Can you feel it coming in the air tonight, Oh Lord…
: ndz mar 29, 2026 12:00 am
Maria była opoką dla rodziny oraz męża… i niewątpliwie szlachetna to była rola, którą obrała sobie z pełną świadomością, by latami skrupulatnie ją pielęgnować, jednocześnie nie przypuszczając, że jej starania obrócą się przeciwko niej. Że to, co dla niej było oddaniem i troską, w oczach najbliższej osoby przestaną być atrakcyjne. Że zepchnie ją to na dalszy plan, że stanie się tym, co ich dzieli. Kiedy stopniowo stawała się ich fundamentem nikt nie zauważał tego, że pod ciężarem który dźwiga zaczyna pomału pękać. Wierzyła jednak naiwnie, że jej siła tkwi w trwaniu… że Rafael kiedyś ją zrozumie… doceni...
…do dziś.
Do chwili, kiedy dłonie Donniego śmiało wędrujące pod jej sukienka sprawiły, że to ona coś zrozumiała. Przebudziła się. Dotarło do niej, że przez te wszystkie lata uciekała do odrestaurowywania mebli, bo to była jedyna rzecz nad jakąś miała pełną kontrolę, podczas gdy pozostałe cząstki jej samej umykały, pod ciężarem obowiązków i zmęczenia. Myślała, że bezpowrotnie. Jak bardzo się myliła!
Nagle zjawił się on, ze swoją odwagą, bezczelnością, pewnością co do tego, że łamanie granic i zasad w ramach spełniania pragnień nie może być niczym złym i właśnie tym swoim sposobem bycia, odrestaurowywał ją stopniowo, każdym drobnym gestem, pełnym ciekawości spojrzeniem, czułym dotykiem, żarliwym pocałunkiem, cichym błaganiem by trwać w tym co tu i teraz, co d o b r e. I ona to czuła, coraz odważniej podzielała, pragnąc go trochę mocniej z każdym kolejnym przyciągnięciem, drżeniem ciała i cichym zapewnieniem, że ją widzi i że mogą robić co chcą.
Dawno nie robiłaś tego, co chciałaś?
To stwierdzenie było proste, bolesne i trafne. Rozszyfrował ja, bo kiedy tak naprawdę zrobiła coś dla siebie, coś co chciała, a nie co powinna? Czuła jak pod wpływem jego warg na wnętrzu jej dłoni poddaje się.
Była fundamentem, ale nie chciała już dłużej trzymać tego całego ciężaru. Pragnęła, by to ją dla odmiany ktoś dzisiaj podtrzymał. A jego ramiona… Ay, cielos! Niby młode, ale pełne siły i chęci, rwały się do niej, otulaly, zamykały w pewnym ucisku - były idealnym wyborem, czyż nie? Czuła się w nich bezpiecznie, pewnie, przepadła bez reszty.
Szczególnie teraz, gdy zielone tęczówki Donniego znów odnalazły jej spojrzenie, a jej oddech zamarł. Były piękne i nie było w nich żadnej oceny, nie było oczekiwań… za to była - w o l n o ś ć - czysta, obezwładniająca i kusząca.
Tylko to co powinnaś Mario?
— Mam wrażenie, że ostatnio moje życie to jedna wielka powinność — wyznała cicho, ociężale wręcz jakby pragnęła na ten jeden wieczór się tego wyzbyć. Jej oczy, ciemne i wilgotne od nadmiaru emocji, nie szukały już ucieczki. Szukały pomocy. — Masz rację. Robiłam to, co trzeba, dopóki nie przestałam czuć czegokolwiek poza zmęczeniem — mruknęła, a jej dłoń, którą wcześniej całował, teraz mocno zacisnęła się na jego karku, znów wplątała się w jego włosy.
Gdy przyciągnął ją do siebie ponownie, na pewno nie czuła zmęczenia. Zalała ją fala innych, zapomnianych już doznań i uderzyła z siłą, której nie potrafiła kontrolować. Siedząc okrakiem na jego udach i napierając na niego w poszukiwaniu jakiejkolwiek ulgi, czuła każde drgnienie jego mięśni, a ich bliskość wydawała się jej nieprzyzwoita i zarazem tak... właściwa. Zatracała się bez reszty w kolejnych pocałunkach, gwałtownych, wilgotnych, w których nuta pomarańczy dawno zaginęła pod smakiem czystego pożądania.
Nie umiała przestać.
Nie chciała.
— Donnie — szepnęła opierając swoje czoło o jego, składając ciężkie oddechy na jego ustach, muskając je subtelnie między słowami. Jakby się wahała, ale wcale tak nie było. Wystarczyło jedno słowo, a ona zsunęła się z jego kolan i równie szybko wstała, a świat lekko zawirował od nadmiaru drinków i silnych emocji.
I znów wpadła w jego ramiona.
Aquí es mi lugar.
Na jedną noc, na chwilę.
Zimne powietrze uderzyło w nią tak nagle i brutalnie, że w pierwszej chwili zabrakło jej tchu, gdy stanęła przed klubem oszołomiona nagłą zmianą temperatury, a w kolejnej z jej ust wydobył się radosny śmiech. Krótki, ale wymowny. Euforia ucieczki obudziła w niej radość, która teraz nie zniknęła, ale ukryła się ponownie pod pożądaniem, gdy Donnie gwałtownym, zdecydowanym ruchem przyparł ją do ściany.
— Jeśli nie mieszkasz tuż za rogiem, to zapomnij o ucieczce do twojego mieszkania — wyszeptała z trudem. — Nie chcę tracić niepotrzebnie ani jednej minuty na drogę — nie chciała czekać na taksówkę, nie chciała patrzeć przez okno samochodu na przesuwające się ulice Toronto,bała się nie chciała się zawahać, nie chciała zrezygnować. — Przecznicę dalej jest hotel — szepnęła nieśmiało, jakby sama wstydziła się swojej niecierpliwości, po czym złapała go, splotła swoje palce z jego dłonią i nie czekając na odpowiedź, pociągnęła go za sobą kierując się najpierw w stronę pasów, by przebiec przez nie w końcowych migawkach zielonego światła, a potem dalej przed siebie, by kilkanaście metrów dalej wejść za róg. Przed nimi roztaczała się już ostatnia prosta; w oddali błyszczał hotelowy szyld, ale oni niespiesznie przystawali jeszcze raz po raz, badali kolejne ściany, ich chropowatość, temperaturę przebijającą się przez płaszcz po kolejnym przyparciu do muru. — Jeszcze kawałek... — wychrypiała błądząc dłońmi pod jego kurtką, myślami zrzucajac ją po przekroczeniu progu pokoju.
Najtrudniejsze było jednak przed nimi.
Musieli stworzyć pozory. Oderwać od siebie ciała, puścić dłonie. Maria poprawiła płaszcz wchodząc do hotelowego lobby, próbowała skupić się i profesjonalnie podejść do sprawy jaką było wynajęcie pokoju, ale jej usta - opuchnięte od kolejnych pocałunków składanych na mrozie - zdradzały wszystko. Cisza nie ułatwiała niczego, podobnie jak stukot klawiszy, kiedy recepcjonistka wklepywała ich dane, co jakiś czas rzucając im wymowne spojrzenie.
I jeszcze ta sekunda, kiedy to ich oczy spotkały się nagle, choć dzielił ich dystans.
I ta obietnica wymalowana w jego zielonych tęczówkach oraz w jej ciemnych oczach…
…obietnica tego, co zaraz wydarzy się za zamkniętymi drzwiami pokoju.
Wiedzieli to już teraz, kiedy niecierpliwie czekali, aż drzwi windy otworzą się, by unieść ich wyżej.
No me hagas aguardar, Donnie




…do dziś.
Do chwili, kiedy dłonie Donniego śmiało wędrujące pod jej sukienka sprawiły, że to ona coś zrozumiała. Przebudziła się. Dotarło do niej, że przez te wszystkie lata uciekała do odrestaurowywania mebli, bo to była jedyna rzecz nad jakąś miała pełną kontrolę, podczas gdy pozostałe cząstki jej samej umykały, pod ciężarem obowiązków i zmęczenia. Myślała, że bezpowrotnie. Jak bardzo się myliła!
Nagle zjawił się on, ze swoją odwagą, bezczelnością, pewnością co do tego, że łamanie granic i zasad w ramach spełniania pragnień nie może być niczym złym i właśnie tym swoim sposobem bycia, odrestaurowywał ją stopniowo, każdym drobnym gestem, pełnym ciekawości spojrzeniem, czułym dotykiem, żarliwym pocałunkiem, cichym błaganiem by trwać w tym co tu i teraz, co d o b r e. I ona to czuła, coraz odważniej podzielała, pragnąc go trochę mocniej z każdym kolejnym przyciągnięciem, drżeniem ciała i cichym zapewnieniem, że ją widzi i że mogą robić co chcą.
Dawno nie robiłaś tego, co chciałaś?
To stwierdzenie było proste, bolesne i trafne. Rozszyfrował ja, bo kiedy tak naprawdę zrobiła coś dla siebie, coś co chciała, a nie co powinna? Czuła jak pod wpływem jego warg na wnętrzu jej dłoni poddaje się.
Była fundamentem, ale nie chciała już dłużej trzymać tego całego ciężaru. Pragnęła, by to ją dla odmiany ktoś dzisiaj podtrzymał. A jego ramiona… Ay, cielos! Niby młode, ale pełne siły i chęci, rwały się do niej, otulaly, zamykały w pewnym ucisku - były idealnym wyborem, czyż nie? Czuła się w nich bezpiecznie, pewnie, przepadła bez reszty.
Szczególnie teraz, gdy zielone tęczówki Donniego znów odnalazły jej spojrzenie, a jej oddech zamarł. Były piękne i nie było w nich żadnej oceny, nie było oczekiwań… za to była - w o l n o ś ć - czysta, obezwładniająca i kusząca.
Tylko to co powinnaś Mario?
— Mam wrażenie, że ostatnio moje życie to jedna wielka powinność — wyznała cicho, ociężale wręcz jakby pragnęła na ten jeden wieczór się tego wyzbyć. Jej oczy, ciemne i wilgotne od nadmiaru emocji, nie szukały już ucieczki. Szukały pomocy. — Masz rację. Robiłam to, co trzeba, dopóki nie przestałam czuć czegokolwiek poza zmęczeniem — mruknęła, a jej dłoń, którą wcześniej całował, teraz mocno zacisnęła się na jego karku, znów wplątała się w jego włosy.
Gdy przyciągnął ją do siebie ponownie, na pewno nie czuła zmęczenia. Zalała ją fala innych, zapomnianych już doznań i uderzyła z siłą, której nie potrafiła kontrolować. Siedząc okrakiem na jego udach i napierając na niego w poszukiwaniu jakiejkolwiek ulgi, czuła każde drgnienie jego mięśni, a ich bliskość wydawała się jej nieprzyzwoita i zarazem tak... właściwa. Zatracała się bez reszty w kolejnych pocałunkach, gwałtownych, wilgotnych, w których nuta pomarańczy dawno zaginęła pod smakiem czystego pożądania.
Nie umiała przestać.
Nie chciała.
— Donnie — szepnęła opierając swoje czoło o jego, składając ciężkie oddechy na jego ustach, muskając je subtelnie między słowami. Jakby się wahała, ale wcale tak nie było. Wystarczyło jedno słowo, a ona zsunęła się z jego kolan i równie szybko wstała, a świat lekko zawirował od nadmiaru drinków i silnych emocji.
I znów wpadła w jego ramiona.
Aquí es mi lugar.
Na jedną noc, na chwilę.
Zimne powietrze uderzyło w nią tak nagle i brutalnie, że w pierwszej chwili zabrakło jej tchu, gdy stanęła przed klubem oszołomiona nagłą zmianą temperatury, a w kolejnej z jej ust wydobył się radosny śmiech. Krótki, ale wymowny. Euforia ucieczki obudziła w niej radość, która teraz nie zniknęła, ale ukryła się ponownie pod pożądaniem, gdy Donnie gwałtownym, zdecydowanym ruchem przyparł ją do ściany.
— Jeśli nie mieszkasz tuż za rogiem, to zapomnij o ucieczce do twojego mieszkania — wyszeptała z trudem. — Nie chcę tracić niepotrzebnie ani jednej minuty na drogę — nie chciała czekać na taksówkę, nie chciała patrzeć przez okno samochodu na przesuwające się ulice Toronto,
Najtrudniejsze było jednak przed nimi.
Musieli stworzyć pozory. Oderwać od siebie ciała, puścić dłonie. Maria poprawiła płaszcz wchodząc do hotelowego lobby, próbowała skupić się i profesjonalnie podejść do sprawy jaką było wynajęcie pokoju, ale jej usta - opuchnięte od kolejnych pocałunków składanych na mrozie - zdradzały wszystko. Cisza nie ułatwiała niczego, podobnie jak stukot klawiszy, kiedy recepcjonistka wklepywała ich dane, co jakiś czas rzucając im wymowne spojrzenie.
I jeszcze ta sekunda, kiedy to ich oczy spotkały się nagle, choć dzielił ich dystans.
I ta obietnica wymalowana w jego zielonych tęczówkach oraz w jej ciemnych oczach…
…obietnica tego, co zaraz wydarzy się za zamkniętymi drzwiami pokoju.
Wiedzieli to już teraz, kiedy niecierpliwie czekali, aż drzwi windy otworzą się, by unieść ich wyżej.
No me hagas aguardar, Donnie