it can't be a stupid dream
: śr kwie 08, 2026 1:19 pm
Kąpiel była wyjątkowo przyjemna. Pozbawiona nadmiernego myślenia, analizowania zdawała się już ostatecznie oczyszczać wszelakie niedomówienia między nimi, jeśli oczywiście jeszcze jakieś w ogóle pozostały. I mogła zaakceptować taką swoją nową rzeczywistość. A może nową-starą, bo przecież to wszystko już się kiedyś działo. Kochali się, niekoniecznie na łóżku, choć chyba najbardziej zapamiętała gabinet jej ojca i to ciężkie, dębowe biurko, którego przyjemny chłód, gdzieś nadal tańczył w pamięci jej skóry. Potem wspólna kąpiel, taka sama jak ta – w dużej wannie, z solą, pianą, mydleniem nawzajem własnych ciał. Chociaż w tej chwili Elsa pozwalała sobie wykorzystywać kontuzjowaną rączkę do tego, aby to Dante odwalał całą czarną robotę. Jednak miała wrażenie, tak przyglądając się nieustannie jego przystojnej buźce, że raczej mu to zajęcie nie przeszkadzało, zwłaszcza, że regularnie dostawał całusy – czasem były to zwykłe buziaki, czasem dając się trochę ponieść i angażując do dalszych zabaw język… bo choć była naprawdę zmęczona o czym świadczyły przymykające się co jakiś czas powieki, to nie chciała kończyć tej nocy. Nawet kiedy leżeli już w łóżku, bawiła się jego ręką tak jak to robiła wcześniej w kuchni, kreśliła palcem kontury jego tatuażów tak jakby przynajmniej rysowała potężne runy. Ale w końcu organizm się zbuntował, a ona przegrała nierówną walkę, zasypiając na jego klatce piersiowej, pozwalając, aby to melodia wybijana przez serce chłopaka, utuliła ją do snu.
Obudziła się… zdecydowanie za późno. Fakt, że wczorajszego wieczora odwołała wszystkie klientki sprawił, że podświadomie pozwoliła sobie na nieco dłuższe, słodkie lenistwo. Tylko dlaczego nie czuła żadnego lizania po twarzy ani szczekania oznajmiającego, że pora na spacer? Podniosła się gwałtownie do siadu i rozbieganym wzrokiem zaczęła rozglądać się po sypialni, ale nie zastała nic, co by logicznie udowadniało jej, że wczorajszy wieczór nie był snem, którego tak bardzo się obawiała. Zabandażowana ręka? Przecież mógł ją tylko odprowadzić do drzwi, a potem wrócić do siebie. Poduszka z wyraźnym odbiciem głowy? Miała tendencję do wiercenia, więc to, że obudziła się po lewej stronie łóżka nie musiało oznaczać, że nie spędziła nocy po prawej. Wstała szybko z łóżka i nie przejmując się zarzuceniem na siebie jakiegoś szlafroka albo innej bluzy, niemalże wybiegła z sypialni.
W przedpokoju brakowało jego butów… tak jakby kompletnie zapomniała, że przed spaniem schowali je do szafki, aby czasem Murphy nie wpadł na genialny pomysł, aby zrobić z nich sobie gryzak. W salonie dwa psy dokazywały sobie, uskuteczniając psie zapasy i o dziwo, Olive chyba wygrywała, bo właśnie na nim leżała i nie dawała się zrzucić przez wierzgającego na wszystkie strony szczeniaka. Ale przecież to jeszcze nic nie znaczyło, prawda? Przecież… przecież mógł przed powrotem do siebie poprosić o pomoc nad zwierzakiem, aby mógł pójść poimprezować.
Czuła jak serce jej waliło. Czyżby za dużo razy powtarzała, że to wszystko mogło być tylko snem, że najzwyczajniej w świecie to wykrakała?
Poszła jeszcze do kuchni i tam go znalazła, stojącego tyłem, szukającego czegoś lodówce. Nie wiele myśląc, podbiegła do niego i pierw trzasnęła go ręką, na szczęście zdrową, w potylicę, a potem mocno przytuliła się do jego pleców. Chyba lekko drżała, ale zaczynała się uspokajać, gdy tylko do jej nozdrzy dotarł ten cudowny zapach jego skóry.
— Idiota…! Miałam się obudzić obok ciebie, a nie biegać po całym domu i cię szukać… ghhh! Mogłeś mnie obudzić, nie wiem, buziakiem, ręką, poduszką, psy na mnie napuścić… – Westchnęła ciężko i mimowolnie musnęła ustami miejsce pod jego prawą łopatką. Wiedziała, że to było po prostu głupie, tak biegać za jakimś chłopakiem. Pewnie niejedna osoba by jej powiedziała, że się nie szanuje i w ten sposób daje odczuć, że można nią pomiatać i wykorzystywać na wiele sposobów. Że może jest to wywołane nieprzepracowanymi sprawami, może jakimiś traumami, które powodowały, że bała się odejścia osób, na których jej zależało. A na nim? Na nim jej cholernie zależało.
Mimowolnie zaczęła go dźgać w mięśnie brzucha. Tak po prostu, albo może trochę za karę. I już chciała wejść między niego, a lodówkę, aby skraść mu całusa albo dwa, kiedy nagle usłyszała dzwonek do drzwi.
– Kurier… musiałam niechcący podać swój adres zamiast studia. Zaraz wracam i będę kontynuować dźganie – odparła z lekkim uśmiechem i poszła otworzyć drzwi, ale to co za nimi ujrzała…
– Cześć, kochanie, przysz… – Trzasnęła mu drzwiami przed nosem. To był odruch. Miała ochotę pognać z powrotem do kuchni, aby zrobić coś z roznegliżowanym Dante, ale natrętne pukanie do drzwi sprawiało, że nie miała na to czasu. Dlatego zaraz otworzyła je na nowo, siląc się na jak najbardziej naturalny uśmiech.
– Hej… co tu robisz? – zapytała spokojnie, poprawiając roztrzepane po nocy włosy. Nawet nie zwróciła uwagi, że nadal miała na sobie błękitną koszulę nocną. Jedną z tych, które ubierało się raczej na upojne wieczory z chłopakiem niż na piżama party. Jednakże mężczyzna stojący u progu zdawał sobie z tego nic nie robić.
– Jadę do sądu, więc uznałem, że uzupełnię ci lodówkę. Wczoraj wieczorem zrobiłem twoje ulubione falafele i sałatkę z orzechami. Mam też świeże warzywa, ale to sobie zobaczysz potem, zaniosę ci to do kuchni i uciekam.
– Co? Nie, nie trzeba, daj, poradzę sobie… –– Wyciągnęła ręce, aby wziąć od niego szmacianą torbę, ale wtedy wzrok mężczyzny utknął na zabandażowanej dłoni Elsy. Zmarszczył brwi i po prostu wcisnął się między dziewczynę, a framugę, od razu zmierzając w stronę lodówki.
– Co ci się stało w łapkę, króliczku? Znów pomidor czy coś w pracy? Byłaś z tym u lek…co on tu robi? – Zatrzymał się kilka metrów od Dantego, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Ale to Elsa miała wrażenie, że zaraz zejdzie na zawał. Jak myślała, że wspólna kąpiel była swoistym de ja vu… to ciekawe jak to przebić.
– Tato… naprawdę mam ci tłumaczyć, co może robić chłopak w domu twojej dorosłej córki…?
On jednak zdawał się jej nie słuchać. Położył torbę ze szklanymi pojemnikami na tym blacie, a potem machinalnie sięgnął po leżące na tym krześle spodnie Dantego, rzucając je od razu w jego stronę.
– Załóż coś. Nie podam ci ręki jak będziesz paradował w samych gaciach…
Kim był Casper Eriksen? Wysokim, całkiem nieźle zbudowanym mężczyzną z ciemno blond włosami, które zaczęła już lekko prószyć siwizna. Elsa zdecydowanie nie była podobna ojca. Tylko te duże, brązowe oczy… te dostała od niego w prezencie.
Dante Levasseur
Obudziła się… zdecydowanie za późno. Fakt, że wczorajszego wieczora odwołała wszystkie klientki sprawił, że podświadomie pozwoliła sobie na nieco dłuższe, słodkie lenistwo. Tylko dlaczego nie czuła żadnego lizania po twarzy ani szczekania oznajmiającego, że pora na spacer? Podniosła się gwałtownie do siadu i rozbieganym wzrokiem zaczęła rozglądać się po sypialni, ale nie zastała nic, co by logicznie udowadniało jej, że wczorajszy wieczór nie był snem, którego tak bardzo się obawiała. Zabandażowana ręka? Przecież mógł ją tylko odprowadzić do drzwi, a potem wrócić do siebie. Poduszka z wyraźnym odbiciem głowy? Miała tendencję do wiercenia, więc to, że obudziła się po lewej stronie łóżka nie musiało oznaczać, że nie spędziła nocy po prawej. Wstała szybko z łóżka i nie przejmując się zarzuceniem na siebie jakiegoś szlafroka albo innej bluzy, niemalże wybiegła z sypialni.
W przedpokoju brakowało jego butów… tak jakby kompletnie zapomniała, że przed spaniem schowali je do szafki, aby czasem Murphy nie wpadł na genialny pomysł, aby zrobić z nich sobie gryzak. W salonie dwa psy dokazywały sobie, uskuteczniając psie zapasy i o dziwo, Olive chyba wygrywała, bo właśnie na nim leżała i nie dawała się zrzucić przez wierzgającego na wszystkie strony szczeniaka. Ale przecież to jeszcze nic nie znaczyło, prawda? Przecież… przecież mógł przed powrotem do siebie poprosić o pomoc nad zwierzakiem, aby mógł pójść poimprezować.
Czuła jak serce jej waliło. Czyżby za dużo razy powtarzała, że to wszystko mogło być tylko snem, że najzwyczajniej w świecie to wykrakała?
Poszła jeszcze do kuchni i tam go znalazła, stojącego tyłem, szukającego czegoś lodówce. Nie wiele myśląc, podbiegła do niego i pierw trzasnęła go ręką, na szczęście zdrową, w potylicę, a potem mocno przytuliła się do jego pleców. Chyba lekko drżała, ale zaczynała się uspokajać, gdy tylko do jej nozdrzy dotarł ten cudowny zapach jego skóry.
— Idiota…! Miałam się obudzić obok ciebie, a nie biegać po całym domu i cię szukać… ghhh! Mogłeś mnie obudzić, nie wiem, buziakiem, ręką, poduszką, psy na mnie napuścić… – Westchnęła ciężko i mimowolnie musnęła ustami miejsce pod jego prawą łopatką. Wiedziała, że to było po prostu głupie, tak biegać za jakimś chłopakiem. Pewnie niejedna osoba by jej powiedziała, że się nie szanuje i w ten sposób daje odczuć, że można nią pomiatać i wykorzystywać na wiele sposobów. Że może jest to wywołane nieprzepracowanymi sprawami, może jakimiś traumami, które powodowały, że bała się odejścia osób, na których jej zależało. A na nim? Na nim jej cholernie zależało.
Mimowolnie zaczęła go dźgać w mięśnie brzucha. Tak po prostu, albo może trochę za karę. I już chciała wejść między niego, a lodówkę, aby skraść mu całusa albo dwa, kiedy nagle usłyszała dzwonek do drzwi.
– Kurier… musiałam niechcący podać swój adres zamiast studia. Zaraz wracam i będę kontynuować dźganie – odparła z lekkim uśmiechem i poszła otworzyć drzwi, ale to co za nimi ujrzała…
– Cześć, kochanie, przysz… – Trzasnęła mu drzwiami przed nosem. To był odruch. Miała ochotę pognać z powrotem do kuchni, aby zrobić coś z roznegliżowanym Dante, ale natrętne pukanie do drzwi sprawiało, że nie miała na to czasu. Dlatego zaraz otworzyła je na nowo, siląc się na jak najbardziej naturalny uśmiech.
– Hej… co tu robisz? – zapytała spokojnie, poprawiając roztrzepane po nocy włosy. Nawet nie zwróciła uwagi, że nadal miała na sobie błękitną koszulę nocną. Jedną z tych, które ubierało się raczej na upojne wieczory z chłopakiem niż na piżama party. Jednakże mężczyzna stojący u progu zdawał sobie z tego nic nie robić.
– Jadę do sądu, więc uznałem, że uzupełnię ci lodówkę. Wczoraj wieczorem zrobiłem twoje ulubione falafele i sałatkę z orzechami. Mam też świeże warzywa, ale to sobie zobaczysz potem, zaniosę ci to do kuchni i uciekam.
– Co? Nie, nie trzeba, daj, poradzę sobie… –– Wyciągnęła ręce, aby wziąć od niego szmacianą torbę, ale wtedy wzrok mężczyzny utknął na zabandażowanej dłoni Elsy. Zmarszczył brwi i po prostu wcisnął się między dziewczynę, a framugę, od razu zmierzając w stronę lodówki.
– Co ci się stało w łapkę, króliczku? Znów pomidor czy coś w pracy? Byłaś z tym u lek…co on tu robi? – Zatrzymał się kilka metrów od Dantego, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Ale to Elsa miała wrażenie, że zaraz zejdzie na zawał. Jak myślała, że wspólna kąpiel była swoistym de ja vu… to ciekawe jak to przebić.
– Tato… naprawdę mam ci tłumaczyć, co może robić chłopak w domu twojej dorosłej córki…?
On jednak zdawał się jej nie słuchać. Położył torbę ze szklanymi pojemnikami na tym blacie, a potem machinalnie sięgnął po leżące na tym krześle spodnie Dantego, rzucając je od razu w jego stronę.
– Załóż coś. Nie podam ci ręki jak będziesz paradował w samych gaciach…
Kim był Casper Eriksen? Wysokim, całkiem nieźle zbudowanym mężczyzną z ciemno blond włosami, które zaczęła już lekko prószyć siwizna. Elsa zdecydowanie nie była podobna ojca. Tylko te duże, brązowe oczy… te dostała od niego w prezencie.
Dante Levasseur