come out and play
: pn maja 11, 2026 7:56 pm
A ty co, przepraszam, dwa buchy i głuchy?
Spojrzał na nią zaskoczony.
Zamrugał nawet kilka razy. Ale to nawet nie dlatego, że nie rozumiał, co ona do niego powiedziała, a bo chyba jego mózg zastanawiał się, czy ten tekst finalnie bawił, czy może jednak bardziej oburzał. I zaraz okazało się, że jednak to pierwsze, bo Miller buchnął gromkim śmiechem, patrząc na nią z takim rozbawieniem, że aż mu łezka z lewego oka poszła. I tak, tak, wcale to nie był szczyt komizmu Caldwell, jednak jego rozbawiło. Do tego stopnia, że gdzieś pomiędzy brechtem a czknięciem, postanowił jej nawet odpowiedzieć.
— A ty co, przepraszam, nawet nie czujesz, jak rymujesz? — spojrzał na nią wymownie. — Sarkazm produkujesz i jak dziki skurwysyn balujesz — sam spróbował, ale wyszło mu… źle. Tragicznie nawet można by rzec. Całe szczęście, że spalili gibona, to może Caldwell chociaż trochę doceni jego wielki wysiłek.
Tak jak on docenił to, że nie chciała mu powiedzieć swojego sekretu, który razem mieli zabrać do grobu. Tak docenił, że aż się na nią obraził. Skrzyżował ręce na piersi i na moment odwrócił wzrok dla podkreślenia dramaturgii. I może kilka długich sekund byłby na nią zły, tylko Indie znowu rymowała… i znowu go bawiła, więc chichocząc pod nosem, spojrzał na nią wymownie.
— Myślisz, że to zioło było jakieś lewe? — spytał całkiem poważnie, ewidentnie się nad czymś zastanawiając. — Że teraz już będziesz rymować dopóki nie zejdzie ci faza? — mogło tak być, on nie miałby absolutnie nic przeciwko. Musiał przyznać, ze było to wyjątkowo urocze. Jej kreatywność. W ogóle wszystko, co robiła Indie było fajne. A może to już od zioła mu tak odbijało? To że patrzył na nią jakoś inaczej. Już miał to nawet powiedzieć na głos, że chyba na niego towar zadziałał inaczej, ale wtedy wyznała mu w końcu swój sekret. Spojrzał na nią podejrzliwie.
— Nie wiem co jest bardziej pojebane: to że chodzisz i rozdajesz udawane numery, czy może jednak fakt, że znasz numer do randomowego subwaya w Vancouver na pamięć — pokręcił głową z niedowierzaniem, ale chyba jednak to drugie. Nie no, zdecydowanie to drugie. Lucas za nic nie miał pamięci do cyfr. Czasami ledwo pamiętał własny numer, a co dopiero do przypadkowych knajp. — A często pytają się ciebie o numer? — zmienił nagle ton, spoglądając na nią już o wiele bardziej intensywnie. Była śliczna, to normalne, że mogła mieć branie, ale… jakoś wcześniej o tym nie myślał. Teraz jednak pojedyncza taka myśl, sprawiła, że coś ukuło go gdzieś w podbrzuszu.
Całe szczęście Indie zawodowo zmieniła temat, pierwsze na dziewczynkę, której ukradł hajs (swoją drogą ciekawe skąd wiedziała), a zaraz potem na widok, który faktycznie był piękny.
— No przecież widze, babo!! — trącił ją ramieniem. — Ja się bujam, bo ja po prostu dodaje ci plus dwadzieścia do całego doświadczenia — pośpieszył z kolejną wymówką, która na dobra sprawę była o dupę rozbić. — To trochę jak kino 5D — dodał dumnie, wypinając pierś do przodu. Zgrywał się przy niej, to prawda, ale w międzyczasie naprawdę rzucił okiem na to, co dookoła. Panorama miasta ciągnęła się przed nimi, światła mieniły się milionem kolorytów, a tuż po prawiej, gdzieś w oddali...
— Ej kurwa, patrz tam — aż się obruszył i wyprostował, wskazując paluchem w odpowiednim kierunku. — Widzisz to ognisko tam!? Tam na wysepce przy jeziorze, odprawiają jakieś modły — próbował ją jakoś nakierować na miejsce, przy którym przy zapalonym ognisku, kilka osób ubranych w białe kitle skakało dookoła ognia. — Indie, nie tam, tuu... — naprawdę chciał ją nakierować, ale ona gówno widziała, więc Lucas szarpnął ją bliżej siebie, otoczył ramieniem i prawie wciągnął na kolana. Złączyli się w jedno, udo do uda i nawet twarz do twarzy, którą Miller złączył, muskając własnym policzkiem ten jej. — Tam — złapał jej dłoń i spokojnie, przymykając jedno oko, nakierował ją na odpowiedni kąt, przy okazji otulając jej twarz własnym oddechem.
Indie ִֶָ. ..𓂃 ࣪ ִֶָ
་༘࿐
Spojrzał na nią zaskoczony.
Zamrugał nawet kilka razy. Ale to nawet nie dlatego, że nie rozumiał, co ona do niego powiedziała, a bo chyba jego mózg zastanawiał się, czy ten tekst finalnie bawił, czy może jednak bardziej oburzał. I zaraz okazało się, że jednak to pierwsze, bo Miller buchnął gromkim śmiechem, patrząc na nią z takim rozbawieniem, że aż mu łezka z lewego oka poszła. I tak, tak, wcale to nie był szczyt komizmu Caldwell, jednak jego rozbawiło. Do tego stopnia, że gdzieś pomiędzy brechtem a czknięciem, postanowił jej nawet odpowiedzieć.
— A ty co, przepraszam, nawet nie czujesz, jak rymujesz? — spojrzał na nią wymownie. — Sarkazm produkujesz i jak dziki skurwysyn balujesz — sam spróbował, ale wyszło mu… źle. Tragicznie nawet można by rzec. Całe szczęście, że spalili gibona, to może Caldwell chociaż trochę doceni jego wielki wysiłek.
Tak jak on docenił to, że nie chciała mu powiedzieć swojego sekretu, który razem mieli zabrać do grobu. Tak docenił, że aż się na nią obraził. Skrzyżował ręce na piersi i na moment odwrócił wzrok dla podkreślenia dramaturgii. I może kilka długich sekund byłby na nią zły, tylko Indie znowu rymowała… i znowu go bawiła, więc chichocząc pod nosem, spojrzał na nią wymownie.
— Myślisz, że to zioło było jakieś lewe? — spytał całkiem poważnie, ewidentnie się nad czymś zastanawiając. — Że teraz już będziesz rymować dopóki nie zejdzie ci faza? — mogło tak być, on nie miałby absolutnie nic przeciwko. Musiał przyznać, ze było to wyjątkowo urocze. Jej kreatywność. W ogóle wszystko, co robiła Indie było fajne. A może to już od zioła mu tak odbijało? To że patrzył na nią jakoś inaczej. Już miał to nawet powiedzieć na głos, że chyba na niego towar zadziałał inaczej, ale wtedy wyznała mu w końcu swój sekret. Spojrzał na nią podejrzliwie.
— Nie wiem co jest bardziej pojebane: to że chodzisz i rozdajesz udawane numery, czy może jednak fakt, że znasz numer do randomowego subwaya w Vancouver na pamięć — pokręcił głową z niedowierzaniem, ale chyba jednak to drugie. Nie no, zdecydowanie to drugie. Lucas za nic nie miał pamięci do cyfr. Czasami ledwo pamiętał własny numer, a co dopiero do przypadkowych knajp. — A często pytają się ciebie o numer? — zmienił nagle ton, spoglądając na nią już o wiele bardziej intensywnie. Była śliczna, to normalne, że mogła mieć branie, ale… jakoś wcześniej o tym nie myślał. Teraz jednak pojedyncza taka myśl, sprawiła, że coś ukuło go gdzieś w podbrzuszu.
Całe szczęście Indie zawodowo zmieniła temat, pierwsze na dziewczynkę, której ukradł hajs (swoją drogą ciekawe skąd wiedziała), a zaraz potem na widok, który faktycznie był piękny.
— No przecież widze, babo!! — trącił ją ramieniem. — Ja się bujam, bo ja po prostu dodaje ci plus dwadzieścia do całego doświadczenia — pośpieszył z kolejną wymówką, która na dobra sprawę była o dupę rozbić. — To trochę jak kino 5D — dodał dumnie, wypinając pierś do przodu. Zgrywał się przy niej, to prawda, ale w międzyczasie naprawdę rzucił okiem na to, co dookoła. Panorama miasta ciągnęła się przed nimi, światła mieniły się milionem kolorytów, a tuż po prawiej, gdzieś w oddali...
— Ej kurwa, patrz tam — aż się obruszył i wyprostował, wskazując paluchem w odpowiednim kierunku. — Widzisz to ognisko tam!? Tam na wysepce przy jeziorze, odprawiają jakieś modły — próbował ją jakoś nakierować na miejsce, przy którym przy zapalonym ognisku, kilka osób ubranych w białe kitle skakało dookoła ognia. — Indie, nie tam, tuu... — naprawdę chciał ją nakierować, ale ona gówno widziała, więc Lucas szarpnął ją bliżej siebie, otoczył ramieniem i prawie wciągnął na kolana. Złączyli się w jedno, udo do uda i nawet twarz do twarzy, którą Miller złączył, muskając własnym policzkiem ten jej. — Tam — złapał jej dłoń i spokojnie, przymykając jedno oko, nakierował ją na odpowiedni kąt, przy okazji otulając jej twarz własnym oddechem.
Indie ִֶָ. ..𓂃 ࣪ ִֶָ