Strona 3 z 3

in search of something real

: czw kwie 16, 2026 1:47 am
autor: Theodore S. Beaulieu
Theodore słyszał to, co mówiła, ba, r o z u m i a ł to, co mówiła, niemniej jednak trudno było określić, czy to prawda, czy jedynie żart. Od pewnego czasu, mniej więcej od paru dni, tych, spędzonych w taki czy inny sposób z Eleną, sam zastanawiał się, dlaczego coś zrobił, a co dopiero inni... Dotychczas uważał swoje zachowanie za f u n k c j o n a l n e. To, co robił, rozpatrywał w kategoriach o p t y m a l n o ś c i, przewidywalności oraz pragmatyzmu. Uśmiech, gest, słowo — wszystko czemuś służyło.
Ale tutaj, teraz...
Beaulieu odetchnął nieco głębiej, głośniej, niż początkowo planował, ale wciąż przesuwał palcami wzdłuż gładkiej powierzchni szklanki. Równym tempem, miarowym, jakby zupełnie nieświadomie — ale tak naprawdę świadomie aż za bardzo. Nieważne jednak, co robił, o czym myślał, bo i tak nie potrafił przestać.
Rozluźnił uchwyt dopiero wtedy, kiedy zobaczył, jak opuszki jego palców bieleją.
Mocno.
Zdecydowanie za mocno.
Mimo to podniósł wzrok, nie przerywając ruchu. Słyszał lekką, ledwie wyczuwalną zmianę tonu, widział, jak się uśmiecha: jak najpierw podnosi kieliszek, a potem wygląda tak, jakby skrywała uśmiech za cienkim szkłem — widział to wszystko bardzo dokładnie. Być może za dokładnie. Ale co z tego, skoro przez większość czasu zastanawiał się, co to może oznaczać?
Przypadek wyklucza świadome wybory, panno Eleno. Usiedliśmy tutaj. Jedliśmy. Rozmawiamy. To wcale nie jest przypadek — odezwał się dopiero po chwili milczenia, po chwili namysłu. W miarę jak mówił, przechylał głowę w bok, powoli porządkując to, o czym myślał. Panna Elena brzmiała tak, jakby s p r a w d z a ł a: jego, jego reakcję. Nie improwizowała. Trochę żartowała, trochę mówiła czegoś, co brzmiało jak zawoalowana propozycja. Uważał jednak, a jakże, że ma rację — bo to zarówno brzmiało, jak i było logiczne. Ale i tak potrzebował chwili, najlepiej paru dłuższych minut, aby wszystko, co się wydarzyło, odpowiednio sklasyfikować. Santorini wymykała się wszystkim kategoriom, które znał, które stosował. Nie lubił tego. Bardzo, bardzo niepraktyczne...
Decyzja jest po pani stronie. Jeśli panią zaproszę — powiedział, skinąwszy głową, jakby potwierdzając swoje słowa — spotkamy się tylko wtedy, jeśli uzna pani, że warto wrócić — otworzył usta, po czym zmarszczył brwi, ewidentnie o czymś myśląc. Jakby ważąc nie tyle słowa, co własną decyzję, jeszcze niewypowiedzianą.
L o g i c z n i e byłoby uznać rozmowę za zakończoną.
Ale, z jakiegoś powodu, zwlekał.
Chętnie jednak panią odwiozę. Teraz. Bez zobowiązań.

Elena Santorini

in search of something real

: pt kwie 17, 2026 11:58 pm
autor: Elena Santorini
Miała tego świadomość.
Tego, że dla Beaulieu była na swój sposób niewygodna. Widziała przecież to, w jaki sposób reagował na jej słowa. Widziała jego dłoń, ściskającą szklankę zbyt mocno, aż róż jego skóry przecinały białe knykcie. Widziała wzrok uciekający w innym kierunku, palce stukające o blat w próżnym wypełnieniu ciszy, której potrzebował na sformułowanie odpowiedzi.
Dlatego tak bardzo ją to f a s c y n o w a ł o.
To, że mimo wszystko tutaj był. Tkwił przed nią, siedział przy jednym stole, w restauracji, do której ją zabrał. To on pojawił się przecież na jej spektaklu, to on odnalazł ją później, w trakcie spotkania w lobby. On zgodził się ją tutaj zabrać i on prowadził z nią tą rozmowę.
Ale skoro była dla niego tak niewygodna, dlaczego to wszystko robił?
Pewność siebie była tylko fasadą, wymalowaną na jej twarzy. W praktyce Theodore zostawiał w głowie Santorini równie wiele pytań, co ona zostawiała w jego. Zastanawiała się nad tym, jak mężczyzna jego pokroju może być człowiekiem tak wielu sprzeczności - a także nad tym, czego pragnął pod tymi wszystkim, nerwowymi gestami.
- A więc decyzja - odparła, zgadzając się na jego definicję, choć jej usta znów rozciągnęły się w rozbawieniu. Konwersacje z nim były zarówno bardzo dosadne, jak i również, na swój sposób, krążące w tym morzu niedopowiedzeń, w którym poruszała się zwykle. - W takim razie jeśli kiedyś pan postanowi mnie zaprosić - westchnęła, odrywając plecy od oparcia krzesła, pochylając się nad dzielącym ich stolikiem. - Podejmę decyzję, która powinna pana usatysfakcjonować.
W jej oczach zamigotał błysk.
Jej głowa zaś natychmiast poczęła odwracać się przecząco gdy zaoferował, że ją odwiezie. Nie dlatego, że Santorini pragnęła być niezależna - ale dlatego, że jeśli mogła, unikała tego typu wydarzeń. Nie chciała by ktokolwiek wiedział o tym, w jakich warunkach mieszkała.
Jej mieszkanie było tylko jej - a dla mężczyzn, z którymi się spotykała, była stworzona przez nią fasada. Iluzja tego, że z pewnością było to miejsce równie wytworne, co ona sama.
- Pozwalam mężczyźnie podwieźć się wyłącznie wtedy, gdy zabiera mnie do swojego mieszkania - odparła, pół żartem, pół serio, z tym figlarnym wyrazem twarzy który na moment wziął kontrolę nad jej mimiką.
Chwyciła za swoją torebkę, w gotowości do wyjścia tak czy inaczej. Jej brew uniosła się w górę, znów sprawdzając, znów testując
- A pan? - zagadnęła, gdy płacił za rachunek. - Preferowałby pan zobowiązania?

Theodore S. Beaulieu