszcze zaczepić.
Kiedy powiedziała, że zaczynają od galaretki, to skinął głową, obserwował jak ona otworzyła swoją i zrobił to samo z pudełeczkiem, które mu podała. Najpierw się nad nim schylił i pociągnął nosem.
- Nie wiem... - zaczął, ale Majka już odliczała i szykowała się do swojej, więc co miał zrobić? Też przechylił pudełeczko, i najpierw było naprawdę dobre, słodkie, trochę śmieszne w konsystencji, ale to nawet na plus. A kiedy rozgryzł żelkę, to na języku rozlał się ten kwaśny sok, Galen automatycznie się skrzywił, aż go otrzepało, lubił kwaśne rzeczy, ale to aż... wykrzywiło mu autentycznie twarz, otworzył buzię, bo chciał coś powiedzieć, ale ten sok i ślina pociekła mu po brodzie, a kawałek żelki wypadł z ust i spadł na ten ładny, jasny płaszczyk, tworząc rozmemłaną plamę. Tym razem się tym za bardzo nie przejął, przesunął po plamie ręką, a zaraz spojrzał na Mayę, w końcu przełknął, ale aż znowu się wzdrygnął.
- Okropne... - rzucił, bo taki był pierwszy odruch, ale zaraz zacmokał, przechylił na bok głowę - albo zajebiste...? - ciężko było stwierdzić. Musiał przyznać, że to określenie tak ohydne, że aż zajebiste, pasowało idealnie. Bo rzeczywiście te żelki były okropnie kwaśne, ale jakby mu dała jeszcze jedną, to by ją zjadł.
- To teraz batony? - rzucił rozochocony i nawet wyciągnął do niej rękę po jednego, ale trochę się zawahał - poczekaj... Czy jutro ja mogę kupić batony? I kawę? Ale nie w tamtej kawiarni? A może iść tam i zapłacić? Powiemy, że zapomnieliśmy? - w sumie to też był jakiś plan. Galen nie był przyzwyczajony, żeby ktoś za niego płacił. Bo zawsze płacił on, bo przecież miał więcej pieniędzy, od wszystkich właściwie, nawet od swoich dobrze postawionych kolegów. Ostatnio już na jarmarku zapłaciła za niego Nelly, ale zaraz jej się zreflektował kawą, a później wycieczką. Czy Majkę też powinien zabrać na wycieczkę? Galen nie był najlepszy w takich drobnych, ludzkich gestach. Bo on za batona, to by jej pewnie zaraz podarował... Porsche?
Wziął od niej batonik i przesunął palcem po opakowaniu, ale zaczekał na instrukcje z jej strony, bo też może jadło go się w jakiś specjalny sposób? Nie chciał strzelić jakiegoś faux pas.

Maya Parker

buy me coffee, will you?

: pt lut 20, 2026 6:04 pm
autor: Maya Parker
Zastanowiła się na moment na jego pytanie. Czego byś chciała spróbować? Problem z tym pytaniem był taki, że Maya bardzo mało rzeczy w życiu próbowała. Głównym powodem były oczywiście pieniądze, które już na starcie zamykały wiele ścieżek. Już od dzieciaka. Kiedy chciała zapisać się na lekcje gry na gitarze; nie było kasy. Kiedy chciała iść na studia: brak kasy. Zrobić prawo jazdy; pusto w portfelu. Dużo rzeczy nie było jej dane spróbować i im dłużej patrzyła na Gasparda, tym bardziej była przekonana, że on te wszystkie rzeczy robił pewnie z milion razy, nie mówiąc nawet o tym, że pewnie nigdy nie musiał się zastanawiać czy w ogóle może.
A może być odklejone? — spojrzała na niego podejrzliwie, z lekkim uśmiechem kryjącym się gdzieś w kącikach ust. Biorąc pod uwagę, jak odpowiedziała mu na to, jak piłaby kawę, gdyby była obrzydliwie bogata, można się było po niej spodziewać dosłownie wszystkiego. Zabijała się na glanach do przodu i w tył, po czym spojrzała gdzieś w eter, zamyślając się na moment. — Chciałabym się przelecieć helikopterem, albo nawet chociażby samolotem — rzuciła z podekscytowaniem. Może dla normalnego człowieka, nie było w tym nic wyjątkowego… chociaż nie. No jednak latanie helikopterem i to jeszcze na pierwszej randce było czymś wyjątkowym i odklejonym, szczególnie, że te pokroju Majki wyglądały głównie jak te na dachu. — Nigdy nie leciałam nigdzie — wyjaśniła, widząc jego zdziwioną minę. On pewnie latał. Wyglądał na takiego, co latał. Może nawet na jakieś podróże biznesowe? Oglądać te wielkie konstrukcje, które miały na sobie logo firmy w której pracował, o których wspominał wcześniej?
Może nawet by go o to zapytała. Dowiedziała się co nieco więcej o jego doświadczeniu, tylko nie było na to za bardzo czasu, bo oni już próbowali żelki, a Parker aż skręcało od kwasu na wszystkie strony. A kiedy Garsparowi wyleciał kawałek z buzi, babrając mu płaszczyk… Maya buchnęła głośnym śmiechem i też się cała przez to popluła. Przez moment stali sobie tak cali popluci, aż Parker się nie zlitowała i nie wyciągnęła z kieszeni kurtki paczki chusteczek. Podała jedną blondynowi, po czym wyciągnęła i dla siebie, wycierając ślinę z brody.
Tak okropne, że aż zajebiste, no mówiłam!! — machnęła na niego ręką, cała zadowolona, bo dokładnie takiej recenzji się spodziewała. Nie było innej opcji. Wyciągnęła z opakowania jeszcze jedną sztukę chusteczki i tym razem przysunęła się do Gasparda, żeby zetrzeć mu nieco plamę z jasnego płaszczyka. Tak z czystej życzliwości. — Jak byliśmy mali z bratem to robiliśmy sobie taki konkurs, kto właduje sobie ich więcej do ust — podniosła spojrzenie na jego piękne niebieskie oczy. — Możesz sobie tylko wyobrazić, jak bardzo cztery takie na raz wykrzywiały twarz — zaśmiała się i zaraz oczywiście aż skrzywiła się na samą myśli. Tęskniła za tymi chwilami z Tobim. Były to takie pojedyncze momenty, kiedy beztroska przejmowała kontrolę nad problemami i jedyne co się liczyło, to kolosalna ilość cukierków w buzi, populote brody i rzyganie przez kolejne dwie godziny, nie wspominając nawet o bolących brzuchach, ale i tak było super. Zdecydowanie warte wszystkiego.
Plama na płaszczy Gasparda nie zeszła w całości, ale Majce udało się ściągnąć większość galarety. Chusteczki od razu wywaliła do kosza tuż przy ulicy i wróciła do blondyna. No to teraz gwiazda wieczoru. Już miała otwierać papierek, bo akurat tutaj otwieranie nie było wcale jakieś wyjątkowe, kiedy Gaspard kazał jej czekać.
Otworzyła szerzej oczy, słysząc jego propozycję. Sama nie wiedziała, co tak bardzo ją zdziwiło; fakt, że chciał być na tyle głupi, żeby wracać tam do kawiarni i płacić za kawy, czy może jednak to, że chciał się z nią ponownie spotkać? Co było w tym tak zaskakującego? Sama nie wiedziała. Może fakt, że ich światy wydawały się na pierwszy rzut oka tak bardzo od siebie oddalone? Inne.
Aż tak ci się spodobał dzisiejszy dzień? — spytała zaczepnie, przyglądając mu się uważnie. W jej głowie to spotkanie było przecież tylko jednorazową zabawą. Taką chwilą krótkiego porywu, gdzie podzielili się ze sobą swoimi sekretami. Kurwa, przecież rozmawiali nawet o samobójstwach. Raczej nie rozmawia się o takich rzeczach na pierwszym spotkaniu z ludźmi, których jeszcze chciało się zobaczyć? A może i się rozmawiało, tylko ona wcześniej nie spotkała na swojej drodze takiego Gasparda? Może była w tym nuta przeznaczenia? I chyba Majka w końcu doszła do wniosku, że chciałaby tą teorie sprawdzić.
Zrobimy inaczej — odezwała się po chwili, przekazując mu jednego batona do ręki, tego którego mieli zaraz zjeść, po czym przysunęła się jeszcze bliżej. — Zdamy się na los — oznajmiła zadowolona, przy okazji wciskając drugiego Wunderbara, którego dla niego kupiła do kieszeni jego płaszcza, z pewnością znowu naruszając przestrzeń osobistą. Widząc jego zaskoczone spojrzenie, zaśmiała się pod nosem. — No co? W kawiarni to był czysty przypadek, to kolejny też tak zostawmy. Wiesz, bez presji: jak mamy się spotkać, to i tak się spotkamy — zajrzała w jego oczy. Może było to głupie, naiwne i najbardziej odklejone stwierdzenie, jakie Gaspard słyszał w całym swoim życiu, ale co z tego? No przynajmniej było inne. Inne niż to, co miał na co dzień. I Majka w sumie też. A przecież cały ten dzisiejszy poranek był o próbowaniu nowych rzeczy. — Ale szczęściu można trochę pomóc — wyciągneła z kurtki jeszcze… czekoladowy pieniążek, który dostała za darmo od ekspedientki. Pierwsze uniosła go w górę przed twarz blondyna, a potem i jego schowała mu do płaszcza. Dopiero wtedy wykonała krok w tył, oddając mu odpowiednią ilość przestrzeni osobistej.
Dobra, dawaj tego batona! — podskoczyła w miejscu i otworzyła swojego, autentycznie już nie mogąc się doczekać. — Tylko przygotuj się, że cię wyrzuci z butów. Tak, nawet tych od Ralpha master lakierków — skinęła głową na potwierdzenie swoich słów i już nie czekając na nic więcej, wgryzła się w swojego. Był zajebisty. Jak zawsze. Idealne połączenie słodkiej czekolady, słonego karmelu i chrupiących ciasteczek, które dodawały temu wszystkiemu plus dziesięć do zajebistości. Znała ten smak na pamięć, a jednak zawsze mruczała pod nosem jedząc te batony. Tym razem również to zrobiła, a potem spojrzała z wyczekiwaniem na Gasparda.
Galen L. Wyatt

buy me coffee, will you?

: sob lut 21, 2026 12:37 am
autor: Galen L. Wyatt
Pokiwał tylko głową, kiedy zapytała, czy może być odklejone, bo nawet takie były lepsze, Galen lubił odklejone pomysły. Bo były po prostu ciekawsze. A po niej rzeczywiście nie wiedział czego się spodziewać, wycieczka do Indii i przejażdżka na słoniu? Nurkowanie z rekinami? Dokarmianie pandy w ich naturalnym środowisku?
- Przelecieć helikopterem, albo samolotem? - powtórzył po niej unosząc jedną brew. I to było takie odklejone? Nawet miał to skomentować, powiedzieć coś, że to przecież takie proste, normalne, ale kiedy patrzył w te jej ciemne, piękne oczy, kiedy powiedziała to, że nigdy nie leciała nigdzie, to nie odezwał się wcale. Zresztą Galen taki nie był, żeby komentować coś głupio, owszem lubił słowne zaczepki, jakieś gierki słowne. Ale komentowanie czyichś marzeń, pomysłów na pierwszą randkę. No nie.
- W sumie fajnie - powiedział i nawet się uśmiechnął. Dla niego rzeczy dość przyziemne, pewnie teraz wystarczyłby jeden jego telefon, żeby zaraz na któryś z tych wysokich dachów, gdzie mieli jakieś lądowisko, podstawili mu helikopter. Przez chwilę jeszcze chciał ją zapytać gdzie by chciała lecieć, ale już przyszło do próbowania tych żelek tak okropnych, że aż zajebistych - dosłownie.
Tak zajebistych, że wylądowały na brodzie i płaszczyku Galena, a kiedy Maya parsknęła na to głośno, to Galen prawie też, tylko w ostatniej chwili zasłonił się ręką, bo tak to by jeszcze ją opluł, a tak... miał całą oślinioną dłoń. Wiec te chusteczki to było naprawdę zbawienie, bo Galen najpierw wytarł sobie rękę, a później brodę.
- Mówiłaś, ale tego nie można sobie wyobrazić, póki się nie spróbuje - stwierdził i chciał sobie jeszcze poprawić rękę, bo cała mu się kleiła, ale za bardzo się nie dało. Mniejsza z tym. Zerknął na dół na tą plamę na płaszczu, którą Maya chciała mu zetrzeć, ale chyba to było niemożliwe, bo ten materiał bardzo się brudził, Galen nawet pomyślał sobie, że mógłby się ubrudzić od brudnych myśli na przykład...
- Żartujesz? - mruknął i podniósł spojrzenie na jej oczy - brzmi jak... - aż go wzdrygnęło jak sobie wyobraził na języku ten kwas, aż się skrzywił - moja siostra nigdy by na to nie poszła - pokręcił głową. Może i wizja czterech takich kwaśnych żelek na języku była straszna, ale cały ten pomysł brzmiał jak świetna zabawa. Taka, której on na pewno nie doświadczył za dzieciaka. Jak oni dostali z siostrą po kryjomu jakieś ciastko od służby, albo kupili jakieś słodycze, organiczne, niesmaczne, to było święto. Pilnowali ich. Galen dopiero na studiach odżył, zerwał się ze smyczy. Jego siostra też.
Płaszcz nie wyglądał najgorzej, kiedy Majka skończyła, chociaż Galen spojrzał na plamę dopiero kiedy poszła wyrzucić chusteczki, bo wcześniej patrzył w jej oczy. Już piękne, tak? No były.
- A tobie nie? - odbił od razu piłeczkę, jemu się podobał ten dzień, ta kawa na dachu i te żelki, tak okropne, że aż zajebiste. W ogóle... czuł się w jej towarzystwie jakoś tak dobrze, luźno. Jakby mógł przy niej stanąć w dresie, a ona by go nie oceniła. Bez butów Ralpha Laurena.
I może wcześniej też myślał o tym, jak o takim jednorazowym spotkaniu, więcej się nie zobaczą, bo ich drogi się raczej nie przecinają, tak teraz, kiedy o to zapytała, uświadomiła mu, że miałby jej już nie zobaczyć, to coś go zakłuło w tym dobrym serduszku.
Słuchał jej, kiedy stwierdziła, że zrobią inaczej. Wziął batona i tylko na niego zerknął, bo zaraz poderwał niebieskie ślepia znowu na jej oczy. Zmrużył powieki, kiedy to powiedziała.
- Na los? W Toronto? - jęknął, bo jemu to się wcale nie wydawało, że los ich znowu postawi na swojej drodze, ale dobrze. Może po prostu nie chciała się z nim spotkać. Wsunął palce do kieszeni, kiedy umieściła w niej batona.
- Dobra - rzucił w końcu i wzruszył ramionami, skoro tak chciała, to przecież nie będzie się z nią kłócił. Los. Bywał w końcu przewrotny, nie? A ten Galena Wyatta ostatnio się do niego wcale nie uśmiechał? No to może się teraz wreszcie odmieni. Spojrzał na ten czekoladowy pieniążek, który uniosła mu do góry, nawet przechylił na bok głowę.
- I to ma pomóc? - zapytał, ale zaraz już mieli próbować batona. Więc o tym jak pomóc szczęściu Galen będzie musiał pomyśleć później. Bo już otwierali batony, Galen powoli rozerwał papierek i ładnie go wywinął. Najpierw spojrzał na dziewczynę, później na batona i dopiero go ugryzł. Wyatt nie był jakimś wielkim fanem słodyczy, ale on też ze słodyczy jadł gorzką czekoladę i jakieś batony zbożowe. A to było... Pyszne. Słodkie, a do tego ten słony karmel i chrupiące ciasteczka. Pierwszy kawałek żuł długo. Chwilę. W końcu przełknął i ugryzł następny i tym razem to już przymknął powieki i mruknął pod nosem. Pokiwał głową, bo miał pełne usta, a Galen nie mówił z pełnymi ustami przecież. Ale w końcu, kiedy go przełknął, to się odezwał.
- Zajebisty - tak też Galen nigdy nie mówił, ale przy niej mówił. Przecież mógł - jutro kupie ich dziesięć, a jak los pozwoli to... się z tobą podzielę - trochę tak się czepił tego co powiedziała wcześniej, a zaraz wpakował do buzi pozostały kawałek batona. Już się zastanawiał jak smakują inne warianty, nawet się obejrzał na ten sklep, żeby sobie zapamiętać, gdzie to się kupuje, ale zaraz znowu odwrócił się do Mayi, a jego niebieskie tęczówki zatrzymały się na jej twarzy. I tym razem to Galen chyba naruszył jej przestrzeń osobistą, bo sięgnął do jej policzka, kącika ust właściwie, i musnął jej skórę palcem, którym starł kawałek czekolady.
- Czekolada - wyjaśnił jakby nigdy nic - a ja jestem czysty? - musiał się dopytać, bo nie dość, że w poplamionym płaszcz, obsranym bucie, to nie chciał jeszcze chodzić umazany czekoladą. Jak dziecko. Ale trochę czuł się jak dziecko, tutaj, przy niej.

Maya Parker