pact with the devil
: śr maja 27, 2026 10:39 am
Aurelia po odpowiedzi Navi patrzyła na nią przez chwilę w milczeniu. Nie wyglądała ani n zaskoczoną, ani na urażoną. Jeślu już to bardziej na kogoś, kto właśnie dostał potwierdzenie jakiejś tezy.
— Czyli nie rodzina — stwierdziła w końcu spokojnie — a Giovanni. — Nie brzmiała też na rozczarowaną. Ale na pełną aprobaty również nie.
Nie ma poprawnych odpowiedzi.
Giovanni nie odezwał się, nie spuszczając spojrzenia z kobiety. W jego ocenie odpowiedź Navi była odpowiednia, bo cenił lojalność. Cenił również jej spryt i zdolność prowadzenia rozmowy tak, by nie podawać odpowiedzi wprost tylko zawoalowanej w dyplomację. W wielu przypadkach to wystarczyło, bo brzmiało ładnie i godnie, ale w przypadku Aurelii, która była przeciwnikiem wysokiej rangi, która rozgrywała ludzi dość sprytnie, to wciąż było za mało. Takie wyznanie wobec ‘Ndraghety, powiedzenie – choć nie wprost – że mimo wszystko stanie się po stronie męża a nie rodziny, gdzie rodziną miała być organizacja, było jednocześnie dobre i niebezpieczne.
W końcu ‘Ndragheta nie wybacza zdrady i nie zapomina lojalności.
Podobnie jak Giovanni, chociaż on wolał rozpatrywać się jako państwo w państwie.
— To dobra odpowiedź dla żony — powiedziała Aurelia. — Nie wiem jeszcze czy jest dobrą odpowiedzią dla Salvatore.
— Cóż, wzięła ślub ze mną, nie z rodziną — wtrącił Giovanni, nie spuszczając czujnego spojrzenia z wujostwa. I nie chodziło nawet o to, że stracił zainteresowanie żoną, która powinna w tym (i każdym innym) dniu być u niego na pierwszym miejscu. On po prostu pozostawał czujny, bo wiedział, że stając przed nimi to tak jakby pchali się do paszczy lwa. Nie bał się ciotki czy wuja samych w sobie, nie bał się że nagle wyrządzą im fizyczną krzywdę, ale był czujny na sznurki, za które pociągali i intrygi, które snuli.
— Ale dołączyła do rodziny. Została jej częścią.
— Tę część zawsze można odciąć.
Aurelia wciąż się uśmiechała, tylko wciąż tym, co było pozorną uprzejmością.
— Rodzina to nie gałąź, którą odcinasz, kiedy zaczyna rzucać cień na złą stronę ogrodu — powiedziała Aurelia. — Zwłaszcza nie ta rodzina.
— Zia, wszystko można odciąć, jeśli użyje się właściwego narzędzia.
— Oczywiście — zgodziła się. — Tylko czasem dopiero po fakcie okazuje się, że przeciąłeś coś, co trzymało cię przy życiu. Możesz próbować udawać, że rodzina jest tylko obowiązkiem czy więzami krwi, próbować się – jak to ująłeś: odciąć – ale rodzina, ta rodzina zostaje na zawsze. W tym czego cię nauczyła oraz w tym, co dla ciebie przemilczała. Zostanie też w tym, czego pewnego dnia będzie mogła od ciebie zażądać. — Odwróciła spojrzenie na Navi, pogłębiając ten swój jadowity uśmiech. — A ty, moja droga, od dzisiaj nie jesteś tylko świadkiem żądań tylko również ich częścią.
— Nie jest — wtrącił Giovanni, niemalże od razu reagując i wyczuwalnie dla Navi się napinając. — Nie jest wasza. Jest moja. Moja i tylko moja, zia Aurelia. — I nie chodziło, choć po części pewnie też, że był zaborczy. W tym wypadku jednak chodziło o zarysowanie a raczej postawienie granicy. Takiej, na której ciotka świadomie i z pełną premedytacją balansowła.
Aurelia uśmiechnęła się jednak tym razem inaczej. Bardziej złowróżbnie, nawet bez tej sztucznej uprzejmości.
— Spójrz, nie musiałam jej nawet odbierać — wytknęła — a jedynie zasugerować, że ktoś mógłby mieć do niej jakiekolwiek prawo, a tym sam pokazałeś, gdzie kończy się twoja cierpliwość.
Wyglądała jakby odniosła triumf, a Giovanni ten punkt musiał oddać. I sobie zabrać. Sobie wytknąć, że stracił swój rezon, kiedy to on miał potrzebę całkowitej kontroli. Teraz czuł, że grunt pod jego nogami niebezpiecznie, ale bardzo powoli się osuwa. Albo raczej: jest osuwany. Paskudne uczucie.
— Rhea, zapamiętaj coś bardzo prostego — powiedziała Aurelia, wracając spojrzeniem do panny młodej. — Jeśli Giovanni mówi, że coś jest jego, to zwykle oznacza, że będzie gotów to chronić, ale czasem oznacza też, że prędzej zniszczy wszystko dookoła i samo to, niż pozwoli temu odejść. — Posłała kolejny grymas, który miał być uśmiechem. Sztucznie grzeczny, uprzejmy i skinęła głową. — Nasze gratulacje, moi drodzy. — Choć nie wypowiedziała tego sarkastycznie, ciężko było uwierzyć w szczerość tych słów. — I powodzenia n nowej drodze życia. — To ona i jej mąż odeszli, zabierając kolejny punkt, bo to oni ustanowili, kiedy nastąpi zakończenie rozmowy i zabrali w niej ostatni głos.
Navi Yun
— Czyli nie rodzina — stwierdziła w końcu spokojnie — a Giovanni. — Nie brzmiała też na rozczarowaną. Ale na pełną aprobaty również nie.
Nie ma poprawnych odpowiedzi.
Giovanni nie odezwał się, nie spuszczając spojrzenia z kobiety. W jego ocenie odpowiedź Navi była odpowiednia, bo cenił lojalność. Cenił również jej spryt i zdolność prowadzenia rozmowy tak, by nie podawać odpowiedzi wprost tylko zawoalowanej w dyplomację. W wielu przypadkach to wystarczyło, bo brzmiało ładnie i godnie, ale w przypadku Aurelii, która była przeciwnikiem wysokiej rangi, która rozgrywała ludzi dość sprytnie, to wciąż było za mało. Takie wyznanie wobec ‘Ndraghety, powiedzenie – choć nie wprost – że mimo wszystko stanie się po stronie męża a nie rodziny, gdzie rodziną miała być organizacja, było jednocześnie dobre i niebezpieczne.
W końcu ‘Ndragheta nie wybacza zdrady i nie zapomina lojalności.
Podobnie jak Giovanni, chociaż on wolał rozpatrywać się jako państwo w państwie.
— To dobra odpowiedź dla żony — powiedziała Aurelia. — Nie wiem jeszcze czy jest dobrą odpowiedzią dla Salvatore.
— Cóż, wzięła ślub ze mną, nie z rodziną — wtrącił Giovanni, nie spuszczając czujnego spojrzenia z wujostwa. I nie chodziło nawet o to, że stracił zainteresowanie żoną, która powinna w tym (i każdym innym) dniu być u niego na pierwszym miejscu. On po prostu pozostawał czujny, bo wiedział, że stając przed nimi to tak jakby pchali się do paszczy lwa. Nie bał się ciotki czy wuja samych w sobie, nie bał się że nagle wyrządzą im fizyczną krzywdę, ale był czujny na sznurki, za które pociągali i intrygi, które snuli.
— Ale dołączyła do rodziny. Została jej częścią.
— Tę część zawsze można odciąć.
Aurelia wciąż się uśmiechała, tylko wciąż tym, co było pozorną uprzejmością.
— Rodzina to nie gałąź, którą odcinasz, kiedy zaczyna rzucać cień na złą stronę ogrodu — powiedziała Aurelia. — Zwłaszcza nie ta rodzina.
— Zia, wszystko można odciąć, jeśli użyje się właściwego narzędzia.
— Oczywiście — zgodziła się. — Tylko czasem dopiero po fakcie okazuje się, że przeciąłeś coś, co trzymało cię przy życiu. Możesz próbować udawać, że rodzina jest tylko obowiązkiem czy więzami krwi, próbować się – jak to ująłeś: odciąć – ale rodzina, ta rodzina zostaje na zawsze. W tym czego cię nauczyła oraz w tym, co dla ciebie przemilczała. Zostanie też w tym, czego pewnego dnia będzie mogła od ciebie zażądać. — Odwróciła spojrzenie na Navi, pogłębiając ten swój jadowity uśmiech. — A ty, moja droga, od dzisiaj nie jesteś tylko świadkiem żądań tylko również ich częścią.
— Nie jest — wtrącił Giovanni, niemalże od razu reagując i wyczuwalnie dla Navi się napinając. — Nie jest wasza. Jest moja. Moja i tylko moja, zia Aurelia. — I nie chodziło, choć po części pewnie też, że był zaborczy. W tym wypadku jednak chodziło o zarysowanie a raczej postawienie granicy. Takiej, na której ciotka świadomie i z pełną premedytacją balansowła.
Aurelia uśmiechnęła się jednak tym razem inaczej. Bardziej złowróżbnie, nawet bez tej sztucznej uprzejmości.
— Spójrz, nie musiałam jej nawet odbierać — wytknęła — a jedynie zasugerować, że ktoś mógłby mieć do niej jakiekolwiek prawo, a tym sam pokazałeś, gdzie kończy się twoja cierpliwość.
Wyglądała jakby odniosła triumf, a Giovanni ten punkt musiał oddać. I sobie zabrać. Sobie wytknąć, że stracił swój rezon, kiedy to on miał potrzebę całkowitej kontroli. Teraz czuł, że grunt pod jego nogami niebezpiecznie, ale bardzo powoli się osuwa. Albo raczej: jest osuwany. Paskudne uczucie.
— Rhea, zapamiętaj coś bardzo prostego — powiedziała Aurelia, wracając spojrzeniem do panny młodej. — Jeśli Giovanni mówi, że coś jest jego, to zwykle oznacza, że będzie gotów to chronić, ale czasem oznacza też, że prędzej zniszczy wszystko dookoła i samo to, niż pozwoli temu odejść. — Posłała kolejny grymas, który miał być uśmiechem. Sztucznie grzeczny, uprzejmy i skinęła głową. — Nasze gratulacje, moi drodzy. — Choć nie wypowiedziała tego sarkastycznie, ciężko było uwierzyć w szczerość tych słów. — I powodzenia n nowej drodze życia. — To ona i jej mąż odeszli, zabierając kolejny punkt, bo to oni ustanowili, kiedy nastąpi zakończenie rozmowy i zabrali w niej ostatni głos.
Navi Yun