Strona 3 z 3

Piano, piano...

: pt kwie 03, 2026 10:33 am
autor: Wendy Gardner
No to może nie powinieneś — dodała odruchowo, chyba w złości na całą tą sytuację. Zawsze postrzegała ich jako zgraną drużynę, taką co zawsze się będzie wspierać podczas przeróżnych przygód, a mieli ich trochę na swoim koncie podczas wspólnych wyjazdów. Nie szukała jednak w nim jakiegoś szczególnego rodzaju rycerstwa, bo po pierwsze — nie powinna, po drugie — często była z niej taka zosia-samosia, która finalnie potrzebowała przyjacielskiego wsparcia, ale żeby od razu interweniować ponad stan? Bo czymże, jeśli nie tym, było przygarnianie jej do pokoju z jednym łóżkiem. Czuła frustrację i miała do tego pełne prawo, a dodatkowo w tym wszystkim dołował ją fakt, jak bardzo pechowa to była sytuacja przez wzgląd na jej uczucia, skrupulatnie wypierane, ale teraz wyraźnie dające o sobie znać.
Skąd wiesz? Może nie jestem taka nieporadna jak się wydaje! W najgorszym wypadku znalazłbym sobie jakiegoś Włocha, który by mnie przenocował i to za darmo — i żaden internet by się nie skończył, bo nawet nie miałaby czasu z niego korzystać zagłuszając swoje niepoprawne uczucia czymś zupełnie innym. Teraz jak tak o tym wszystkim myślała to zdała sobie sprawę, że właśnie tak trzeba było zrobić — zagrać kartą szalonej Wendy, co to niczym się nie przejmuje, korzysta z życia, nie wzbraniając się przed wyjazdowymi romansami odpalając w nowych miejscach tindera. Yolo, niech dzieje się co chce.
Zaćmiło ją, a w efekcie siedziała teraz przed Peterem na kawałku kocyka, jednocześnie próbując się nie zapowietrzyć podczas próby wpasowania się w rolę dobrej przyjaciółki. Na jego pytanie, czy wszystko okej tylko przystanęła ruchem głowy, próbując robić dobrą minę do złej gry, ale w środku, aż ją skręcało. Była zbyt pijana, by udawać, że ją to nie ruszyło i pozostało jej liczyć na to, że on jest zbyt pijany, by zapamiętać to zacięcie w jej spojrzeniu, to niewypowiedziane niepotrzebnie słowo. Przez niego coś, przed czym się wzbraniała wszelkimi metodami wyparcia, teraz było trudne do zignorowania — mianowicie postrzeganie w ramach fuckable. Coś, co w ostatnich miesiącach udawało się jej od siebie odpychać i ignorować, teraz było trudne do wyparcia i prawdę mówiąc liczyła po cichu, że jest na tyle pijana, że jutro straty w jej murach jakimi się otoczyła, nie będą zbyt duże, a dziury w pamięci jak największe. Teraz jednak musiała się ewakuować nim dojdzie do czegoś gorszego… czuła się okropnie, wyrzuty miała jeszcze większe, głównie dlatego, że w jej oczach jego związek z Kristin był bez zarzutu do dzisiaj, a ona mierząc się z takimi uczuciami czuła się okropnie. Szkoda, że nie wiedziała o wyskokach Piotra na przestrzeni tych 3 lat, bo mogłaby skupić się na zruganiu go, ignorując fakt, że sama mogłaby być takiej skokiem, gdyby nie resztki rozsądku, które poprowadziły ja w stronę łóżka.
Szybko odleciała, to był moment, jakby jej układ nerwowy sam stwierdził że potrzebuje szybkiego resetu i odciął ja od tego co działo się później. Przespała całą noc, a pomimo tego nie była wyspana. Oczy miała podpuchnięte, w ustach jej zaschło, w głowie szumiało. Uniosła lekko głowę orientując się, że w pokoju jest sama. Dłuższa chwilę leżała tak wpatrując się w sufit i zastanawiając się, co się odwaliło poprzedniego dnia. ale najgorsze w tym wszystkim było to, że… pamiętała.
Grymas na jej twarzy nie był komiczny, a raczej tragiczny. Schowała się na chwilę pod kołdrę, jakby miało jej to pomóc w zniknięciu, ale po chwili dotarło do niej, że to się nie stanie. Musiała się pozbierać, znów odbudować mur swojego wyparcia, choć zupełnie nie miała na to siły. Jakby ta cała wczorajsza rozmowa rozbroiła ją całkowicie. Czuła się odsłonięta, musiała uciec z tego pokoju. Wstała z łóżka, wygrzebała swoje rzeczy z torby i poszła do łazienki, wzięła szybki prysznic, umyła też włosy, na twarz nałożyła lekki kremm bb z spfem, co by ukryć oznaki zmęczenia, podrasowała to tuszem do rzęs, zarzuciła na siebie ciuchy, by na koniec spakować wszystkie swoje rzeczy i ułożyć torbę w pobliżu drzwi, by była gotowa na ucieczkę. Do ręki wzięła tylko małą torebkę, bo zaraz po śniadaniu planowała wyjść jeszcze na miasto i tak oto gotowa powędrowała do hotelowej restauracji, gdzie serwowali śniadanie.
Starała się nie myśleć zbyt wiele gdzie jest Peter, co teraz robi, dlaczego nie było go rankiem w pokoju, bo koniec końców wszystkie myśli zbiegały się do wieczora, a ona właśnie napędzała swój mechanizm wyparcia i jej to kolidowało. Napędzała go kawą i goferkami, bo czymże innym?!
Ładując sobie na talerz gofry z owockami, polewą czekoladową i syropem kolonowym, była prawie pewna, że ta słodycz zapełni wszystkie zakamarki jej duszy oblewając słodyczą wszelkie jej bolączki i będzie na nowo gotowa podbijać świat. Iiii kiedy nagle spod ziemi wyrósł przed nią Peter z niby normalnym, a jednak w tym momencie absurdalnym pytaniem — Jak się czujesz? — spanikowała.
Wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi oczami, a jej mózg desperacko szukał przycisku wyjścia z tej sytuacji. W jej głowie migotały różne opcje, jakby stała się właśnie uczestniczką najgorszego teleturnieju w życiu, a na ekranie pojawiły się cztery opcje.
Czuję się jak…
A: po maratonie w butach o dwa rozmiary za małych.
Uwierało ją wszystko. Jego widok na wieży Duomo, jego zapach z tamtej nocy, jego pytanie o porady, a nawet to, że teraz musi udawać, że wcale jej to nie uwiera.
B: eksponat w muzeum, który ktoś właśnie przypadkiem potrącił łokciem.
Niby wciąż stała jakby nigdy nic, niby z zewnątrz wszystko grało, ale w środku niej coś pękło, nawet ten syrop klonowy, którym obficie skropiła swoje gofry, nie był w stanie tego skleić. Potrącił ją słowem na U i teraz się chwiała.
C: postać z Simsa, której ktoś właśnie skasował drabinkę z basenu.
Trochę jakby ktoś wepchnął ją jednym słowem do basenu i teraz pływała sobie w uczuciach do niego, nie mogąc z niego wyjść, a on sobie stał na brzegu i jakby nigdy nic pytał, czy wszystko okej. Nic nie jest okej! Tonęła!
D: reklama leku na zgagę: przed zażyciem.
Piekło ją wszystko. Sumienie, przełyk po winie, a nawet duma, bo dobrze pamięta ten ułamek sekundy, kiedy pragnęła, by przestał mówić o swojej dziewczynie, a zaczął na nią patrzeć tak, jak na dachu Duomo.
CHOLERA, równie dobrze mogła wybrać wszystkie odpowiedzi. Każda była dobra. Co odpowiedziała naprawdę? Oczywiście, że coś zupełnie innego. Spojrzała na Petera i posłała mu swój najbardziej promienny, najbardziej fałszywy i najbardziej fifa-rafa uśmiech, na jaki było ją stać o tej porze. Czy udało się jej zmylić go, czy w którymś momencie coś ją zdradziło? Nie była pewna. Dawała z siebie wszystko, by jej mechanizm wyparcia jej nie zdradził w tym momencie, choć kiedy zerknęła w jego oczy, to czuła się tak, jakby czytał z niej jak z otwartej księgi. Nie poddawała się jednak.
Jak się czuję? — powtórzyła, a jej głos na początku troszeczkę za niski, ale szybko odchrząknęła, próbując wrócić do roli. — Czuję się... jakby wczorajsze wino postanowiło urządzić sobie we mnie imprezę techno bez mojej zgody. Serio, Peter, te mediolańskie procenty uderzają inaczej — zażartowała uciekając wzrokiem w stronę baru z kawą, nie mogąc wytrzymać jego spojrzenia dłużej niż trzy sekundy. Jej palce nerwowo trzymały talerzyk. Musiała sobie usiąść.
Zjem i będę gotowa na podbój Mediolanu — oznajmiła znów ulotnie na niego zerkając. — A ty? — zapytała wyczekując i jednocześnie obawiając się jego odpowiedzi.

Peter Blythe

Piano, piano...

: pn kwie 06, 2026 6:25 pm
autor: Peter Blythe
Dobrze byłoby wiedzieć, że nie jest sam w tych przedziwnych rozważaniach na temat ich relacji, ale że wciąż nie rozmawiali o ważnych sprawach, to miał wrażenie, że wciąż to były tylko jego myśli. Nie rozumiał trochę dlaczego Wendy tak szybko skończyła z nim rozmowę o jego problemach z Kristin. Kiedyś, kiedy mieszkali razem, i tylko wspomniał o tym, że jego ówczesna dziewczyna ma fetysz przebieranek, to potrafiła z nim spędzić cały wieczór i do rana rozważać z jakimi przebraniami byłby okey.
- Oby te wegle ci pomogly stanąc na nogi - skomentował spoglądając na ilość cukru, które zaplanowała przyjać Gardner. - Świetnie - skomentował i również sięga po miskę, jego łyżka jednak nie wędruje do tych słodkich śniadań, ale skoro stoją już przy gofrach i dodatkach, to włożył sobie kilka bananów na talerz. Pewnie doda do nich zaraz skyr albo jogurt, i górę warzyw. - Muszę dziś trochę popracować, mamy mecz po południu, będziesz? - spogląda na czubek jej głowy, bo ciężko mu było z nią złapać kontakt wzrokowy.
Jak on się czuł? Oczywiście powinien spodziewać się, że otrzyma to pytanie, ale z jakiegoś powodu niesamowicie go zaskoczyło to co chciał jej odpowiedzieć. Po pierwsze, że jest niewyspany bo leżał na kanapie u kolegi. Po drugie, że ma wyrzuty sumienia, że wczoraj się tak pokócili...? To znaczy, nie był do końca przekonany, czy to była kłótnia, ale Wendy wydawała się być zdystansowana. Może po prostu miała kaca, jak on.
- Strasznie boli mnie głowa, jestem przekonany, że wczoraj wypiliśmy z piętnaście aperoli i jeszcze to wino na koniec - zająknął się na samo wspomnienie tego, jak chętnie zamówił cała butelkę w restauracji chociaż chwilę wcześniej ledwo stał w łazience. - I nie mam pojęcia jak to się stało, ale kiedy zasnęłaś byłem jeszcze na drinku w barze - przyznaje się i uśmiecha lekko zażenowany. Wyciąga telefon i pokazuje Wendy smsa od Kristin. - Patrz - mogła więc zobaczyć zdjęcie, które jej wysłał z dachu z jakimś tekstem, że żałuje, że jej tutaj nie ma, a później jeszcze jeden smsk w którym Kristin mówi, że jak wróci to na pewno idą oglądać to mieszkanie obok Wendy, bo to świetny pomysł. Ten pomysł wciąż kiełkował w jego głowie i był ciekawy, czy wcześniejsza propozycja przyjaciółki jest wciąż aktualna, szczególnie że to mogło poprawić jej humor i sprawić, że nie będzie się już tak dystansowała.

Wendy Gardner

Piano, piano...

: wt kwie 07, 2026 11:21 am
autor: Wendy Gardner
Tamtej nocy, po takiej dawce alkoholu i z taką bliskością Petera - bo przecież miała go na wyciągnięcie ręki - zwykła rozmowa o jego problemach z partnerką dla niej okazała się górą nie do przeskoczenia. Szczególnie, że sprawa dotyczyła tematu, w którym jak się okazało miała dość mocno wyrobione zdanie na temat Petera i nie pasowało ono wcale do roli najlepszej przyjaciółki, a w ich stanie groziło to ujawnieniem czegoś, co jej zdaniem nie powinno wychodzić na światło dzienne. Nie było to fair wobec niego i wobec Kristin, a ona musiała po prostu przełknąć swoje zagubione uczucia i przespać noc, by następnego ranka odbudować swoje wyparcie, to które podczas podróży do Mediolanu ucierpiało bardziej niż kiedykolwiek. Kalifornia to przy tym pikuś! Musiała się jednak ogarnąć, bo nowy dzień nastał, a ona nie mogła sobie pozwolić na zakotwiczenie w tamtych wydarzeniach i w tamtych uczuciach.
Mecz? — powtórzyła starając się brzmieć beztrosko. — Oczywiście, że będę! Będę wam kibicować najgłośniej jak potrafię machając jakimś hot-dogiem w geście poparcia dla twojej hockey strategy! — zaśmiała się radośnie, brzmiąc już prawie normalnie, przynajmniej do chwili, w której zaczął wymieniać te wszystkie wypite przez nich alkohole i wspomniał o tym, że jeszcze opuścił ich pokój. Dziwnie poczuła się na wzmiankę o jego barowej ucieczce, ale szybko też odrzuciła wszystkie absurdalne myśli od siebie skupiając się na tym, że przecież i tak poszła spać.
I było już prawie okej!
Jej mechanizmy powoli zaczynały działać…
…ale on zrzucił na nią bombę.
Gdy zobaczyła zdjęcie z dachu i tekst o tym, jak bardzo żałuje, że Kristin tam nie ma, poczuła, jakby ktoś nagle wyłączył dźwięk w całej restauracji.
A potem ta wiadomość o mieszkaniu.
Obok niej. W Parkdale.
Oh! Ojej! — pisnęła chyba nazbyt entuzjastycznie przybierając na twarz firmowy uśmiech numer pięć, pełen radości tak, że policzki ledwo dźwigały to napięcie. — To znaczy… w Parkdale! Oh, to obok mnie?! — wykrztusiła nie spodziewając się… chwila moment, jak to nie spodziewając się?! Przecież sama zaproponowała!
Ugh, głupia, głupia, głupia.
Spoiler
ObrazekObrazek
ALE EKSTRA! — no i się zaczęło, paplanina typowa dla Wendy Gardner, która uruchamiała się bardzo często, ale szczególnie w dwóch skrajnych sytuacjach: euforii i przerażeniu. Teraz bardziej dotyczyło ją to drugie, ale była tak radosna, że Peter mógł jedynie wywnioskować, że bardzo się cieszy z sąsiedztwa. — Wyobrażasz TO sobie?! Bedziemy mogli urządzać wspólne wieczory z winem. Może Matthew też wpadnie — palnęła niezobowiązująco — i o mamuniu, będziemy mogli wpadać do siebie w piżamach oglądać wieczorne sitcomy i narzekać n a sąsiadkę, że tłucze się z garnkami po nocy. Takie Friends 2.0 — szybko odchrząknęła przełykając ślinę, bo aż jej w ustach zaschło, po czym ugryzła solidny kawałek gofra czując jak syrop ścieka jej po brodzie, ale pomimo tego kontynuowała — Miesza-nie szryjnie eksztra Peter — najwyraźniej wychodziła z zalożenia, że z pełnymi ustami też można mówić. — Beeeeedzie szuper, będę szuper sąsiadką, zobaczyszh! Bedę podlewac wam kfiatki i kraźć jedzonko w ramach sząsiedzkiej wspolpracy — z trudem dopkończyła prawie dławiąc się ostatnim kęsem, po czym zerknęła w stronę automatu. — Kawy! Potrzebuję kawy, a ty idź pracuj, lepiej. Tak, do zobaczenia później — rzuciła uciekając do ekspresu, by porwać kawę i zjeść gdzieś śniadanie przy ukrytym stoliczku, a potem ewakuować się na miasto.
Ewakuowała się po mistrzowsku, prawie wywracając stolik, gdy wychodziła z restauracji - t y p o w e. Zostawiła Petera z tymi swoimi owocami i jogurcikiem, a wymuszony uśmiech zniknął zaraz po tym jak zamknęły się z anią drzwi. Musiała się zresetować, ale zamiast tego wbijała sobie nóż serce, bo co zrobiła Gardner? A no jasne, że wróciła na plac przed Duomo! Spoglądając na katedrę przypominała sobie jak Peter patrzył na nią swoim maślanym wzrokiem i oddała chwilę, by jeszcze tam wrócić - do tamtej chwili. Szybko jednak przypomniała sobie o smsie do Kristin i czuła jak oczy robią się jej wilgotne.
Spoiler
Szybko uciekła stamtąd skrywając się w jakiejś małej bocznej uliczce, ukrywając się w jakiejś małej kawiarni, gdzie znalazła swoje małe ocalenie przed całkowitym rozpadem. Jej właściciel, jakiś starszy Włoch posadził ją bez pytania przy małym stoliku, przyniósł jej mocne espresso i do tego kawałek ciasta z ricottą, a potem jeszcze zaczął rozprawiać o swojej żonie Marii, z którą to od pięćdziesięciu lat kłóci się o to, kto lepiej spienia mleko, o swoich dzieciach i wnukach, które właśnie demolowały jego zaplecze. Jedno nawet z buzią umorusaną od czekolady wpadł na nią i zostawił na jej ubraniu gigantyczny ślad po lodach pistacjowych. — Scusa, signorina! — zawołał dziadek i wytarł jej ramię ścierką i chyba w tym momencie Wendy pękła. Zaczęła się zwierzać obcemu człowiekowi wyrzucając z siebie wszystko, całe losy Piotrusia Pana i Panienki Wendy, a na to zleciała się cała rodzina: babcia Maria, syn i synowa, a nawet dwóch gości co to przypadkowo wpadli na kawę. I wszyscy słuchali jej jakby zdradzała im pomysł na najnowszą operę mydlaną… i po wszystkim dziadek tylko poklepał ją po dłoni, a jego spojrzenie było tak ciepłe, że aż uśmiechnęła się szczerze przez te swoje łzy. Jej opowieść była chaotyczna, jak ona sama, ale włoskiego się dopiero co uczyła, wspierała się angielskim i tak pół na pół dukała, ale jej emocje zdawały się dopowiadać wszystko.
Dziecko, prawda bywa gorzka jak espresso, ale stawia na nogi — zaczął wtrącając szybko — Słuchaj starego człowieka... Miłość nie jest czymś, o co musisz prosić, ani czymś, co musisz wykradać komuś, kto już oddał swoje serce innej — powiedział, a szwagier szybko wtrącił — To nie jest walka o resztki ze stołu — i kiedy ujął jej dłonie, a któreś z wnucząt wtuliło się jej pod ramię westchnęła cichutko. — Twoja własna miłość już na ciebie czeka, ukryta gdzieś w przyszłości, i ona nie będzie skomplikowana — zapewnił, a jego żona szybko dodała — I nie będziesz musiała przy niej udawać, że nie czujesz tego, co czujesz — gładząc ją dłonią po włosach i podsuwając talerzyk z ciastem nieco bliżej, jak na babcię przystało.
I w tej jednej chwili tam poczuła się tak bardzo zaopiekowana, że powoli zaczęła czuć jak odzyskuje swój rytm i spokój, a jej mur wyparcia powoli powstaje z gruzów.
Teraz mogła ruszyć na mecz.
Było głośno, ludzi sporo, a ona przecisnęła się przez te wszystkie korytarze czując, że znów ma na twarzy odpowiednią maskę i dość energii by udawać, że wszystko jest okej. Ubrana w barwy zespołowe i koszulkę zespołu, co to kiedyś dostała od Petera doczłapała do strefy, w której się znajdował. Dobrze było mieć znajomości.
Cześć strategu! Jak tam nastroje przed meczem?! — uśmiechnęła się opierając dłonie na swoich biodrach i stojąc tam niczym jakiś superbohater.


Peter Blythe 🏒🌭☕

Piano, piano...

: sob kwie 11, 2026 2:58 pm
autor: Peter Blythe
Brak świadomości o kształcie myśli Wendy, pozostawia ichw dość jednoznacznym układzie. Peter z racji jeszcze większego niż ona zaangażowania w relacje z Kristin, nawet nie widział czubka góry lodowej i kiedy odkrywał, że serce bije mu radośniej albo, że szuka wzrokiem Wendy w tłumie, uznawał, że pewnie jest to jedynie kwestia tego, że są przyjaciółmi i bardzo ją lubi. Przy okazji oczywiście jako facet po prostu doceniał to, że taka zajebista dziewczyna i to starsza chce z nim spędzać tyle czasu. Posiadanie takiej przyjaciółki dodawało mu zresztą trochę do rizzu przed chłopakami, co dobrze działało na jego ego. Gorzej na jego związek.
Kiwa głową powoli patrząc na to co dzieje się z twarzą Wendy, kiedy mówi tak szybko. Nie do końca zrozumiał chyba wszystko, ale to nic. Wyglądała na zadowoloną, koniec końców.
Wendy uciekła, Peter wrócił do śniadnia. Objadł się obłędnie, chociaż właśnie zdrowo. Niby we włoszech śniadania to bułka z kawą z mlekiem, a jednak w ich hotelu były nawet sałatki i zupka (pewnie pod azjatyckich turystów). Kiedy Wendy przeżywała historię jak z jakiegoś czarnobiałego filmu, on spędził cały dzień na networkingu: najpierw poszedł na konferencję prasową łyżwiarki z USA, zagadał do jakiegoś chłopa, okazało się, że był z Wall Street Journal, więc zaprosił go do nich, potem poleciał na tenisa z jednym z gości z Samsunga, żeby dogadać deal dla drużyny, no i na lunch z innymi działaczami przed wielkim meczem finałowym USA i Kanada.
Już na stadionie rozglądał się za Wendy, ale chociaż był wysoki, no to ona jednak była niska, więc nie mógł jej nigdzie dostrzec. Miał nadzieję, że tak jak obiecała, tak się zjawi, chociaż zna ją na tyle, że wie, że mogła na przykład utknąć nagle 300 kilometrów od Mediolanu na szybkiej i spontanicznej wycieczce do Wenecji. Odstawia na ziemię kubki z napojami, które dla nich zorganizował i na chwilę siedzi w telefonie, znów oglądając zdjęcia z poprzedniego dnia. Pewnie gdyby tu nie było Wendy, to by nawet nie wystawił nosa poza stadion. A dziś dzieki temu, że wiedział coś o mieście, to facet z Samsunga tak się podjarał, że już dodawał go do konwersacji na Whatsappie z innymi chłopami z Appla i Adobe, żeby im wszystko opowiedział. Przewija do zdjęcia z dachu Duomo na którym Wendy się do niego uśmeicha i nie mógł się powstrzymać, żeby też się nie uśmiechnąć. Patrzy tak przez chwilę, ale wtedy właśnie ona się do niego zbliża, więc zażenowany wciska telefon w kieszeń spodni.
-No jesteś... A wspaniale, wspaniale, mslę że znów wygramy! - ucieszył się i kręci głową, widząc że Wendy ma na sobie koszulkę Maple Leaves. - Ale wiesz, że to mecz pomiędzy krajami, tak? - zażartował sobie z niej i jak usiedli to podał jej picie. - Co robiłaś dziś? Ja miałem świetny mecz z facetem z Samsunga..- i opowiada jej wszystko, jak chłop nie mógł się nadziwić co oni tam w tym Maple Leaves robią i obiecał, że sprawdzi z działem pieniedzy ile tam mogą im odpalić na sponsoring. I oczywiście nie omieszkał wspomnieć, że złapał go na to, że tamten byłzafascynowany Mediolanem i dziś łazi po nim i zwiedza polecane miejscówki. - Więc można powiedzieć, że w sumie to dzieki tobie będzie ten deal - uśmiecha się lekko i czeka na to, co powie Wendy.
W trakcie pierwszej części meczu szło raz gorzej, raz lepiej, co prawda Peter był psychicznie rozwalony kiedy Amerykanie trafili im gola w szóstej minucie, ale wiaodmo - jeszcze zostało dużo czasu. W każdym razie w jednej z przerw była kiss cam i ku jego ogromnemu zdumieniu jako trzecia para... no zostali oni wybrani. Patrzy na siebie na ekranie i na Wendy, która właśnie piła jakiś soczek. Kręci głową, że NNIENIENIE, ale jakiś włoch był nieustępliwy i czekał tak długo i Peter już słyszał w każdym języku zachęty do tego, by się całować z Wendy, że w końcu uznał, że nie poradzi sobie z tą presją i w końcu zwraca się do niej i ją całuje w policzek. Oczywiście to się włochowi WCALE nie spodobało i kiedy już Peter myślał, że to koniec tortur, i zdjążył już powiedzieć: - Wow, to mi się pierwszy raz zdarza - a przecież spędził na trybunach połowę życia! I już myśleli z Wendy, że mają spokój to okazuje się, że wcale nie bo po pięciu kolejnych parach, kamera znów się na nich focusuje i już cały stadion im kibicuje.
DRAMAT.
Chyba że...?


Wendy Gardner

Piano, piano...

: wt kwie 14, 2026 6:47 pm
autor: Wendy Gardner
Poczuła dziwne uderzenie ciepła widząc jego uśmiech, gdy chował telefon. Przez ułamek sekundy zastanawiała się nawet co mógł oglądać, ale szybko zdusiła w sobie myśli, które skierowane były w jej stronę i uznała, że prawdopodobnie pisze z Kristin o mieszkaniu albo - co gorsza - o tym, że mogłaby tutaj być. Zamiast niej. Podeszła powtarzając sobie słowa starszego Włocha w myślach niczym jakąś mantrę i wzruszyła beztrosko ramionami, gdy Peter sobie z niej zażartował. — Wiem Strategu, wiem! — prychnęła, siadając obok niego i poprawiając zbyt luźny materiał na ramionach. — Ale to moja szczęśliwa koszulka. Poza tym, Kanada to Maple Leafs, a Maple Leafs to Ty… więc technicznie rzecz biorąc, wspieram barwy narodowe w najbardziej lojalny sposób, jaki istnieje! — ona wspierała ciebie głupcu! Ciebie Peter, ale przecież tego też nie powie tak wprost, co nie? Chociaż trochę powiedziała, ale czy to było coś nowego? Przecież Peter dobrze wiedział, że ona przychodziła na te mecze po pierwsze dla niego, a po drugie oglądać rozgrzewkę przed meczem, bo tak dobrze się na to patrzyło. Te ruchy bioder… yup, nieważne!
Słuchała uważnie, kiedy tak rozprawiał o facecie z Samsunga i o tym jak ich wycieczka pomogła nieco domknąc pewne zawodowe sprawy, aż poczuła trochę dumy z tego tytułu. — Czyli dostanie się mi jakiś procent od kontraktu, huh? — zażartowała wykorzystując okazję i zaśmiała się lekko. — Cieszę się, że nasz spacer po Mediolanie na coś się przydał — jej to głównie namieszał w głowie, ale dobrze, że choć jedno z nich miało z tego należyty pożytek. — Ja to głównie zajmowałam się… no wiesz, jak to ja — wzruszyła bezradnie ramionami — konsumpcją lodów i słuchaniem życiowych mądrości od poczciwych starszych Włochów. No i nie upadłam zbyt wiele razy, nie weszłam w zbyt wiele słupków i znaków. Ogólnie chyba był udany dzień — i choć jej opowieść nie była jakaś ekscytująca to naprawdę bardzo starała się, by pod przykryciem uśmiechu sprzedać mu historię, że było bardzo fajnie i nie ma sensu drążyć tematu bardziej. Przecież nie powie mu, że starszemu Włochowi wyznała swoje sekretne uczucia, których czuć nie powinna, bo tyczyły się jej najlepszego przyjaciela. Jego się tyczyły, od co.
Mecz trzymał ich w napięciu, ale zamiast rozgrywki ona bardziej śledziła profil Petera. Wyłapywała każdą jego frustrację i ekscytowała się każdym jego radosnym uniesieniem, chyba bardziej niż powinna. Raz nawet chciała położyć mu rękę na kolanie, by go pocieszyć tak jak zwykle to kiedyś robiła, ale przypomniała sobie, że musiała zadbać o swój mur wyparcia i nie mogła sobie na to pozwolić. I szło jej całkiem nieźle, aż do chwili…

K I S S C A M

Prawie zakrztusiła się sokiem, kiedy zobaczyła ich twarze na ekranie i przez chwilę żałowała, że nie przygotowała jakiejś randomowej kartki tłumaczącej, dlaczego nie powinni się na nich fiksować, ale zupełnie zapomniała o tym kamerkowym i całuśnym bajerze. Stadion ryczał, a ona czuła, że serce wali jej jak oszalałe i najchętniej to by zapadła się pod ziemię, bo to były istne tortury. W myślach błagała więc, by to się skończyło, ale ludzie na ekranie widzieli tylko roześmianą dziewczynę, co to nieśmiało spaliła buraka przy chłopaku, który wyraźnie próbował protestować. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co tu się wydarzyło. Ona w sumie też nie wiedziała, poczuła tylko pieczenie w miejscu, na którym złożył jej całusa i już myślała, że to koniec. Zrobiła serię wdechów i prawie w myślach przekonała samą siebie, by zafiksować się na czymś innym, ale kamera wróciła, a presja tym razem była coraz większa. Stadion oszalał, krzyczeli domagając się czegoś więcej niż jakiegoś tam cmoknięcia. Czuła, że tym razem odwali się coś grubego, jeśli nie przejmie inicjatywy, by zakończyć ich tortury.
Zrób to po koleżeńsku.
Zrób to śmiesznie, Gardner.

Nawet jej myśli teraz skandowały ze stadionem, więc bez większego namysłu odwróciła się w jego stronę i nachyliła nagle, planując złożyć mu całusa w policzek na odczepnego, ale nie spodziewała się, że pod presją tłumu on postanowi zrobić dokładnie to samo.

Ich usta się spotkały.

Zamarła zamiast policzka czując jego miękkie wargi. Przez sekundę nawet chciała zapomnieć o całym bożym świecie, o Kristin, o krzyczącym tłumie, o Włochu, który to pouczał ją, że zasługuje na coś więcej… ale głos staruszka: Twoja własna miłość już na ciebie czeka był niczym alarm. Wycofała się dość nagle i już chciała obrócić to w żart, ale siedzący obok nich Włoch nie wytrzymał. Kamera dalej sie na nich skupiała, kiedy gość poderwał się do góry gestykulując w stronę Petera. — No! No cosi! Che tragedia! — krzyczał a ona czuła się jak w potrzasku, nie bardzo wiedząc co właśnie się dzieje. — Nie tak to się robi! Ty patrz! I się ucz — rzucił do Petera i niewiele myśląc ujął zaskoczoną Wendy za ramiona przyciągając do siebie z taką siłą, że nawet sama nie była w stanie się zaprzeć i zanim ktokolwiek zareagował wpił się w jej usta jak w jakimś filmowym pocałunku. Tłum wrzeszczał radośnie, kamera przeskoczyła na kogoś innego, Włoch po wszystkim pokiwał jeszcz raz głową z dezaprobatą do Petera, a ona stała tak jak wryta, dopóki ktoś nie zrypał jej, by siadła bo zasłania widok. Gdyby nie fakt, że usta wciąż paliły ją po zetknięciu z ustami Petera pewnie zaczęłaby się z wszystkiego śmiać, zamiast tego patrzyła się na przyjaciela ds. innowacji i liczyła, że on coś powie albo zrobi pocałuje - chryste tylko o tym teraz mogła myśleć.
Powiedz coś Peter na litość boską.
Przerwij jej spiralę myśli.
Peter, you wanna kiss the girl... 💋💥🎥😱🍁🏒

Piano, piano...

: ndz kwie 19, 2026 10:45 pm
autor: Peter Blythe
Peter nie mógł przestać się uśmiechać, kiedy Wendy z takim zapałem obwieściła, że przecież jest pierwszą fanką zespołu... i jego zespołu też. Przez chwilę nawet miał wrażenie, że w gruncie rzeczy, to chodziło jej tylko o to, że wspiera jego jako jego. Miło było mieć świadomość, że ktoś cię tak wspiera. I to było bardzo pokrzepiające, nawet odnosząc to do Kristin. Ona na przykład jeszcze na początku związku, zanim pojechała do Kopenhagi, to chętnie chodziła na meczyki. Co prawda mało z nich ogarniała, ale była miłym wsparciem. Kiedy była w Europie to tak jakby zapomniała czym on się zajmował, nie oglądała meczy, albo tylko te które jej streszczał w emocjach, a kiedy wróciła teraz do kraju to też ciągle była w pracy. I nie była na ani jednym występie Maple Leaves już od dawien dawna. I jak dotychczas nie zauważał tego, tak teraz w porównaniu do podekscytowanej Wendy, ta jej obojętność nagle go zmartwiła. A przecież chciał jej proponować, żeby zamiast tych nocnych eskapad do wylewni farb, zaczęła pracować dla nich jako media manager... I nagle wpadło mu do głowy: A co jeżeli Kristin nie lubi wcale hokeja?
Po pierwszym szoku, którym było to, że jego usta były na ustach Wendy, przyszedł moment na drugi szok. To co się tu przed chwilą stało, on całujący Wendy na oczach całego świata, było chyba najbardziej czerstwym z pierwszych pocałunków, jakie mogli sobie wyobrazić. Ale dla niego jednocześnie zaskakująco magicznym, jakby jakaś siła z zewnątrz pchała ich głowy w tym kierunku ku sobie. Nie zdążył nawet otworzyć oczu, żeby sprawdzić reakcji Wendy, bo poczuł, że się odsuwa, a kiedy otworzył oczy, ktoś inny obejmuje Wendy za ramiona i przyciska do swojej twarzy.
Momentalnie Peterowi zagotowała się krew. Jeszcze nie wiedział dokładnie z jakiego powodu, ale poczuł w całym swoim ciele jak nagle zrywa się na równe nogi - ej, chlopie - szarpnął włoskiego chłopa za ramie, zmuszając go do skończenia tego tearzyku. Zaraz by mu tu wyjechał z ciosem prosto w nos, ale na szczescie jeszcze potrafił nad sobą w miarę zapanować. Jego mózg jak zwykle szukał najbardziej logicznego wytłumaczenia dlaczego tak reagował. Przecież z pięć lat temu, kiedy chodzili razem z Wendy na imprezy nie bił wszystkich randomów, którzy całowali ją po kątach. A teraz? Znalazł na szczęście jeden argument, którego nie dało się zbić. Tak pomiędzy Bogiem a prawdą, to takie całowanie obcych dziewczyn na trybunach jest średnio akceptowane moralnie i pewnie podchodzi pod jakieś molestowanie. Pewnie we Włoszech to jeszcze uchodzi, ale Peter nie był europejczykiem, tylko był kanadyjczykiem, który do tego był kiedyś zawodnikiem hokeja i ostatnie czego się spodziewał zobaczyć, to jak jego przyjaciółka zostaje zmolestowana publicznie na meczu. Włoch odkleja się od Wendy, i wykłóca się z Peterem krzycząc po włosku - Ma che fai? Sei impazzito?! Era solo un bacio, rilassati! na co on odpowiada cały w emocjach - Nie obchodzi mnie, co u was jest normalne. Ona się na to nie zgodziła, tak?
Po tej wymianie zdań Włoch macha ręką na Petera a ten uznaje, że nie warto się dalej kłócić (na szczęście), wiec siada spowrotem obok Wendy. Nie może niestety nawet się skupić na grze czy powracających na lodowisko zawodnikach, wstawających i siadających ludziach na trybunach, ani nawet na swoich myślach wirujących od piekącej zazdrości która z niewiadomych przyczyn pojawiła się, kiedy zobaczył jak Włoch całuje jego przyjaciółkę. Spogląda w bok na Wendy, która siedzi oszołomiona z wielkimi, jeszcze większymi, niż zwykle oczętami i patrzy na niego. I on patrzy na nią i nagle niewiele myśląc przychyla się i... i bierze jej buzie w dłoń.
- Przepraszam - mówi cicho, a przez skandowanie na trybunach, Wendy nie może tego usłyszeć. Może za to zobaczyć oczy, w których szaleństwo zazdrości gaśnie i zamienia się w smutek, usta, które przed chwilą ją pocałowały, układają się w nieme przeprosiny. Odsuwa dłoń z jej policzka, i pyta głośniej, przychylając się do jej ucha. - Wszystko okej? On nie powinien cię tak traktować jak chcesz to możemy usiąść gdzieś indziej

Wendy Gardner