oh god
: czw cze 18, 2026 10:49 am
Nie miała do zaoferowania nic ponad tę standardową wersję, więc kiedy powiedział, że to żaden problem, iż będą proste, wyciągnęła resztę rzeczy potrzebnych do przygotowania tostów i włączyła kuchenkę, stawiając na niej patelnię. Nie używała opiekacza, choć pewnie byłoby szybciej i bardziej zgodnie z tym, jak większość ludzi wyobrażała sobie przygotowywanie tostów, ale jej zdaniemna patelni wychodziły lepsze. Chleb robił się bardziej chrupiący, ser roztapiał się dokładnie tak, jak powinien, a przede wszystkim – nie musiała potem pół godziny obskrobywać i szorować opiekacza.
Tak czy siak tosty brzmiały banalnie, bo były banalne. I właśnie na tej banalności próbowała się skupić. Na chlebie, serze, pieczarkach i całej tej procedurze, którą znała tak dobrze, że mogłaby ją odtworzyć z zamkniętymi oczami i w dodatku na śpiąco. Może nawet po ostrym melanżu, chociaż ostatnie kilka godzin stanowiło chyba wystarczający zamiennik bez udziału alkoholu.
Czuła na sobie jego spojrzenie, ale starała się nie zwracać na to uwagi, przelewając ją na te ‘banalne tosty’. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że ją obserwuje. Było to jednak trudne do zignorowania, bo nie był ani jej przyjacielem, ani rodziną, których najchętniej raczyła tostami. Był człowiekiem, który jeszcze niedawno przygniatał ją do podłogi, a jeszcze wcześniej zafundował jej pierwszą w życiu traumę.
Kiedy zapytał, czy to tyle, zerknęła na niego przez ramię, nie mogąc już dłużej próbować ignorować jego obecności.
— Zaraz to będzie aż tyle — odpowiedziała, nieco niezręcznie. Miało to brzmieć dziarsko, z przekonaniem, a wyszło blado i bez polotu. Niczego i nikomu by nie wcisnęła w taki sposób.
Sięgnęła do lodówki po kilka kolejnych rzeczy i przygotowała swój sekretny sos, który był sekretny głównie dlatego, że nigdy nie mierzyła proporcji i nie byłaby w stanie podać przepisu nawet pod przymusem. Zawsze sprowadzała to do chaotycznego ‘trochę tego, trochę tamtego’. W międzyczasie przewróciła też tosty na drugą stronę i docisnęła je lekko łopatką, obserwując, jak chleb rumieni się bardziej, a ser zaczyna wypływać bokiem. Później, gdy uznała że są gotowe, przełożyła je na talerzyk i przekazała mężczyźnie, stawiając je przed nim.
Nie spodziewała się pochwały. Ich znajomość była krótka, intensywna i absolutnie nieprzyjemna, więc trudno było zakładać, że usłyszy z jego strony coś, co nie będzie poleceniem, oceną jej nierozsądku albo koreańskimi bluzgami (też pewnie w jej stronę). Dlatego kiedy po pierwszym kęsie powiedział, że dobre, spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, którego nie zdążyła całkiem ukryć.
— Dziękuję — odpowiedziała, tym razem faktycznie unosząc kącik ust w cieplejszym uśmiechu. O tym, że nie był sztuczny, decydował fakt, że wyraz minimalnie objął jej oczy. Albo oko.
Zasadniczo to nie wiedziała, czy dziękowała za opinię, czy jednak za to, że przez krótką chwilę zabrzmiał prawie normalnie.
Gdy przesunął drugi talerzyk w jej stronę i kazał jej jeść, uniosła na niego spojrzenie.
— Subtelnie — mruknęła, ale nie odsunęła talerza. Wiedziała, że wygląda źle. Wiedziała też, że jadła ostatnio bardziej z obowiązku niż z apetytu, a żołądek miała zaciśnięty niezmiennie, od żałoby i teraz jeszcze nerwów. Wzięła więc tosta do ręki i ugryzła niewielki kawałek, mieląc go dłużej, niż było to potrzebne. Próbując najwyraźniej znów przekonać samą siebie, że było jej to potrzebne.
W końcu przełknęła i dopiero wtedy, patrząc na talerzyk a nie na niego, odezwała się ciszej.
— Jak ta ochrona miałaby właściwie wyglądać? — spytała, odkładając na ów talerzyk niedojedzonego tosta — Bo na razie brzmi to tak, jakby wszyscy wiedzieli więcej ode mnie o moim własnym życiu i już sobie postanowili co będzie się działo. — Podniosła wzrok dopiero po chwili. Miała problem z patrzeniem na niego. Bo jednocześnie się go bała, a teoretycznie musiała zaakceptować. Teoretycznie, bo przecież nie uznała jeszcze, że całe to przedstawienie z ochroną jest faktem i musi go przyjąć. — I dlaczego pan Salvatore sam się ze mną nie skontaktował? — spytała. Oj, Mal. Bo pan Salvatore nie miał czas na takie płotki jak ty. Miał dług wobec twoich rodziców a nie ciebie; ale i tak powinnaś docenić, że wysłał dla ciebie swojego najlepszego człowieka, abyś była bezpieczna (a może to była kara i szansa na odkupienie dla Damona za to nieszczęsne wydarzenie z wesela).
Damon Tae
Tak czy siak tosty brzmiały banalnie, bo były banalne. I właśnie na tej banalności próbowała się skupić. Na chlebie, serze, pieczarkach i całej tej procedurze, którą znała tak dobrze, że mogłaby ją odtworzyć z zamkniętymi oczami i w dodatku na śpiąco. Może nawet po ostrym melanżu, chociaż ostatnie kilka godzin stanowiło chyba wystarczający zamiennik bez udziału alkoholu.
Czuła na sobie jego spojrzenie, ale starała się nie zwracać na to uwagi, przelewając ją na te ‘banalne tosty’. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć, że ją obserwuje. Było to jednak trudne do zignorowania, bo nie był ani jej przyjacielem, ani rodziną, których najchętniej raczyła tostami. Był człowiekiem, który jeszcze niedawno przygniatał ją do podłogi, a jeszcze wcześniej zafundował jej pierwszą w życiu traumę.
Kiedy zapytał, czy to tyle, zerknęła na niego przez ramię, nie mogąc już dłużej próbować ignorować jego obecności.
— Zaraz to będzie aż tyle — odpowiedziała, nieco niezręcznie. Miało to brzmieć dziarsko, z przekonaniem, a wyszło blado i bez polotu. Niczego i nikomu by nie wcisnęła w taki sposób.
Sięgnęła do lodówki po kilka kolejnych rzeczy i przygotowała swój sekretny sos, który był sekretny głównie dlatego, że nigdy nie mierzyła proporcji i nie byłaby w stanie podać przepisu nawet pod przymusem. Zawsze sprowadzała to do chaotycznego ‘trochę tego, trochę tamtego’. W międzyczasie przewróciła też tosty na drugą stronę i docisnęła je lekko łopatką, obserwując, jak chleb rumieni się bardziej, a ser zaczyna wypływać bokiem. Później, gdy uznała że są gotowe, przełożyła je na talerzyk i przekazała mężczyźnie, stawiając je przed nim.
Nie spodziewała się pochwały. Ich znajomość była krótka, intensywna i absolutnie nieprzyjemna, więc trudno było zakładać, że usłyszy z jego strony coś, co nie będzie poleceniem, oceną jej nierozsądku albo koreańskimi bluzgami (też pewnie w jej stronę). Dlatego kiedy po pierwszym kęsie powiedział, że dobre, spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, którego nie zdążyła całkiem ukryć.
— Dziękuję — odpowiedziała, tym razem faktycznie unosząc kącik ust w cieplejszym uśmiechu. O tym, że nie był sztuczny, decydował fakt, że wyraz minimalnie objął jej oczy. Albo oko.
Zasadniczo to nie wiedziała, czy dziękowała za opinię, czy jednak za to, że przez krótką chwilę zabrzmiał prawie normalnie.
Gdy przesunął drugi talerzyk w jej stronę i kazał jej jeść, uniosła na niego spojrzenie.
— Subtelnie — mruknęła, ale nie odsunęła talerza. Wiedziała, że wygląda źle. Wiedziała też, że jadła ostatnio bardziej z obowiązku niż z apetytu, a żołądek miała zaciśnięty niezmiennie, od żałoby i teraz jeszcze nerwów. Wzięła więc tosta do ręki i ugryzła niewielki kawałek, mieląc go dłużej, niż było to potrzebne. Próbując najwyraźniej znów przekonać samą siebie, że było jej to potrzebne.
W końcu przełknęła i dopiero wtedy, patrząc na talerzyk a nie na niego, odezwała się ciszej.
— Jak ta ochrona miałaby właściwie wyglądać? — spytała, odkładając na ów talerzyk niedojedzonego tosta — Bo na razie brzmi to tak, jakby wszyscy wiedzieli więcej ode mnie o moim własnym życiu i już sobie postanowili co będzie się działo. — Podniosła wzrok dopiero po chwili. Miała problem z patrzeniem na niego. Bo jednocześnie się go bała, a teoretycznie musiała zaakceptować. Teoretycznie, bo przecież nie uznała jeszcze, że całe to przedstawienie z ochroną jest faktem i musi go przyjąć. — I dlaczego pan Salvatore sam się ze mną nie skontaktował? — spytała. Oj, Mal. Bo pan Salvatore nie miał czas na takie płotki jak ty. Miał dług wobec twoich rodziców a nie ciebie; ale i tak powinnaś docenić, że wysłał dla ciebie swojego najlepszego człowieka, abyś była bezpieczna (a może to była kara i szansa na odkupienie dla Damona za to nieszczęsne wydarzenie z wesela).
Damon Tae