when fate interferes again
: wt mar 10, 2026 1:25 pm
Dużo było opcji, gdzie Galen chciałby z nią iść. Taki podchmielony też. Pierwsza to był jego apartament, gdzie pokazałby jej widok i swoją... konsolę.
Druga to był dach Northex Industries, gdzie było lądowisko dla helikoptera.
A trzecia to były kurczaki z Wendys, bo od kilku minut sobie myślał, że by je zjadł.
Tylko, że zamiast podzielić się z nią tymi wizjami, to on już proponował, że on ją odprowadzi, bo tak to chyba jest na randkach, prawda?
- A to dużo typów spod ciemnej gwiazdy do ciebie podbija? - zapytał, bo jak dużo, to może jednak powinni zamówić taksówkę, albo jego szofera, a jak tak nie za dużo, to może dadzą radę, w końcu Galen przez wiele lat był mistrzem juniorów w szermierce... No i ostatnio Pilar pokazała mu kilka ruchów bokserskich.
Na tą taksówkę machnął ręką i zaczął szukać numeru do swojego szofera. Szofer Galena Wyatta miał pracę marzeń... i koszmarów jednocześnie. Bo Galen rzadko go potrzebował, bo uwielbiał sam prowadzić, ale jak już po niego dzwonił, to na przykład w piątek nad ranem, jak dzisiaj. Chociaż może to był środek nocy? Dla Galena zaraz rano, bo on czasem zrywał się o czwartej, żeby pobiegać przed pracą, przygotować się do spotkania, albo pogadać z Tokio, czy tam Europą.
Ale był weekend nie musiał się zrywać.
Chociaż zerwali się oboje, kiedy ten telefon poszybował gdzieś tam w dal... Na ziemię, kilka metrów niżej, jak się zaraz okazało.
- Łoo... - i Galen też by tam poleciał, ale na szczęście Maya mu nie pozwoliła, bo przecież on to by poobijał swoje prezesowskie ciałko, a Galen nie lubił siniaków, lubił tylko...
Nawet nie dokończył myśli, bo już bujnął swoim drogim zegarkiem jej przed oczami, że będzie nim płacił. Dobrze, że go miał. Bo telefon już padł, a portfel? Zapobiegawczo w płaszczyku? Oby.
Słuchał jej uważnie, chociaż musiał zamknąć jedno oko, przechylić na bok głowę i zmarszczyć nos, żeby coś do niego dotarło. Kiedy go sadzała to zacisnął palce na jej przedramieniu i rzeczywiście ją pociągnął, ale Majka była sprytna, aż Galen westchnął jakoś ciężko. Ciężkie życie Galena Wyatta.
- Do domu? - zapytał poważnie - albo może do takiej pani, która ma takie włosy... - wszystko wiadomo. Właściwie to nic. Ale Galen też chyba nie wiedział o co mu tak dokładnie chodziło, bo nie kontynuował wątku, co to za pani z takimi włosami.
Kiedy Majka zniknęła to przez minutę próbował nonszalancko założyć nogę na nogę, ale mu to nie wychodziło, raz prawie spadł na dywan, drugi przechylił się na bok i prawie leżał, a trzeci to już zwątpił i oparł łokcie na kolanach, tak było dość stabilnie.
Zerwał się na równe nogi, gdy Maya wróciła, co było błędem, bo się zatoczył i musiał przytrzymać stolika, prawie go wywrócił, a przy okazji sam też prawie się wywalił, ale się udało. Wbił w nią te niebieskie, zapijaczone tęczówki.
- Gotowy - to akurat fakt, Galen był gotowy, ale chyba do spania, a nie do drogi. Chociaż z pomocą Majki, poszło im sprawnie. Jej szło sprawnie, gorzej Galenowi, bo jakieś sześć minut szukał kluczyka do szatni, a okazało się, że ma go w kieszeni...
W końcu wyszli z klubu, a Galen przez moment grzebał po kieszeniach płaszczyka, miał portfel, tylko zaraz go wyjął i wylądował w śniegu, ale go podniósł, przełożył do drugiej kieszeni, wraz z tym potrzaskanym telefonem. Adres podyktował jej sprawnie. A kiedy Maya szukała czegoś w telefonie, to Wyatt się zatoczył, a już po chwili siedział sobie na jakimś murku. Lepiej mu się siedziało, a najlepiej jeszcze jak się pochylił z głową między kolanami, to wtedy mu się tak nie kręciło. Chociaż i tak zimne, świeże powietrze ciut pomagało.
A jednak kiedy powiedziała to, że to jego szczęśliwy dzień, to zaraz podniósł głowę. Wbił w nią spojrzenie, a zaraz uniósł jedną brew, a przez jego twarz przebiegło sto różnych myśli.
- Autobusem nocnym...? - powtórzył. Galen... on nigdy nie jechał autobusem, on nawet za dzieciaka miał prywatnego szofera. Zawsze miał transport, pijany, trzeźwy. Nie jeździł autobusami. Wstał powoli poprawiając płaszcz.
- Dobra. To zamów ten autobus - powiedział poważnie. Chociaż Galen nie był aż na tyle odklejony, żeby nie wiedzieć, że autobusów nie trzeba zamawiać... a może był?
Rozejrzał się dookoła.
- Powinien być przystanek - stwierdził, czyli może nie było z nim tak najgorzej. A kiedy go szarpnęła, to znowu się troszkę zatoczył, ale potem już objął ją ramieniem łapiąc stabilizację, przyciskając ją do siebie jakoś bardziej.
- Ale jesteś miękka... - rzucił gdzieś w okolicach jej ucha - i tak ładnie pachniesz... - bo akurat mógł z powodzeniem zaciągnąć się zapachem jej perfum, a pijany Galen to był chyba... złoty książę - komplemenciarz? - Wiesz, że.. - zaczął starając się spojrzeć na nią z ukosa, ale nie widział za dobrze, zresztą zaraz utkwił niebieskie tęczówki w przystanku przed nimi, stanął i zatrzymał Mayę - nie jechałem nigdy autobusem... - przyznał się. Ale taka była prawda, kolejna proste rzecz, której Galen Wyatt nie potrafił.
Maya Parker
Druga to był dach Northex Industries, gdzie było lądowisko dla helikoptera.
A trzecia to były kurczaki z Wendys, bo od kilku minut sobie myślał, że by je zjadł.
Tylko, że zamiast podzielić się z nią tymi wizjami, to on już proponował, że on ją odprowadzi, bo tak to chyba jest na randkach, prawda?
- A to dużo typów spod ciemnej gwiazdy do ciebie podbija? - zapytał, bo jak dużo, to może jednak powinni zamówić taksówkę, albo jego szofera, a jak tak nie za dużo, to może dadzą radę, w końcu Galen przez wiele lat był mistrzem juniorów w szermierce... No i ostatnio Pilar pokazała mu kilka ruchów bokserskich.
Na tą taksówkę machnął ręką i zaczął szukać numeru do swojego szofera. Szofer Galena Wyatta miał pracę marzeń... i koszmarów jednocześnie. Bo Galen rzadko go potrzebował, bo uwielbiał sam prowadzić, ale jak już po niego dzwonił, to na przykład w piątek nad ranem, jak dzisiaj. Chociaż może to był środek nocy? Dla Galena zaraz rano, bo on czasem zrywał się o czwartej, żeby pobiegać przed pracą, przygotować się do spotkania, albo pogadać z Tokio, czy tam Europą.
Ale był weekend nie musiał się zrywać.
Chociaż zerwali się oboje, kiedy ten telefon poszybował gdzieś tam w dal... Na ziemię, kilka metrów niżej, jak się zaraz okazało.
- Łoo... - i Galen też by tam poleciał, ale na szczęście Maya mu nie pozwoliła, bo przecież on to by poobijał swoje prezesowskie ciałko, a Galen nie lubił siniaków, lubił tylko...
Nawet nie dokończył myśli, bo już bujnął swoim drogim zegarkiem jej przed oczami, że będzie nim płacił. Dobrze, że go miał. Bo telefon już padł, a portfel? Zapobiegawczo w płaszczyku? Oby.
Słuchał jej uważnie, chociaż musiał zamknąć jedno oko, przechylić na bok głowę i zmarszczyć nos, żeby coś do niego dotarło. Kiedy go sadzała to zacisnął palce na jej przedramieniu i rzeczywiście ją pociągnął, ale Majka była sprytna, aż Galen westchnął jakoś ciężko. Ciężkie życie Galena Wyatta.
- Do domu? - zapytał poważnie - albo może do takiej pani, która ma takie włosy... - wszystko wiadomo. Właściwie to nic. Ale Galen też chyba nie wiedział o co mu tak dokładnie chodziło, bo nie kontynuował wątku, co to za pani z takimi włosami.
Kiedy Majka zniknęła to przez minutę próbował nonszalancko założyć nogę na nogę, ale mu to nie wychodziło, raz prawie spadł na dywan, drugi przechylił się na bok i prawie leżał, a trzeci to już zwątpił i oparł łokcie na kolanach, tak było dość stabilnie.
Zerwał się na równe nogi, gdy Maya wróciła, co było błędem, bo się zatoczył i musiał przytrzymać stolika, prawie go wywrócił, a przy okazji sam też prawie się wywalił, ale się udało. Wbił w nią te niebieskie, zapijaczone tęczówki.
- Gotowy - to akurat fakt, Galen był gotowy, ale chyba do spania, a nie do drogi. Chociaż z pomocą Majki, poszło im sprawnie. Jej szło sprawnie, gorzej Galenowi, bo jakieś sześć minut szukał kluczyka do szatni, a okazało się, że ma go w kieszeni...
W końcu wyszli z klubu, a Galen przez moment grzebał po kieszeniach płaszczyka, miał portfel, tylko zaraz go wyjął i wylądował w śniegu, ale go podniósł, przełożył do drugiej kieszeni, wraz z tym potrzaskanym telefonem. Adres podyktował jej sprawnie. A kiedy Maya szukała czegoś w telefonie, to Wyatt się zatoczył, a już po chwili siedział sobie na jakimś murku. Lepiej mu się siedziało, a najlepiej jeszcze jak się pochylił z głową między kolanami, to wtedy mu się tak nie kręciło. Chociaż i tak zimne, świeże powietrze ciut pomagało.
A jednak kiedy powiedziała to, że to jego szczęśliwy dzień, to zaraz podniósł głowę. Wbił w nią spojrzenie, a zaraz uniósł jedną brew, a przez jego twarz przebiegło sto różnych myśli.
- Autobusem nocnym...? - powtórzył. Galen... on nigdy nie jechał autobusem, on nawet za dzieciaka miał prywatnego szofera. Zawsze miał transport, pijany, trzeźwy. Nie jeździł autobusami. Wstał powoli poprawiając płaszcz.
- Dobra. To zamów ten autobus - powiedział poważnie. Chociaż Galen nie był aż na tyle odklejony, żeby nie wiedzieć, że autobusów nie trzeba zamawiać... a może był?
Rozejrzał się dookoła.
- Powinien być przystanek - stwierdził, czyli może nie było z nim tak najgorzej. A kiedy go szarpnęła, to znowu się troszkę zatoczył, ale potem już objął ją ramieniem łapiąc stabilizację, przyciskając ją do siebie jakoś bardziej.
- Ale jesteś miękka... - rzucił gdzieś w okolicach jej ucha - i tak ładnie pachniesz... - bo akurat mógł z powodzeniem zaciągnąć się zapachem jej perfum, a pijany Galen to był chyba... złoty książę - komplemenciarz? - Wiesz, że.. - zaczął starając się spojrzeć na nią z ukosa, ale nie widział za dobrze, zresztą zaraz utkwił niebieskie tęczówki w przystanku przed nimi, stanął i zatrzymał Mayę - nie jechałem nigdy autobusem... - przyznał się. Ale taka była prawda, kolejna proste rzecz, której Galen Wyatt nie potrafił.
Maya Parker