Strona 3 z 3

spare a light?

: ndz maja 17, 2026 4:17 pm
autor: Dante Levasseur
Nawet jeśli wyjątkowo kiepski był z nich Batman i Robin, skoro musieli chować się w jakiejś przypadkowej bramie przez równie przypadkowo spotkanymi dresami… chyba żadne z nich nie zamierzało na ten fakt narzekać. Brama była świetną opcją. Choćby przez to, że poza nimi nie czaiła się w niej żadna inna grupka, potencjalnie równie przyjaźnie nastawiona jak ta poprzednia. Można było zignorować niezbyt przyjemny zapach unoszący się dookoła, nie było też potrzeby zastanawiać się, czego mogły wcześniej doświadczyć ściany, o które obydwoje tak bezrefleksyjnie się opierali. Odrobina niedogodności zdecydowanie była czymś, co można było bez grymaszenia znieść, jeśli tylko miało okazać się to skutecznym sposobem na zgubienie pościgu.
A ten chyba rzeczywiście udało im się zgubić. O ile dresiarze mieli w ogóle chcieć ich nadal ścigać, zamiast rozbiegnąć się w przeciwną stronę, byleby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi na niespodziewanie dość głośnej ulicy. W każdym razie… przynajmniej ten konkretny problem póki co mieli już z głowy. Pozostawał tylko jeden, w postaci niezbyt udanej wyprawy po jedzenie… I dość kiepskich perspektyw na to, by tę pomyślnie wznowić.
Wiesz, drugi raz mogą się jednak mniej ociągać z tym, żeby faktycznie spuścić nam wpierdol – parsknął śmiechem, chyba właśnie udowadniając, że mimo wszystko najwyraźniej czasami potrafił wyciągać jakieś wnioski z sytuacji i uczyć się na błędach. Choć pewnie nie było to zbyt długotrwałe. Gdyby kolejnego dnia miał ponownie wpakować się na grupkę potencjalnie agresywnych dresiarzy… pewnie zdążyłby już zapomnieć, czego miał okazję nauczyć się tego wieczoru. Lub nocy. Nie do końca był pewien, jaka właściwie była pora, choć chyba bliżej było jej mimo wszystko tej drugiej opcji…
Z drugiej strony… może jednak rzeczywiście grupka przygłupich dresów nie powinna stanowić dla nich przeszkody do tego, by coś zjeść, skoro żołądki ewidentnie się tego domagały. I chyba nawet był w stanie wymyślić w miarę sensowne rozwiązanie tego problemu.
Ej, a zamawiałaś już kiedyś żarcie do… – rozejrzał się pobieżnie dookoła, poszukując najwyraźniej najlepszego określenia dla miejsca, w którym postanowili się zatrzymać. Jakkolwiek jednak by się nie starał, wciąż istniała chyba tylko jedna opcja – …jakiejś bramy…?
Nie czekając zbyt długo na odpowiedź, sięgnął do kieszeni, wydobywając z niej telefon. Tylko po to jednak, by przekonać się, że ten w dalszym ciągu pozostawał kompletnie bezużyteczny i wciąż nie działał. Oczywiście, przecież właśnie dlatego planował wrócić do domu na piechotę, nie mogąc nawet zamówić durnego Ubera. Z żarciem też więc niespecjalnie mógł cokolwiek zdziałać.
O ile masz działający telefon. Mój… tak trochę nie żyje. No i o ile po drodze nikt nie rzuci się na kuriera z jedzeniem, bo byłoby trochę szkoda – bardziej pewnie jedzenia niż kuriera, ale tego nie dodał już na głos, nawet jeśli przeszło mu przez myśl.
W każdym razie… gdzieś w okolicy musiała być przecież jakaś otwarta knajpa z opcją dostawy, prawda? Jeśli nie ta sławetna już buda z żarciem, to… cokolwiek innego. I może nawet zamówienie realizowane do jakiejś bramy wcale nie byłoby tym najdziwniejszym, które miałoby przytrafić się jej pracownikom…

Erika Lindberg

spare a light?

: pn maja 18, 2026 11:40 pm
autor: Erika Lindberg
W żadnym wypadku nie była z nich para superbohaterów. Na pewno nie daliby rady uratować kogokolwiek z kłopotów skoro sami wpadali w nie na potęgę. Taki jednak chyba był już ich los i nie było, co czarować się, że kiedykolwiek mogliby ocalić Gotham. Prędzej wyjdzie z nich jakiś upośledzony Suicide Squad, który dokona czegoś totalnym przypadkiem.
Na razie jednak chowali się w tej przeklętej bramie. Dresiarze zdawali się rozpłynąć gdzieś w kompletnie innej części Toronto, co dawało im przynajmniej nikłe nadzieje na to, że jeszcze uda im się jakoś z tego wszystkiego wymknąć.
Całe szczęście, że nie trafili w bramę, gdzie mogły się czaić jakieś inne zakapiory. Było to jakieś pocieszenie. Erika dodatkowo na pewno nie chciała kusić losu i przekonać się o tym, kto mógł jeszcze pojawić się w ich nowej miejscówce. Rozważnym wydawało jej się zatem wyniesienie z kryjówki tak szybko jak to możliwe. Nie tylko dlatego, że śmierdziało w niej szczynami oraz gnijącymi śmieciami.
- Może, ale wydaje mi się, że zgubili nas. Piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce, nie natkniesz się dwa razy na tych samych dresów - rzuciła rezolutnie, starając się jakoś rozluźnić atmosferę i dorzucić swój żart do kolekcji żarcików Dantego.
Pewnie konfrontacja nie skończyłaby się dla nich teraz tak dobrze. Dlatego lepiej było udać się gdzieś, gdzie prawdopodobieństwo takiego spotkania wyraźnie malało. Wolała nie sprawdzać czy nie trafili przypadkiem w siedlisko jakiejś jeszcze gorszej patoli. Może i chwilowo wydawało się być tutaj spokojnie, ale kto wie jak to wszystko może się skończyć z ich szczęściem?
Głód zaczynał się odzywać u tej dwójki, bo weszli wyraźnie w gastro fazę, która uderzała mocno, gdy tylko człowiek pozwolił sobie na większy balet z używkami. Lindberg była gotowa, aby odnaleźć drogę do tej przeklętej budki z burgerami i jedynie uniosła brew w pewnym zdziwieniu.
- Chcesz tutaj zamawiać żarcie? I co jeszcze? Planujesz tutaj rozbić obóz i spędzić resztę życia w tej bramie? - zapytała wyraźnie oburzona podobną sugestią.
Nie miała jednak w tej chwili zbyt wiele do powiedzenia. Obserwowała to jak bezskutecznie chłopak sięga po telefon, który jednak był bardziej martwy niż Elvis Presley, bo ten podobno według niektórych jeszcze gdzieś tam żył razem z Michaelem Jacksonem. Sytuacja była zatem serio beznadziejna.
- Działa, ale nie możemy tak tu wiecznie sterczeć, chłopie - upomniała go, bo jednak powinni się ruszyć i nie okupować tej bramy niczym rasowe ćpuny. - Chodź już. Znajdziemy jakiś lokal.
Nie dawała za wygraną, ale czy ktoś mógł się temu dziwić? Nie chciała bawić się w żadne gierki, aby zdobyć jedzenie. To z kolei na pewno jej się należało. Przebiegła już wystarczający dystans, aby potrzebować uzupełnienia zasobów energii.

Dante Levasseur