in search of something real
: czw kwie 16, 2026 1:47 am
Theodore słyszał to, co mówiła, ba, r o z u m i a ł to, co mówiła, niemniej jednak trudno było określić, czy to prawda, czy jedynie żart. Od pewnego czasu, mniej więcej od paru dni, tych, spędzonych w taki czy inny sposób z Eleną, sam zastanawiał się, dlaczego coś zrobił, a co dopiero inni... Dotychczas uważał swoje zachowanie za f u n k c j o n a l n e. To, co robił, rozpatrywał w kategoriach o p t y m a l n o ś c i, przewidywalności oraz pragmatyzmu. Uśmiech, gest, słowo — wszystko czemuś służyło.
Ale tutaj, teraz...
Beaulieu odetchnął nieco głębiej, głośniej, niż początkowo planował, ale wciąż przesuwał palcami wzdłuż gładkiej powierzchni szklanki. Równym tempem, miarowym, jakby zupełnie nieświadomie — ale tak naprawdę świadomie aż za bardzo. Nieważne jednak, co robił, o czym myślał, bo i tak nie potrafił przestać.
Rozluźnił uchwyt dopiero wtedy, kiedy zobaczył, jak opuszki jego palców bieleją.
Mocno.
Zdecydowanie za mocno.
Mimo to podniósł wzrok, nie przerywając ruchu. Słyszał lekką, ledwie wyczuwalną zmianę tonu, widział, jak się uśmiecha: jak najpierw podnosi kieliszek, a potem wygląda tak, jakby skrywała uśmiech za cienkim szkłem — widział to wszystko bardzo dokładnie.Być może za dokładnie. Ale co z tego, skoro przez większość czasu zastanawiał się, co to może oznaczać?
— Przypadek wyklucza świadome wybory, panno Eleno. Usiedliśmy tutaj. Jedliśmy. Rozmawiamy. To wcale nie jest przypadek — odezwał się dopiero po chwili milczenia, po chwili namysłu. W miarę jak mówił, przechylał głowę w bok, powoli porządkując to, o czym myślał. Panna Elena brzmiała tak, jakby s p r a w d z a ł a: jego, jego reakcję. Nie improwizowała. Trochę żartowała, trochę mówiła czegoś, co brzmiało jak zawoalowana propozycja. Uważał jednak, a jakże, że ma rację — bo to zarówno brzmiało, jak i było logiczne. Ale i tak potrzebował chwili, najlepiej paru dłuższych minut, aby wszystko, co się wydarzyło, odpowiednio sklasyfikować. Santorini wymykała się wszystkim kategoriom, które znał, które stosował. Nie lubił tego. Bardzo, bardzo niepraktyczne...
— Decyzja jest po pani stronie. Jeśli panią zaproszę — powiedział, skinąwszy głową, jakby potwierdzając swoje słowa — spotkamy się tylko wtedy, jeśli uzna pani, że warto wrócić — otworzył usta, po czym zmarszczył brwi, ewidentnie o czymś myśląc. Jakby ważąc nie tyle słowa, co własną decyzję, jeszcze niewypowiedzianą.
L o g i c z n i e byłoby uznać rozmowę za zakończoną.
Ale, z jakiegoś powodu, zwlekał.
— Chętnie jednak panią odwiozę. Teraz. Bez zobowiązań.
Elena Santorini
Ale tutaj, teraz...
Beaulieu odetchnął nieco głębiej, głośniej, niż początkowo planował, ale wciąż przesuwał palcami wzdłuż gładkiej powierzchni szklanki. Równym tempem, miarowym, jakby zupełnie nieświadomie — ale tak naprawdę świadomie aż za bardzo. Nieważne jednak, co robił, o czym myślał, bo i tak nie potrafił przestać.
Rozluźnił uchwyt dopiero wtedy, kiedy zobaczył, jak opuszki jego palców bieleją.
Mocno.
Zdecydowanie za mocno.
Mimo to podniósł wzrok, nie przerywając ruchu. Słyszał lekką, ledwie wyczuwalną zmianę tonu, widział, jak się uśmiecha: jak najpierw podnosi kieliszek, a potem wygląda tak, jakby skrywała uśmiech za cienkim szkłem — widział to wszystko bardzo dokładnie.
— Przypadek wyklucza świadome wybory, panno Eleno. Usiedliśmy tutaj. Jedliśmy. Rozmawiamy. To wcale nie jest przypadek — odezwał się dopiero po chwili milczenia, po chwili namysłu. W miarę jak mówił, przechylał głowę w bok, powoli porządkując to, o czym myślał. Panna Elena brzmiała tak, jakby s p r a w d z a ł a: jego, jego reakcję. Nie improwizowała. Trochę żartowała, trochę mówiła czegoś, co brzmiało jak zawoalowana propozycja. Uważał jednak, a jakże, że ma rację — bo to zarówno brzmiało, jak i było logiczne. Ale i tak potrzebował chwili, najlepiej paru dłuższych minut, aby wszystko, co się wydarzyło, odpowiednio sklasyfikować. Santorini wymykała się wszystkim kategoriom, które znał, które stosował. Nie lubił tego. Bardzo, bardzo niepraktyczne...
— Decyzja jest po pani stronie. Jeśli panią zaproszę — powiedział, skinąwszy głową, jakby potwierdzając swoje słowa — spotkamy się tylko wtedy, jeśli uzna pani, że warto wrócić — otworzył usta, po czym zmarszczył brwi, ewidentnie o czymś myśląc. Jakby ważąc nie tyle słowa, co własną decyzję, jeszcze niewypowiedzianą.
L o g i c z n i e byłoby uznać rozmowę za zakończoną.
Ale, z jakiegoś powodu, zwlekał.
— Chętnie jednak panią odwiozę. Teraz. Bez zobowiązań.
Elena Santorini