spare a light?
: ndz maja 17, 2026 4:17 pm
Nawet jeśli wyjątkowo kiepski był z nich Batman i Robin, skoro musieli chować się w jakiejś przypadkowej bramie przez równie przypadkowo spotkanymi dresami… chyba żadne z nich nie zamierzało na ten fakt narzekać. Brama była świetną opcją. Choćby przez to, że poza nimi nie czaiła się w niej żadna inna grupka, potencjalnie równie przyjaźnie nastawiona jak ta poprzednia. Można było zignorować niezbyt przyjemny zapach unoszący się dookoła, nie było też potrzeby zastanawiać się, czego mogły wcześniej doświadczyć ściany, o które obydwoje tak bezrefleksyjnie się opierali. Odrobina niedogodności zdecydowanie była czymś, co można było bez grymaszenia znieść, jeśli tylko miało okazać się to skutecznym sposobem na zgubienie pościgu.
A ten chyba rzeczywiście udało im się zgubić. O ile dresiarze mieli w ogóle chcieć ich nadal ścigać, zamiast rozbiegnąć się w przeciwną stronę, byleby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi na niespodziewanie dość głośnej ulicy. W każdym razie… przynajmniej ten konkretny problem póki co mieli już z głowy. Pozostawał tylko jeden, w postaci niezbyt udanej wyprawy po jedzenie… I dość kiepskich perspektyw na to, by tę pomyślnie wznowić.
– Wiesz, drugi raz mogą się jednak mniej ociągać z tym, żeby faktycznie spuścić nam wpierdol – parsknął śmiechem, chyba właśnie udowadniając, że mimo wszystko najwyraźniej czasami potrafił wyciągać jakieś wnioski z sytuacji i uczyć się na błędach. Choć pewnie nie było to zbyt długotrwałe. Gdyby kolejnego dnia miał ponownie wpakować się na grupkę potencjalnie agresywnych dresiarzy… pewnie zdążyłby już zapomnieć, czego miał okazję nauczyć się tego wieczoru. Lub nocy. Nie do końca był pewien, jaka właściwie była pora, choć chyba bliżej było jej mimo wszystko tej drugiej opcji…
Z drugiej strony… może jednak rzeczywiście grupka przygłupich dresów nie powinna stanowić dla nich przeszkody do tego, by coś zjeść, skoro żołądki ewidentnie się tego domagały. I chyba nawet był w stanie wymyślić w miarę sensowne rozwiązanie tego problemu.
– Ej, a zamawiałaś już kiedyś żarcie do… – rozejrzał się pobieżnie dookoła, poszukując najwyraźniej najlepszego określenia dla miejsca, w którym postanowili się zatrzymać. Jakkolwiek jednak by się nie starał, wciąż istniała chyba tylko jedna opcja – …jakiejś bramy…?
Nie czekając zbyt długo na odpowiedź, sięgnął do kieszeni, wydobywając z niej telefon. Tylko po to jednak, by przekonać się, że ten w dalszym ciągu pozostawał kompletnie bezużyteczny i wciąż nie działał. Oczywiście, przecież właśnie dlatego planował wrócić do domu na piechotę, nie mogąc nawet zamówić durnego Ubera. Z żarciem też więc niespecjalnie mógł cokolwiek zdziałać.
– O ile masz działający telefon. Mój… tak trochę nie żyje. No i o ile po drodze nikt nie rzuci się na kuriera z jedzeniem, bo byłoby trochę szkoda – bardziej pewnie jedzenia niż kuriera, ale tego nie dodał już na głos, nawet jeśli przeszło mu przez myśl.
W każdym razie… gdzieś w okolicy musiała być przecież jakaś otwarta knajpa z opcją dostawy, prawda? Jeśli nie ta sławetna już buda z żarciem, to… cokolwiek innego. I może nawet zamówienie realizowane do jakiejś bramy wcale nie byłoby tym najdziwniejszym, które miałoby przytrafić się jej pracownikom…
Erika Lindberg
A ten chyba rzeczywiście udało im się zgubić. O ile dresiarze mieli w ogóle chcieć ich nadal ścigać, zamiast rozbiegnąć się w przeciwną stronę, byleby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi na niespodziewanie dość głośnej ulicy. W każdym razie… przynajmniej ten konkretny problem póki co mieli już z głowy. Pozostawał tylko jeden, w postaci niezbyt udanej wyprawy po jedzenie… I dość kiepskich perspektyw na to, by tę pomyślnie wznowić.
– Wiesz, drugi raz mogą się jednak mniej ociągać z tym, żeby faktycznie spuścić nam wpierdol – parsknął śmiechem, chyba właśnie udowadniając, że mimo wszystko najwyraźniej czasami potrafił wyciągać jakieś wnioski z sytuacji i uczyć się na błędach. Choć pewnie nie było to zbyt długotrwałe. Gdyby kolejnego dnia miał ponownie wpakować się na grupkę potencjalnie agresywnych dresiarzy… pewnie zdążyłby już zapomnieć, czego miał okazję nauczyć się tego wieczoru. Lub nocy. Nie do końca był pewien, jaka właściwie była pora, choć chyba bliżej było jej mimo wszystko tej drugiej opcji…
Z drugiej strony… może jednak rzeczywiście grupka przygłupich dresów nie powinna stanowić dla nich przeszkody do tego, by coś zjeść, skoro żołądki ewidentnie się tego domagały. I chyba nawet był w stanie wymyślić w miarę sensowne rozwiązanie tego problemu.
– Ej, a zamawiałaś już kiedyś żarcie do… – rozejrzał się pobieżnie dookoła, poszukując najwyraźniej najlepszego określenia dla miejsca, w którym postanowili się zatrzymać. Jakkolwiek jednak by się nie starał, wciąż istniała chyba tylko jedna opcja – …jakiejś bramy…?
Nie czekając zbyt długo na odpowiedź, sięgnął do kieszeni, wydobywając z niej telefon. Tylko po to jednak, by przekonać się, że ten w dalszym ciągu pozostawał kompletnie bezużyteczny i wciąż nie działał. Oczywiście, przecież właśnie dlatego planował wrócić do domu na piechotę, nie mogąc nawet zamówić durnego Ubera. Z żarciem też więc niespecjalnie mógł cokolwiek zdziałać.
– O ile masz działający telefon. Mój… tak trochę nie żyje. No i o ile po drodze nikt nie rzuci się na kuriera z jedzeniem, bo byłoby trochę szkoda – bardziej pewnie jedzenia niż kuriera, ale tego nie dodał już na głos, nawet jeśli przeszło mu przez myśl.
W każdym razie… gdzieś w okolicy musiała być przecież jakaś otwarta knajpa z opcją dostawy, prawda? Jeśli nie ta sławetna już buda z żarciem, to… cokolwiek innego. I może nawet zamówienie realizowane do jakiejś bramy wcale nie byłoby tym najdziwniejszym, które miałoby przytrafić się jej pracownikom…
Erika Lindberg