Jeźdźcy Apokalipsy
: sob mar 21, 2026 4:54 pm
Santiago znieruchomiał, posyłając Sergio mordercze spojrzenie znad swojego talerza, ale zastanowił się nad jego słowami. Wciąż był wściekły, owszem i rzeczywiście cisnęły mu się na usta różne słowa, których wypowiedzieć tak naprawdę nie chciał - między innymi dlatego nie poszedł za Alvaro na górę. Nie chciał też roztrząsać problemów związkowych przy kimkolwiek, a już na pewno nie chciał przyznawać się do jakichkolwiek swoich słabości przy kimkolwiek innym, niż Alvaro czy Salazar. Po chwili skierował do ust widelec z jedzeniem, który zastygł mu w połowie drogi, gdy Sergio zasugerował rozmowę o tym, co się właśnie wydarzyło.
Nie był pewien, czy mimo wszystko nie rzuciłby czegoś na ten temat, gdyby nie usłyszał słów brata i nie dostrzegł, że ten chyba trącił go pod stołem, żeby może się przymknął. Tiago odebrał to raczej jako niechęć do tej rozmowy i uczestnictwa w niej, czemu się zresztą wcale nie dziwił, bo przecież Sal nie musiał tego wysłuchiwać i w ogóle angażować się w jakikolwiek sposób w problemy innych ludzi.
- Posłuchajmy o waszym nowym domu - odpowiedział w końcu, kiedy przełknął - Nie sądzę, żeby rozprawianie o tym, co wkurzyło Alvaro i czemu jestem winien w jego życiu, było odpowiednim tematem na pierwsze spotkanie po latach, chyba, że macie ochotę również powiesić na mnie jakieś psy. Wtedy proszę bardzo, jestem do tego doskonałym celem jako naczelny dupek i skurwysyn tego świata.
Uśmiechnął się jadowicie i odkroił sobie kolejny kawałek mięsa. Zauważył, że Alvaro smakuje, ale w tym momencie nie potrafił się z tego jakoś bardzo cieszyć. Owszem, trochę to złagodziło jego obecny nastrój ale nie na tyle, żeby szczerze się uśmiechnął i cieszył z tego, że umie gotować, że ludziom to smakuje.
Zaraz zresztą też pożałował swoich słów, bo uwiadomił sobie że atakuje gości właściwie bez powodu - po prostu dlatego, że tu byli i że Sergio zapewne chciał pomóc. Santiago nie sądził, żeby w jego pytaniu chodziło o zwykłe zaspokojenie ciekawości, tylko rzeczywiście odczytał jego słowa jako chęć pomocy. Westchnął ciężko, odłożył sztućce i przetarł twarz dłońmi.
- Lo siento - powiedział, wciąż z dłońmi przy twarzy, wciskając opuszki palców w swoje oczy - Nie zamierzałem was atakować... o ile rzeczywiście nie macie ochoty mi dowalić. Ale naprawdę sądzę, że lepiej, żebyśmy tę sprawę rozwiązali we dwóch, później, nie angażując w to was, bo nie ma po co. Nie po to tu przyszliście - popatrzył na obu mężczyzn, unikając patrzenia na partnera - spotkaliśmy się chyba raczej po to, żeby odnowić więzi rodzinne, prawda?
Uśmiechnął się, już mniej sztucznie, niż wcześniej, mniej teatralnie, a bardzie szczerze. Początkowa furia opadała do poziomu złości z rodzaju tych, która potrafiła tkwić w sercu nawet i przez lata, jeśli nie zostanie uspokojona rozwiązaniem problemu, ale jednocześnie pozwalała w miarę normalnie funkcjonować.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez
Nie był pewien, czy mimo wszystko nie rzuciłby czegoś na ten temat, gdyby nie usłyszał słów brata i nie dostrzegł, że ten chyba trącił go pod stołem, żeby może się przymknął. Tiago odebrał to raczej jako niechęć do tej rozmowy i uczestnictwa w niej, czemu się zresztą wcale nie dziwił, bo przecież Sal nie musiał tego wysłuchiwać i w ogóle angażować się w jakikolwiek sposób w problemy innych ludzi.
- Posłuchajmy o waszym nowym domu - odpowiedział w końcu, kiedy przełknął - Nie sądzę, żeby rozprawianie o tym, co wkurzyło Alvaro i czemu jestem winien w jego życiu, było odpowiednim tematem na pierwsze spotkanie po latach, chyba, że macie ochotę również powiesić na mnie jakieś psy. Wtedy proszę bardzo, jestem do tego doskonałym celem jako naczelny dupek i skurwysyn tego świata.
Uśmiechnął się jadowicie i odkroił sobie kolejny kawałek mięsa. Zauważył, że Alvaro smakuje, ale w tym momencie nie potrafił się z tego jakoś bardzo cieszyć. Owszem, trochę to złagodziło jego obecny nastrój ale nie na tyle, żeby szczerze się uśmiechnął i cieszył z tego, że umie gotować, że ludziom to smakuje.
Zaraz zresztą też pożałował swoich słów, bo uwiadomił sobie że atakuje gości właściwie bez powodu - po prostu dlatego, że tu byli i że Sergio zapewne chciał pomóc. Santiago nie sądził, żeby w jego pytaniu chodziło o zwykłe zaspokojenie ciekawości, tylko rzeczywiście odczytał jego słowa jako chęć pomocy. Westchnął ciężko, odłożył sztućce i przetarł twarz dłońmi.
- Lo siento - powiedział, wciąż z dłońmi przy twarzy, wciskając opuszki palców w swoje oczy - Nie zamierzałem was atakować... o ile rzeczywiście nie macie ochoty mi dowalić. Ale naprawdę sądzę, że lepiej, żebyśmy tę sprawę rozwiązali we dwóch, później, nie angażując w to was, bo nie ma po co. Nie po to tu przyszliście - popatrzył na obu mężczyzn, unikając patrzenia na partnera - spotkaliśmy się chyba raczej po to, żeby odnowić więzi rodzinne, prawda?
Uśmiechnął się, już mniej sztucznie, niż wcześniej, mniej teatralnie, a bardzie szczerze. Początkowa furia opadała do poziomu złości z rodzaju tych, która potrafiła tkwić w sercu nawet i przez lata, jeśli nie zostanie uspokojona rozwiązaniem problemu, ale jednocześnie pozwalała w miarę normalnie funkcjonować.
Alvaro Salvatierra Salazar Martinez Sergio Martinez