you make me mad
: pt lut 20, 2026 3:38 pm
— No nie wiem — odparła, kiedy Evina oznajmiła, że pierdolenie jej jest działką, jednocześnie nawiązując do ostatniej sytuacji. Jakoś nie była już do tego do końca przekonana.
Może faktycznie nie potrafiły żyć bez siebie. Może spajała je wielka miłość, a może było to po prostu niezdrowe uzależnienie. A może jedno i drugie, splecione tak mocno, że nie dało się już rozdzielić granicy między uczuciem a potrzebą. Nawet jeśli w pewnych momentach patrzyły na świat zupełnie inaczej, nawet jeśli różniło je niemal tyle samo, ile łączyło, to ostatecznie zawsze wracały do siebie. Jakby wszystko inne traciło znaczenie. Jakby każdy spór był tylko chwilowym oddaleniem, nieuniknionym przystankiem w drodze z powrotem do tych samych ramion, które jednocześnie dawały schronienie i odbierały oddech.
— Może bym tęskniła — mruknęła po tym, jak Swanson przejechała językiem po jej dolnej wardze. — A może nie. Tego na razie się nie dowiemy — wzruszyła lekko ramionami, dając jej do zrozumienia, że nie zamierza jej dusić. Jeszcze. Wszystko w swoim czasie.
Jeszcze raz zuchwale wpiła swoje usta w usta narzeczonej, chcąc odebrać jej myśli. Pocałunek był zachłanny i intensywny. Jej dłonie wsunęły się pod materiał koszulki, odnajdując ciepłą, nagą skórę. Przez krótką chwilę błądziła palcami, muskając brzuch i sunąc wzdłuż żeber, aż w końcu zostawiła po sobie delikatne, zaróżowione ślady paznokci.
To wszystko trwało zaledwie moment, bo Zaylee ześlizgnęła się z kolan Eviny równie szybko, jak się na nich znalazła. Zupełnie, jakby nic się nie wydarzyło. Czy to była nauczka? Skądże znowu. Raczej demonstracja i czytelne przypomnienie, że nie wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a niektóre rzeczy trzeba sobie wywalczyć. Z absolutnym spokojem wróciła na swoje krzesło, wygładziła swój t-shirt i sięgnęła po widelec, aby dokończyć obiad.
To, co się wydarzyło, wcale nie było pojednaniem, ale przynajmniej były na właściwej drodze, żeby wrócić do normalności. Wprawdzie bez wielkich gestów i nadmiernej czułości, ale zawsze to jakiś postęp. Miller nadal zamierzała udowodnić, że jest ponad to.
— Sprawdziłaś sposób, w jaki zwykle pracowali Bernard i Haddad? — zapytała zwyczajny tonem. Temat pracy zawsze wydawał się bezpieczny. W inny okolicznościach uciekłyby w seks, ale nawet Miller nie miała na to ochoty, a to zdarzało się naprawdę... Nie, właściwie nie zdarzało się nigdy. Zawsze miała ochotę na seks. Tak, jak zawsze miała ochotę na jedzenie. Tym razem było jednak inaczej. Czy to był powód do zmartwień? Na to pytanie powinna odpowiedzieć sobie już sama Swanson.
Evina J. Swanson
Może faktycznie nie potrafiły żyć bez siebie. Może spajała je wielka miłość, a może było to po prostu niezdrowe uzależnienie. A może jedno i drugie, splecione tak mocno, że nie dało się już rozdzielić granicy między uczuciem a potrzebą. Nawet jeśli w pewnych momentach patrzyły na świat zupełnie inaczej, nawet jeśli różniło je niemal tyle samo, ile łączyło, to ostatecznie zawsze wracały do siebie. Jakby wszystko inne traciło znaczenie. Jakby każdy spór był tylko chwilowym oddaleniem, nieuniknionym przystankiem w drodze z powrotem do tych samych ramion, które jednocześnie dawały schronienie i odbierały oddech.
— Może bym tęskniła — mruknęła po tym, jak Swanson przejechała językiem po jej dolnej wardze. — A może nie. Tego na razie się nie dowiemy — wzruszyła lekko ramionami, dając jej do zrozumienia, że nie zamierza jej dusić. Jeszcze. Wszystko w swoim czasie.
Jeszcze raz zuchwale wpiła swoje usta w usta narzeczonej, chcąc odebrać jej myśli. Pocałunek był zachłanny i intensywny. Jej dłonie wsunęły się pod materiał koszulki, odnajdując ciepłą, nagą skórę. Przez krótką chwilę błądziła palcami, muskając brzuch i sunąc wzdłuż żeber, aż w końcu zostawiła po sobie delikatne, zaróżowione ślady paznokci.
To wszystko trwało zaledwie moment, bo Zaylee ześlizgnęła się z kolan Eviny równie szybko, jak się na nich znalazła. Zupełnie, jakby nic się nie wydarzyło. Czy to była nauczka? Skądże znowu. Raczej demonstracja i czytelne przypomnienie, że nie wszystko jest na wyciągnięcie ręki, a niektóre rzeczy trzeba sobie wywalczyć. Z absolutnym spokojem wróciła na swoje krzesło, wygładziła swój t-shirt i sięgnęła po widelec, aby dokończyć obiad.
To, co się wydarzyło, wcale nie było pojednaniem, ale przynajmniej były na właściwej drodze, żeby wrócić do normalności. Wprawdzie bez wielkich gestów i nadmiernej czułości, ale zawsze to jakiś postęp. Miller nadal zamierzała udowodnić, że jest ponad to.
— Sprawdziłaś sposób, w jaki zwykle pracowali Bernard i Haddad? — zapytała zwyczajny tonem. Temat pracy zawsze wydawał się bezpieczny. W inny okolicznościach uciekłyby w seks, ale nawet Miller nie miała na to ochoty, a to zdarzało się naprawdę... Nie, właściwie nie zdarzało się nigdy. Zawsze miała ochotę na seks. Tak, jak zawsze miała ochotę na jedzenie. Tym razem było jednak inaczej. Czy to był powód do zmartwień? Na to pytanie powinna odpowiedzieć sobie już sama Swanson.
Evina J. Swanson