Strona 3 z 3

a soulmate who wasn't meant to be

: pt kwie 17, 2026 11:13 pm
autor: Rhys Madden
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: sob kwie 18, 2026 9:56 am
autor: margo mercer
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Rhys Madden

a soulmate who wasn't meant to be

: sob kwie 18, 2026 10:29 am
autor: Rhys Madden
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: sob kwie 18, 2026 2:12 pm
autor: margo mercer
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


Rhys Madden

a soulmate who wasn't meant to be

: ndz kwie 19, 2026 11:57 am
autor: Rhys Madden
Ukrywanie treści: włączone
Hidebb Message Hidden Description


margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: ndz kwie 19, 2026 5:31 pm
autor: margo mercer
Znowu po prostu mu u w i e r z y ł a.
Bez walki z samą sobą, bez tej ostrożności, która powinna była pojawić się dawno temu. Oderwała głowę od jego klatki piersiowej powoli, niemal niechętnie, jakby to miejsce było jedynym, które dawało jej jeszcze poczucie równowagi, po czym ujęła jego twarz w dłonie. Jej palce przesunęły się po szorstkiej fakturze zarostu, delikatnie kreśląc kształty w uspokajającym geście. Patrzyła mu w oczy i tym razem nie szukała w nich pęknięć, nie doszukiwała się cienia kłamstwa, przyjmowała to co widziała z ufnością.
Nie wiedziała, skąd brała się ta pewność. Rozsądek powinien krzyczeć, przypominać każde jego przemilczenie, każde niedopowiedzenie, każdą ranę, którą jej zostawił. A jednak coś w niej uciszało ten głos. Czuła to w rytmie jego serca, które biło tuż przy jej własnym, mocne i nierówne, zdradzające więcej niż jakiekolwiek słowa. Czuła to w drżeniu jego oddechu, w sposobie, w jaki jego ramiona obejmowały ją mocniej, odrobinę zbyt kurczowo, jakby bał się, że zniknie, jeśli choć na chwilę poluzuje uścisk. Czuła to w jego głosie, w tej subtelnej chropowatości, która pojawiała się tylko wtedy, gdy mówił coś naprawdę ważnego.
Ufała, że nie mówił tego po to, by ją zatrzymać, by wymusić na niej odpuszczenie. Wiedział przecież, że to nie działało. Że nigdy nie odpuszczała jego - nie wtedy, gdy chodziło o sprawy, nie wtedy, gdy chodziło o uczucia. Jej kompas zawsze wskazywał to, co słuszne, lecz przy nim pojawiała się druga igła, przekrzywiona, uparcie kierująca ją w jego stronę niezależnie od wszystkiego.
Uśmiech pojawił się na jej ustach po raz pierwszy od wielu dni; niepewny na początku, jakby zapomniała, jak się to robi, ale szczery. Sięgał do oczu, rozświetlał je delikatnym blaskiem, jeszcze niepełnym, jeszcze nie takim jak dawniej, lecz wyraźnie obecnym, jak obietnica, że coś w niej wciąż żyje.
- Wiem o tym - wyszeptała cicho, nachylając się bliżej. Jej wargi musnęły jego skroń i zatrzymały się tam na dłużej, zostawiając po sobie ciepło. - Kocham cię jeszcze mocniej. Nie wyobrażasz sobie, co jestem w stanie dla ciebie zrobić i ile jestem w stanie poświęcić - nie odsunęła się od razu. Pocałunkami wyznaczyła powolną drogę w dół, od skroni ku jego uchu, zatrzymując się przy nim tylko po to, by wyszeptać te słowa jeszcze ciszej, jeszcze bliżej, tak, by nie było w nich miejsca na wątpliwość.
Każde z nich miało wagę obietnicy, nie tej lekkiej i rzucanej bez namysłu, lecz ciężkiej, świadomej, gotowej pociągnąć za sobą konsekwencje.
Nie pozwoliła mu się odsunąć. Trzymała go przy sobie, ciało przy ciele, jedną dłonią zaciskając palce na jego wytatuowanym ramieniu, jakby w obawie, że może zechcieć uciec. - Rozwiążemy to razem - powiedziała pewnie, z przekonaniem. Kilka godzin wcześniej stali po przeciwnych stronach, rozrywani przez gniew i wszystko, co ich dzieliło. Teraz wystarczyło tak niewiele, by to odsunąć, by zepchnąć w głąb świadomości i skupić się na tym, co naprawdę miało znaczenie.
Czy można było zrezygnować z czegoś takiego bez walki? Czy można było świadomie odwrócić się od uczucia, które wypełniało każdy fragment istnienia?
Wiedziała, że nie.
- Cokolwiek zrobiłeś… będę w stanie to udźwignąć - dodała cicho. - Ale musisz być ze mną szczery - wierzyła, że jej uczucie było na tyle silne, by przetrwać wszystko, co mogło nadejść. Jeśli tylko odsunęła od siebie gniew, jeśli pozwoliła sobie go zrozumieć, jeśli przymknęła oczy na to, jak wiele przed nią ukrył - była gotowa postawić grubą kreskę i zacząć od nowa.
Myśl o jego braku bolała bardziej niż wszystko inne. Bardziej niż zdrada, bardziej niż kłamstwa. Wizja życia bez jego obecności, bez jego dłoni, bez jego głosu, była czymś, czego nie potrafiła przyjąć. - Powiedz mi prawdę - jej dłoń wróciła na jego policzek, przytrzymując go w tym spojrzeniu, nie pozwalając uciec ani na moment.

Rhys Madden

a soulmate who wasn't meant to be

: ndz kwie 19, 2026 11:00 pm
autor: Rhys Madden
Świat znów się zatrzymał. Jeszcze chwilę temu mknął nieubłaganie do przodu, wymuszał na nim szaleńczy pęd do jej mieszkania. To tempo wyłącznie podsycało jego paranoję, podrzucało najgorsze obrazy do głowy - obrazy pustki, którą zastałby po drugiej stronie. Wiadomości od Carbone'a, brnących coraz dalej w jego wyimaginowane wnioski.
Teraz półmrok otoczył ich bańką, zakrzywiającą rzeczywistość znajdującą się poza nią. Wiedział, że mogła prysnąć w każdej chwili - widział jej drżenie w powietrzu, jakby fizycznie otaczała kanapę, na której leżeli. Ale chwilowo znów tam była, jak w domku w lesie, do którego spontanicznie zajechali, jak w jego mieszkaniu gdy przybyła do niego z wściekłością w sercu i wyszła z czymś zupełnie innym w tym miejscu.
Oplótł ją swoim ramieniem, trzymając blisko na miękkiej powierzchni. Chłód powoli wdzierał się w miejsce, w którym wcześniej panował żar, muskając nagą skórę tam, gdzie nie czuł na sobie jej bliskości. Przytulił ją mocniej, bliżej, b a r d z i e j, jakby dzięki temu miał zatrzymać pęknięcie tej bańki, zatrzymać noc zmieniającą się w blask dnia, zamrozić czas w tej jednej, ulotnej chwili.
Tkwili zamknięci w oku cyklonu, on za wszelką cenę starał się ignorować otaczającą ich zewsząd burzę, ale nieważne jak mocno by próbował, świadomość powrotu szkwału osadzała się w jego myślach, w napinających się mięśniach. Wkradała się do jego mimiki, do tego lekkiego zmarszczenia się brwi i ust ściągających w wąską linię.
- Wyobrażam - odparł, nie głośniej niż ona. Linia, którą wytyczała swoimi pocałunkami zostawiała po sobie ciepło, rozluźniała spiętą mimikę krok po kroku, docierając do samego ucha. - I to mnie przeraża.
Wiedział, że nie było siły na tym świecie zdolnej ją powstrzymać, jeśli coś sobie postanowiła. Nie liczyły się argumenty, logika, nie liczyło się jego doświadczenie oficjalne lub nie - jeśli Margo pragnęła czegoś, sięgała po to. Nawet, jeśli miała tym samym doprowadzić do swojej zguby, a tym samym pociągnąć ku niej również jego.
Ale jej następne słowa, choć wypowiedziane w tej przestrzeni przeznaczonej na prawdę, uderzyły wprost otaczającą ich bańkę. Poczuł na sobie chłód jej destrukcji, jak prawdziwe mydliny w kontakcie z jego skórą. Dłoń, którą wcześniej malował niewidzialne ślady na jej ciele nagle zamarła, napięcie znów wzięło go we władanie. Zatrzymał się, nie tylko w palcach wytyczających własne szlaki, ale też w oddechu, który na moment ugrzązł w jego płucach.
Wspomnienia zalały go falą, na którą zwykle był gotów, która zwykle rozbijała się o zbudowaną przez niego tamę - ale w tym świecie wewnątrz ich bańki, świecie obdartym z dystansu i murów, które osobiście zburzyła, tamy już nie było. Przeszłość zlała się w jedno z chwilą obecną, zaatakowała go półmrokiem tak podobnym do tego, w którym teraz leżeli. Uderzyła zapachem rozlanego alkoholu i dymu z papierosów, których nie palił. Znokautowała szkarłatem, krwią, zbyt wielką ilością krwi. Krwią na podłodze, na ciele leżącym pod nim, na jego ubraniu, na jego t w a r z y.
Jego serce przyspieszało z każdą wizją, której nie udało mu się odegnać z pomocą opadających powiek. Palce zacisnęły się na kobiecej talii, szukając oparcia, czegoś, dzięki temu nie mogłaby wyczuć ich drżenia.
- Nie mogę. - zaprzeczenie opuściło jego usta wraz z oddechem, przetrzymanym w klatce piersiowej, wraz z jakąkolwiek resztką relaksacji, której zaznało jego ciało przed chwilą. Kanapa nagle wydawała się zbyt mała, zbyt ciasna. Dotyk Margo parzył, słowa, które wypowiedział wcześniej, wydawały się głupie, puste.
Jak mogła w nie uwierzyć, skoro nie mógł powiedzieć jej prawdy?
Jak mógłby powiedzieć jej prawdę, skoro ledwo był w stanie znieść ją wyłożoną przed samym sobą?

margo mercer

a soulmate who wasn't meant to be

: pn kwie 20, 2026 2:59 pm
autor: margo mercer
Zobaczyła to natychmiast - tę ledwie uchwytną zmianę, która przetoczyła się przez jego ciało niczym cień sunący po ścianie. Jeszcze przed chwilą rozluźniony, teraz powoli sztywniał, jakby coś od środka zaciskało się wokół niego coraz mocniej. Jego spojrzenie, dotychczas przejrzyste, skupione wyłącznie na niej, zaczęło się rozmywać; nie traciło intensywności, lecz coś w nim gasło, jakby mgła podnosiła się spomiędzy wspomnień i zasnuwała to, co było między nimi.
Czuła to w każdym punkcie styku ich ciał, w sposobie w jaki jego palce nagle wbiły się mocniej w jej skórę, w napięciu mięśni pod jej dłońmi, w przyspieszonym rytmie serca, które uderzało o klatkę piersiową próbując się wyrwać.
To ona była tego powodem. Jej pytanie, jej upór, jej potrzeba dotarcia tam, gdzie zawsze natrafiała na mur.
Znała ten mechanizm, widziała go wcześniej wielokrotnie, choć nigdy z tak bliska, nigdy w chwili, gdy dzieliło ich tak niewiele. Wiedziała, że właśnie przekraczała granicę, tę samą, przy której wcześniej zatrzymywała się instynktownie, pozwalając mu się wycofać i zamknąć.
Teraz była za blisko. Nie tylko jego ciała, oplatając go nogami, czując ciepło jego skóry pod własną, ale też prawdy, która drżała gdzieś tuż pod powierzchnią, gotowa się wydostać, jeśli tylko nie pozwoli jej zniknąć.
Trzymała go więc nie tylko ramionami. Trzymała go spojrzeniem, które nie dawało mu możliwości ucieczki. Trzymała go spokojem swojego głosu, który nie podnosił się, nie atakował, ale oplatał go cierpliwie, konsekwentnie, jak lina zaciskająca się wokół czegoś, co próbuje się wyrwać. Trzymała go obietnicami, które składała bez wahania, bez miejsca na cofnięcie. Była dla niego jednocześnie schronieniem i pułapką.
- Obiecałam ci już kilka razy, że cokolwiek się stanie, będę w tym samym miejscu - powiedziała cicho, przesuwając dłoń na jego klatkę piersiową, dokładnie tam, gdzie jego serce biło zbyt szybko. Jej palce rozłożyły się szerzej, jakby chciała je uspokoić samym dotykiem. - Nawet jeśli się na chwilę zwątpię i zrobię krok wstecz, to niczego nie zmieni. Zawsze wybiorę ciebie - nachyliła się, muskając jego usta w krótkim, miękkim pocałunku. - Z a w s z e - powtórzyła ciszej, niemal przy samych jego wargach.
Jej czoło oparło się o jego na krótką chwilę, oddech mieszał się z jego oddechem, zanim znów się odsunęła na tyle, by spojrzeć mu w oczy. - Tak samo jak ty dla mnie, tak ja dla ciebie spalę cały świat, jeśli będę musiała - te słowa wcale nie były przesadą, naprawdę była gotowa to zrobić, jeśli ktoś przycisnąłby ją do ściany, jeśli tylko zmusiłby ją by wykonała gwałtowny ruch. - Dlatego powiedz mi, co zrobiłeś? – zapytała raz jeszcze.
Nie odwróciła wzroku, nie pozwoliła też na to jemu. - Do czego cię zmuszał? - wzięła głęboki oddech. - Fałszowałeś dowody? Niszczyłeś je? Przymykałeś oczy, odwracałeś głowę, pozwalałeś im odejść? - każde pytanie wypowiadała wolniej, z wyczuwalnym ciężarem, który osiadał między nimi. - Brałeś pieniądze? - zawahała się na ułamek sekundy, a jej oddech na moment się zatrzymał, jakby kolejne słowa wymagały od niej więcej siły niż poprzednie.
- Zrobiłeś coś gorszego, Rhys? - o nic go nie oskarżała, ale jej klatka piersiowa uniosła się gwałtownie, jakby powietrze nagle stało się cięższe, trudniejsze do nabrania. Serce ścisnęło się boleśnie, lecz nie cofnęła się, nie opuściła spojrzenia, choć każda część jej ciała podpowiadała, żeby przestała, żeby nie pytała dalej.
Jednak o b i e c a ł a, a ona nie łamała słów, które wypowiadała w ten sposób. - Powiedz mi - dodała ciszej, przesuwając dłoń z powrotem na jego policzek, obejmując go delikatnie, lecz stanowczo. - A potem znajdziemy sposób, żeby się z tego gówna wyplątać.
Razem. Nie ona i nie on. W s p ó l n i e.

Rhys Madden