trust is a fragile commodity between us
: sob maja 23, 2026 9:54 pm
Jego automatyczną reakcją nie było my, było ja.
W tych kwestiach, które dotyczyły Carbone'a, Sophie, jego przeszłości, wszystkich grzechów jakie wlókł za sobą przez życie. Nie dlatego, że chciał zająć się tym osobiście ponieważ on zrobiłby to lepiej, nie też dlatego, że on wiedział na temat Ventresci najwięcej.
Przede wszystkim to była j e g o odpowiedzialność.
To wszystko, co wydarzyło się w przeszłości nie było związane z Margo. Całe konsekwencje, jakie spadły na jego plecy nigdy nie miały jej uderzyć, nigdy nie miała do niego dołączyć w tej chorej drodze prosto w stronę urwanego klifu. Sam ten fakt budził jego złość, ta niesprawiedliwość związana z tym, jak nieświadomie wdepnęła w coś, w co być może nie chciałaby wejść z własnej woli gdyby wiedziała o tym na początku.
Inną rzeczą było jej bezpieczeństwo.
Tak samo, jak ona była skłonna do ryzyka jeśli dzięki temu wierzyła, że on będzie bezpieczny i on posiadał w sobie ten instynkt. Ten, który skłaniał go do odsuwania jej od samego początku, chęci zajęcia się tym samemu, tam, gdzie potencjalne reperkusje swoich słów lub czynów mogły uderzyć wyłącznie w niego. Wiedział, że wszystko, co zrobią, wywoła gwałtowną reakcję Ventresci i to on chciał przyjąć na siebie ten cios, ponieważ nie mógł znieść myśli, że choćby szrapnel mógłby dosięgnąć i jej.
Ale jej upór i jej słowa z wolna drążące barierę jego złości wreszcie się do niego przebiły.
Do my, nie ja. Do tego, że w tej sytuacji nie był w stanie niczego wziąć w swoje ręce, że nawet, gdyby zaparkował pod jej mieszkaniem, nie wyszłaby z samochodu. Nawet, gdyby udało mu się ją z niego wyrzucić, podążyłaby jego śladem, jak cień, tak samo, jak on podążyłby za nią.
I dlatego nie mógł tego zrobić.
Wypuścił powietrze z ust, czując, jak cała nagromadzona przez niego energia zaczyna go opuszczać, pozostawiając we wcześniej napiętych mięśniach odrętwienie. Jego noga uniosła się lekko, wreszcie odsuwając od pedału gazu, w reakcji na co samochód lekko, niemal niezauważalnie, zaczął zwalniać.
- Nie - mruknął wreszcie, odrywając skostniałą dłoń od kierownicy. Sięgnął w jej stronę, pomimo okna, w które się wcisnęła i nienaturalnej wręcz odległości między nimi. Odnalazł jej dłoń, splatając ich palce ze sobą nawet, jeśli musiałby rozewrzeć jej pięść siłą. - Żadne z nas tam nie pojedzie.
Nie dziś, przemknęło mu przez głowę, czego nie wypowiedział na głos. Ventresca była cierpliwa. Nie wątpił, że będzie czekała na któreś z nich, to, które jako pierwsze zdecyduje się zrobić coś głupiego.
Ale pomimo wściekłości wciąż gorejącej w jego sercu, nie mogło to być dziś.
margo mercer
W tych kwestiach, które dotyczyły Carbone'a, Sophie, jego przeszłości, wszystkich grzechów jakie wlókł za sobą przez życie. Nie dlatego, że chciał zająć się tym osobiście ponieważ on zrobiłby to lepiej, nie też dlatego, że on wiedział na temat Ventresci najwięcej.
Przede wszystkim to była j e g o odpowiedzialność.
To wszystko, co wydarzyło się w przeszłości nie było związane z Margo. Całe konsekwencje, jakie spadły na jego plecy nigdy nie miały jej uderzyć, nigdy nie miała do niego dołączyć w tej chorej drodze prosto w stronę urwanego klifu. Sam ten fakt budził jego złość, ta niesprawiedliwość związana z tym, jak nieświadomie wdepnęła w coś, w co być może nie chciałaby wejść z własnej woli gdyby wiedziała o tym na początku.
Inną rzeczą było jej bezpieczeństwo.
Tak samo, jak ona była skłonna do ryzyka jeśli dzięki temu wierzyła, że on będzie bezpieczny i on posiadał w sobie ten instynkt. Ten, który skłaniał go do odsuwania jej od samego początku, chęci zajęcia się tym samemu, tam, gdzie potencjalne reperkusje swoich słów lub czynów mogły uderzyć wyłącznie w niego. Wiedział, że wszystko, co zrobią, wywoła gwałtowną reakcję Ventresci i to on chciał przyjąć na siebie ten cios, ponieważ nie mógł znieść myśli, że choćby szrapnel mógłby dosięgnąć i jej.
Ale jej upór i jej słowa z wolna drążące barierę jego złości wreszcie się do niego przebiły.
Do my, nie ja. Do tego, że w tej sytuacji nie był w stanie niczego wziąć w swoje ręce, że nawet, gdyby zaparkował pod jej mieszkaniem, nie wyszłaby z samochodu. Nawet, gdyby udało mu się ją z niego wyrzucić, podążyłaby jego śladem, jak cień, tak samo, jak on podążyłby za nią.
I dlatego nie mógł tego zrobić.
Wypuścił powietrze z ust, czując, jak cała nagromadzona przez niego energia zaczyna go opuszczać, pozostawiając we wcześniej napiętych mięśniach odrętwienie. Jego noga uniosła się lekko, wreszcie odsuwając od pedału gazu, w reakcji na co samochód lekko, niemal niezauważalnie, zaczął zwalniać.
- Nie - mruknął wreszcie, odrywając skostniałą dłoń od kierownicy. Sięgnął w jej stronę, pomimo okna, w które się wcisnęła i nienaturalnej wręcz odległości między nimi. Odnalazł jej dłoń, splatając ich palce ze sobą nawet, jeśli musiałby rozewrzeć jej pięść siłą. - Żadne z nas tam nie pojedzie.
Nie dziś, przemknęło mu przez głowę, czego nie wypowiedział na głos. Ventresca była cierpliwa. Nie wątpił, że będzie czekała na któreś z nich, to, które jako pierwsze zdecyduje się zrobić coś głupiego.
Ale pomimo wściekłości wciąż gorejącej w jego sercu, nie mogło to być dziś.
margo mercer