i wish i found you sooner
: wt cze 02, 2026 8:13 pm
Nigdy nie brał tego pod uwagę.
Nie na poważnie, poza sferą marzeń, w której równie dobrze Carbone mógł ginąć pod kołami samochodu i uwalniać ich od tego zobowiązania z dnia na dzień. Nie chciał wyjeżdżać, nie chciał uciekać i nie wiązało się to z męską dumą, która zmuszała go do trzymania go na miejscu.
Nie chciał, żeby musiała żyć z nim w biegu.
Przemieszczać się z miejsca na miejsce, opuścić kraj, podróżować nie dla przyjemności. Ciągle zerkać za siebie i upewniać się, że nikt za nimi nie podąża. To nie było życie, na które zasługiwała i desperacko pragnął sprawić, by mogła mieć inne. Każde inne, jakiego naprawdę by chciała bo choć dla niej liczyło się wyłącznie to, że mieliby być obok siebie, on nie zniósłby świadomości tego, że zabrał ją z dala od pracy, która była jej pasją, z dala od rodziny, która teraz tłukła się na dole.
Jego plan przypominał pod wieloma względami te, które rodziły się w jej głowie.
Nie sięgał zbyt daleko. Nie sięgał nawet do tej pieprzonej niedzieli, choć nigdy nie przyznałby tego na głos. Nie ułożył dla nich planu na najbliższe lata, wiedział jedynie, że w ten czy inny sposób, wyznaczony mu termin będzie definitywny.
I w ten czy inny sposób wreszcie uwolni ich od dyszącego im w kark mafioza.
- Debatowałbym, że zrobiłem dużo większe - mruknął w odpowiedzi, nie chwytając się tej wagi, którą dostrzegł w jej spojrzeniu.
Bo na ten chory sposób byli odbiciem tej samej monety.
Był gotów rzucić to wszystko w płomienie - jego teraźniejszość, reputację, pracę, którą wykonywał od tak wielu lat. Miasto, w którym się wychowywał, w którego małym domu mieszkała jego matka, przebywali jego znajomi. Był gotów odrzucić całą przeszłość i wszystkie wiążące go z nią wspomnienia byle tylko móc być z n i ą.
- Obiecuję - westchnął w jej usta, gdy znaleźli się na miękkim, pościelonym łóżku, które pamiętało jeszcze jej nastoletnie lata. - Zrobię to i to wszystko będzie już za nami.
Przy niej był skłonny wierzyć we własne kłamstwa - wierzył w nie tak mocno, że czasem ich nie dostrzegał.
Wolał widzieć to, co miał przed sobą. Jej uśmiechniętą twarz gdy spoglądała na niego z góry, siedząc mu na kolanach. Uniesiony materiał sukienki, na którego krawędzi spoczęły jego dłonie, zaciskające się na kobiecych biodrach. Zapach perfum, które przeznaczała na okazje takie jak te - okazje, które zwykle nie kończyły się w jej rodzinnym domu, do którego były nieadekwatne.
- To kiedy pokażesz mi swoją kolekcję plakatów? - mruknął, z szelmowskim uśmiechem wskazując na ścianę za jej plecami wyłącznie po to, by na moment się odwróciła - a w tym czasie jego dłonie mocniej wczepiły się w jego skórę, usta skierowały do zgięcia szyi, zostawiając na nim pocałunek. - I tę kolekcję dyplomów, o której mówiła twoja matka? - kontynuował, nie odsuwając się ani o milimetr. - Nie wyglądałaś na takiego strasznego kujona, Mercer.
margo mercer
Nie na poważnie, poza sferą marzeń, w której równie dobrze Carbone mógł ginąć pod kołami samochodu i uwalniać ich od tego zobowiązania z dnia na dzień. Nie chciał wyjeżdżać, nie chciał uciekać i nie wiązało się to z męską dumą, która zmuszała go do trzymania go na miejscu.
Nie chciał, żeby musiała żyć z nim w biegu.
Przemieszczać się z miejsca na miejsce, opuścić kraj, podróżować nie dla przyjemności. Ciągle zerkać za siebie i upewniać się, że nikt za nimi nie podąża. To nie było życie, na które zasługiwała i desperacko pragnął sprawić, by mogła mieć inne. Każde inne, jakiego naprawdę by chciała bo choć dla niej liczyło się wyłącznie to, że mieliby być obok siebie, on nie zniósłby świadomości tego, że zabrał ją z dala od pracy, która była jej pasją, z dala od rodziny, która teraz tłukła się na dole.
Jego plan przypominał pod wieloma względami te, które rodziły się w jej głowie.
Nie sięgał zbyt daleko. Nie sięgał nawet do tej pieprzonej niedzieli, choć nigdy nie przyznałby tego na głos. Nie ułożył dla nich planu na najbliższe lata, wiedział jedynie, że w ten czy inny sposób, wyznaczony mu termin będzie definitywny.
I w ten czy inny sposób wreszcie uwolni ich od dyszącego im w kark mafioza.
- Debatowałbym, że zrobiłem dużo większe - mruknął w odpowiedzi, nie chwytając się tej wagi, którą dostrzegł w jej spojrzeniu.
Bo na ten chory sposób byli odbiciem tej samej monety.
Był gotów rzucić to wszystko w płomienie - jego teraźniejszość, reputację, pracę, którą wykonywał od tak wielu lat. Miasto, w którym się wychowywał, w którego małym domu mieszkała jego matka, przebywali jego znajomi. Był gotów odrzucić całą przeszłość i wszystkie wiążące go z nią wspomnienia byle tylko móc być z n i ą.
- Obiecuję - westchnął w jej usta, gdy znaleźli się na miękkim, pościelonym łóżku, które pamiętało jeszcze jej nastoletnie lata. - Zrobię to i to wszystko będzie już za nami.
Przy niej był skłonny wierzyć we własne kłamstwa - wierzył w nie tak mocno, że czasem ich nie dostrzegał.
Wolał widzieć to, co miał przed sobą. Jej uśmiechniętą twarz gdy spoglądała na niego z góry, siedząc mu na kolanach. Uniesiony materiał sukienki, na którego krawędzi spoczęły jego dłonie, zaciskające się na kobiecych biodrach. Zapach perfum, które przeznaczała na okazje takie jak te - okazje, które zwykle nie kończyły się w jej rodzinnym domu, do którego były nieadekwatne.
- To kiedy pokażesz mi swoją kolekcję plakatów? - mruknął, z szelmowskim uśmiechem wskazując na ścianę za jej plecami wyłącznie po to, by na moment się odwróciła - a w tym czasie jego dłonie mocniej wczepiły się w jego skórę, usta skierowały do zgięcia szyi, zostawiając na nim pocałunek. - I tę kolekcję dyplomów, o której mówiła twoja matka? - kontynuował, nie odsuwając się ani o milimetr. - Nie wyglądałaś na takiego strasznego kujona, Mercer.
margo mercer