tentazione Italiana
: ndz mar 22, 2026 9:58 am
Matheo Bachmann
Cynthia w całym swoim życiu nauczyła się zaledwie jednego. Po chwilach szczęściach wszystko musiało się popsuć. Wizja, która ją nawiedziła, musiała posiadać w sobie wiele prawdy. Nawet nie była w stanie tego ukrywać przed samą sobą. To nie tak, że nie wierzyła pod żadnym względem w umiejętności Theo, te które posiadał, czy te które nabędzie w trakcie szkolenia. Ten jeden obraz wyrwał ją ze szczęścia, które zaczynał jej dawać i wyrwał z obrazka, które zaczynali ze sobą dzielić. Bała się jednego. Kiedy poczuje się szczęśliwa, świat na nowo postanowi ją wyjaśnić, a im dłużej to trwało, tym większa katastrofa pokazywała się w jej głowie.
Potrzebowała móc ukryć się w jego ramionach. Chciała czuć jego spokojny dotyk oraz ciepło ciała. Całkowicie inne niż to, które czuła, biorąc skalpel, czy piłę, przecinając ciało denatów. Bachmann był inny od ludzi, których widziała na co dzień. Nie uciekał przed nią, czekał, kiedy potrzebowała pomocy, a jego ciało zapewniało jej uziemienie, którego potrzebowała. Jako lekarka sądowa rzadko czuła, lub słyszała, bicie ludzkiego serca, ale jego czuła. Pod opuszkami palców, cały czas drżąc i roniąc łzy, czuła spokojne skurcze przedsionków oraz komór serca.
— Czuję to — mruknęła, delikatnie pociągając nosem i wpatrując mu się prosto w oczy. Łzy coraz wolniej spływały po jej policzkach. Uniosła do góry spojrzenie, kiedy objął jej twarz dłońmi. Oddech cały czas miała nierówny, ale odnajdywała powoli spokój w jego błękitnych tęczówkach. Jedna z dłoni przesunęła się na jego plecy, zaciskając się na nich dość mocno, a druga cały czas skupiała się na miarowych uderzeniach pod nią. Tego właśnie potrzebowała. Był, żył, znajdował się przy niej.
Patrzyła na niego z niezrozumieniem w oczach, kiedy siadał na podłodze. Zmarszczyła delikatnie obie brwi, czując przedziwne rozdarcie w sercu. Dał jej buziaka, a potem zniknął. Dopiero jego słowa wyrwały ją i usiadła razem z nim. Cały czas niespokojna z drżącym oddechem, z ciałem, które cały czas się trzęsło. Rozsiadła się między jego nogami, a dopiero jego całe ciało dało jej ukojenie. Powoli oddech stawał się głębszy, a ciało przestało drżeć.
— Widziałam Cię na moim stole — powiedziała półszeptem, starając skupić się na jego oddechach. W tym wszystkim nigdy nie chodziło o Bachmanna. Ufała mu, chciała w niego wierzyć, chodziło o nią samą — przynoszę pecha — wymruczała cicho pod nosem. Wdech, wydech. Na tym powinna skupić się przede wszystkim. Wdech, wydech. Mogła być pechową, lodową królową lodu. Teraz Theo był przy niej, tylko to wydawało się liczyć.
— Nie chcę Cię na nim widzieć, a boję się tego, Theo — a widziała. Jedna krótka wypowiedź o zmianie zawodu, a jej wyobraźnia wydawała się igrać z nią samą. Jakby próbowała podważyć to, do czego powoli dochodzili. Przy Bachmannie czuła się szczęśliwa. Sama przed sobą jeszcze tego nie przyznała, ale bała się go stracić.
Cynthia w całym swoim życiu nauczyła się zaledwie jednego. Po chwilach szczęściach wszystko musiało się popsuć. Wizja, która ją nawiedziła, musiała posiadać w sobie wiele prawdy. Nawet nie była w stanie tego ukrywać przed samą sobą. To nie tak, że nie wierzyła pod żadnym względem w umiejętności Theo, te które posiadał, czy te które nabędzie w trakcie szkolenia. Ten jeden obraz wyrwał ją ze szczęścia, które zaczynał jej dawać i wyrwał z obrazka, które zaczynali ze sobą dzielić. Bała się jednego. Kiedy poczuje się szczęśliwa, świat na nowo postanowi ją wyjaśnić, a im dłużej to trwało, tym większa katastrofa pokazywała się w jej głowie.
Potrzebowała móc ukryć się w jego ramionach. Chciała czuć jego spokojny dotyk oraz ciepło ciała. Całkowicie inne niż to, które czuła, biorąc skalpel, czy piłę, przecinając ciało denatów. Bachmann był inny od ludzi, których widziała na co dzień. Nie uciekał przed nią, czekał, kiedy potrzebowała pomocy, a jego ciało zapewniało jej uziemienie, którego potrzebowała. Jako lekarka sądowa rzadko czuła, lub słyszała, bicie ludzkiego serca, ale jego czuła. Pod opuszkami palców, cały czas drżąc i roniąc łzy, czuła spokojne skurcze przedsionków oraz komór serca.
— Czuję to — mruknęła, delikatnie pociągając nosem i wpatrując mu się prosto w oczy. Łzy coraz wolniej spływały po jej policzkach. Uniosła do góry spojrzenie, kiedy objął jej twarz dłońmi. Oddech cały czas miała nierówny, ale odnajdywała powoli spokój w jego błękitnych tęczówkach. Jedna z dłoni przesunęła się na jego plecy, zaciskając się na nich dość mocno, a druga cały czas skupiała się na miarowych uderzeniach pod nią. Tego właśnie potrzebowała. Był, żył, znajdował się przy niej.
Patrzyła na niego z niezrozumieniem w oczach, kiedy siadał na podłodze. Zmarszczyła delikatnie obie brwi, czując przedziwne rozdarcie w sercu. Dał jej buziaka, a potem zniknął. Dopiero jego słowa wyrwały ją i usiadła razem z nim. Cały czas niespokojna z drżącym oddechem, z ciałem, które cały czas się trzęsło. Rozsiadła się między jego nogami, a dopiero jego całe ciało dało jej ukojenie. Powoli oddech stawał się głębszy, a ciało przestało drżeć.
— Widziałam Cię na moim stole — powiedziała półszeptem, starając skupić się na jego oddechach. W tym wszystkim nigdy nie chodziło o Bachmanna. Ufała mu, chciała w niego wierzyć, chodziło o nią samą — przynoszę pecha — wymruczała cicho pod nosem. Wdech, wydech. Na tym powinna skupić się przede wszystkim. Wdech, wydech. Mogła być pechową, lodową królową lodu. Teraz Theo był przy niej, tylko to wydawało się liczyć.
— Nie chcę Cię na nim widzieć, a boję się tego, Theo — a widziała. Jedna krótka wypowiedź o zmianie zawodu, a jej wyobraźnia wydawała się igrać z nią samą. Jakby próbowała podważyć to, do czego powoli dochodzili. Przy Bachmannie czuła się szczęśliwa. Sama przed sobą jeszcze tego nie przyznała, ale bała się go stracić.