Fase de transición
: śr mar 11, 2026 9:32 pm
Skinął głową, bo w sumie Sergio trafił w sedno i Sal lepiej by tego nie ujął - wściekanie się na brata to jedno, mógł go wyzywać w myślach od najgorszych i zdzielić go w pysk, gdy się spotykali, ale jednak to co innego, niż słuchanie, jak ktoś inny mówi źle o kimś, kto jest ci bliski, jest twoją rodziną i kto naprawdę wiele dla ciebie znaczy. Cieszył się, że Sergio powiedział to na głos, bo to znaczyło, że z Salem nie było znowu tak źle, skoro dla niego istniała spora różnica pomiędzy tym, co on mówił o swoim bracie, a co mówił o nim ktoś inny; a pamiętajmy, że Martinez był psychologiem, więc śmiało można powiedzieć, że jego zdanie było zdaniem profesjonalisty. Opinią eksperta.
- Tak, też pamiętam, że było ze mną kiepsko - uśmiechnął się smutno pod nosem. - i nie wiem co bym zrobił, gdyby cię wtedy przy mnie nie było. Funkcjonowałem przez ten czas chyba tylko dlatego, że postawiłeś mnie jakoś na nogi i że przy mnie byłeś.
Mówił szczerze, bo nie sądził, że udałoby mu się jakkolwiek ogarnąć samego siebie, jeśli nie miałby wsparcia swojego męża.
- Nie wiem, nie pytałem go o to, ale zakładam, że tak... jak go znam, to raczej nie poddał się ot tak, tylko musiał wiedzieć, że dalsza walka nie ma sensu i że tak czy siak niedługo umrze. To nie w jego stylu, żeby miał najpierw nie wykorzystać wszystkich możliwości. - teoretycznie nie był tego w stu procentach pewien, ale z tego co znał swojego brata, a znał go jednak dość dobrze, to dosłownie trudno było mu sobie wyobrazić, żeby dokonał tej mniej lub bardziej samobójczej akcji podczas ostatniego napadu, gdyby nie przekonanie, że i tak niedługo umrze.
I tak, owszem, Sal wiedział jak to wszystko brzmiało, wiedział, że wszystkie dramatyczne rozmowy zaczynały się mniej więcej od tych słów, których on użył, jednak mimo to nie spodziewał się, że Sergio pomyśli o tym, że mógłby mieć kogoś innego albo po prostu nie być szczęśliwy w tym małżeństwie. Był szczęśliwy, nie wyobrażał sobie życia z kimkolwiek innym, a Sergio stanowił od wielu lat centrum jego wszechświata i to pozostawało niezmienne.
Odsunął się odrobinę, ale tylko na tyle, żeby usiąść po turecku i obrócić się przodem do niego, wciąż z kubkiem kawy w dłoniach; nie zostało mu jej w kubku zbyt dużo, ale przynajmniej ta odrobina powinna pozwolić mu przeprowadzić tę rozmowę w miarę płynnie i na tyle bezboleśnie, na ile się dało.
- Nigdy nie opowiadałem ci o... o całokształcie mojej rodziny, powiedzmy. Nie mówiłem ci, że pochodzę z rodziny, w której od małego byliśmy uczeni tego, jak zabierać coś, co nie należy do nas, jak rozpoznawać prawdziwe i fałszywe pieniądze i jak oceniać wartość diamentów i innych kamieni szlachetnych. - westchnął cicho pod nosem, nie patrząc teraz na niego, tylko w środek swojego prawie pustego kubka. - Santiago uważa, że powinienem ci powiedzieć, że nasza rodzina jest... - odchrząknął krótko. - No, złodziejami, jakkolwiek by to nie brzmiało. I żeby nie było - ja też od dawna uważałem, że powinieneś wiedzieć, po prostu... bałem się powiedzieć ci prawdę, a im dłużej byliśmy ze sobą, tym było to trudniejsze. Bałem się, że będziesz o mnie źle myślał i że mnie zostawisz. - starał się panować nad głosem (ostatecznie - on i Santiago byli w sporej części zbudowani z tej samej krwi), ale nie bardzo mu to wychodziło, więc jego głos drżał lekko, gdy mówił i trochę się łamał w tych trudniejszych, bardziej wymagających szczerości momentach.
Sergio Martinez
- Tak, też pamiętam, że było ze mną kiepsko - uśmiechnął się smutno pod nosem. - i nie wiem co bym zrobił, gdyby cię wtedy przy mnie nie było. Funkcjonowałem przez ten czas chyba tylko dlatego, że postawiłeś mnie jakoś na nogi i że przy mnie byłeś.
Mówił szczerze, bo nie sądził, że udałoby mu się jakkolwiek ogarnąć samego siebie, jeśli nie miałby wsparcia swojego męża.
- Nie wiem, nie pytałem go o to, ale zakładam, że tak... jak go znam, to raczej nie poddał się ot tak, tylko musiał wiedzieć, że dalsza walka nie ma sensu i że tak czy siak niedługo umrze. To nie w jego stylu, żeby miał najpierw nie wykorzystać wszystkich możliwości. - teoretycznie nie był tego w stu procentach pewien, ale z tego co znał swojego brata, a znał go jednak dość dobrze, to dosłownie trudno było mu sobie wyobrazić, żeby dokonał tej mniej lub bardziej samobójczej akcji podczas ostatniego napadu, gdyby nie przekonanie, że i tak niedługo umrze.
I tak, owszem, Sal wiedział jak to wszystko brzmiało, wiedział, że wszystkie dramatyczne rozmowy zaczynały się mniej więcej od tych słów, których on użył, jednak mimo to nie spodziewał się, że Sergio pomyśli o tym, że mógłby mieć kogoś innego albo po prostu nie być szczęśliwy w tym małżeństwie. Był szczęśliwy, nie wyobrażał sobie życia z kimkolwiek innym, a Sergio stanowił od wielu lat centrum jego wszechświata i to pozostawało niezmienne.
Odsunął się odrobinę, ale tylko na tyle, żeby usiąść po turecku i obrócić się przodem do niego, wciąż z kubkiem kawy w dłoniach; nie zostało mu jej w kubku zbyt dużo, ale przynajmniej ta odrobina powinna pozwolić mu przeprowadzić tę rozmowę w miarę płynnie i na tyle bezboleśnie, na ile się dało.
- Nigdy nie opowiadałem ci o... o całokształcie mojej rodziny, powiedzmy. Nie mówiłem ci, że pochodzę z rodziny, w której od małego byliśmy uczeni tego, jak zabierać coś, co nie należy do nas, jak rozpoznawać prawdziwe i fałszywe pieniądze i jak oceniać wartość diamentów i innych kamieni szlachetnych. - westchnął cicho pod nosem, nie patrząc teraz na niego, tylko w środek swojego prawie pustego kubka. - Santiago uważa, że powinienem ci powiedzieć, że nasza rodzina jest... - odchrząknął krótko. - No, złodziejami, jakkolwiek by to nie brzmiało. I żeby nie było - ja też od dawna uważałem, że powinieneś wiedzieć, po prostu... bałem się powiedzieć ci prawdę, a im dłużej byliśmy ze sobą, tym było to trudniejsze. Bałem się, że będziesz o mnie źle myślał i że mnie zostawisz. - starał się panować nad głosem (ostatecznie - on i Santiago byli w sporej części zbudowani z tej samej krwi), ale nie bardzo mu to wychodziło, więc jego głos drżał lekko, gdy mówił i trochę się łamał w tych trudniejszych, bardziej wymagających szczerości momentach.
Sergio Martinez