let me make you coffee tonight
: pt mar 20, 2026 11:29 am
To było tylko kwestią czasu.
Od samego początku, od momentu, w którym zamknęły się za nimi drzwi samochodu, od pierwszego spojrzenia, pierwszego dotyku, w s z y s t k o zmierzało dokładnie w tym kierunku. Każdy jej gest, każde muśnięcie dłoni, każde przeciągnięte spojrzenie było częścią tej samej gry, którą zaczęli jeszcze zanim wyjechali z miasta. I choć próbowała to rozciągnąć, nadać temu tempo, które pozwoliłoby jej nacieszyć się każdą chwilą, nie zamierzała sobie tego ostatecznie odmawiać.
To miejsce, cisza, brak świadków, brak konieczności udawania, dawało jej możliwość sprawdzenia jak to jest. Nie tylko wyobrażać sobie, ale naprawdę tego doświadczyć. Wejść z nim do środka bez oglądania się przez ramię, pozwolić sobie na coś, co w Toronto zawsze musiało kończyć się pół kroku za wcześnie.
Właśnie dlatego tak bardzo chciała to przeciągnąć. Złapać te kilka godzin i wycisnąć z nich każdą możliwą wersję normalności. Tę w której grali i tę w której byli sobą.
- Jasne, Skarbie, może być sok - odpowiedziała lekko, bez zawahania podchwytując jego ton, choć w jej spojrzeniu błysnęła zaczepność. - Zaraz po tym jak rzucisz palenie papierosów, bo to totalnie niezdrowe - uniosła brew, mierząc go tym wyzywającym spojrzeniem, które nie miało w sobie ani grama powagi; bardziej było zaproszeniem do dalszej gry niż jakimkolwiek rzeczywistym zarzutem. Jego nałóg był kolejną z długiej listy rzeczy, których nie zamierzała i nie chciała w nim zmieniać. Samej zdarzyło jej się palić, gdy wlała w swoje gardło o jeden kieliszek za dużo.
Zatrzymała się, obserwując go dokładnie, zupełnie zapominając o tym co działo się za jej plecami - o wodzie, która zaczynała cicho bulgotać, o patelni nagrzewającej się powoli na kuchence. Jej uwaga skupiła się wyłącznie na nim - na sposobie w jaki podwijał rękawy, na napięciu mięśni pod skórą, na tym jak pewnie i bez wysiłku zajmował się ogniem, jakby robił to setki razy.
Przełknęła ślinę zbyt w o l n o, wypuszczając powietrze c i ę ż e j niż zamierzała, zanim zmusiła się, żeby odwrócić wzrok. - Masz bardzo ładne dłonie - rzuciła nagle, niemal mimochodem, jakby to była pierwsza myśl, która po prostu wymknęła się na zewnątrz. Zaśmiała się cicho zaraz po tym, kręcąc lekko głową, bo była to dokładnie jedna z tych rzeczy, które zazwyczaj brzmiały lepiej przed wypowiedzeniem jej na głos.
Nie dała się jednak zbić z tropu. Otworzyła jedną z szafek, znajdując w końcu to, czego szukała - dwie szklanki, które zabrała ze sobą, ruszając w jego stronę, gdy tylko zaproponował alkohol. - Nie mają tu jakiejś złej whisky? - zapytała, zerkając przez jego ramię, odstawiając szkło na blat barku. - Po twojej odpowiedzi zaczynam się zastanawiać czy nie będę jej potrzebować. W d u ż y c h ilościach - ton głosu sugerował coś zupełnie innego niż słowa - nie było w nim ani cienia urazy, raczej czyste rozbawienie, podszyte czymś cieplejszym.
Odsunęła się o krok, ale nie na tyle, by wypaść z jego zasięgu. Jej dłonie same znalazły drogę - najpierw ostrożnie, potem pewniej wprost do jego przedramion. Opuszkami palców przesunęła powoli po odsłoniętej skórze, badając ją na nowo, jakby sprawdzała coś, co już wcześniej zdążyła zapamiętać.
Choć jej ruchy były lekkie i niemal niewinne, wszystko w nich mówiło jasno, że wracała dokładnie tam, gdzie skończyli, ignorując przygotowywaną kolację.
Rhys Madden
Od samego początku, od momentu, w którym zamknęły się za nimi drzwi samochodu, od pierwszego spojrzenia, pierwszego dotyku, w s z y s t k o zmierzało dokładnie w tym kierunku. Każdy jej gest, każde muśnięcie dłoni, każde przeciągnięte spojrzenie było częścią tej samej gry, którą zaczęli jeszcze zanim wyjechali z miasta. I choć próbowała to rozciągnąć, nadać temu tempo, które pozwoliłoby jej nacieszyć się każdą chwilą, nie zamierzała sobie tego ostatecznie odmawiać.
To miejsce, cisza, brak świadków, brak konieczności udawania, dawało jej możliwość sprawdzenia jak to jest. Nie tylko wyobrażać sobie, ale naprawdę tego doświadczyć. Wejść z nim do środka bez oglądania się przez ramię, pozwolić sobie na coś, co w Toronto zawsze musiało kończyć się pół kroku za wcześnie.
Właśnie dlatego tak bardzo chciała to przeciągnąć. Złapać te kilka godzin i wycisnąć z nich każdą możliwą wersję normalności. Tę w której grali i tę w której byli sobą.
- Jasne, Skarbie, może być sok - odpowiedziała lekko, bez zawahania podchwytując jego ton, choć w jej spojrzeniu błysnęła zaczepność. - Zaraz po tym jak rzucisz palenie papierosów, bo to totalnie niezdrowe - uniosła brew, mierząc go tym wyzywającym spojrzeniem, które nie miało w sobie ani grama powagi; bardziej było zaproszeniem do dalszej gry niż jakimkolwiek rzeczywistym zarzutem. Jego nałóg był kolejną z długiej listy rzeczy, których nie zamierzała i nie chciała w nim zmieniać. Samej zdarzyło jej się palić, gdy wlała w swoje gardło o jeden kieliszek za dużo.
Zatrzymała się, obserwując go dokładnie, zupełnie zapominając o tym co działo się za jej plecami - o wodzie, która zaczynała cicho bulgotać, o patelni nagrzewającej się powoli na kuchence. Jej uwaga skupiła się wyłącznie na nim - na sposobie w jaki podwijał rękawy, na napięciu mięśni pod skórą, na tym jak pewnie i bez wysiłku zajmował się ogniem, jakby robił to setki razy.
Przełknęła ślinę zbyt w o l n o, wypuszczając powietrze c i ę ż e j niż zamierzała, zanim zmusiła się, żeby odwrócić wzrok. - Masz bardzo ładne dłonie - rzuciła nagle, niemal mimochodem, jakby to była pierwsza myśl, która po prostu wymknęła się na zewnątrz. Zaśmiała się cicho zaraz po tym, kręcąc lekko głową, bo była to dokładnie jedna z tych rzeczy, które zazwyczaj brzmiały lepiej przed wypowiedzeniem jej na głos.
Nie dała się jednak zbić z tropu. Otworzyła jedną z szafek, znajdując w końcu to, czego szukała - dwie szklanki, które zabrała ze sobą, ruszając w jego stronę, gdy tylko zaproponował alkohol. - Nie mają tu jakiejś złej whisky? - zapytała, zerkając przez jego ramię, odstawiając szkło na blat barku. - Po twojej odpowiedzi zaczynam się zastanawiać czy nie będę jej potrzebować. W d u ż y c h ilościach - ton głosu sugerował coś zupełnie innego niż słowa - nie było w nim ani cienia urazy, raczej czyste rozbawienie, podszyte czymś cieplejszym.
Odsunęła się o krok, ale nie na tyle, by wypaść z jego zasięgu. Jej dłonie same znalazły drogę - najpierw ostrożnie, potem pewniej wprost do jego przedramion. Opuszkami palców przesunęła powoli po odsłoniętej skórze, badając ją na nowo, jakby sprawdzała coś, co już wcześniej zdążyła zapamiętać.
Choć jej ruchy były lekkie i niemal niewinne, wszystko w nich mówiło jasno, że wracała dokładnie tam, gdzie skończyli, ignorując przygotowywaną kolację.
Rhys Madden